VIII

Biały, puszysty, cudowny śnieg pokrywał Tatry głębokie pod górami doliny. W bliższych Zakopanego okolicach, na Goryczkowej82, na Kondrackiej83 roiło się od narciarzy, a na Kalatówkach84 po prostu raut się odbywał. Przed schroniskiem Towarzystwa85 sterczał las powbijanych w śnieg jesionowych desek, przez okna, choć zamknięte, bił nieustanny szum jakby młodego roju pszczół. Co chwilę ktoś po krótkim posiłku wychodził i przypiąwszy narty, ruszał ku górze, ku przełęczy Na Patykach86, ku Suchemu Żlebowi87 albo dalej na Goryczkową czy też w dół z powrotem do Kuźnic88.

Dzień był cudny, mroźny i słoneczny zarazem, śnieg się iskrzył, suchy, krystaliczny, gwiżdżący pod nartami ostro. Butrym i Śniegocki, obaj na skijach89, w białe wełniane swetry odziani, stali na wale, dzielącym górne Kalatówki od dolnych i patrzyli w stronę Suchego Żlebu. W górze ponad drugimi skałkami widać było trzy postacie, zjeżdżające w lekkich, wytwornych zakrętach całym pędem w dół. W dali wyglądały jak trzy muszki, snujące się wężem po białej płaszczyźnie i rosnące ciągle w miarę zbliżania się ku patrzącym.

Śniegocki, który miał krótki wzrok, podniósł lornetkę do oczu.

— A jednak pani Zośka ciągle jest na przedzie! — rzekł po chwili.

Butrym uśmiechnął się z mimowolnym zadowoleniem.

— Tak, dotąd ciągle...

— Gotowa wygrać zakład! — mówił Śniegocki dalej, patrząc wciąż przez szkła. — O, nie, teraz adwokat Dzióbek ją dogania... Szalona kobieta! Patrz pan, zwróciła się wprost na strzał w dół. On także. Nie chce dać za wygraną. Ma dłuższe narty, dogonił ją, mija... Pędzi jak wiatr. Jeśli się teraz nie wywali...

— Już! — zawołał profesor ze śmiechem, gdyż właśnie w tym momencie w miejscu, gdzie się adwokat znajdował, ukazała się biała chmura śnieżnego pyłu, a po chwili sterczące dwie długie nogi, z jeszcze, dłuższymi na nich nartami.

— Bóg kobietom sprzyja! Teraz pani Zośka zwyciężyła naprawdę, gdyż Bergerowa daleko w tyle za nimi została.

Jakoż rzeczywiście w niewiele sekund Butrymowa wpadła pierwsza w szalonym pędzie na płaszczyznę górnych Kalatówek i zatoczywszy szeroki łuk, zatrzymała się twarzą wstecz ku Suchemu Żlebowi zwróconą.

— Spiesz się pan! — zawołała na mecenasa Dzióbka, rękę w górę podnosząc — czekam tu już na pana!

W granatowych, szerokich, około kolan obcisłych krótkich spodniach, w szarym swetrze z białym brzegiem i kołnierzem i w białej czapce wełnianej, spod której wymykały się niesforne, złote, ruchem rozburzone włosy, z zarumienioną mrozem twarzą i z jaśniejącymi oczyma, stała tak w słońcu cała, smukła, zdrowa, sprężysta i wytworna.

Adwokat dojeżdżał do niej z rozwianym na wiatr szalem, cały ośnieżony i wkładał lewą ręką w oko monokl, na szczęście na sznurku uwiązany. Uśmiechał się wygolonymi ustami uprzejmie, ale kwaśno.

— Byłbym z pewnością pierwszy, gdybym się nie był przewrócił...

— A właśnie, właśnie! A gdzież to czapka?

— Została tam gdzieś w górze. Nie miałem czasu podnosić!

Butrym i Śniegocki byli już przy rozmawiających.

— Dzielnieś się spisała — mówił profesor — chociaż gdyby nie wypadek mecenasa...

— O to właśnie idzie, aby się ustrzec, upadków! — odparła wesoło. — Szkoda, że i ty nie wziąłeś udziału w tych zaimprowizowanych wyścigach.

— Niech pani nie żałuje — rzekł adwokat, kołysząc na sznurku wyrzucony znów z oka monokl — profesor jeździ z nas wszystkich najlepiej i wtedy nie byłoby zwycięstwo przy pani.

— Byłaby to zabawna i niebywała rzecz, widzieć męża zwyciężającego żonę! — śmiał się Śniegocki.

— No, pan by już żadnego zwycięstwa nie odniósł! — mówiła pani Zośka z udanym dąsem.

— A załóżmy się! Tylko rodzaj zawodów ja sam oznaczę.

Mówiąc to, wyjął z jakiejś ukrytej kieszeni pomarańczę i rzucił ją po pochyłej śnieżnej płaszczyźnie.

— Proszę! Kto pomarańczę podniesie w biegu, nie przewróciwszy się!

Zaczęły się gonitwy i śmiechy, którym Butrym przypatrywał się z dala, nie biorąc udziału w zabawie. Przyłączyła się za to do niej trzecia z zawodników, pani Wanda Bergerowa, która właśnie nadjechała z góry, żartując ze swego towarzystwa, że niepotrzebnie się tak śpieszyło, gdyż ostatecznie znowu wszyscy na jednym znajdują się miejscu.

Po jakimś czasie, gdy już wszyscy byli zmęczeni, a pomarańcza zupełnie rozgnieciona nartami, Butrymowa zbliżyła się do męża.

— Dziwny jesteś — rzekła półgłosem — wszyscy się bawią i dokazują, a ty jeden swoją powagą zupełnie psujesz nastrój. Czy nie mógłbyś na chwilę zapomnieć, że jesteś profesorem uniwersytetu?

— Ha, cóż robić! Starzeję się widocznie naprawdę, jak mi to tak często przypominasz — odparł z nieco melancholijnym uśmiechem.

Towarzystwo się rozdzieliło. Mecenas spotkał w schronisku jakieś znajome panie, przy których pozostał, profesor ruszył samotnie dalej w stronę hali Goryczkowej, a Butrymowa ze Śniegockim i Bergerową ku domowi.

Bergerowa, młoda, przystojna i nader ruchliwa wdówka, mówiła przez drogę do pani Zośki:

— Ty masz męża po prostu nadzwyczajnego! Przecież to sława europejska, a taki naturalny i miły! A jak doskonale w tym stroju narciarskim wygląda!

Butrymowa uśmiechnęła się z zadowoleniem i obejrzała się przelotnie poza siebie, gdzie widać było wdali profesora, wjeżdżającego właśnie na leśną drogę. Na białym tle śniegu rzeczywiście smukła postać jego wyglądała młodzieńczo i zgrabnie. Pod samym lasem na moment zatrzymał się i odwrócił. Schwycił wzrok żony, przesłał jej przyjazny ruch ręką i wjechał w las po zaczynającej się tu właśnie pochyłości.

— Kocha cię — szepnęła Bergerowa.

Pani Zośka zaczerwieniła się gwałtownie.

— Och! Tyle już lat żyjemy ze sobą...

— Nie udawaj, że ci na nim nie zależy, bo ci go za karę zacznę bałamucić!

— Ależ proszę cię, proszę, moja droga! Będę bardzo rada patrzyć, jak się to będzie odbywać!

— Ej, nie wywołuj wilka z lasu, bo jeśli nie ja, to może inna...

— Na inną nie spędzajmy — wmieszał się Śniegocki żartobliwie — niech już pani sama ten dobry zamiar wykona, a ja tymczasem zacznę „robić oko” do pani profesorowej.

— Pan?

— A naturalnie! Cóż mi brakuje? — jestem przystojny, młody...

— Łysy — dodała Butrymowa.

— Och! Ugodziła mnie pani w piętę achillesową, którą wbrew wszelkim zasadom fizjologii noszę na głowie! Zresztą profesorowi już także czupryna dobrze „prześwietla”.

— Ogłasza się konkurs na młodzieńca z bujnym poszyciem! — krzyczała Bergerowa.

— Śmiejąc się, żartując, schodzili w dół ku Kuźnicom. Ponieważ droga była stroma, więc odpięte z nóg narty trzeba było nieść na plecach: Pani Zośka wkrótce oddała swoje Śniegockiemu.

— Niech pan dźwiga!

— I moje! I moje! — zawołała Bergerowa, pakując na biednego docenta trzecią parę nart.

— A gdzież równouprawnienie? — krzyczał z komicznym przerażeniem — ja dźwigać mam wszystko, a panie idą sobie swobodnie. Wszak panie obie ciągle głosicie równość płci...

— Mój panie — rzekła Butrymowa — równość płci, to znaczy, że my mamy mieć te same prawa, co wy, oraz przywileje, które miałyśmy dotychczas. Wtenczas tylko, jako słabsze fizycznie, będziemy z wami zrównane.

— Doskonale! Pysznie! — przyświadczała Bergerowa, klaszcząc z zapałem w małe, pulchne rączki.

— A no, chyba że tak — i z ciężkim westchnieniem ruszył naprzód, objuczony całą wiązką drzewa.


Butrym stał na przełęczy i patrzał ku południowi. Jak okiem zasięgnąć, faliste morze białych, skłaniającym się już słońcem pozłoconych szczytów. Ponad śnieżnym pasmem, dzielącym Dolinę Cichą90 od Koprowej91, sterczał wysoko graniczny słup Tatr, Krywań92, sędziwy i pochylony, i skrząc czołem od słońca, rzucał poza siebie dalekie, granatowe cienie, pod których osłoną w żlebach głębokich mroźna noc się już czaiła. Po straszliwej, poszarpanej grani Hrubego93 słońce też jeszcze wierzchem chodziło, zamieniając ją z wolna na potworną, olbrzymią, stalową piłę, o zębach ku niebu sterczących, jakąś świetlistą posoką skrwawionych. Na dnie Doliny Cichej ścinał się już w mrozie i tężał cień coraz gęstszy, z lasów osędziałych, ze spaszt, ze żlebów głęboko rytych, coraz obficiej wyciekający.

Butrym, stojąc w słońcu, odkrył głowę i pełną piersią wciągał rzeźwe, spokojnie zimowe powietrze gór. Zagubił w tej chwili poczucie swoich lat i swojego stanowiska w świecie, który w dole za sobą zostawił. Lekko mu było i szeroko, miał w mięśniach czucie pędu, któremu każdej chwili może się poddać, mknąc z zawrotną szybkością po tym olbrzymim, białym stoku, ponad zawianymi śniegiem przepaściami jak duch, zaledwie ślad poza sobą na marznącym już śniegu pozostawiając. Cieszył się tym uczuciem i upajał, i z wyrafinowaniem odwlekał chwilę, gdy tu pod przełęczą łuk zatoczywszy ruszy w dół wiatru, rozcinanego piersią, świst koło uszu posłyszy...

Aż wreszcie, gdy stał tak nieruchomie, przed wieczorem przejmujące zimno przypomniało mu, że czas wracać jednak. Miał właśnie ruszyć, kiedy, raz jeszcze wokół na pożegnanie się rozglądając, dostrzegł dwie postacie w śmiałych łukach od Kasprowego Wierchu zjeżdżające. Narciarze snać z dalszej, może wielodniowej wracali wycieczki, gdyż wory mieli ciężkie na sobie i w ręku, miast lekkich kijów, czekany na długich osadzone toporzyskach. Jadący naprzód młody, smukły chłopak dźwigał oprócz tego zwój lin, przewieszony przez ramię, towarzysz jego, silny, przypadzisty i krępy, wyglądał z dala, jak gdyby pod worem w jakiś obcisły, czerwony sweter był ubrany, dopiero gdy się nieco zbliżyli, zauważył Butrym, że jest nagi do pasa i czerwieni się własną skórą, spaloną od słońca, wiatrem i mrozem wysmaganą.

I oni dostrzegli profesora, i podjechali na przełęcz ku niemu. Butrym poznał w jadącym na przedzie niejakiego Borzyckiego, ucznia swego niegdyś z uniwersytetu. Za nim zdążał przyjaciel jego i towarzysz stały górskich wycieczek, Makuch, który — gdy tylko się zatrzymali — ze zrzuconego na śnieg wora wydostał koszulę i grubą wełnianą bluzę i raźno się począł przed mrozem odziewać. Dotychczas nie czuł go w żywym ruchu.

Profesor tymczasem witał się z Borzyckim.

— Tak pana niespodziewanie spotykam! Słyszałem, że pan w przeszłym roku wyjechał za granicę i tam już miał studia zakończyć...

Borzycki zmieszał się i skraśniał jak panienka.

— Ach, rzeczywiście, miałem takie plany, ale ostatecznie po rocznym za granicą pobycie wróciłem znów tutaj...

Butrym, zdziwiony niewytłumaczonym zmieszaniem się chłopaka, mimo woli przypatrzył mu się bystro... Makuch tymczasem, kończąc się ubierać, mruczał coś gniewnie pod nosem. Butryma doleciały, tylko oderwane, o dobrym humorze mruczącego nieświadczące słowa: zawsze baba... to głupie bydlę i inne tym podobne.

Zwrócił rozmowę na inny przedmiot.

— Jeśli to panom nie przeszkadza — rzekł — możemy razem wracać do Kuźnic.

— Ależ owszem! — odparł raźno Borzycki. — Tak się prawdziwie ucieszyłem, gdy profesora zobaczyłem i poznałem na przełęczy. Powiedziałem zaraz koledze Makuchowi, abyśmy zboczyli... i chciałem sam zaproponować wspólny powrót.

— Tak — wtrącił Makuch — ale teraz czas wracać naprawdę. Mróz pod wieczór bierze.

Ruszyli z miejsca w dół. Teraz Makuch jechał na przedzie, profesor w środku, a Borzycki ostatni. Wiatr zaświszczał Butrymowi w uszach, przestrzeń śnieżnego stoku, dzieląca ich od dna Kotła Goryczkowego, topniała przed nim z przerażającą szybkością. Serce uderzyło mu raźnie rozkoszą życia i pędu i uczuł się naraz rówieśnikiem tych dwóch studentów, z którymi mknął tak na wyścig. Makuch wiódł od przełęczy wężem, potem naraz zwrócił się na lewo popod stok Kopy Goryczkowej, jeszcze raz tuż nad Kotłem zakręcił ostrym łukiem na prawo i wpadł na błyszczący jak tarcza płaśń zlodowaciałej szreni. Narty zgrzytnęły mu po gołoledzi, nie znacząc śladu za sobą, zniosły go w poprzek kilka metrów w dół, ale utrzymał się na tęgich nogach i wpadł równym pędem na ścielący się znów dalej dobry, miałki śnieg.

Butrym mógł bez trudu, skręciwszy nieco powyżej, ominąć przeszkodę, na którą student wjechał snać umyślnie, ale wstyd mu się tego zrobiło. Zebrał się w sobie i wziąwszy nieco narty na kant, prześliznął się przez szreń, lżej jeszcze niż poprzednik. Makuch, który zatrzymał się w dole i patrzył, zdjął czapkę szacunkiem.

— Ależ profesor jeździ! Myślałem, że pan ominie albo — na psa urok — wysypie się! Ale teraz widzę, że profesor jest naprawdę wielki człowiek!

Powiedział te słowa z tak głębokim przekonaniem i zachwytem, że Butrym roześmiał się głośno.

— Bardzo mnie cieszy pańska pochwała — rzekł — ale pozwólcie panowie, że teraz ja pojadę naprzód i będę mniej... bohaterskie drogi wybierał.


W kuźnickiej restauracji, gdzie wstąpili na szklankę herbaty, spotkał Butrym niespodziewanie księżną Helenę. Zauważył, że Borzyckiemu zapłonęły oczy na jej widok, Makuch zaś, zoczywszy94 ją, splunął zgoła niegrzecznie i przypomniał sobie naraz, że ma bardzo pilny interes w Zakopanem, który mu tutaj zatrzymywać się nie pozwala. Przypiął więc narty i uczepiwszy się jakichś powracających sanek, ruszył za nimi w dół.

Księżna Helena, od dwóch czy trzech lat wdowa po starym i bogatym księciu, niegdyś dama wytwornego towarzystwa, obecnie sławna aktorka, występowała w czasie sezonu w prywatnym teatrze, który podobno dla niej wybudował, nie szczędząc milionów, w Zakopanem Roman Turski, wielbiciel jej sprzed dawnych lat, niezmiernie w Azji zbogacony. Wyglądała przepysznie mimo zbliżającej się, jeśli nie minionej już, czterdziestki. Wysoka, smukła, czarnowłosa i prawdziwie piękna, zdawała się stać poza wszelką rachubą czasu, wiecznie świeża i ponętna strząsała jeno lata jak zwiędłe kwiaty ze skroni.

Z żywą radością przywitała się z Butrymem, czemu on zdziwił się trochę, gdyż znajomość ich w ostatnich czasach znacznemu jakoś uległa oziębieniu. Borzyckiemu podała lewą rękę i Butrym zauważył, że uścisnęła mu palce, gdy ją całował.

— Czy panowie razem byli na wycieczce? — zapytała z uroczym uśmiechem, jakby ze zdziwienia szeroko oczy otwierając. — Profesor ze swym uczniem?

— Nic by nie było w tym dziwnego — odparł Butrym, ale w istocie spotkaliśmy się całkiem niespodziewanie na Goryczkowej Przełęczy.

— Czy pan wie, że pan Borzycki namawia mnie koniecznie, abym się uczyła jazdy na nartach? Próbowałam już przed rokiem czy dwoma ze znajomym moim, panem Golińskim, ale nie szło. Strasznie się boję upadku! A pańska żona podobno jeździ bardzo dobrze?

— Tak, nieźle.

— Dawno pani nie widziałem... Ach, panie Stefku...! Niech się profesor nie dziwi, że ja tak pana Borzyckiego nazywam, ale to takie chłopiątko jeszcze.

— Nie dziwię się niczemu i co najwyżej zazdroszczę — rzekł ze zdawkowym pochlebstwem.

Spojrzała nań długo, przeciągle, a potem odwróciwszy się, zamieniła z Borzyckim kilka zdań, których Butrym nie mógł dosłyszeć. Widział tylko, jak podała chłopcu rękę, którą tenże z niskim pokłonem gorąco ucałował. Potem dodała głośno:

— Będzie pan dziś u mnie wieczorem, panie Stefanie?

— Jeśli pani pozwoli...

Borzycki pożegnał się z profesorem i wyszedł. Księżna patrzyła za nim w zadumie.

Ocknęła się po chwili.

— To taki śliczny i taki czysty w duszy chłopiec...

— Tak — przyświadczył Butrym — bardzo dzielny i piękny człowiek. Zdziwiłem się, gdym go tu zobaczył, gdyż miał studia kończyć za granicą...

— Powrócił... dla mnie — rzekła, nie patrząc na profesora.

— Jak to? — Zapytał Butrym zgoła dziecinnie, wyznaniem tym zaskoczony.

— Kocha się we mnie — szepnęła. — Ach, Boże! To takie beznadziejne... Lubię go bardzo, ale przecież nie mogę... Dzieciak taki.

Butrym nie wiedział, co odpowiedzieć. Na ustach miał prośbę: Niech mu pani da spokój... ale to przecież byłoby bezcelowe. Serce ścisnęło mu się przykrym uczuciem, przypomniał sobie długą litanię ludzi zmarnowanych dzięki tej kobiecie... Nawet Turski, który pozornie ocalał, na nowo coraz więcej w moc jej popada.

Ona tymczasem rzuciła z nagła:

— Czy pan wie, że wychodzę za mąż?

— Znowu? — Wyrwało mu się mimo woli, gdyż sobie przypomniał niedawne jej narzeczeństwo z niejakim panem Rohitynem95, który dotąd chodzi za nią jak cień i wszystkim nieproszony o swojej wielkiej miłości do niej opowiada.

Ruszyła ramionami z lekkim zniecierpliwieniem.

Ach, tamto było głupstwo. Zresztą to tak dawne dzieje... Wówczas pan mnie właśnie przekonywał, że nie powinnam tego robić, i posłuchałam pana na swe szczęście.

Butrym pamiętał, że było wprost przeciwnie, mianowicie bronił nawet ograniczonego, ale dość poczciwego Rohityna, którego wszyscy obmawiali i radził jej, aby wyszła za niego rzeczywiście, nie sprostował tego jednak, co mówiła.

Ona tymczasem ciągnęła dalej:

— Teraz, to zupełnie co innego... Żeni się ze mną... Turski. Drgnął, posłyszawszy to nazwisko.

— Turski? A cóż...

Urwał szczęśliwie. Chciał odruchowo zapytać, co będzie z aktorem Płażyńskim, o którym wiedział jako o ostatnim jej niemal oficjalnym przyjacielu... Zamiast tego, skłonił się tylko grzecznie.

— Winszuję.

Przypomniał sobie teraz, że wspominał mu pewnej nocy doktór Krasołucki o zamierzonym małżeństwie Turskiego, zapomniawszy jeno dodać, z kim się żeni, ale on przecież tego powinien się był domyśleć!... Po raz drugi tego wieczora serce ścisnęło mu się dziwnie przykrym uczuciem, choć usiłował w myśli przekonać siebie samego, że to ostatecznie jest przewidziane i może najlepsze rozwiązanie...

Księżna mówiła:

— Dziękuję panu. Widocznie przeznaczone to nam już było, abyśmy się w końcu połączyli. — Roman kochał mnie już przed kilku laty (kilkunastu — poprawił Butrym w myśli), ale ja wtenczas byłam zamężna i zmusiłam go, aby wyjechał...

Butrym wiedział, że było inaczej, bo Turski wówczas uciekł sam.

— I widzi pan — mówiła znów — przed losem swoim człowiek nie uciecze! Jesteśmy znów razem i zawsze będziemy...

— Tym razem teatr państwa połączył — rzekł, aby cośkolwiek powiedzieć.

Ruszyła ramionami.

— Ten teatr... To nie był szczęśliwy pomysł Romana, budować tu gmach taki kosztowny. Oddajemy go w dzierżawę byłemu dyrektorowi z Krakowa, Malinowskiemu. Pan go zna!

— Więc pani już występować nie będzie!

— Nie znajduję tutaj dość szerokiego pola dla rozwinięcia swej artystycznej indywidualności. Zaraz po ślubie wyjedziemy za granicę. Może tam...


Bergerowa leżała na wznak na otomanie w pensjonatowym pokoju pani Zośki i paliła papierosa. Wpatrzona w błękitny dymek plotła swoim zwyczajem bardzo swobodnie. Butrymowa mało jej odpowiadała. Wprawdzie w zasadzie była zawsze gotowa bronić prawa kobiet do rozmów, co najmniej również zuchwałych jak ta, które mężczyźni między sobą prowadzą, ale w rzeczywistości nie lubiła ich i nie wiedziała po prostu, jak się ma zachować.

Bergerowa nie zdawała się tego spostrzegać. Opowiedziawszy jej o różnych niedogodnościach stanu wdowiego i środkach, jakie na nie wynajduje, zaczęła roztrząsać nader szczegółowo i ze zdumiewającą znajomością rzeczy przypuszczalne zalety i wady znajomych mężczyzn między osiemnastym a pięćdziesiątym rokiem życia. Naraz zapytała zupełnie niespodziewanie:

— Zośka, czy tobie naprawdę wcale by o to nie chodziło, gdyby cię mąż zdradzał?

Butrymowa zrobiła nieokreślony grymas.

— Mój Boże, nie zastanawiałam się nigdy nad tym tak dalece...

— „Tak dalece” jest doskonałe! Ale przecież możesz sobie wyobrazić, jak byś się w danym wypadku zachowała?

Zatrzęsła się naraz.

— Brzydziłabym się nim! — odparła szczerze.

— Aż tak! To za wiele... Pomyśl na przykład, że miałby romans ze mną. Ja przecież — mogę ci zaręczyć — jestem czyściutka, pachnąca i miła i nie byłoby zgoła powodu do obrzydzenia.

— To co innego. Myślałam o takiem... poniewieraniu się z ulicznicami... Wiem, że tego nie robi. Na to jest zbyt wybredny. A co do tak zwanych romansów... mój Boże! Czyż ja mogę powiedzieć na pewno, że on ich nie miał albo nie ma? Cóż mnie to obchodzi.

Mówiąc to, usiłowała zrobić minę jak najbardziej obojętną i lekceważącą.

Bergerowa zaśmiała się złośliwie.

— Wcale, wcale cię nie obchodzi?

Pani Zośka brawurowała dalej:

— Naturalnie. Myślę nawet czasem, żeby mu to bardzo dobrze zrobiło, gdyby się trochę zakochał. Odmłodniałby zaraz...

— Aha. Rozumiem. A ponieważ mężowie niewierni są zwykle przez poczucie winy dla żon swych najtkliwsi, więc na tym odmłodnieniu ty byś zyskała.

— Jak to? — spytała pani Zośka wcale naiwnie i w tej chwili dopiero, zrozumiawszy sens słów Bergerowej, poczerwieniała nagle po same białka oczu.

— Ach, jesteś obrzydliwa! Nigdy o czymś podobnym nie myślałam. W ogóle tak gardzę tą stroną życia...

— Naprawdę? Bardzo, bardzo gardzisz? Bo co do mnie, to przyznam ci się, że nie mogę tego powiedzieć.

— Widocznie masz inne usposobienie — odparła pani Zośka sucho.

— Usposobienia są wszystkie pod tym względem jednakowe. Tylko, czasem... Chodź no tu bliżej i nie udawaj panienki. Otóż widzisz, niekiedy dość czasu upłynie, zanim się spotka mężczyznę, który...

Pani Zośka wstała z otomany, na którą ją Bergerowa przemocą posadziła.

— Dajmy pokój tej rozmowie. Może ci się to wyda śmieszne, ale doprawdy tak mnie ten temat strasznie, nie bawi... O czym tu mówić ostatecznie? Jeśli chcesz, możesz męża mego bałamucić, nie mam nic przeciw temu.

Zaczęła się krzątać po pokoju, choć właściwie nic w nim nie miała do roboty. Bergerowa wodziła za nią w milczeniu wzrokiem ciekawym i trochę szyderczym.

Gdy w jakiś czas Butrym wrócił do domu, zastał już żonę samą. Siedziała przy stole i pisała jakiś list.

— Do kogo piszesz? — spytał obojętnie, poglądając jej mimo woli przez ramię.

— Nic ważnego — rzekła, marszcząc brwi przelotnie i schowała pismo do rozłożonej teki.

Usiadł na otomanie, gdzie przed godziną siedziała piękna wdówka i przeciągnął się, aż mu kości w stawach zatrzeszczały.

— Aa! Byłem na Goryczkowej, zmęczony jestem trochę. Tak się podle odzwyczaiłem od żywszego ruchu... Wyjdziemy prawdopodobnie gdzieś wieczorem? Trzeba się przebrać, a tak mi się nie chce!

— Możemy zostać dziś w domu.

— Jak wolisz.

Zawinął ręce z tyłu głowy i rzucił się plecami na oparcie kanapy.

— Wiesz, spotkałem w Kuźnicach księżną Hazarapelianową.

— Tak? — rzekła bez zainteresowania, chodząc po pokoju.

Zaczął jej opowiadać o swojej z nią rozmowie, a potem rzucił jako wielką nowinę:

— I pomyśl! Wychodzi za mąż za Turskiego!

— Wiem o tym od dawna.

— Skąd?

— Mówił mi Turski sam, pierwszego dnia, gdyśmy się spotkali w Monte Carlo.

— I nic mi o tym nie powiedziałaś!

— Czyż to takie interesujące? Nie przywiązywałam wagi do tego.

— Przecież to jest interesujące po prostu nadzwyczajnie! Człowiek, który przez dziesięć lat błąkał się po Azji, aby zapomnieć o tej kobiecie, wrócił w przekonaniu, że jest wyleczony zupełnie i powoli, powoli wsiąkł w towarzystwo jej byłych... wielbicieli, swoich następców, których ona wciąż wodzi za sobą, aż teraz ma ją nazwać swoją żoną!

— To tylko dowód, jak ona umie sobie z ludźmi postępować.

— Albo jak ludzie są głupi — dodał Butrym i zamyślił się.

Po pewnym czasie podeszła ku niemu i usiadła blisko.

— Mietek, słuchaj, czy mnie ty często zdradzasz?

— Ach, dziecko! — zaśmiał się żartobliwie — gdy mi czasem tak bardzo dokuczasz, to chciałbym ci na złość to zrobić, ale właściwie to mi się tak piekielnie nie chce!

— Jak to ci się nie chce?

— Ano widzisz — żartował dalej — trzeba by zachodów, starań, potem się trzeba ukrywać, tyle kłopotów!

— Tak, a ty się już starzejesz i jesteś wygodny — rzekła z przekąsem.

Podniósł się i ujął jej rękę.

— Słuchaj, teraz mówię poważnie. Nie zdradzam cię i nawet nie szukam w tym żadnej zasługi. Nie potrafiłbym tego robić, bynajmniej nie dla jakichś zasad, ale po prostu dlatego, że krew moja wszystka zanadto jest pełna ciebie.

Milczała, zapatrzona w jakiś punkt przed sobą.

On tymczasem zaczął miękko gładzić jej włosy.

— Jeśli cię z kim zdradzam, to tylko z tobą samą. Jesteś mi nie tylko żoną, ale i kochanką. I dlatego...

Urwał i cofnął rękę z jej głowy.

— Mietek, co ci?

— Przypomniało mi się... Tak niepotrzebnie mówiłaś mi... to w Wenecji...

— Co?

— O tym Hiszpanie. Ach! Powraca mi to wciąż na myśl, ilekroć...

— Nie bądź śmieszny! To takie głupstwo. Powiedziałam, bo może tylko chciałam ci dokuczyć.

— Ja też staram się nie myśleć. Ale przypomina się ciągle i tak obrzydliwie boli. To mi ciebie po prostu brudzi.

Wstała z niechęcią.

— Jesteś śmiesznie romantyczny. Całe szczęście, że biorę to wszystko za mimowolną komedię z twej strony, gdyż inaczej musiałabym przypuścić, że dla ciebie wciąż jeszcze ideałem jest Wirginia, która ginie raczej z tonącym okrętem, aby się tylko dla ratunku nie obnażyć wobec marynarzy!

— Nie, nie, to zupełnie co innego! Tu nie o czyn idzie, nie o fakt, którego nawet nie było, ale po prostu o uczucie, choćby najbardziej przelotne.

— Uczucia są mimowolne i człowiek nad nimi nie panuje.

— Właśnie, i dlatego też one są miarą wartości człowieka.

— Ano, trudno. Widocznie więc ja, wobec tego, że jakiś tam Hiszpan na moment wywarł na mnie wrażenie, jestem istotą upadłą i zgubioną, samymi zdrożnymi wyposażoną instynktami. Voila!

— I jeszcze nie o to idzie. Ale widzisz, gdybyś nie dawała przyzwolenia temu przelotnemu i mimowolnemu uczuciu, tobyś się go wstydziła przed samą sobą i mnie byś nie opowiadała — w taki właśnie sposób!

— A tak, kłamać, kłamać i kłamać! To jest twój męski ideał kobiety! Och, Boże! Jakiżeś ty głupi! I ty się jeszcze śmiesz oburzać na taką księżną Helenę! Przecież to właśnie kobieta wedle twego serca!

— Nie rozumiesz mnie, jak zawsze.

— Widocznie nie dorosłam do twojej mądrości i... moralności.

— Nie chcesz mnie raczej rozumieć. Przecież pomyśl: Gdyby cię kto napadł i gwałt ci zadał, najgorszy jaki można, jeśliby się to tylko stało bez twej winy i wewnętrznego przyzwolenia, nic by ci nie można było zarzucić. Natomiast...

— Dobrze, dobrze, już wiem, tylko skończ już na miłosierdzie boskie, bo to tak strasznie nudne! Dręczysz mnie i siebie nie wiadomo za co, dlaczego i po co?

— Ha, może.

Zamilkli na jakąś chwilę. Pani Zośka chodziła znów po pokoju dużymi krokami. Wreszcie po pewnym czasie zbliżyła się do siedzącego wciąż męża i podsunęła mu dłoń ku ustom.

— Pocałuj i przeproś. Nie wart jesteś doprawdy, abym była dobra dla ciebie.

W milczeniu dłoń jej całował.

— A widzisz, tak mi dokuczasz, i to jeszcze teraz, gdy mam takie straszne zmartwienie.

Spojrzał na nią badawczo.

— Co się stało? Czy miałabyś od ciotki list z domu? Może Jacuś chory?

— Nie... Ech, nie ma o czym mówić, głupstwo. Jak będzie trzeba, to ci powiem.

— Powiedz teraz — rzekł zaniepokojony.

Zaśmiała się.

— Ależ mówię ci, że nic takiego... Tak mi się tylko zdawało...

Przysiadła ku niemu i oparłszy głowę na jego ramieniu, wbrew dopiero co wypowiedzianym słowom, szepnęła cicho:

— Pożałuj...

Objął ją i przygarnął do piersi:

— Posiedź trochę tak cichutko. A może chcesz, żeby ci znowu jaką bajeczkę opowiedzieć? Tak, jak w Wenecji?

— Nie. Nie chcę.

Mówił z ustami przy jej skroni:

— Mimo wszystko taki mi jasny w pamięci ten dzień wenecki pozostał. Pieszczę się nim we wspomnieniu jak kwiatem. Tak mi dobrze tam z tobą było. A ty, Zosik? Powiedz, a ty?

Żachnęła się naraz od niego.

— Nie, nie! Ja nie chcę o tym dniu myśleć!

— Dlaczego? Dlaczego?

— Widzisz, to jest właśnie to moje zmartwienie. Tak się boję...

Urwała i odeszła ku stolikowi.

On powstał i spojrzał na nią z jakąś budzącą się, jeszcze niewyraźną, radosną nadzieją.

— Zośka?

— Jeśliby tak było naprawdę, to oknem na bruk wyskoczę.

Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła cicho płakać.