III

Profesor Butrym pozostał sam w obszernej sali. Po wyjściu ostatnich studentów krzątał się jeszcze przez pewien czas stary służący, zbierał porozrzucane po stołach karty astronomiczne, usuwał przyrządy na właściwe miejsca i przykrywał płatami czarnej satyny dla ochrony przed kurzem. Wreszcie, widząc, że profesor go nie potrzebuje, wysunął się cicho...

Butrym siedział przy dużym stole z głową na obu dłoniach opartą. Leżał przed nim gruby podręcznik dziewięciocyfrowych logarytmów i stos kart dużego formatu, zapełnionych niekończącymi się szeregami zrównań26. Patrzył na to wszystko tępym, znużonym wzrokiem, nie mogąc zdecydować się na zabranie się do pracy. Pustkę miał w sobie przedziwną, jakby wiatr jakiś wywiał zeń wszystkie myśli, uczucia, całe zajęcie do kogokolwiek na świecie.

— Przepracowany jestem — pomyślał. — Od tygodnia oprócz obowiązkowych wykładów i ćwiczeń z uczniami siedzę po dziesięć godzin dziennie nad tymi rachunkami...

Spojrzał na rozłożone papiery.

— I ostatecznie co z tego? — snuło mu się znów w myśli. — Gdy skończę te żmudne i nieprawdopodobnie zawiłe obliczenia, dowiem się, jakie są faktyczne dane teorii Arrheniusa27, to jest, czy mgławice w pewnych warunkach mogą wytwarzać na powrót różnicę potencjałów energii, zatraconą przez przemianę w ciepło, równomiernie we wszechświecie się rozpraszające... Ale w końcu co komu z tego przyjdzie? To jest warunek utrzymania równowagi w systemach słońc i gwiazdozbiorów, ale choćby rachunki moje wykazały co innego, to równowaga przecież i tak istnieje. Nie postąpię w istocie ani o krok naprzód. Przy tym, czy przy owym wyniku nie odpowiem na żadne: dlaczego? A zresztą któż mi zaręczy, czy cała praca moja nie jest fałszywa, gdy z ludzkiej, nieodzownej konieczności przyjąć musiałem założenie, że wszechświat co do przestrzeni i sumy energii jest ograniczony? Przecież to nonsens właściwie, a z drugiej strony również nonsensem jest przypuścić brak wszelkiego ograniczenia... Stoję wobec dylematu, niedającego się usunąć. Na dylemacie tym buduję gmach sztucznej równowagi, jakby granitową piramidę, postawioną cieńszym końcem na ostrzu noża. Lada powiew wywrócić ją musi — w jedną lub w drugą stronę...

Niebawem przysunął karty ku sobie i począł sprawdzać długie szeregi zrównań.

— Nie mówię już nawet o możliwości błędów w moim rachunku — myślał znów — ale kto mi zaręczy, że w ogóle wszelki rachunek nie będzie tutaj błędny? Gdzie dowód, że naprawdę dwa razy dwa jest cztery i że ten „pewnik” ma jakikolwiek walor poza obrębem mojego mózgu i świadomości? Operuję pojęciem ruchu, a czy ja wiem, czym on jest w istocie, nie mogę sobie nawet dać rady z jego względnością, która do potwornych wprost wniosków prowadzi...

Zaśmiał się nagle nerwowo i z cicha.

— Ach! Filozofuję jak student, który pierwszy raz stanął wobec problemu świata i bytu. Nie myśleć o tym! Nie myśleć, nie myśleć! Do roboty trzeba się zabrać.

Wziął pióro w rękę i z uporem a zaostrzoną przez wolę jak nóż świadomością, z uwagą w jeden wytężoną punkt, kreślić począł na papierze nowe szeregi znaków. Rachunek jednak w przedziwny sposób nie chciał się dzisiaj zgadzać. Rozpoczynał pracę od nowa.

Upłynęła godzina, gdy naraz uczuł, że stoi ktoś za nim. Odwróciwszy głowę, spostrzegł służącego.

— Czy Franciszek chce czego? — spytał opryskliwie.

— Nie chciałem panu profesorowi przeszkadzać. Stoję tu już dobrą chwilę. Tam pan jest jakiś, który się chce widzieć.

Butrym miał już ochotę odprawić przerywającego mu żmudną pracę natręta, gdy nagle zamajaczyła mu w pamięci postać nieznajomego z czarną brodą i umarłymi oczyma. Był prawie pewien, że to on przychodzi.

— Prosić — rzekł krótko, usuwając nieco papiery.

Jakoż za chwilę pojawił się w drzwiach otwartych oczekiwany mężczyzna. Nie mówiąc ani słowa, prawie automatycznie, jakby sennie, przeszedł przez salę wprost ku stołowi, przy którym Butrym pracował. Zdawało się, że nie zwraca nań zgoła uwagi, że go nawet nie widzi. Nie pytając o pozwolenie, ruchem pośpiesznym zaczął przerzucać karty rękopisu, na które zresztą wcale nie patrzył. Naraz drgnął i podsunął jedną kartę przed oczy profesorowi.

Voila. Ici28 — rzekł po francusku i usiadł szybko, jak gdyby zupełnie z sił wyczerpany. Perlisty pot wystąpił mu na łysą czaszkę.

Butrym zdumiony patrzył na podaną mu kartę. Naraz wykrzyknął głośno. Tutaj był błąd! Drobne opuszczenie, omyłka zaledwie dostrzegalna, która w rezultacie cały rachunek robiła fałszywym...

— Skąd pan o tym wiedział? — rzekł, zwracając się ku nieznajomemu.

Ten powstał.

Comment? Je ne comprends pas polonais29...

Butrym powtórzył pytanie po francusku.

— Najmocniej pana przepraszam — mówił przybyły, jakby usprawiedliwiając się. — Nie miałem zamiaru pana zadziwić a tym mniej odgrywać komedii... Stało się to zupełnie przypadkowo. Wchodząc tutaj, poczułem naraz na progu, że tam coś jest... Nie mogłem się oprzeć wewnętrznemu pędowi. Czy jest rzeczywiście jaki błąd na karcie, którą wybrałem?

Profesor skinął głową.

— Tak i wdzięczny panu jestem bardzo, choć tego zgoła nie rozumiem. Kto pan jesteś?

— Pers z pochodzenia. Przypadkowo noszę nazwisko znane skądinąd: Firdussi30...

— Proszę, niech pan usiądzie. Mówi pan, że błąd mój wykrył pan raczej nieświadomie... Przypuszczam więc, że co innego pana do mnie sprowadza?

— Tak. Chciałem rzeczywiście...

Urwał i patrzył znowu na Butryma swymi martwymi oczyma. Profesor poruszył się niespokojnie.

— Spotkałem już pana przed tygodniem, dwukrotnie: w kawiarni i rankiem na ulicy? Czy pan od dawna bawi w Krakowie?

— Przyjechałem właśnie owego wieczora. Miałem właściwie zamiar jechać dalej, ale zobaczywszy pana, zrozumiałem...

— Co pan zrozumiał?

— To nie jest tak łatwo powiedzieć. Szukałem kogoś, aby mi pomógł...

— W czym?

Firdussi znowu nie odpowiadał. Siedział na krześle nieruchomo wyprostowany i patrzył przed siebie oczyma, zdającymi się nic nie widzieć, albo raczej wszystko naraz. Butrym teraz dopiero, przezwyciężając początkowe zmieszanie, przyjrzał mu się dokładniej. Zauważył, że źrenice jego tak są rozszerzone, iż tęczówek prawie nie widać. Nadawało to oczom, zwłaszcza przy ich nieruchomości, pozór jakichś ślepych studni, na których dnie czaiła się noc.

— W czym mogę panu być pomocnym? — powtórzył Butrym pytanie.

— Potrzebuję człowieka mądrego, aby zrozumiał to, co ja wiem.

— A cóż pan wiesz?

Firdussi patrzył wciąż przed siebie.

— Wiem na przykład to — rzekł po chwili, jakby sennie — że obliczenia pańskie nie są dokładne, gdyż wielka mgławica w Łabędziu31, którą się pan zajmuje, posiada temperaturę znacznie wyższą, niźli pan przypuszcza.

— Ile? — spytał Butrym znienacka.

— Średnio sto trzydzieści ponad absolutne zero — odrzekł Pers bez zająknienia, po czym drgnął i otrząsnął się, jakby ze snu zbudzony.

Profesor czuł, że zaczyna mu się mieszać w głowie. O szczegółach pracy jego w ogóle nikt nic nie wiedział, tym mniej zaś mógł się o tym cośkolwiek dowiedzieć ów człowiek, przed kilku dniami nie wiadomo skąd tutaj przybyły.

— Kto pan jesteś? — zapytał zdumiony.

— Jestem człowiekiem z gwiazd32 — rzekł Pers, uśmiechając się melancholijnie.


Wychodząc przed wieczorem z pracowni, Butrym nie umiał sobie jasno zdać sprawy, czy spotkanie z Firdussim było rzeczywistością, czy snem jakimś niepojętym. Zwłaszcza że pamiętając najdrobniejsze szczegóły długiej z nim rozmowy, nie mógł sobie absolutnie przypomnieć tego prostego faktu, kiedy i jak wyszedł ten przedziwny gość od niego?

Drażniło go to wszystko w najwyższym stopniu i wreszcie zaczął przypuszczać, że miał do czynienia z szarlatanem, który mu jakąś sztuką hipnotyczną zaćmił mózg. Zły był na siebie z powodu okazanej — jak myślał teraz — łatwowierności i obiecywał sobie Firdussiego przy najbliższej sposobności zdemaskować, albo — co najlepiej — wcale więcej z nim nie mówić. Z drugiej strony jednak nawet wbrew woli przyznać musiał, że to, co dziś usłyszał od tego człowieka, było nadzwyczajne i po prostu niepojęte. Naprzód to wykrycie błędu w jego obliczeniach, dokonane niejako palcami tylko, a potem te rewelacje niesłychane, dotyczące słońc i gwiazd, i światów, tajemnice zawrotne, wypowiadane głosem spokojnym, lękliwym, jak gdyby sennym, tajemnice, których sam mówiący dobrze nie rozumiał i był jakby onieśmielony tym, że je wypowiada...

Rozmyślając tak, doszedł do uniwersytetu i chciał go właśnie minąć, zdążając ku domowi, gdy naraz zabrzmiał za nim głos:

— Dobry wieczór panu, panie Mieczysławie!

Odwrócił się i dostrzegł Śniegockiego, który właśnie z gmachu uniwersyteckiego wychodził.

Wyciągnął radośnie rękę ku niemu.

— Sam los mi pana zsyła!

— O! Cóż takiego?

Butrym wziął go pod ramię i szedł przez pewien czas, milcząc. Wreszcie zaczął mu opowiadać o przedziwnym spotkaniu w swojej pracowni.

Młody fizjolog spoważniał, słuchając opowiadania.

— Nie rozumiem tego wszystkiego — rzekł w końcu — ale to pewna, że jest tu coś więcej niż zwykła szarlataneria. Ale co?

— Właśnie tego jestem ciekaw — rzekł Butrym.

Szli w stronę Wisły, rozmawiając.

— Czy nie przeprawi się pan ze mną na Dębniki33? — zagadnął Śniegocki około mostu. — Tak mnie zajęło to, co pan mówi...

— Późno jest — odparł profesor, spoglądając na zegarek — a mnie czeka żona pewno z kolacją. Więc, choć się panu ode mnie już od dawna należy wizyta, niech pan raczej zawróci i pójdziemy ze mną. Zjemy, co będzie, a potem pogadamy. Mam dzisiaj wieczór wolny.

— Nie odmawiam. Poza przyjemnością, jaką mam z pańskiego towarzystwa, lubię pański dom, bo jest spokojny, cichy, jasny i znać, że jest dobrze ludziom, którzy w nim mieszkają. Jeślibym kiedy w życiu popełnił to, epidemicznie zresztą grasujące, szaleństwo i ożenił się, to chciałbym trafić tak jak pan i znaleźć kobietę do pańskiej żony podobną.

— No, no — zaśmiał się Butrym trochę wymuszenie — dajże pan pokój, bo będę zazdrosny!

— Musiałby pan w takim razie o cały świat być zazdrosnym, bo wszyscy wielbią panią Zośkę — w najgłębszym zresztą i najszczerszym szacunku.

Mimowolne, zaledwie dosłyszalne westchnienie wydarło się z ust Butryma, zaczął mówić o rzeczach obojętnych i codziennych, o pogodzie, o wykładach uniwersyteckich, o zbliżającej się zimie...

Śniegocki zapraszał Butrymową przy kolacji:

— Musi mnie pani kiedy odwiedzić wraz z mężem...

— Dlaczego koniecznie wraz z mężem? — żartowała pani Zośka. — Czyż nie mogę przyjść sama?

Madame — skłonił się z komiczną przesadą — wdzięczny byłbym niesłychanie, ale jako kawaler...

— A cóż to ma do rzeczy?

— Zaraz, jeszcze nie skończyłem. Otóż jako że jestem człek samotny a panią wielbię niesłychanie, więc niezupełnie sobie dowierzam.

— Och! Bylem ja sobie dowierzała34, to z pańskiego niedowierzania nic już z pewnością nie będzie!

— A widzi pan! — wtrącił Butrym, dotąd milczący — To panu oddała!

— Jak zwykle dostałem po uszach. Ale ostatecznie nie o to idzie. Niech mnie pani rzeczywiście kiedy odwiedzi, a zobaczy pani zupełnie nowy rodzaj gospodarstwa. Może pani ode mnie coś nie coś skorzysta.

— Czy sądzi pan, że ja nie jestem dobrą gospodynią?

— Mam pewne wątpliwości w tym względzie — śmiał się — ale choćby pani była i najlepszą, to tego pani nie potrafi, co ja.

— Cóż to za cuda?

— Rzeczywiście cuda. Jestem z natury skąpy. Zresztą muszę, bo ta docentura... coś nie bardzo tego... a wie pani, że co roku wyjeżdżam trochę powłóczyć się po świecie, więc trzeba coś na to odłożyć...

— Zatem system oszczędnościowy?

— Znacznie więcej! Wynalazłem osobną metodę. Sposób uproszczonego prowadzenia domu.

— Jakże to?

— Naprzód nie trzymam służącej, ani -cego.

— Sprząta pan sam?

— Ani mi w głowie! Od czego zasada naturalnego uwarstwienia przedmiotów?

— Cóż to ma znaczyć?

— Zaraz. Czy pani nie uważała, że tak zwane porządkowanie jest właściwie najstraszniejszą ruiną i ponadawaniem przedmiotom codziennego użytku takich położeń, w jakich ich właściwie wcale używać nie można?

— Tego nie uważałam nigdy.

— Ale ja za to — wtrącił znów Butrym ze śmiechem. — Porządki na moim biurku, po których niczego na właściwym miejscu znaleźć nie mogę, są po prostu moją zmorą!

— Otóż daruje pani, ale w tym wypadku przyznaję słuszność profesorowi. Wedle zasady naturalnego uwarstwienia przedmiotów, każda rzecz znajduje się tam, gdzie jej się używało, czyli w miejscu najwłaściwszym. Nadto przedmioty więcej używane — przez naturalny bieg wypadków — na wierzchu, rzadziej — pod spodem.

— Ładny tam chaos musi być w pańskim mieszkaniu!

— Nie jest tak źle. Trzeba tylko mieć zasady, a niezbyt wiele rzeczy w domu. Drugą zasadą moją jest kuchnia skomasowana35 i ujednostajniona...

— O, niech mnie pan tego nauczy! Obeszłabym się wtedy może bez kucharki, która jest przekleństwem życia tak zwanej gospodyni.

— Moja zasada wyklucza wprost istnienie kucharki! — Przede wszystkim gotuję kolację sam. Aby oszczędzić niepotrzebnej straty energii na wymyślanie menu, jem codziennie to samo, mianowicie kaszę. Teraz niech pani pomyśli, siedem razy na tydzień kaszę gotować. To jest po prostu straszne! Wobec tego komasuję tę sprawę i gotuję kaszę w poniedziałek na cały tydzień od razu.

Butrym słuchał tych żartów i usiłował brać w nich udział. Ale roztargniony był i obecnością bardzo zresztą miłego gościa znużony. Ukradkiem poglądał na zegarek, a wreszcie wysunął się do swego pokoju, zbyt dobrze znając Śniegockiego, aby się mógł obawiać obrazy z jego strony.

Siadł przy biurku i podparł głowę rękoma. Przez niedomknięte drzwi dolatywały go odgłosy rozmowy i jasny, swobodny śmiech żony, potem słyszał, że siadła do fortepianu i grała. Drażniła go dzisiaj ta muzyka, bo przeszkadzała mu zebrać rozpierzchłe myśli. Spotkanie z Firdussim wracało mu ciągle do pamięci i im więcej o tym myślał, tym niezrozumialszą wydawała mu się cała rzecz. Aby odegnać tę zmorę od siebie, poszedł do biblioteki i wziął pierwszą lepszą książkę z brzegu, nie patrząc nawet na tytuł.

Przez chwilę miał oczy wlepione w rozwartą stronicę, ale liter zgoła nie widział. Po pewnym czasie dopiero uderzyło go zdanie:

„Są ludzie przychodzący z dala, o których nie da się nawet dokładnie powiedzieć, skąd przychodzą, z czasu czy z przestrzeni. Poznasz ich po tym, że widzą. I wiedz, że widzieć będą aż tam, skąd przyszli, dopóki ziemia ich nie przyciągnie i nie przywiąże do siebie. Wtedy oślepną i wzrok będą mieli tylko ziemski”.

Butrym ze zdziwieniem odwrócił książkę i spojrzał na tytuł. Było to jakieś dzieło teozoficzne, nie do niego nawet należące, ale pożyczone od Krasołuckiego, który wtykał mu niekiedy w dłoń różne książki ze swego bardzo skomplikowanego księgozbioru. Tej Butrym dotąd nawet nie zauważył i nie pamiętał, kiedy ją wziął. Gdyby nie nazwisko lekarza na karcie tytułowej, nie wiedziałby, skąd ją zna...

Z drugiego pokoju dolatywały go strzępy rozmowy.

— Zdaję mi się, że pan Mieczysław jest naprawdę przemęczony pracą. Powinna pani starać się jakoś nakłonić go do odpoczynku albo rozrywki...

— Ależ owszem! Bawi się. Przesiaduje czasem w kawiarni po całych nocach. Nie mam też mu tego zresztą wcale za złe.

— Pani jest po prostu idealna żona.

— Nieprawdaż?

Butrym czytał znowu:

„Człowiek widzący szuka takiego, który by słyszał. Jeśli go znajdzie, to mówi, lecz biada, jeśli słyszący nie słucha albo nie słyszy. Wtedy bieg świata zostaje cofnięty, a wina jest tego, który przewinił, będąc na ziemi”.

— Niech mi pan powie — pytała pani Zośka w drugim pokoju — czy to bardzo jest zabawnie w tych waszych nocnych kawiarniach?

— Niech pani zapyta męża.

— Ach, on mi nie powie. Będzie się bał, abym kiedy nie zechciała iść sama.

— Pani by poszła?

— Dlaczegóżby nie? Aby się przekonać... To jest w ogóle straszna niesprawiedliwość, że wy mężczyźni używacie wszystkiego i wszystko znacie, a nam niczego nie wolno.

A Butrym czytał:

„A na ziemi jest każdy, kto wyciągnął rękę po kobietę i widzi w niej cośkolwiek więcej ponad środek wcielania duchów, żądnych ciała dla odbycia oczyszczającej wędrówki. Świętość jest w tym dziele kobiety, ale w każdym innym zatrata jest i zguba. Kobieta jest kwiatem ziemi, z wnętrza jej wyrosłym, mężczyzna zaś meteorem, który, chociaż spadł na ziemię i zagasł, do żużla podobny, pochodzi z gwiazd. Szukajcie dopełnienia, ale nie wikłajcie losów świata — to jest słowo mądrości prawdziwej... ”

Pani Zośka mówiła:

— Nie rozumiem tej różnicy, jaką się wieczyście robi: mężczyzna, kobieta! Przecie ja tak samo jestem człowiekiem, a może nawet w wyższym stopniu niż pierwszy lepszy osioł, którego całą dumą jest, że przypadkowo tę, a nie inną płeć od natury otrzymał...

— Hm, proszę pani, z płcią idzie cały szereg różnic fizjologicznych, rozciągających się na cały jego organizm, na wszystkie jego tkanki, nawet na mózg...

— Och! Na to nie zgodzę się nigdy! To wasz złośliwy wymysł, czysto męski... Natrętni jesteście, nieznośni i obrzydliwi! Na świecie byłoby dopiero wtenczas dobrze, gdyby rządziła kobieta.

— Czyż nie rządzi w istocie? Pani Zośko, co, czy nie rządzi?

— To nie o takie rządy chodzi, jakie pan ma na myśli. W pewnej czci i uległości, jaką wy nam niby okazujecie, jest największa obelga. Patrzycie na czas ciągle z obrzydliwie... fizjologicznego stanowiska, jak na kochanki albo matki, gdy my przede wszystkim ludźmi jesteśmy.

Butrym czytał:

„I niech się widzący nie przywiązuje do ziemi, niech słyszący słucha głosu z gwiazd, a niech się obaj mają na baczności, bo ziemia przyciąga i wonią kwiatów odurza i mówi: Oto kwiat jak gwiazda lśniący a bliski, w nim także jest dusza. Ale tu nie o duszę chodzi, lecz o ducha, który sam jest twórczy i nieśmiertelny. Bez duszy nie ma niczego, co żyje, a to wszystko przecie przepada i celom ziemi służy jedynie...


Uczuł, że dwoje ciepłych ramion otacza mu szyję. Przygarnął ją miękko do ust i okrywał cichymi, słodkimi pocałunkami.

— Czy poszedł już? — spytał po chwili, pociągając żonę na swe kolana.

— Poszedł. Dlaczego uciekłeś? Tak nie lubię, gdy mnie samą z kim zostawisz... Zresztą to jest naprawdę niegrzecznie.

— Cicho, Zośka, cicho. Nie rób już wymówek. Zmęczony dziś byłem strasznie i rozstrojony. Miałem takie dziwne zdarzenie...

Chciał jej opowiedzieć spotkanie z Firdussim, ale nie umiał jakoś znaleźć słów dla zaczęcia tego opowiadania. Ona nie dopytywała. Oparła głowę o jego skroń i całując go blado jednym kącikiem ust, patrzyła w zamyśleniu gdzieś przed siebie. Ujął jej dłonie i gładził delikatnymi, miękkimi dotknięciami...

— Ach, Boże! — wykrzyknęła naraz z nagłym dreszczem, usuwając swe ręce.

— Co ci jest, Zosik? Co?

— Jestem tak okropnie nieszczęśliwa!...

— Co się stało?

Patrzyła mu prosto w twarz chłodnym, badawczym, nieco jakby zdumionym wzrokiem.

— To jest straszne po prostu. Tyś mi się już tak okropnie znudził.

Usunął ją delikatnie z kolan i posadził na krześle. Sam zaczął chodzić po pokoju ze schyloną głową i założonymi w tył rękoma. Wodziła za nim wzrokiem.

— Czemu nie odpowiadasz? Czemu mnie bodaj nie pożałujesz?

Uśmiechnął się smutno.

— Żałować mógłbym chyba tylko siebie w tym wypadku.

— A otóż! Wieczysty egoizm. Cóż tobie? Przecież ja ci się podobno jeszcze nie znudziłam, więc jest ci ze mną dobrze. Ale ja... Lubię cię, lubię, owszem, ale tak mi się okropnie sprzykrzyłeś przez te siedem lat, a muszę z tobą żyć.

Patrzył na nią przez chwilę, niepewny, czy to żart z jej strony, czy też prawda... Oparła łokieć na założonych kolanach, brodę na dłoni i patrzyła przed siebie. W oczach jej szeroko rozwartych dostrzegł duże, błyszczące w świetle lampy łzy.

Podszedł i przesunął ze smutną serdecznością dłoń po jej jasnych włosach.

— Zośka, więc czemuż ze mną pozostajesz?

— A dziecko?

— Jacuś? Wychowam go sam, jeżeli już tak musi być.

Odepchnęła go gwałtownie od siebie.

— Ach! Nie znoszę tej twojej udawanej dobroci! Czemu nie powiesz raczej od razu, że ci o mnie w ogóle nie chodzi? Przecież to są kpiny. Wiesz, że ja Jacka zostawić nie mogę.

Ruszył ramionami.

— Nie widzę tedy żadnej rady — rzekł oschle.

— Naturalnie! Cóż ciebie to obchodzi, że ja się męczę po prostu. Przecie tobie zależało tylko na tym, aby mieć syna. I masz go, masz! To nie zajmowało cię nigdy, co ja myślę, co czuję, czego chcę.

— Nie jesteś sprawiedliwa. Myślałem o tym i myślę zawsze więcej, niż sądzisz.

— O! Gdybyś był myślał!... Nie zastosowałeś żadnego kroku w życiu swym do mnie, nigdy mnie nie miałeś na względzie.

— Idę swoją drogą — rzekł poważnie — na to nie ma już rady.

— A moja droga, co? A moja? Wieczyste krążenie między salonem, kuchnią a dziecinnym pokojem. Może bym przecie także chciała żyć, robić coś na świecie. Tyś wszystkiego używał, wszystkiego próbował, stoi ci wszystko otworem, a ja?

— Zośka, czegóż ty chcesz nareszcie?

— Nie chcę niczego, czuję tylko, że mi się straszna niesprawiedliwość dzieje. Nawet w miłości... Miałeś w życiu dość kochanek i dziś, gdybym ja ci się usunęła, możesz mieć kochankę i nikt ci tego nawet za złe nie weźmie. A ja znam w całym życiu tylko ciebie jednego i ciebie tylko będę znać — aż do przesytu!

Zaśmiał się mimo woli.

— Zośka! Więc ty chciałabyś mnie zdradzać?

— A! Nie o to chodzi. Choćbym chciała, to cię zdradzać nie będę, bo mam wstręt do was wszystkich, mężczyzn, brzydzę się wami! Brzydzę się, słyszysz? Ale to mnie gnębi, że mnie nie wolno tego, a choćby mi było wolno, że się na to nie zdobędę, na co ty śmiało możesz sobie pozwalać.

— Moja droga, są jednak pewne różnice...

— Banalne, głupie zdanie, które już od dawna, umiem na pamięć. A jeśli już tak myślisz naprawdę, to mógłbyś tę mądrość życiową, zachować dla siebie, na domowy tylko użytek, a nie produkować się z nią zawsze i wszędzie, w mojej obecności. Obrażasz mnie tylko przez to i na obelgi narażasz.

— Jak to?

— Prosta rzecz. Bodaj taki Śniegocki. Chłopak, któremu zaledwie wąs się wysypał. Słyszy, jak ty mówisz do mnie w jego obecności o tej rzekomej niższości kobiet i ośmiela się to potem sam w rozmowie ze mną powtarzać. Nie będę go w ogóle więcej przyjmować. Nieznośny jest.

— Zdawało mi się owszem, że go lubisz...

— Tak, ale to nie jest powód, aby mnie obrażał. A ty jesteś wszystkiemu winien!

Ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła nerwowym płaczem.

Ujął ją za rękę i pociągnął na stojącą w rogu otomanę. Tutaj posadził ją w kącie i usiadłszy przy niej, zaczął mówić spokojnym, powolnym głosem:

— Ja rozumiem doskonale twoją tragedię, ale naprawdę, że leży ona w, tobie samej. Z ciebie zakpił sobie po prostu los czy Pan Bóg, stwarzając cię kobietą. Masz zupełnie męskie popędy do samodzielnego i twórczego życia, a nie możesz, się zdobyć na żadną w tym kierunku inicjatywę, bo poza tym jesteś w każdym calu kobietą...

— Daj mi pokój z tymi swymi rozumowaniami! — przerwała przez łzy. — Drażni mnie to.

— Nie chcę cię drażnić ani ci dokuczać, chcę ci owszem dać dowód, że cię rozumiem i odczuwam, a nawet współczuję...

— Nie proszę cię o tę łaskę, nic mi na niej nie zależy.

Butrym udał, że nie usłyszał tych słów, przez zdławione gardło wyrzuconych.

— Trzeba koniecznie — mówił — abyś się uspokoiła, rozerwała, przyszła do porządku z samą sobą. Tutaj to trudno. Ja sam czasem jestem zdenerwowany i nie tak dobry dla ciebie, jakbym być chciał i powinien. A przy tym sama moja obecność nie sprzyja twemu pokojowi. Masz ciągle wrażenie, że jest ktoś przy tobie, kto ci chce narzucać swą supremację... Zresztą, może ja nawet rzeczywiście robię to mimo woli. Najlepiej to będzie, żebyś na jakiś czas wyjechała. Czy do rodziny swojej, czy gdzieś za granicę... Chciałaś studiować trochę, popracować dla siebie, zobaczysz innych ludzi, inny świat i będziesz przede wszystkim przez jakiś czas sama...

Pani Zośka płakała cicho z głową opartą o jego ramię.