V
Pani Zośka siedziała na kamiennej ławeczce wśród ogrodów zawieszonych na skalistym stoku montecarlijskiego przylądka. Szerokie, mięsiste i kolczate liście agaw strzelały naokoło każdej skalnej szczeliny, wypełnionej urodzajną czerwonawą ziemią, jedna z nich szła w kwiat: olbrzymi, wieloramienny świecznik kwiatostanu jak małe drzewo rysował się subtelnymi liniami na błękicie morza i nieba.
Po ścianie skalnej, tuż nad głową siedzącej, pięły się całym lasem rozgałęzione, kwitnące krzaki pelargonii czerwonej, w dół opadające, cudem jakimś do nadmorskiego wiszaru przyczepione schodki kamienne wiodły do maleńkiego ogródka, wyglądającego z góry jak kosz pełen kwiatów białych, błękitnych, żółtych i różowych. Dalej płoniły się zarośla rododendronu, strzelał gdzieś cyprys, twardo korzeniami w urwistą wbity skałę, wiały na niebie czarne gałęzie pinii, pióropusze palm karłowatych, szeroko rozłożone, palczaste liście nieszpułek.
Pani Zośka, spuściwszy wzrok, patrzyła na morze, tuż u stóp swych poprzez pnącą się poniżej zieleń krzewu widne.
U brzegu woda ciemnogranatowa rozbijała się o podnóże skały wolno, jakby leniwie idącymi falami i ociekała lśniąco białą pianą. Dalej — po toni — w szerokie bruzdy pooranej skakało migotliwe słońce, przewijając się między plamami szafiru, seledynu, srebra i przedziwnej, głębokiej zieleni; dalej znowu, gdzie drobne fale zbyt odległe oku znikały, powierzchnia wód była jakby wygładzona, lśniąca, o zmiennym połysku perłowej macicy, z lekka złotym pyłem przyprószonej. Wlókł się po niej leniwie jakiś mały parostatek, ciężko naładowane galary holujący i zostawiał za sobą ciemniejszą smugę, sierpem na wodę rzuconą i rozchodzącą się wstecz coraz szerzej, jak ogon bajecznego ptaka. Na samym nieboskłonie błyszczały drobniuchne żagle łodzi rybackich, zbliżały się ku sobie z wolna lub znów się rozchodziły, niby jakiś na tempo wieczności obliczony taniec w słonecznych oddalach zawodzące.
A dalej, dalej; jeszcze dalej jakby się morze nieznacznie wznosiło ku górze i bez wyraźnej granicy przechodziło w kopułę nieba ogromną, zrazu srebrzystą, potem modrą, ciemnym błękitem u szczytu około zionącego blaskiem słońca wymalowaną.
Pani Zośka czuła ten jarki, słoneczny blask na spuszczonych powiekach. Miała wrażenie, że promienie przenikają jej lekką suknię, bieliznę i skórę i dostają się w głąb aż do kości, i krążą żyłami w zleniwiałym tętnie po całym ciele, rozlewając po nim słoneczną, błogą, słodką, omdlałość...
Książka osunęła jej się z kolan na ziemię, nie mogła się zdobyć na ruch ręki, aby ją podjąć: trwała w ciszy słonecznej, w gęstym, wonnym, upajającym powietrzu, zatraciwszy prawie poczucie miejsca i czasu...
Ocknęła się dopiero na szelest jakiś. Przechodził po ścieżce przed nią młody człowiek w białym flanelowym ubraniu, skłonił jej się i znikł na zakręcie ścieżki. Słyszała za parę chwil kroki jego skrzypiące po żwirze tuż nad swoją głową.
Automatycznie i niechętnie schyliła się, aby podnieść książkę. Wypadł z niej list jeszcze nieotwarty. Wzięła go w rękę. Coś jak blady uśmiech przemknął po jej wargach.
— Mietek...
Rozerwała z wolna i niedbale kopertę, rzucając strzępy papieru na ziemię. Nim list jednak wzniosła do oczu, zawahała się na moment.
— Ach, Boże... jeśli znowu pisze co niemiłego — rzekła prawie głośno, marszcząc doskonałe łuki brwi. Ręka z listem opadła jej bezwładnie na kolana.
— Czy ja go kocham? — myślała, patrząc na dalekie morze. — Chyba tak. Przecież nie kochałam nikogo innego. Ale może ja w ogóle nikogo jeszcze nie kochałam?...
Spojrzenie jej oczu zmąciło się, rysy twarzy zastygły w twardym i boleściwym wyrazie.
Poczęła przywoływać na pamięć wszystkich ludzi, których znała, lubiła, z którymi niegdyś bawiła się dobrze. Od lat dziecinnych. Braci swoich koleżanek, młodych synów sąsiadów na wsi, kolegów z ławy uniwersyteckiej, ludzi spotykanych na zabawie, w salonach, podróży, w domu... Ta lub owa postać mignęła przed nią w barwach żywych, przypomniał jej się jakiś moment oszałamiającego w piersi uczucia, jakaś chwila słodkiej we wspomnieniach rozmowy we dwoje, konna przejażdżka, uścisk dłoni, uśmiech, spojrzenie... I nic. Nie było nikogo, komu by się pragnęła kiedykolwiek oddać na śmierć i życie, nikogo, kto by pozostał w jej pamięci trwale i żywy, nie była nigdy niczyją — nawet w myślach — i nie chciała niczyją być. Wszystkie postacie pamięcią wywołane przewijały się przed nią jak mary bezkrwiste i znikały gdzieś w szarym, obojętnym pomroku duszy.
Drgnęła przerażona. Z tym korowodem cieniów szedł przed nią i mąż jej jak inni daleki, jak inni obojętny, choć to przecie był ojciec jej dziecka, jedyny człowiek, któremu się oddała, z którym żyła szereg lat, któremu ongi powiedziała pierwsza, że go kocha.
— No tak! — krzyknęła głośno — ale ja przecież nie chciałam, aby się ze mną żenił! Po co on to zrobił? Czemu mnie do tego nakłonił!?
Uczucie strasznej krzywdy zdławiło jej krtań. Bezradnie chwyciła się rękami za skronie. Teraz dopiero miała wrażenie, że stało się coś nieodwołalnego, czego nie powinno było być, że popełniła potworną omyłkę, nie przez to nawet, że wzięła tego człowieka, ale że w ogóle komukolwiek wziąć się pozwoliła, kładąc w ten sposób dobrowolnie jakąś nieprzekraczalną tamę swojemu życiu. Życiu... Jakiemu życiu?
— Gdybym ja chociaż żyła — szeptała do siebie kurczącymi się do płaczu wargami — gdybym ja wiedziała przynajmniej, jak życie, jak to moje życie, które mnie ominęło, wygląda i czego ja od niego chcę?
Nic i nic. Uczucie pustki, codzienności, szarzyzny, brak jakiejkolwiek drogi wytkniętej i rozumnej, nieświadomość celu, nieokreśloność pragnień, niemożność nawet wypróbowania swoich sił... i obłędna, potworna, żrąca tęsknota za czymś, co miało być? Być mogło czy było powinno?
Rozpłakała się gwałtownie i spazmatycznie. A równocześnie całym wysiłkiem woli pragnęła płacz powstrzymać. Włożyła zagięte palce do ust i zaczęła je gryźć młodymi, białymi, zdrowymi zębami, aż ból w stawach poczuła.
— O co ja płaczę? — powtarzała sobie. — Ach Boże! O cóż ja płaczę właściwie...?
Po niejakim czasie uspokoiła się nieco. Wyjęła z torebki lusterko i zaczęła porządkować włosy na skroniach, po czym lekko przyprószyła pudrem zaczerwienione powieki i nos..
Wzięła list męża i zaczęła go czytać z wyrazem twardej rezygnacji w wilgotnych prawie, oczach.
Na kartce wydartej z notesu ołówkiem pisała na kolanie odpowiedź do męża:
„Mój biedny, drogi Mietku, napiszę Ci tak po prostu: lepiej do mnie nie przyjeżdżaj. Gdybym wiedziała, że chcesz przyjechać dla siebie, że się tu będziesz cieszył słońcem, morzem i kwiatami, nie wahałabym się ani chwili, owszem rada bym była widzieć Cię przy sobie wesołym i spokojnym. Ale ja wiem, że to tak nie będzie. Chcesz przyjechać do mnie. Przyjedziesz z powziętym z góry życzeniem, żebyś mnie zastał taką a taką, jak sobie wyobrażasz, jaką i mnie chcesz mieć: wesołą, dobrą, spokojną... A ja nie wiem, czy taka będę, czy potrafię być. I wtedy — zamiast sielanki, o której tak poetycznie piszesz — zacznie się co innego: Ty już wiesz! Będziesz mi robił wyrzuty, będziesz mnie męczył, a ja bym tego już w tej chwili znieść nie zdołała. I sam się będziesz męczył także. Lepiej pozostać w Krakowie albo, gdy chcesz koniecznie wyjechać, to zawieź Jacusia do babki na wieś i jedź sam, ale nie tutaj, gdzie ja jestem.
Nie gniewaj się na mnie, ja doprawdy dobrze radzę, dla nas obojga. Za parę tygodni będę może spokojniejsza i wróciwszy do domu, spróbuję nie drażnić Cię niczym. Teraz jeszcze muszę być sama chociażby tylko dlatego, aby przyjść do porządku z własnymi myślami...”
W Cafe de Paris było pełno. Dochodziła jedenasta przed południem, godzina, o której w kasynie otwierają się salony gry, mnóstwo ludzi niecierpliwych czekało już przed szerokimi schodami wspaniałego, po parweniuszowsku ozdobami przeładowanego budynku, aby wejść rychło jeno drzwi otworzą i zająć co lepsze, wczoraj przez wygrywających zajęte, a więc dziś szczęśliwe miejsca przy stołach... Inni, więcej cierpliwi, nie na tyle jednak, aby w domu tę uroczystą godzinę otwarcia tam dla złotego potoku przebyć, siedzieli naprzeciw w obszernym pawilonie Kawiarni Paryskiej i na dworze, pod jesiennym, ciepłem i pogodnym niebem. Dostojni, raczej na dyplomatów europejskich wyglądający, garsoni w czarnych kurtkach i białych do stóp sięgających fartuchach roznosili z godnością po angielsku przyrządzoną czarną herbatę i vermuth.
Pani Zośka przyszedłszy, usiadła na dworze tuż przy balustradzie kawiarni. Mieszając bez myśli łyżeczką herbatę, patrzyła obojętnym, roztargnionym wzrokiem na jakiegoś niby Araba w podejrzanej czystości burnusie40, który jej usiłował sprzedać lichy paryski szal, wmawiając w nią41, że jest to towar wprost z Algieru czy Tunisu pochodzący. Dał wreszcie za wygraną i odszedł, przypuściwszy snać, że dama owa albo jest głucha, albo też po prostu po francusku nie rozumie, kiedy, oka z niego nie spuszczając, najmniejszym drgnieniem, twarzy nie daje poznać, aby słyszała i zrozumiała to, co się do niej mówi...
Nagle, jak gdyby dreszcz elektryczny przebiegł po siedzących wokół ludziach. Drzwi do kasyna otwarto. Fala czekająca przed schodami poczęła płynąć w górę, w kawiarni wstawano od stolików, płacąc szybko garsonom niewydającym dla pośpiechu reszty, w chwil kilka wyludniło się niemal zupełnie.
Dwie kokoty, wstawszy znać raniej niż zwykle, weszły do kawiarni i usiadły w pobliżu Butrymowej. Patrzyła na nie z zajęciem. Nie były młode. Jedna lat może czterdziestu, silna brunetka o męskim wyglądzie z małym czarnym wąsikiem nad niewymalowanymi ustami w ogorzałej twarzy, miała lekki pilśniowy kapelusz na włosach zaczesanych w bok na jedną skroń i kostium ciemny, krojem męski ubiór przypominający. Z papierosem w ustach rozglądała się wkoło i co chwilę ze śmiechem rzucała towarzyszce jakieś zdanie. Ta, dobrze już siwiejąca i niestarająca się zamaskować swego wieku, z wytwornymi o dawnej piękności świadczącymi rysami, pełnymi jeszcze dziś miękkiego kobiecego wdzięku, patrzyła na nią miłośnie ogromnymi oczyma i korzystała z każdej sposobności, aby na silnej ręce jej położyć pieszczotliwie dłoń swoją gładką, smukłą, ciężkimi pierścieniami na każdym palcu strojną.
Kilku młodych ludzi, przechodząc, pozdrawiało te damy, odpowiadały lekkim, pełnym godności skinieniem głowy.
Butrymowa patrzyła na nie z coraz żywszym zajęciem. Miała wrażenie, że widzi przed sobą wrota do jakiegoś nieznanego sobie, a zaciekawiającego ją świata. Wyobrażała sobie mimo woli dnie i noce szalone, w jarzącym świetle przy dźwięku kryształowych kieliszków szampańskich spędzane, radość bujną i huczną, niczym nieskrępowaną i wyzywającą świat swobodę. Przyszło jej na myśl, że te kobiety nikomu nie podlegają, lecz owszem biorą sobie same kogo chcą i opuszczają go nazajutrz czy za kilka dni, bez troski, bez żalu, bez obowiązków, niezwiązane ani względami towarzystwa, ani rodziną, ani czyjąś, ciążącą czasem jak kamień, miłością, którą się powinno — och! straszne słowo! — powinno odwzajemniać...
— Przeciwnie, one nie kochają nikogo — myślała z budzącym się w piersi uczuciem, podobnym niemal do zazdrości.
Młodsza z kobiet — z męskim nad kuszącymi ustami wąsikiem — zauważyła również Butrymową i zwróciła na nią czarne, palące oczy.
Pani Zośka uczuła, że robi jej się mdło i słabo pod tym niepokojącym ją spojrzeniem. Uderzyło ją nagłe gorąco w skronie, w piersi brakło jej oddechu, nogi kurczowo drżeć zaczęły. Słodka omdlałość i równocześnie przestrach niewytłumaczony, chciała się odruchowo zerwać i uciekać, nie czując do tego siły...
Ktoś jej się kłaniał.
Spojrzała i zerwała się z nienaturalnym ożywieniem.
— Ach! C’est vous, monsieur!42
Don Rodriguez zginał się przed nią w niskim ukłonie.
— Madame.43
— A, jak to dobrze, że pana spotykam — mówiła, usiłując nie patrzeć na owe damy. — Ranek jest tak piękny, a ja się nudzę sama!
Nie witała go nigdy tak przyjaźnie. Hiszpan patrzył na nią oszalałymi ze szczęścia oczyma. Zauważyła to i przejmujący, rozkoszny dreszcz napiął jej wszystkie mięśnie. Uczuła, że jest młoda i piękna i że może robić z ludźmi, co zechce. Patrzyła na wytworną, smukłą a silną postać swego towarzysza, na ogorzałą twarz i szyję, wyłaniającą się z szeroko rozłożonego kołnierza koszuli.
— Que vous etes beau, mon ami, ce matin!44 — rzuciła mu jakby mimo woli z niewinnym na ustach uśmiechem.
— Mais vous etes toujours la plus belle au monde, senora45 — odrzucił półgłosem nabrzmiałymi, krwawymi wargami.
Udała, że nie słyszy odpowiedzi.
— Duszno tu siedzieć... Chciałabym na świat, na morze...
— Służę pani — rzekł z gotowością. — W przystani mamy do wyboru łodzie motorowe i żaglowe jachciki. Wiatr jest cudowny.
Zawahała się.
— Nie, nie chcę wody, pędu chcę na lądzie!
— Mój automobil czeka obok kasyna.
— Nie, to martwa maszyna. Koni chcę żywych! Doskonałych koni i wygodnego powozu!
Zwrócił się do kogoś ze służby.
— Proszę posłać — za kwadrans tutaj najlepsze konie i powóz, jakie są w całym... księstwie!
Ostatni wyraz wymówił z mimowolną lekką ironią, mając na myśli obszar „państwa”, w którym się znajdowali, mniejszy niewątpliwie od jego włości w Hiszpanii.
— Może pani tymczasem przejdzie się nieco pod palmami?
Z dłońmi w kieszeniach angielskiego kostiumu, z odrzuconą trochę w tył głową, pod dużym białym kapeluszem mocno z czoła zsuniętym, szła cokolwiek naprzód krokiem lekkim i tanecznym.
Nie mógł się powstrzymać od uwagi:
— Pani chodzi czasami, jak gdyby naprawdę stopami ziemi nie dotykała!
Odwróciła się ku niemu z powabnym uśmiechem.
— Czy tylko czasami?
— Jeśli mam być rzeczowym, to tak. I to jest właśnie takie nadzwyczajne, że nie jest pani zawsze jednakowa. Są dni, a może nawet godziny w dniach, kiedy pani przemienia się cała i zaczyna promienieć życiem, lekkością, swobodą...
Konie były już gotowe. Dostrzegłszy z dala powóz, pobiegła żywo ku niemu, nie czekając na towarzysza. Ale i on zaczął biec za nią. Spostrzegła to i zaśmiała się.
— Kto prędzej! — zawołała.
Puścili się oboje pędem przez aleje palmowego ogrodu ku niesłychanemu zdumieniu i zgorszeniu przechodniów, szybko z drogi ustępujących.
Dopadli celu prawie równocześnie.
— Ja pierwsza — mówiła zdyszana, wskakując na stopień powozu.
— Znowu i wszędzie — odparł, usiłując jej podać rękę, za późno, gdyż siedziała już wewnątrz.
Usiadł obok niej.
— Więc dokąd pani każe jechać? Do Nicei, do Ventimille czy do La Turbie? W czwartą stronę świata, jak pani widzi, morze nam zagradza.
— A gdybym chciała przez morze?
Spojrzał na nią z nadzieją i wahaniem zarazem.
— Droga przez morze mogłaby nas wieźć na Korsykę, do Afryki lub... do Hiszpanii — rzekł znacząco.
Udała, że nie rozumie...
— Ponieważ konie są zwrócone w stronę Nicei...
— Więc tam pojedziemy! — wtrącił.
— Nie! Więc pojedziemy do Ventimille — zaśmiała się.
— Doskonale!
— A potem przez granicę do Bordighiery!
— Obawiam się — rzekł — zbyt wysokiego cła, przechodzącego nawet moje środki, gdy wiozę taki skarb...
— Tylko za własny skarb cło się opłaca! — odezwała się.
Konie szły noga za nogą. Kazała naumyślnie zwolnić biegu, aby patrzeć swobodnie na morze, tuż poniżej drogi o skały się rozpryskujące. W miejscach, gdzie brzeg był nieco płaski, najczęściej przy ujściu potoków, tworzyły się małe piaszczyste plaże, na które fala wślizgiwała się z szelestem, szeroko się rozlewając. W jednym takim miejscu miała ochotę kazać zatrzymać powóz i zrzuciwszy trzewiki, po gorącym piasku wbiec boso w tę zimną wodę i czuć na nogach jej pokorne, pieszczotliwe łaskotanie.
Powstrzymała ją od tego obecność towarzysza, który prawdopodobnie zbyt by był jej wybrykiem zdumiony. Ażeby się oprzeć pokusie, obróciła oczy na lewo. Szeroki wąwóz, raczej dolina potokiem przerżnięta, ciągnęła się kędyś w głąb gór, wypełniona cała oliwnymi gajami. W dali, popod arkady śmiałego wiaduktu kolejowego, błyszczało pośród szarej zieleni białymi domami jakieś miasteczko wśród gajów i nagich nad nimi skał ukryte. Tuż obok drogi ciągnęły się zagony czerwonej ziemi pełnej grubego żwiru, ale nadzwyczaj urodzajnej, pokryte młodymi sadzonkami palm, goździkami albo całymi zaroślami niskich, rozkwitnionych czerwonych, białych i żółtych róż.
Owdzie znowu, za wąwozem, kiedy skały więcej zbliżały się do morza, wyłaniała się nagle na nadwodnym cyplu stojąca willa, otoczona sadem drzew pomarańczowych, brzoskwini, migdałowych krzewów, fig, oliwek starych i rosochatych, smukłych cyprysów i pierzastych palm.
— Chciałabym tu mieszkać! — wykrzyknęła mimo woli.
Rodriguez pochylił się ku niej.
— Wszakże to tylko od pani woli zależy! — rzekł głosem niemal błagalnym.
Udała znów, że nie rozumie. Bawiła ją ta gra, zajmował ją młody, zakochany, wytworny i cudowny człowiek, przy niej siedzący. Ilekroć spojrzała nań, czuła, że gorący dreszcz przechodził jej nerwy. Czuła jednak mimo wszystko, że panuje nad sobą i nad nim. I z brawurą niesłychaną usiłowała go pogrążyć tak, aby on już nad sobą nie panował. Robiła to świadomie, nie zdając sobie jednak sprawy z tego, że gra może się stać niebezpieczną. Zresztą, podobał jej się. Co innego nawet jej przez myśl nie przeszło.
Nareszcie, gdy konie ruszyły znów wyciągniętego kłusa, Rodriguez nachylił się ku pani Zośce.
— Niech pani ma litość nade mną!
Ruszyła ramionami, wznosząc równocześnie cokolwiek w górę subtelne brewki.
— Czy ja panu co złego zrobiłam?
— Przecież pani widzi, że ja panią... kocham!
Dreszcz łaskotliwy i słodki przebiegł znów całe jej ciało. Przymrużyła nieco powieki.
— I co?
— Zrobię wszystko, co pani zechce! Wszystko! Niech pani tylko powie jedno słowo...
— Muszę powiedzieć po angielsku, bo po francusku mogłaby być dwuznaczność.
— Więc —?
— I like you.46
— Seulement? Comme un petit chien?47
— Nie. Jak piękną rzeźbę, którą się z przyjemnością ogląda w muzeum.
Mówiła spokojnie, z lekko drwiącym niby uśmieszkiem, ale równocześnie szczęki zaciskały jej się kurczowo i dziwne gorąco biło jej z piersi do krtani.
— I nic więcej? Nic? — pytał coraz natarczywiej, wciąż ku niej pochylony. Oczy płonęły mu jak dwie żagwie...
— A cóż pan więcej mógł chcieć?
Niespodziewanym ruchem chwycił ją w ramiona, szukając żądnymi ustami jej ust.
Nagle uczucie wstrętu targnęło całą jej istotą. Bunt jakiś, nie wiadomo skąd wstające obrzydzenie, prawie nienawiść.
Pchnęła go silnym ramieniem od siebie.
— Cocher! Arretez!48
Woźnica zatrzymał się momentalnie.
Wyskoczyła lekko z powozu.
Rodriguez usiłował ją przepraszać. Ręce złożone przycisnął do piersi.
— Senora! Proszę mi darować! Będę jak dziecko posłuszny...
Patrzyła nań przez chwilę jakimś obcym, twardym wzrokiem. Kąciki ust jej zadrgały, jakby do płaczu...
Zaśmiała się nerwowo.
— Och! Drobnostka.
Ruchem ręki kazała zsiąść stangretowi. Ledwie się znalazł na ziemi, wskoczyła zręcznym, lekkim rzutem na kozioł i pochwyciła lejce.
— Proszę wrócić koleją do domu! — krzyknęła zdumionemu woźnicy, rzucającemu złoty pieniądz na rękę — i nim się mógł spostrzec i zaprotestować, zawróciła konie na miejscu, puszczając je wyciągniętym kłusem na powrót w stronę Monte Carlo.
Wiatr ją uderzył w twarz i suszył jej jakieś głupie, całkiem niewytłumaczone łzy, co jej się do oczu cisnęły.
Pochyliła głowę, lejce zebrała krótko w ręku, śmignęła biczem nad rwącymi się i bez tego końmi.
Zapomniała, gdzie jest i co robi, czuła tylko pęd i widziała przed sobą dwa wyciągnięte grzbiety końskie i dwie fale grzyw na przygiętych karkach. Błysnęły jej w pamięci lata dziewczęce, szeroki ukraiński step i jazdy po nim szalone...
Hiszpan siedział w powozie zupełnie bezradny i nie wiedział, co ma zrobić właściwie.
Mijając ostatnią stację kolejową przed Monte Carlo, pani Zośka zorientowała się jednak, że tak nie może wpaść do miasta — z młodym Hiszpanem w powozie.
Zatrzymała tedy konie przed dworcem i wysiadła.
— Dziękuję panu za przejażdżkę — rzekła, podając mu swobodnie rękę. — Siądę na pociąg.49 Czy pan umie powozić?
Konie robiły ciężko bokami, całe pianą pokryte.
Hiszpan zawahał się.
— Może jednak...
— Nie, nie. Niech pan sam wraca.
— Ale pani nie gniewa się na mnie?
— Och! Powiedziałam już: drobnostka! Szkoda tylko, że pan to zrobił, tak mi dobrze było z panem.
Skinęła mu głową i wbiegła do budynku kolejowego, spostrzegłszy właśnie, że pociąg nadchodzi.
W Monte Carlo wpadła tylko na moment do hotelu, aby się przebrać i poszła zaraz do kasyna.
Gdy krążyła między stołami — nie grała bowiem wcale — spostrzegła niespodziewanie Turskiego, który również grze się tylko przypatrywał.
— Szukam panią50 — rzekł, podchodząc ku niej z uśmiechem — już od wczoraj. Gdzie się pani podziewa?
— A pana jakie bogi tutaj sprowadzają?
— Mnie przysyła mąż pani — żartował — abym zobaczył, czy pani tu bardzo szaleje.
— Dzisiaj trochę szalałam, ale wie pan, że to jest nudne.
Rozmawiali ze sobą żywo i wesoło. Po pewnym czasie pani Zośka zagadnęła:
— Wie pan, że od pierwszego śniadania nic nie miałam w ustach i głodna jestem szalenie. Może pójdziemy gdzie co zjeść, jeśli pan nie ma nic ważniejszego do roboty.
— Służę pani. Zbliża się właściwa pora obiadowa.
Na ulicach światła się już paliły. Okrążyli kwietny gazon przed kasynem i zawrócili się na lewo w stronę restauracji Carlstown. Miejsce to wybrała sama Butrymowa w jakiejś nieokreślonej nadziei, że spotka tam dwie, dziś rano przed Cafe do Paris widziane damy, które — nie wiadomo dlaczego — zachciało się jej nagle znów zobaczyć.
Ale restauracja, zapełniająca się zazwyczaj dopiero późną nocą, pusta była prawie zupełnie o tej porze. Zaledwie tu i ówdzie siedziało przy obiedzie jakieś małe i bardzo przyzwoite towarzystwo, obsługiwane przeważnie przez większą ilość lokai niż samo członków liczyło.
Usiedli obok ogromnego okna, nie pozwalając zapuszczać firanek.
— Lubię czasem patrzeć na ulicę — mówiła pani Zośka — zwłaszcza że ludzie zwykle lepiej wyglądają z daleka i przez szybę, niż w bliższym zetknięciu.
— Czy się pani zdążyła już o tym przekonać? — wtrącił lekko.
Odpowiedziała mu całkiem poważnie.
— Przekonuję się ciągle i zawsze, a to najgorsza51, że czasem nie wiem, czy ja sama temu przypadkiem nie jestem winna.
Posmutniała widocznie i patrzyła przed siebie szeroko rozwartymi oczyma. Spojrzał na nią badawczo.
— Co pani jest, pani Zośko? Panią spotkało dzisiaj coś nieprzyjemnego...
— Głupstwo! — zawołała nagle ze sztucznym ożywieniem. — Nie mówmy o tym. Chcę się czego napić. Niech pan każe podać koniaku.
— Może wypijemy flaszkę szampana?
— Nie! Nie znoszę wina. Koniak tylko...
Wychyliła szybko przyniesiony kieliszek i podsunęła go Turskiemu, aby go znów napełnił. Drugiego jednak nie piła. Trzymała szkło za szyjkę i przypatrywała się na pozór z wielkim zajęciem bursztynowemu płynowi.
Podano langusty tymczasem.
— Niechże pani je! — ozwał się52, usiłując przerwać jej nienaturalny nastrój.
Zaczęła jeść powoli.
Gdy Turski milczał, nie wiedząc, na jakie by właściwie tory sprowadzić rozmowę, ona sama po pewnym czasie jęła53 mówić i wypytywać go o to, co się dzieje w Krakowie, w Zakopanem, o teatr jego, o znajomych. Zauważył jednak, że odpowiedzi słucha z roztargnieniem, a nawet powoli zaczął nabierać przekonania, że ona w ogóle nie słyszy i nie rozumie tego, co on jej opowiada.
Wreszcie przy deserze przerwała mu jakieś opowiadanie nagłym pytaniem:
— Panie Romanie, niech mi pan powie...
— Słucham panią.
— Niech mi pan powie, czy się panu zdawało kiedy... to jest, czy pan ma także to wrażenie, że życie jest właściwie tylko po to, aby psuć człowiekowi to wszystko, co on sobie wyobrazi...
— To zależy, jak to będziemy rozumieć!
— Zupełnie zwyczajnie i po prostu, tak jak mówię. Przecież każdy człowiek ma pewne pragnienia i w fantazji przedstawia sobie spełnienie tych pragnień, jako coś bardzo pięknego i jasnego. A potem przychodzi życie i dzieje się wszystko na odwrót. Pokazuje się, że to wszystko jest w rzeczywistości wstrętne, ohydne, obrzydliwe!
— Pani Zośko, na tak postawioną sprawę nie można krótko odpowiedzieć. Trzeba by naprzód rozważyć przyczyny.
— A tak, przyczyny! Właśnie o przyczyny chodzi.
— W każdym razie niesłusznie się życie obwinia. Przecież życie to nie żadna stojąca ponad nami moc, lecz, owszem, to wykładnik własnej mocy naszej.
— Ach, Boże! Czyż okoliczności zewnętrzne nie przeważają zazwyczaj wszystko to, co my sami możemy!
— Nie.
— Powiedział to pan z takim cudownym przekonaniem.
— Tak, pani. Mówię to na podstawie doświadczeń własnego życia.
— Pan musi być inny!
— Nie sądzę. Życie nam daje wszystko, co potrzeba. Są tylko dwa nieodzowne warunki: trzeba umieć chcieć i trzeba wiedzieć dokładnie, czego się chce.
— A jeśli się nie potrafi ani jednego, ani drugiego?
— Ha, w takim razie...
— A widzi pan, a widzi pan! O to właśnie chodzi. Jestem tak strasznie, ale to tak strasznie nieszczęśliwa, że doprawdy powinnam się była od dawna utopić albo powiesić... Wszystko, co mi się wyśni jako cudowna bajka, zamienia mi się potem w rękach na jakąś płaską, pospolitą, brudną rzecz. Miałabym już tylko jedno pragnienie, niestety także niemożliwe: zamknąć się w pokoju bez drzwi i okien i zażywać haszysz i snuć całe życie swoje z fantazji, bez obawy przebudzenia kiedykolwiek.
Turski patrzył w zamyśleniu przed siebie.
— Ale pan nie słucha wcale tego, co ja mówię. Może pan ma rację zresztą.
— Owszem, proszę pani, słucham i myślę.
— I cóż pan wymyślił?
— Że pani prawdziwego nieszczęścia jeszcze nie miała.
— Ach! Tak to wy wszyscy potraficie odpowiadać. Tak i mąż mój mówi. Banalny, zdawkowy frazes, który nic nie znaczy. Więc gdy komu pójdzie życie zupełnie inaczej, niż było powinno, to nie jest nieszczęście najgorsze, owszem, jakie może być?
— A jak powinno było iść?
— Nie wiem. W każdym razie nie tak, jak idzie.
— A otóż to. Nie wie pani... Może to wszystko pochodzi stąd właśnie, że pani nie wie, jak życie pani iść powinno?
— Więc naprawdę nie pozostaje mi nic innego, jak tylko utopić się.
— Niech pani jeszcze poczeka. Warto jeszcze popróbować...
—Za późno. O, panie! Gdyby pan wiedział, jaka ja już jestem stara!
— Nie znać tego.
Oparła się brodą na wspartych o stół rękach.
— Czasem mi się zdaje, że mam chyba tysiąc lat. Nie umiem się wcale cieszyć. A tak bym chciała, tak strasznie bym chciała! I żeby mnie to chociaż kto pożałował.
Uśmiechnął się.
— Pani Zośko, jeśli o to chodzi, to ja panią żałuję bardzo serdecznie. Ale właściwie to pani ma dużo szczęścia w życiu.
— Ciekawam, jakie?
— Ma pani dziecko, które pani kocha...
Wzruszyła ramionami.
— Tak, Jacusia kocham bardzo, to taki jasny cudowny dzieciak, ale gdyby go nie było, toby się obeszło.
— Gdyby umarł?
Zatrzęsła się naraz cała.
— Nie, nie! Tego nawet niech pan nie mówi! Wiem, że nie przeżyłabym tego. Ale mógł się był przecież wcale nie narodzić. Nie miałam przed jego przyjściem na świat nigdy tęsknoty do posiadania dziecka... Pod tym względem więcej kobietą jest mój mąż, bo o dziecku marzył zawsze.
— Więc dobrze. Ale czyż pani nie jest zadowolona ze swego małżeństwa? Ma pani przy sobie człowieka dobrego i mądrego, znanego dzisiaj już w całym świecie naukowym...
— Tak, ale mogłabym przecież tak samo znać i lubić go, nie będąc wcale jego żoną. Małżeństwo jest zawsze czymś... nieprzyzwoitym, a przy tym krępującym obie strony... Może by i dlatego lepiej było, gdyby się był nie żenił.
— A, tego niech pani nie mówi! Ja będę bronił małżeństwa. Przecież to jest najcudowniejszy i jedynie możliwy sposób złączenia się i zżycia dwojga ludzi. Kocha się naprawdę tylko kobietę... Widzi pani, to jest tak pogodny dzień po różnych burzach życia, pogodny, jasny, cichy, słoneczny dzień...
Patrzyła nań trochę zdumiona.
— Rzeczywiście jest pan wymowny... Czy aby — zaśmiała się naraz — nie myśli pan sam ożenić się?
Zaczerwienił się mimo woli i skłonił głową.
— Tak, proszę pani.
Było to dla niej tak niespodziewane, że nie wierzyła prawie, iżby mówił poważnie.
— Pan? Pan się żeni!
— Czyż to jest tak bardzo dziwne?
— Nikt by pana o to nie był posądził. Z kimże?
— Jak się zwykle żenią kierownicy teatrów. Z jedną z moich artystek.
Rozbłysnęło jej nagle w głowie.
— Z księżną?
— Tak. Z księżną Heleną Hazarapelianową. Tej zimy odbędzie się ślub.
Pani Zośka zadumała się, zapomniawszy mu nawet złożyć życzeń.