VI
Przez kilka dni po otrzymaniu krótkiej karty od żony Butrym nie wychodził prawie ze swej uniwersyteckiej pracowni. Nawet syna zdał niemal zupełnie na opiekę jakiejś starszej krewnej, którą na czas nieobecności matki do domu sprowadził, widywał go zaledwie przez godzinę w południe, wieczorem bowiem, gdy wracał, Jacuś spał już zazwyczaj.
Ze znajomymi także niewiele się spotykał. Doktora Krasołuckiego odwiedził dwa czy trzy razy na krótką chwilę, Śniegocki przepadł mu tak, że o istnieniu jego wiedział już tylko z ogłoszenia o wykładach, przybitego na czarnej tablicy w uniwersyteckim przedsionku.
Żył sam i myślał. A myśli jego w dwie rozchodziły się strony, jakby dwie gałęzie jednego drzewa... I ta tylko była różnica, że w jednym kierunku myśli uporczywie zwracał wolą i nie dochodził w nim właściwie do żadnego rezultatu, podczas gdy w drugim same, gdy ich nie pilnował, uciekały i przynosiły mu niespodziewane wyniki, których wcale nie pragnął.
Chciał myśleć o pracy swojej i o nieprzewidzianym wdzierającym się w nią „człowieku z gwiazd”. Oszołomiony początkowo niepojętymi rewelacjami Persa, w miarę jak rzeczy postępowały, nie był rad z tego, co się stało. Przez lata całe wznosił gmach i — mimo chwil zwątpienia i pesymizmu, nachodzących go jak wszystkich zresztą pracowników wielkich myśli — wiedział, że choć wznosi się on powoli, postawiony jest na niewzruszonym fundamencie i zbudowany z cegieł, z których każda osobno zbadana jest, wypróbowana i oceniona. Fantazja, święta fantazja uczonych i proroków, słusznie nazywana natchnieniem, rodzicielka wiedzy i postępu, szła przed jego pracą i pokazywała mu możliwości, ku którym potem krok za krokiem zmierzał, oświetlała mu niespodziewanymi błyskami drogi ukryte i niedostrzegalne mosty nad przepaściami, ale nie mąciła nigdy miarowego kroku jego pochodu, nie podsuwała mu baniek mydlanych ani mgły, miast głazu, którego do budowy potrzebował.
I teraz nagle zmieniło się wszystko. I to jakby przez ironię czy ukrytą zawiść przyrody zdarzyło się jemu, który w Europie całej wśród uczonych miał opinię najbardziej w przypuszczeniach swych śmiałego, lecz w konstrukcji najwięcej i najnieubłaganiej trzeźwego myśliciela!
Oto przyszedł człowiek nieznajomy, który mu naraz przewrócił wszystko do góry nogami. Człowiek, mówiący czasami rzeczy przedziwne i wielkie, czasami śmieszne, ale zawsze nieudowodnione, człowiek żądający dopiero od niego uzasadnienia swoich rojeń czy widzeń niepojętych...
Do czego to wszystko wiedzie? Jaki ma sens? Czy bodaj w czymkolwiek postęp ludzkiej wiedzy oznacza? Wszakże nie o wiarę tutaj chodzi, nie o objawienie, nie o zgadywanie bytu, choćby przypadkowo najtrafniejsze, ale o wiedzę!
Wytężał umysł, aby ten węzeł rozwikłać i zdecydować się nareszcie co ma robić: czy iść na oślep za dziwnym przybyszem, czy też pozbyć się go po prostu jak natręta, co mu nieproszony przyszedł mącić jasną i górną pracę. Złość go zbierała coraz większa, ale w chwilach, kiedy już prawie postanowił powiedzieć Firdussiemu, że nic z nim więcej nie chce mieć do czynienia, przypomniało mu się naraz, że ten człowiek przecież za pierwszym od razu spotkaniem zdołał zajrzeć jasnowidzącym wzrokiem w jego pracę ścisłą i jeszcze dla świata tajemną i — fantasta, obłąkaniec czy szarlatan — wykrył w niej jednak odruchowo czysto mechaniczny a niedostrzegalny błąd, który miał w rezultacie wszystkie dociekania jego wniwecz obrócić! Ten fakt nie ulegał jednak wątpliwości i trzeba się było z nim liczyć.
Rozkładał ręce bezradnie i zaczynał z zawziętym uporem o całej sprawie myśleć na nowo od samego początku, aby w końcu znowu do żadnego mądrego nie dojść wyniku...
To była jedna linia jego myślenia, na której utrzymywał się całym wysiłkiem woli. W drugą za to stronę myśli jego niejako własnym ciężarem spadały...
Gdy wracał wieczorem do domu, odwiedzał zazwyczaj śpiącego już synka, i przypatrzywszy się jego jasnej, cichej, spokojnie na poduszce złożonej główce, szedł do swego pokoju niby z zamiarem pisania jakichś listów lub przeczytania książki, mającej go oderwać od całodziennego zajęcia. Ale na biurku leżał od szeregu dni ostatni list żony. Ołówkiem napisana mała kartka wydarta z notesu.
„...powiem Ci tak otwarcie, lepiej nie przyjeżdżaj do mnie wcale...”
Słowa te nieodmiennie wpadały mu w oko, ilekroć tylko usiadł przy biurku i wywoływały niedające się już powstrzymać skojarzenia. Nie był podejrzliwy i ani na chwilę nie przypuszczał, aby żona jego miała przed nim coś do ukrycia i dlatego obawiała się jego obecności. Nie, nie! Taka myśl nawet przez sen nie postała mu w głowie. A jednak prawie żałował tego.
Zdawało mu się bowiem, że takie podejrzenie byłoby mniej nieznośne, niż to, co czuł. Wówczas byłoby coś, z czym by mógł walczyć, czemu by się mógł przeciwstawić, przed czym by wreszcie mógł bronić siebie i tego, co mu się szczęściem wydawało. Tymczasem zaś czuł tylko, że jest źle. Czuł, że żona po prostu odchodzi od niego, nie fizycznie, ale moralnie, że staje mu się z każdym dniem dalsza i to z nieznanych mu przyczyn, którym przeto on przeciwdziałać nie może.
Zepsuło się coś i obawiał się, że się to już naprawić nie da, choć pragnął tego tak strasznie, że czasem aż wstyd mu było swego pragnienia i swojej — jakby postronny widz nazwał — słabości.
A właściwie, czy się zepsuło? Czy nie było raczej źle od początku, jeno54 on tego tak jasno nie widział, jak teraz?
Przebiegał w pamięci historię całego swego małżeństwa od pierwszych dni aż po czasy ostatnie.
Z początku...
Tak, z początku miał był wrażenie, że to on jest właściwie kochany przez tę dziewczynę, którą był wziął, żywą umysłem i pełną tęsknot nieokreślonych, zaufaną w sobie i rzucającą się w życie na oślep, a naprawdę tak strasznie życia nieznającą i taką bezradną. Miał dla niej wówczas coś z pobłażliwego, głębokiego uczucia brata starszego czy opiekuna... Chciał ją prowadzić, nauczać, stworzyć sobie w niej towarzyszkę i przyjaciela.
Może to tutaj właśnie leżał błąd?
Wszakże przypomina sobie jak później — o! znacznie później — rzuciła mu raz w jakimś nagłym rozdrażnieniu: Tyś mnie właściwie nigdy nie kochał! Byłam młoda i piękna i warta miłości, a tyś dla mnie nigdy nie oszalał!
Ach, tak! Tak... więc trzeba było oszaleć jak Turski dla księżnej Heleny, jak tylu innych, tracących i siebie, tracących swą wartość i moc, aby strzępy życia bezużyteczne uwielbianej kobiecie złożyć u nóg. Aby triumf miała. Tylko po to, aby miała ten triumf w duszy: Taki był, a ja to potrafiłam z niego zrobić! Zupełnie jak dziecko dumne, że odporną i na pozór niezniszczalną zabawkę jednak zepsuć i rozłupać zdołało!
Spostrzegł, że myśli jego idą w fałszywym kierunku.
— Rozumuję za siebie — szepnął. — Powinienem w tym wypadku z jej stanowiska rozumować, a raczej czuć!
Była naprawdę młoda i piękna, i warta kochania. Tęsknota za życiem trzepotała się w niej jak ptak, który chce z klatki na świat boży wylecieć. A on ptaka brał w dłoń i pragnął uspokoić, i mówił mu różne mądre rzeczy, i był dobry dla niego, gdy ptak chciał tylko lecieć!
Ha, ha, ha!
„Tyś mnie właściwie nigdy nie kochał...”
— Zośka! — Jęknęło mu coś w piersi — Zośka, Bóg świadkiem, że cię kochałem i kocham teraz z każdym dniem więcej.
„A tak! Teraz!...”
Żachnął się niecierpliwie.
— Więc o co, o co chodzi nareszcie? — mówił sam w sobie.
Przecież chciałem, żebyś myślała razem ze mną, razem ze mną czuła... Wytężałem wszystkie siły...
Zdało mu się, że głos jej słyszy:
„Tak, ale ty nie myślałeś, nie czułeś wraz ze mną”.
Zaśmiał się nieco wymuszonym, wzgardliwym śmiechem.
A to doskonale! Nie myślał z nią, nie czuł. I cóż on mógł z nią myśleć, będąc w swych myślach tak nieskończenie od niej wyżej? Co z nią miał czuć, jeśli nie to, aby stworzyli razem rodzinę, aby szli przez życie ręka w rękę we wzajemnym zaufaniu, w głębokiej, cichej i pewnej miłości?...
A tymczasem gdzież było to zaufanie? Po kilku miesiącach już spostrzegł, że ona pokrywa się z wolna jakąś nieprzenikliwą dla niego łuską, że dusza w niej obrasta niby w perłę gładką i nieprzezroczystą i zapada przed nim coraz bardziej w głąb...
Zajęło go zrobione przypadkowo porównanie. Tak, w perłę, w której wnętrzu jest może tylko ziarnko piasku... Całą pięknością tego tworu jest jego pokrywa nieprzenikniona i lśniąca!
Tak mówił, tak wmawiał w siebie, ale w duszy czuł ból.
Powoli, powoli, nie wiadomo nawet, jak i kiedy zaczęły się lata walki zajadłej i nieubłaganej, która z jego strony była walką o szczęście.
A z jej strony?
Ruszył ramionami.
— To już wszystko jedno. Wiem tylko, że w tej walce zaczynam przegrywać...
Myśl podsunęła mu słowo: przegrałem, ale nawet szeptem nie zdołał go wypowiedzieć.
Wzbierał w nim żal coraz okrutniejszy, coraz bardziej głęboki i mściwy. Przypomniał sobie dni i tygodnie, i miesiące, o których nie tylko mówić przed nikim głośno nie zdołał, ale nawet bał się w samotności myśleć jasno, tak mu było wstyd, że je musiał znieść i przetrzymać. Właściwie — na pozór — żona żadnej mu nie zrobiła krzywdy, a jednak całe zachowanie się jej wobec niego, który jej przecież był najbliższy, było jedną obelgą, jednym ciągłym i nieustannym ranieniem jego uczuć, jego duszy, istoty jego całej. Bez żadnego widocznego powodu przechodziła koło niego tak jak koło kawałka drzewa, niczym jej były wszystkie jego myśli, praca jego życia. Udawał początkowo, że tego nie widzi, później usiłował pokonać jej obojętność tym większą ze swej strony miłością i dobrocią, wreszcie — gdy to nie skutkowało — zaczynał wybuchać, były dni i godziny, że znęcał się nad nią słowami aż do okrucieństwa, poniewierał w zupełnie głupi sposób jej godność i miłość własną z jakąś nieświadomą, dziecinną nadzieją, że gdy ona pocznie krzyczeć z bólu, on w tym krzyku usłyszy jednak coś, co nie będzie ową zabijającą go obojętnością.
Wszystko jednak było zarówno zupełnie daremne. Gdy obojętność sam udawał, pani Zośka zdawała się tego wcale nie spostrzegać, raczej jakby zadowolona z takiego stanu rzeczy, serdeczność jego także przechodziła bez wrażenia, co najwyżej miał za nią czasem w zapłacie grzeczny uśmiech powierzchownej wdzięczności, jeżeli w ogóle raczyła zauważyć, że on jest dla niej serdeczniejszy niż zwykle. Daleko częściej nie widziała tego zupełnie i nie zmieniała w niczym swego postępowania, albo — co gorsza — okazywała wprost, że ją nudzi i nuży to „śmieszne jego nadskakiwanie...”
Uczucie krzywdy bolesne i dzikie wzbierało w sercu wtedy i kotłowało się, ale i wybuchy nie prowadziły do niczego. Pani Zośka słuchała ich początkowo obojętnie, ruszając jeno55 wzgardliwie ramionami, potem zaczynała się uśmiechać swoim zwyczajem nerwowo irytująco, a gdy w końcu czasem wybuchnęła płaczem, to łzy jej nie były nigdy niczym innym, jak tylko wyrazem zdenerwowania i prawie fizycznego jeno umęczenia.
Och! Jakże często i jak strasznie pragnął usłyszeć z ust jej skargę, wyrzut: „Czemu ty taki jesteś dla mnie niedobry? Dlaczego się nade mną znęcasz?”. Byłby jej wtenczas do nóg padł, byłby ręce całował, ustami łzy osuszał z twarzy i przepraszał ją, i szalał z radości, że jej jednak na tym zależy, żeby on był inny dla niej!
Ale nic z tego wszystkiego, nic, nic. Po sprzeczkach odchodził do swego pokoju, nie mając żadnego pretekstu do pogodzenia się, do przyciśnięcia ust do jej ręki, czego tak strasznie, tak obłąkanie pragnął! I zły był na siebie, i męczył się i nadsłuchiwał, czy kroków jej zbliżających się nie posłyszy, i z równym natężeniem myśli, z jakiem oddawał się obliczaniu gwiaździstych dróg na niebie, usiłował wyszukać jakiś śmieszny, dziecinny pozór, aby wejść jeszcze do jej pokoju i ręce do niej wyciągnąć i powiedzieć to, co ciągle miał w sercu, gdy ustami mówił jej rzeczy przykre: Zośka, Zośka! Przecież to wszystko dzieciństwo! Czemuż my się tak dręczymy?
Odkrywał często nowe drogi gwiazd na niebie, ale takiego pozoru wynaleźć nie umiał, więc nie mogąc się zdobyć na serdeczne słowo bez pozoru, uciekał z domu albo kładł się spać i budził się nazajutrz z bolesną i ciężką pamięcią tego, co zaszło... A ona, gdy się rankiem spotkali, mówiła z nim tak jak zawsze uprzejmie, obojętnie, chłodno o sprawach codziennych, jak gdyby wszystko było w najzupełniejszym i naturalnym porządku.
A ludzie naokół, gdy ich spotykali razem, wesołych i uśmiechniętych, gdy patrzyli w słodkie, dobre oczy pani Zośki, gdy widzieli jej spokój i swobodę, i jasność, którą ze siebie wypromieniować umiała, zazdrościli mu powszechnie wyjątkowo szczęśliwego domowego pożycia!
Oto zrobił ostatni, heroiczny wysiłek i wysłał żonę na kilka tygodni samą w świat, między ludzi, w okolicę nadmorską, o tej porze najbardziej życiem tętniącą, w tej nadziei, że inną, więcej ożywioną powróci, gdy wśród tych wszystkich zabaw i wspaniałości zatęskni do domu i dziecka, może i do niego... Czekał od niej dobrego słowa, wyrazu cieplejszego, czegoś zresztą niespodziewanego, czego nie umiał nazwać sam.
I oto co miał od niej: dwa czy trzy listy krótkie, pobieżne i przykre i w końcu tę kartkę, leżącą teraz przed nim na biurku, w której niby łagodnie, a przecież brutalnie odtrącała jego towarzystwo, z którym się — może zbyt pośpiesznie? — zaofiarował, zatęskniwszy za nią wpierw, niż ona za nim i więcej, niźli się sam spodziewał.
Ten łańcuch myśli jego, codziennie od nowa aż do tego punktu snuty, urywał się tutaj na jakimś posępnym i niezmiernym ciężarze. Koniec. Dalej nie może być już nic. Nigdy nie będzie inaczej. Trzeba prowadzić nadal życie dotychczasowe, z pozornym swobodnym, szczęśliwym uśmiechem na twarzy i jeno nie okazać, nie okazać, na miły Bóg! że to tak strasznie boli!
Stawał przed tym wynikiem myślenia swojego jak przed żelazną ścianą i szukał jeno miejsca, gdzieby się na niej wygodniej oprzeć czołem, wiedząc, że nie pójdzie już dalej i stąd się nie odwróci, lecz zostać tak musi na zawsze, na zawsze!
Za ból jednak swój, za to, co — słusznie czy niesłusznie — jako krzywdę swą odczuwał i rozumiał, wzbierał w duszy tępą nienawiścią do tej ukochanej nad wszystko kobiety i tak ślepą, że nie umiałby się już dopatrzeć, co było własną jego winą w tym wszystkim, co się stało, a co losu przypadkiem, a co wreszcie jej rzeczywistym zawinieniem...
Budziły się w nim wprawdzie w pewnych momentach niejasne przeczucia, że ona właściwie nie jest niczemu winna, bo w niczym nie chciała źle, i że jeśli w ogóle o winie może być mowa, to on sam raczej wszystko złe swoim nierównym postępowaniem sprowadził, i tym, że jej jako kobiety nigdy zrozumieć, nie zdołał, ale przytłumiał owe przebłyski z niechęcią, podejrzewając w nich objaw zwykłej słabości mężczyzny wobec kobiety i płynącej z niej ochoty do obwiniania się i kajania w idiotycznej tak zwanej „wspaniałomyślności” wobec rzekomo słabszego stworzenia.
Zaciekł się więc i zaciął w sobie zgoła dziecinnie. Na list żony nie odpowiedział wcale i postanowił nie pisać więcej, a gdy nadejdzie pora jej powrotu, wyjechać dniem wprzódy samotnie na kilka tygodni w świat, nie zawiadamiając jej o tym.
Tak postanowił i ukrywał w dłoniach twarz i palce gryzł, aby nie płakać i nie powtarzać: Zośka, Zośka, dobra bądź! Ja ciebie tak kocham...
Wróciwszy do domu nieco później niż zwykle, Butrym przeszedł na chwilę jak zawsze do dziecinnego pokoju, ze świecą tylko w ręku, aby zapaleniem światła elektrycznego nie rozbudzić śpiącego już syna.
Stanął nad łóżeczkiem i zadumał się.
Chłopak spał z przechyloną na bok głową, z jasnymi, krętymi i bujnymi włoskami, rozsypanymi w krąg na białej poduszce. Był w tej chwili przedziwnie do matki podobny. Profil jego, dziecięco jeszcze zaokrąglony, nabierał już z wolna subtelnej i delikatnej linii macierzystej, szczęki rozwijały się silnie w energiczny podbródek i włosy miał tak samo jasne i faliste, tak samo jak ona. Czoło jeno było odmienne: ojcowskie czoło szerokie w skroniach i równo ku górze sklepione...
Zacisnął piąstki obie, jedna wraz z pulchnym ramieniem, wysuniętym z rozpiętego rękawa koszulki, leżała obok głowy na poduszce, drugą przyparł do piersi jakimś energicznym i stanowczym ruchem. Butrym, schyliwszy się nieco, dostrzegł, że trzyma w niej małego ołowianego żołnierza, którego upodobał sobie nie wiadomo dlaczego najwięcej z całego pudełka i nawet w nocy się z nim nie chciał rozstawać.
Postawił świecę na stole i usiadł. Przypomniało mu się, z jaką tęsknotą niegdyś przyjścia na świat tego dziecięcia oczekiwał i jak to może był jedyny okres, kiedy żona jego z bezbronnym i pełnym ufności oddaniem się głowę o jego ramię opierała.
Nie zawsze, nie zawsze! Były i takie dni, że zamykała się w sobie i siedziała całymi godzinami zapatrzona w dal, przerażona niemal tą tajemnicą życia, która się w niej rozwijała bez udziału jej woli i świadomości.
— To takie straszne! — mówiła raz — czuję, że, to nie ja wydaję dziecko na świat, ale natura wybrała mnie po prostu za środek, aby pełnić swoje dzieło i nową istność stworzyć bez względu na to, czy to dobre jest dla mnie, czy nie...
Objął ją wówczas ramieniem. Usunęła się od niego.
— Odejdź, odejdź! Ludzie się kochają czy szaleją za sobą, czy też po prostu tylko ze sobą żyją, nie myśląc o niczym, a przyroda tymczasem tak podstępnie zakrada się i korzysta ze sposobności, aby tworzyć, tworzyć, tworzyć!
— Czyż to nie jest właśnie cudowne? — rzekł.
Ruszyła ramionami.
— Nie. Przede wszystkim upokarza mnie to i poniża jako człowieka, jako kobietę. Przecież ja o tym dziecku wcale nie myślałam, ani nie chciałam go, a wydać je na świat muszę. A po wtóre, do czego zmierza to tworzenie ciągłe i ustawiczne nowych bytów nie wiadomo na jaki los? Jaką poniewierkę? Jaką krzywdę życia?
Nie kochała dziecka, które miało przyjść na świat, miłość jej macierzyńska zbudziła się dopiero z pierwszym jego krzykiem i wzrastała w miarę, jak się rozwijało i rosło, aby dojść wreszcie do zupełnego zaparcia się siebie samej dla niemowlęcia.
Ale i to było u niej dziwne i skomplikowane. Myślą ciągle przy dziecku, nie zaniedbała go nigdy dla żadnej zabawy ani rozrywki, nie pozwoliła się nikomu przy nim wyręczyć, po nocach, na pierwsze poruszenie się malca w kołysce, nim piastunka zdążyła oczy otworzyć, ona była już przy nim na nogach, wyrzekała się snu, towarzystwa, pracy swojej, wszystkiego, ale robiła to wszystko bez wewnętrznego zadowolenia, bez rzeczywistego szczęścia macierzyńskiego.
Butrym patrzył na to i dziwił się, bo sam nie czułby się zdolnym do takiego zupełnego poświęcenia się dziecku, choć zdawało mu się, że je więcej kocha niż ona. Dziwił się tak, jak się poprzednio dziwił, nim się chłopiec narodził, że ona nienarodzonego nie kocha i nie pragnie. I wówczas nawet robił jej z tego nieraz gorzkie a śmieszne wyrzuty, wówczas, gdy ona — słaba i ociężała — najwięcej owszem dobroci jego i delikatności potrzebowała.
Przypomniało mu się to teraz znowu, gdy patrzył na śpiącego syna.
— Kto wie, czy nie tam właśnie leży największa część mojej winy? — szeptał do siebie. — Gdybym wtenczas był inny...
Ach, Boże! Śmieszne rozpamiętywanie rzeczy minionej i niepowrotnej. Stało się. Zresztą ona też nie jest bez winy. Czemu zawsze i wszystko mówić głośno, gdy się może wiedzieć, że to kogoś drugiego rani? Że mu się to musi wydać potwornym?
A jednak ta kobieta przecież dała mu największe szczęście życia, wbrew własnym chęciom, z własną nawet może ofiarą: tego oto malca jasnego, który śpi w tej chwili tak cicho z ołowianym żołnierzem w zaciśniętej piąstce...
— A gdyby... a gdyby?...
Jakaś niewyraźna nadzieja zaczęła się budzić w sercu Butryma. Przecież w tym nie ma żadnego niepodobieństwa! Gdyby tak jeszcze kiedy przedziwna opatrzność zrządziła... Och, Boże! Żeby zobaczyć jeszcze na jeden moment tu jej wzrok, szukający w nim oparcia, poczuć na ramieniu jej dłoń bezbronną, słabą!... Wówczas nie umiał cenić swego szczęścia, tak głupio się zachowywał, psuł wszystko brakiem wyrozumiałości i tym wrodzonym sobie popędliwym usposobieniem. Dziś byłoby inaczej, dzisiaj naprawdę nosiłby ją na rękach, klęczałby u jej nóg, zniósłby wszelką niesprawiedliwość, wszelki kaprys, wszystko! Byłby tak dobry, tak dobry dla... niej, że musiałaby wreszcie odczuć i zrozumieć... i powoli życie ich ułożyłoby się inaczej, tak jak od początku ułożyć się było powinno.
Wsparł ręce złożone na poręczy dziecinnego łóżeczka i czoło do niej przycisnął.
Marzył o możliwości posiadania drugiego dziecka jako o ostatnim ratunku w tej topieli, w którą zapadł już bez rady i nadziei ocalenia. Śniły mu się jakieś słodkie wieczory, wespół z żoną spędzane w zacisznym pokoju, rozmowy długie, prowadzone półgłosem, przechadzki we dwoje, uśmiechy, pokrywające wszystko, co było złe, i dnie oczekiwania, i dnie radości... A potem, potem dwoje dzieciaków, bawiących się razem w tym pokoju, gdzie teraz Jacek pod opieką służącej długie godziny przepędza i ich dwoje, pogodzonych wewnętrznie, zjednoczonych, patrzących z cichym uśmiechem na ustach na dziecięce zabawy.
Jacuś się zbudził.
— To tatuś jeszcze nie śpi? Przecież jest noc.
— Idę zaraz spać, synku. Chciałem ci tylko dobranoc powiedzieć.
— A o co tatuś płacze?
— Ależ... to ci się tylko zdaje. O cóż bym ja płakał?
— Może dlatego, że mamusi nie ma?
— Tak, może dlatego... Ale właściwie to wpadło mi tylko coś do oka. Śpij już, śpij...
— Zaraz będę spał. A gdzie jest ten niedźwiedź?
— Jaki niedźwiedź?
— No, ten co tu był. Wie tatuś, ten co tu napisane jest o nim w mojej książeczce: Złego wilka ty się strzeż, lecz pan niedźwiedź dobry zwierz! To był bardzo poczciwy niedźwiedź, ja się z nim właśnie bawiłem, kiedy usłyszałem, że tatuś płacze.
— To ci się śniło, synku. Zamknij oczka, a dobry niedźwiedź znowu przyjdzie.
— I aniołek też?
— Także.
— I będzie się bawił ze mną i z niedźwiedziem?
— Tak jest, śpij tylko.
— Chłopiec przymykał już oczy, gdy naraz zerwał się i siadł w łóżeczku.
— A może to mamusia przyjechała w nocy i tatuś dlatego nie śpi?
— Nie, mamusia jeszcze nie przyjechała, ale przyjedzie wkrótce, gdy będziesz spał grzecznie.
— Kiedy ja nie wiem, co to jest: wkrótce. Czy to jest więcej jak tydzień, czy tyle, co palców u mojej ręki?
— Ja sam, dziecko, nie wiem, co to jest wkrótce... Czasem to może być nigdy...
— A nigdy czy to jeszcze dłużej, niż tydzień?
— Nie pytaj już. Śpij.
— Dobrze, ale niech mi tatuś opowie bajkę o wronie.
— Była sobie raz jedna wrona i leciała nad szerokim, szerokim śnieżnym polem. Leciała dzień i noc, i znowu dzień, i nie wiedziała, jak jeszcze daleko do końca. I spotkała lisa, który biegł również przez to pole i zapytała go: Mój lisie, czy ty nie wiesz, jak to daleko do końca? A lis przystanął i zdziwił się: Do końca? Ja nie wiem, czy jest koniec. Ja biegnę, biegnę, biegnę, biegnę... Więc wrona leciała znowu dzień i noc, i jeszcze dzień...
— A czy ona widziała w nocy?
— Troszeczkę. Tyle co i we dnie. I spotkała znowu wilka, co biegł przez to pole, w inną stronę, od dawna już. Więc wrona woła: Wilku, mój wilku, zatrzymaj się i powiedz, jak to daleko do końca? A wilk stanął i zdziwił się: Jak daleko? Ja nie wiem, czy jest jaki koniec. Ja biegnę, biegnę, biegnę... Więc wrona leciała znowu, leciała...
Było już około północy, gdy Butrym w swoim pokoju wyciągnął kartkę listowego papieru i zaczął pisać:
„Moja Ty droga, Ty jedyna! Chciałbym jakim sposobem zmusić Cię, abyś w tej chwili była myślą przy mnie, tak ja jestem przy Tobie. Po co my się tak strasznie męczymy wzajemnie, kiedy właściwie nie powinni byśmy mieć sobie nic do zarzucenia? Troszkę dobrej woli z jednej i z drugiej strony, a byłoby tak jasno i tak szczęśliwie! Czy to tak trudno zdobyć się na odrobinę dobrej woli? Czasem mam po prostu wrażenie, że jesteśmy dwojgiem całkiem głupich dzieci, które z błahego powodu nie chcą się bawić razem, choć mają do tego ochotę, i boczą się na siebie, i rozżalają się coraz więcej, aż wreszcie naprawdę mogą się zacząć nie znosić... Zośka! Nie powiem ci nawet o czym dzisiaj myślałem, siedząc przy łóżeczku Jacka. Wiem, że gniewałabyś się na mnie, gdybym powiedział, a jednak zdaje mi się, że to, com myślał, byłoby jedynym dla nas ratunkiem... Dla nas obojga, Zośka, bo i Ty nie jesteś szczęśliwa w tych stosunkach, które się nie wiadomo kiedy i z czego wytworzyły. Ale nie mówmy już o niczym. Daj mi ręce swoje i jeśli Ci to nieprzyjemnie, że ja je całuję, tak bardzo, tak bardzo całuję, to nie daj przynajmniej poznać po sobie. Gdy się człowiek przyzwyczai uśmiechać, to wreszcie robi się naprawdę wesoły. A wiesz, do czegośmy się przyzwyczaili? Oto do tego, aby okazywać, że nam nie jest dobrze ze sobą, a to nieprawda, po tysiąckroć nieprawda! Jeśli nie jest dobrze, to mogłoby jednak być tak strasznie dobrze, gdybyśmy tylko chcieli. Gniewam się teraz na Ciebie i wmawiam w siebie czasami, że Cię nienawidzę po prostu dlatego, że Cię tak strasznie, strasznie kocham! Nie wiem już sam, co mam robić, aby dobrze było. I nie wiem wreszcie, po co ja to wszystko piszę, bo przecież tego listu i tak nie wyślę do Ciebie”.
Wstał, przedarł papier i rzucił do kosza.
W kawiarni spotkał naturalnie doktora Krasołuckiego.
— Myślałem już, moje złoto, żeś umarł, nie zawiadomiwszy mnie nawet o dniu swojej śmierci — rzekł grubas na przywitanie. — Gdzieżeś to tkwił przez tyle dni, że cię nawet ujrzeć nigdzie nie było można?
— Pracowałem.
— Ciągle ten twój Firdussi?
— Poniekąd tak... i on mi trochę czasu zabiera — odparł, siadając — ale wiesz, że coraz więcej zniechęcam się do niego.
— Łże? To kopnij poniżej grzbietu...
— Nie wiem, czy łże. Zdaje mi się, że nie. Drażni mnie to jednak, aby być w ten sposób na usługach nieznanej sobie siły.
Doktor Krasołucki spoważniał.
— Moje złoto, ciągle i nieustannie jesteśmy wszyscy na usługach nieznanych sił. Chodzi tylko o to, aby je wyzyskać... Przypatrz się tej szklance, powiadasz, że to jest szampan? Niewątpliwie, o ile mogę wierzyć memu dość w tym kierunku wyrobionemu smakowi. Ale ty także zajmujesz się chemią i mógłbyś mi mniej więcej dokładnie określić skład tego płynu, wymierzyć zawartość alkoholu i tak dalej. Powiedzże mi jednak, moje złoto, dlaczego ten alkohol, dostawszy się z krwią do mózgu, sprawia, że ja się robię wesoły?
— Na to ty sam, jako lekarz, mógłbyś odpowiedzieć.
— Tere-fere! Głupstwo, moje złoto. Powiedziałbym ci tylko bajkę o tym, jak pewne centra nerwowe zostają czasowo porażone, inne zaś podniecone, ale co z tego wynika? Dlaczego ja jestem wesoły? Do kroćstu piorunów, dlaczego jestem wesoły?
Wychylił omawianą szklankę do dna i postawił ją z hałasem na stole. Potem zwrócił się znów do Butryma:
— A wiesz, że naszą Tourbillonkę szlaczek trafił?
— Co? Jak? Gdzie?
— A tutaj, parę dni temu. Przychodzę sobie o dosyć wczesnej godzinie, było około czwartej... z rana, aż tu zbiegowisko, hałas, telefonują na stację ratunkową. Wiesz, że takich awantur nie lubię...
— Tak, i natychmiast biegniesz z pomocą pierwszy, a ostatni schodzisz z placu.
— Ale klnę, jak cię kocham, moje złoto, że w duszy klnę! Otóż i wtedy... w gabinecie — patrzę: leży nieprzytomna, tak, jak tańczyła. Ktoś tam ją zlewa wodą... Nie miałem lanceta56, scyzorykiem puściłem krew; robiliśmy sztuczne oddychanie z jakimś smarkaczem z uniwersytetu, który się nawinął. Długo to trwało...
— Ale żyje?
— A, niby żyje. Ale właściwie to w pysk powinna by mi dać za to, żem ją uratował. Będzie do końca życia sparaliżowana.
— To potworne. I nie wiesz, jaki powód? Zmęczenie?
— Ii, nie to. Opowiadali... Jakaś romantyczna historia. Spotkała podobno podczas tańca swojego pierwszego kochanka, czy coś w tym rodzaju i tak to babę tknęło. Napij się wina.
— A nie wiesz, co się dzieje z tą drugą — jakże jej to? — Mary?
— A, to cielę! Nie ma jej już. Pojechała podobno występować gdzieś w Buenos Aires. Szczęśliwej drogi!
Flaszka była już próżna. Doktór wyciągnął zegarek i spojrzał na godzinę.
— Chodź ze mną do Tourbillonki. Leczę ją.
— Oszalałeś? Przecież to druga w nocy!
— Nic nie szkodzi. Z przyzwyczajenia tyloletniego nie sypia po nocach, odrabiając to we dnie. Ucieszy się, gdy cię zobaczy. Takie biedne stworzenie...
I nagle zaczął kląć głośno:
— A żeby to wszyscy diabli wzięli! Dosyć człowiek ma swoich kłopotów, a jeszcze tylko ciągle nędzę i nędzę widzieć koło siebie! Żeby ci chorzy w ogóle z piekła nie wyjrzeli!
Powiedziawszy to, zabrał do kieszeni z koszyka, stojącego na stole, wszystkie owoce, jakie się w nim znajdowały.
— Lubi bardzo owoce — rzekł, odpowiadając wstydliwie na zdziwiony wzrok Butryma. — Codziennie jej przynoszę...
Madame Tourbillon uśmiechnęła się blado do wchodzących i wyciągnęła na powitanie spod kołdry jędrne, utoczone ramię.
— A, i pan jest, panie profesorze! Takam panu wdzięczna...
— Jakże się pani miewa! — spytał Butrym, ściskając jej dłoń, zakłopotany jeszcze tą nocną wizytą.
— Dziękuję. Do pasa — nieźle, ale nogi już na nic. Za dużo pono w życiu pracowały.
— Będzie z czasem zapewne lepiej...
Krasołucki zachrząkał.
— Nie ma celu robić pani próżnych nadziei — rzekł. — Nogi przepadły. Ale poza tym wszystko jest dobrze.
— Tak, tańczyć już nie będę mogła.
— Żal pani bardzo? — spytał Butrym, trochę niezręcznie.
— Wie pan, że nie. To także ciężka praca...
Wezmę się do czego innego. Byłam niegdyś, za młodych lat, hafciarką...
Podniosła nagle obie ręce do ust i załkała krótko.
Doktór Krasołucki przyskoczył do niej.
— Cicho, cicho! Nie wspominać o niczym i leżeć spokojnie! Jak pani będzie awantury robiła, to się wyniosę natychmiast i więcej nie przyjdę. O, przyniosłem tu pani gruszkę i parę bananów, winogron trochę.
Tourbillonka już się uśmiechała.
— Pan nie wie — zwróciła się do Butryma — jaki ten doktór jest dobry! Tak o mnie pamięta, jak o dziecku. Tyle, że krzyczy na mnie strasznie...
— No, naturalnie! Gdy pani, moje złoto, jakimiś głupimi wspomnieniami się rozmazuje...
— Doktorze, do tego muszę się teraz przyzwyczaić, że będę wspominać. Dawniej oszałamiałam się przez cały dzień, przez noc raczej, jak wariatka, aby nie myśleć... Tyle lat! Musiałam tańczyć i pić, pić i tańczyć. Choćby nie było nikogo, kto by patrzył i płacił, bylebym to robiła... Teraz będę mieć dużo, dużo czasu na myślenie...
— W takim razie ja za nic nie ręczę.
— Nie, doktorze. Przyzwyczaję się. Im wcześniej, tym lepiej. Wie pan, panie profesorze, ja miałam dziecko...
— Znowu pani zaczyna!
— Niech mi pan pozwoli. Mnie lżej, gdy mówię... Była taka śliczna córeczka... Naturalnie nie byłam zamężna. Zresztą on mi nic nie przyrzekał, więc też nie miałam mu tego za złe, żem sama została, ale...
Krasołucki powstał.
— Nie będzie pani o niczym opowiadać, nic rozpamiętywać, czy mnie pani zrozumiała? Czym tu się martwić! Dla dziecka lepiej, że nie żyje.
— Och, panie doktorze!
— Cicho już. Proszę zasnąć trochę, my odejdziemy. Niech pani w siebie nie wmawia, że pani tylko we dnie spać potrafi. Noc jest właściwie do spania.
Uśmiechnęła się mimo woli.
— Pierwszy raz takie zdanie od pana doktora słyszę. Zazwyczaj mawiał pan inaczej.
— Ach, zazwyczaj, zazwyczaj! Bo wtenczas nie mówiłem z panią jako lekarz.
Popatrzyła na niego błagalnie.
— Doktorze...
— No co?
— Nie śmiem prosić...
— Znowu? No dobrze, dobrze, ale tylko na krótką chwilę...
I oto dziwna rzecz stała się przed oczyma Butryma, Doktór Krasołucki, sapiąc i stękając oraz klnąc na „babskie zachcianki”, przeszedł w kąt lichego hotelowego pokoiku, gdzie stało stare, rozklekotane pianino. Siadł na brudnym krześle we własnej szlacheckiej osobie i zaczął grać. Grał rapsodie Liszta57, potem jakiś zupełnie zwariowany, szalejący i płaczący taniec węgierski i znowu coś Brahmsa58...
Chora kawiarniana tanecznica słuchała z rozchylonymi nieco ustami, leżąc na wznak i przymykała z wolna powieki. Około warg błąkał się cichy, wdzięczny półuśmiech.
Na ulicy doktór splunął siarczyście i ryknąwszy swoim zwyczajem: fiakier!, choć w okolicy żadnego fiakra nie było, zwrócił się do Butryma.
— Widzisz, moje złoto, jak to człowiek na psy schodzi! Grywam po nocach jakimś tam zdechłym Węgierkom czy Cygankom, aby spać mogły! Szczęście, że mój ojciec daleko stąd pochowany, bo jakby usłyszał, toby się obrócił w grobie do góry tą częścią ciała, której za życia mnie, jako synowi, z przyzwoitości nie pokazywał. No cóż, pójdziemy się gdzie napić czego?
— Już chyba nie.
— Czyż? Jedną malutką czarną kawę tylko. Z koniakiem? Niech będzie, więc bez koniaku. Ale pipperminth59, naturalnie frape60...
Mówił to więcej ze zwyczaju niż z istotnej ochoty. Butrym zauważył w blasku ulicznej latarni, że twarz ma dziwnie postarzałą w tej chwili i smutną. Wlókł się powoli, kierując się jednak jakby mimowiednie w stronę swojego mieszkania. Na rogu ulicy przystanął, aby odsapnąć.
— Wiesz, to jest naprawdę biedna kobieta — rzucił znienacka. — Przerwałeś jej historię...
— A bo beczy potem i dostaje ataku. Skaranie boskie z babami! Miała chyba dość dwadzieścia lat czasu, aby zapomnieć.
— Co to było takiego?
— Ot, głupstwo zwyczajne. Nie ma o czym mówić. Codziennie się takie rzeczy zdarzają. Ale powiem ci coś ciekawego. Czy słyszałeś już, że Turski się żeni?
— Turski? Z kim?!
Krasołucki nie odpowiedział. Przejeżdżająca spóźniona dorożka zajęła całą jego uwagę — począł dawać znaki z daleka i wołać na dorożkarza, aby podjechał. Woźnica jednak, śpiący już może i zmierzający ku domowi albo też gdzie indziej zamówiony, nie odwrócił się nawet na rozpaczliwe wołanie lekarza, drobnym truchcikiem zniknął wkrótce ze swym wehikułem na rogu najbliższej przecznicy.
— To los! — westchnął Krasołucki boleśnie. — Nawet zajechać do domu nie można. Czasy psują się okropnie! Przecież człowiek porządny powinien by mieć swoją lektykę i czterech drabów, którzy by z nią czekali przed drzwiami każdej knajpy, do której raczył wstąpić. Ale co to mówić!
Machnął ręką z rezygnacją.
— Nie wolałbyś mieć samochód? — zaśmiał się Butrym.
— A wiesz, moje serce, że nie! To za wiele hałasu robi i za prędko jedzie. Nie lubię.
Odetchnął głęboko, a potem zapytał naraz:
— Czyś ty uważał, że do swojej kobiety powraca się zawsze?
Butrym przystanął, zdziwiony niespodziewanym pytaniem.
— Skąd ci to przyszło na myśl?
— Ot tak, snuje się człowiekowi po nocy to i owo w głowie. Nie lubię nocy, kiedy nie śpię, a jestem przypadkowo zupełnie trzeźwy. Zbyt wiele rzeczy wtedy się przypomina.
— Coś jak tej biednej Tourbillon? — próbował Butrym żartować.
— A tak, moje złoto. Zupełnie jak Tourbillonce. Widocznie zacznę się już wkrótce starzeć. Całkiem głupia rzecz. Przecież mam dopiero mało co ponad pięćdziesiątkę.
Szli jakiś czas w milczeniu. Dopiero w pobliżu domu doktór zagadnął znowu, wracając do tematu, który snać nie dawał mu dziś spokoju:
— Bo proszę cię, tyle się w życiu ma stosunków i miłostek, a ostatecznie pokazuje się zawsze, że była właściwie tylko jedna kobieta i gdyby zechciała, zostałby człowiek był przy niej, jak pies... Ty jesteś szczęśliwy, tyś rzeczywiście na tę kobietę trafił w swojej żonie...
— A tak, a tak — przyświadczył profesor szybko, jakby w obawie, by rozmowa na zbyt osobiste nie zeszła tory.
— Ale to wszystko jedno — mówił Krasołucki dalej. — Zawszeć to jest obrzydliwe i pogardy godne niedołęstwo z naszej strony. Och, Boże! Jakże ja się brzydzę wszelką wiernością, nawet swoją własną!
— Nie zauważyłem tej wady u ciebie!
Krasołucki jednak mówił poważnie.
— Najszaleńszy hulaka, najbardziej na cnotę niewieścią zajadły donżuan, jest jednak zawsze gdzieś komuś, jakiejś jednej, wierny w głębi duszy i to jeśli go już wprost nie gubi — to mu psuje życie do cna. I ja sam... Moje złoto, już tyle lat! Nawet ładna nie była ani nazbyt mądra. Miała dwoje dzieci, obrzydliwych bachorów, które byłbym chętnie potopił... A przecież, gdyby była zechciała, byłbym wziął i ją, i te wstrętne bachory... A że to byliśmy już wtedy żonaci, każde naturalnie na swoją stronę, więc planowałem wyjazd, z nią do Ameryki lub Australii... Bóg strzegł! — Ale żebym ją tak dzisiaj jeszcze spotkał i żeby tylko palcem skinęła, powiadam ci, na czterech łapkach bym wrócił!
Byli już przed domem.
— A co najzabawniejsze — dorzucił jeszcze — to to, że ja stary osioł zapomnieć nie mogę, a ona z pewnością ani roku nie pamiętała... Bo takie pamiętliwe Tourbillonki to tylko wyjątek. Najwyższy czas założyć towarzystwo dla emancypacji mężczyzn, jak powiada twój przyjaciel Śniegocki.
Pożegnali się uściskiem dłoni. Lekarz znikł w sieni domu.
Butrym myślał. Gdyby choć jedno jedyne dobre słowo po tym liście do mnie napisała!... Nie potrafiłbym się gniewać, nie zdołałbym o niczym złym pamiętać. Boże! Niechże choć jedno słowo napisze! Ja już nie mogę... nie wiem już, co pisać ani jak. Gdy zacznę list, rozdrażnienie wzrasta w miarę pisania i bierze w końcu górę... Jedno, jedno słowo, Zośka!... Napisz, bo Bóg mi świadkiem, że już nie zniosę i nie wytrzymam. Boję się spotkać tak z tobą, bo wiem, że od wyrzutów zacznę i od żalów, a nie chcę tego, nie chcę, nie chcę! Ucieknę naprawdę, gdy będziesz miała przyjechać...
Wstrząsnął się cały i zawrócił w stronę obserwatorium. Klucz miał zawsze w kieszeni, wszedł do pustego gmachu i drzwi zamknął za sobą. Gdy się znalazł sam w dużej, ciemnej sali, zastanowił się dopiero, po co tu przyszedł po nocy, kiedy tu właściwie w tej chwili nie ma nic do roboty? Automatycznie zapalił światło elektryczne i oglądał bez myśli przyrządy, rejestrujące stan atmosfery. Potem ruszył w górę wąskimi wschodami do kopuły, w której był ustawiony wielki refraktor61. Usiadł przed nim i zaczął patrzyć na niebo.
Zbliżał się ranek. Wenus płonęła jasnym światłem jutrzenki. Zwrócił na nią wylot przyrządu. Wąski, ostry, błyszczący sierp na czarnym niebie...
— O, gwiazdo, gwiazdo — szeptał do siebie — przedziwna gwiazdo! Postać masz gładką, miłą, zaokrągloną, dopóki jesteś daleka, po drugiej stronie słońca i wśród gwiazd innych mało widoczna! Ale gdy się zbliżasz i blasku ćmiącego inne gwiazdy nabierasz, zamieniasz się w sierp taki ostry, nielitościwy i złowrogi!
Odsunął oczy od szkła i zakrył je dłońmi.