IX
Turski pisał z Monachium do Butryma:
„Kochany panie Mieczysławie, żyję tu od paru tygodni prawie samotnie, a taką gwałtowną odczuwam potrzebę mówienia do kogoś o tym wszystkim, co myślę... Siedzę w ogromnej kawiarni, stoi przede mną flaszka wina reńskiego, naokoło pełno ludzi, świateł, krzyku... Może to zresztą przemijająca słabość, ale czuję się strasznie samotnym w tej chwili. Nie wiem dlaczego, Pan mi właśnie na myśl przychodzi i z Panem chciałbym rozmawiać.
Z Panem jednym. Może to dlatego, że spośród wszystkich ludzi, jakich po powrocie z mojej dalekiej długiej wędrówki w kraju spotkałem, u Pana tylko zdołałem spostrzec to coś, co się szczerością nazywa, i dla mnie jest tak bardzo cenne. Nie wiem nawet, czy dobrze określiłem to, co mam na myśli. Ale Pan mnie zrozumie. Pan myśli uczciwie i uczciwie czuje. Rozmawiając z Panem, choćby o rzeczach najobojętniejszych, mam zawsze to wrażenie, że stoję nad głęboką i czystą wodą, przez którą widać dno odległe zawsze, czasem przelotną falą na powierzchni chwilowo zaćmione, ale zawsze pewne, niewzruszone, niekryjące już nic poza sobą, żadnego podstępu, żadnej zdrady, żadnej rzeczy, którą trzeba ukrywać.
Poza tym w stosunku z nikim tego uczucia nie miałem i oto dlaczego pragnę dziś właśnie mówić do Pana.
Czy mam co do powiedzenia? Właściwie nic. Słyszał Pan już zapewne od żony, że w najbliższym czasie — zaraz po powrocie — wstępuję w związki małżeńskie. Takie to dla mnie dziwne i niespodziewane, choć przecie właściwie — jak teraz jasno widzę — całe życie moje ku temu ostatecznemu zdążało celowi.
Pan jest astronomem, szkoda, że nie astrologiem, może by Pan wyczytał mój los w gwiazdach...
Dziwnie, dziwnie się wszystko w życiu układa. Zna Pan całą moją historię, powiedzmy raczej: naszą historię, nie będę więc, z niczego robił zbytecznych tajemnic. Uciekłem przed tą kobietą przed kilkunastu laty, gdy widziałem, że nie mogę jej posiąść na wyłączną własność, uciekłem, choć powiedzieć tego nawet nie umiem, jak mi to przyszło ciężko. I nie wróciłem, aż po dziesięciu latach, kiedym był pewien, że nie żyje już we mnie nic z tego, co było. Czy ta pewność moja nie była przedwczesna — bo ja wiem? — Bo ja wiem! Zastałem ją w innych warunkach, inną, zmieniło się wszystko, zdawało mi się, że to, co było, jest już tak przekreślone, wymazane i zapomniane.
A przecież nie można uniknąć swojego losu.
Nie mogłem być pierwszym, nie mogłem być jedynym, niechajże będę tym ostatnim, w którego oczach złote słońce w najcudniejszej krasie zachodzi. Nakłania się już dzień żywota: podobno o tej godzinie przychodzi ostateczna, siódma szczęśliwość...
Dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Bo dziwny, niewytłumaczony niepokój mną owłada. Czy Pan miewał kiedy w życiu to wrażenie? Wdzierałem się raz na niedostępny, nogą żadnego Europejczyka nie tknięty jeszcze szczyt na granicy Tybetu. Marzyłem o nim przez cały rok, poświęciłem wiele trudu i kosztów i starań. I nareszcie pewnego pięknego wieczora stałem u jego stóp. Błyszczał przede mną w niesłychanej krasie, cały z lodu i ze słonecznego złota. Nazajutrz z kilku dobranymi i wypróbowanymi od dawna góralami miałem rozpocząć z nim walkę. Serce drżało mi dziwną, niecierpliwą radością.
I wie Pan, w tej właśnie chwili uczułem coś, co ogromnie trudno słowami określić! Nie wierzyłem swojej dobrej gwieździe. Zdało mi się naraz, że musi zajść coś takiego, co mi nie pozwoli spełnić gorącego od lat życzenia. Cokolwiek bądź. Może to być zarówno zwichnięcie nogi, jak jakieś potworne trzęsienie ziemi, które dumny szczyt wniwecz obróci... A przecież byłem tak bliski, tak bliski celu!”
Butrym odłożył list.
— Głupstwa pisze — mruknął przesądnie, myśląc o sobie.
Ale te „głupstwa” nie schodziły mu z myśli. Przecież i on w tej chwili znalazł się niespodziewanie blisko celu, o którym od jakiegoś czasu marzył... Obawy żony, a jego nadzieje, były już prawie pewnością... Czemuż ten Turski — nieproszony — pisze mu ten list i uświadamia mu skryty, zimny lęk, który w nim nurtuje? Mogłobyż się naprawdę stać jeszcze coś takiego, co by cały plan jego, przypadkiem tak cudnie się spełniający, wniwecz zdołało obrócić?
„Zwichnięcie nogi albo zawalenie się góry — wszystko jedno!”
Tak, powód jest zupełnie obojętny i w skutkach równoznaczny. Czy pożar domu został wywołany uderzeniem piorunu, czy nieostrożnym rzuceniem zaledwie tlejącej się96 zapałki, jednakowo pozostają zgliszcza i nad nimi z załamanymi rękoma ludzie, którzy wczoraj jeszcze mieli dom i ciszę, i spokój, i szczęście...
Wstrząsnął się.
— Ad me non pertinet!97 — wypowiedział głośno stare, rzymskie zaklęcie.
Podniósł znowu list ku oczom.
„Na szczycie byłem trzeciego dnia...”
— A jednak! — Odetchnął z ulgą, jakby to i o jego losie miało wyrokować.
„...ale okazało się z następnych pomiarów i obliczeń, że to nie jest ten szczyt, o który mi właśnie chodziło. Przewodnicy mnie zbałamucili, czy ja sam na fałszywą wszedłem drogę? Obiecywałem sobie błąd powetować i nie powetowałem go nigdy. Zawsze jakieś drobnostki, nieprzezwyciężone stały na przeszkodzie.
I teraz w dużej, jasnej kawiarni, przy butelce reńskiego wina przypomina mi się to wszystko.
Mam wrażenie...
Nie, nie! Nie chcę mówić! Zbyt długo żyłem wśród ludzi Wschodu, pełnych przesądów i zabobonu, aby się teraz odważyć na wyraźne napisanie swych obaw.
Niechajże wszystko będzie, jak być ma i musi. Zdaje mi się, że i ta kobieta przekonała się, że jedynym ramieniem, na którym trwale oprzeć się może, jest moje, zbyt dużo niegdyś — może mimo woli — wobec niej przewiniłem, abym mógł pozwolić drżeć temu ramieniu, gdy ona po nie rękę wyciąga.
Po długich latach, gdzie liczyłem tylko na własne siły i zupełnie sobie wystarczałem (musiałem zresztą!), tak bym chciał teraz mieć kogoś bliskiego sobie, bardzo bliskiego... Prosiłbym Pana o przyjaźń, gdybym wierzył, że o taką rzecz w ogóle można prosić. Zresztą drogi nasze rozejdą się prawdopodobnie wkrótce i na długo. Zaraz po ślubie wyjedziemy oboje i z synem — może do Paryża? Do Londynu, czy do Ameryki? — nie wiem jeszcze, ale w każdym razie daleko stąd, aby w innym środowisku i wśród innych ludzi nowe rozpocząć życie. Ja chcę tego i chce tego księżna, choć może z innych względów. Rzeczywiście objawił się w niej nieprzeczuwany tak długo a ogromny talent artystki, dobrze będzie, jeśli znajdzie szerokie pole dla swych zdolności.
Powtarzam to za nią, bo co do mnie — kto wie, czy nie wybrałbym raczej życia tak cichego i spokojnego, jak Pańskie... Jasno mi się zawsze w duszy robi, kiedy myślę o Panu i Pańskiej żonie. Dnie czy wieczory, które spędziłem u Was, a zwłaszcza te, gdyśmy bez liczniejszego towarzystwa, we trójkę albo jeszcze z czwartym Śniegockim w jadalnym pokoju lub w Pana gabinecie siedzieli, błyszczą mi w pamięci, jakby dnie cudownej pogody na morzu, uśmiechem pani Zośki jak słońcem rozświetlonym.
Niech Pan ode mnie Pani ręce gorąco, gorąco ucałuje i powie jej, że cześć mam dla niej wielką i głęboką za to, że jest tak bardzo kobietą w całym a najlepszym tego słowa znaczeniu: że jest żoną i matką.
Czy pan pamięta? Raz w jakiejś, snać bardzo złej chwili, powiedział Pan do mnie, że kobieta może być tylko naszą nałożnicą albo matką naszych dzieci. Wstydzi się Pan tego? Powinien się Pan wstydzić, właśnie Pan! Mnie się wówczas zdawało (różne przykre były okoliczności!), że Pan ma słuszność. Ale to mnie się tak mogło wydawać, Panu nigdy! Niech Pan w tej chwili idzie i uklęknie przed swoją żoną i nie mówiąc nawet za co, bardzo gorąco ją przeprosi.
I niech się Pan na mnie nie gniewa, że to wszystko piszę. Tak dawno, dawno nie byłem z nikim szczerym i otwartym...
Chciałem do tego listu dołączyć sznur pereł, w tym celu nawet przy innych sprawunkach u tutejszego handlarza wyszukany, z pokorną prośbą, aby go Pan raczył złożyć ode mnie u stóp swojej żony i powiedzieć jej, że jest dla mnie tak czysta i jasna jak te łzy morza... Ale jak Pan widzi, tchórzę w ostatniej chwili i pereł nie posyłam. Boję się, by Pana nie urazić... W Azji to jest zwyczajem, tutaj w Europie już pono nie. A ja stoję na rozdrożu...
Napisałem przypadkowo zdanie, które mnie teraz zastanawia. Czyżbym rzeczywiście stał na rozdrożu? Nie, nie! Droga przede mną jasna i wytknięta...”
Odłożył znowu list. Nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego napełniają go jego słowa głębokim i nieprzezwyciężonym smutkiem... To czuł, że Turski pisze właściwie nie do niego, lecz po to, aby myśli swe krążące i niespokojne ku jakiemuś określonemu zwrócić punktowi. Widział duszę jego, drżącą jak drzewo w zrywającym się wietrze, o którym nie wiadomo jeszcze, czy jest zapowiedzią burzy, czy tylko przelotnym podmuchem przed długą ciszą wieczorną.
— Może ja jestem naprawdę do tej wody podobny, o której Turski pisze — uśmiechnął się — i cień teraz na mnie pada od chmur, przebiegających na jego niebie?
Targnęła nim nagła i niespodziewana myśl, gdzie może być w tej chwili jego żona? Wiedział, że wyszła z domu przed godziną, nie powiedziawszy mu swoim zwyczajem, dokąd wychodzi i że nie wróciła jeszcze. Nigdy się nie troszczył jej nieobecnością, zostawiając jej naturalną w tym względzie swobodę, zdziwił się tedy sam niepokojem, który go dzisiaj naraz ogarnął na myśl, że żony jego nie ma w domu. Uczuł, że w tej chwili właśnie powinien by być przy niej, choć nie umiał sobie określić dlaczego. Odruchowo chciał powstać i wyjść za nią na miasto, ale przyszło mu zaraz na myśl, że byłoby to próżne, gdyż nie wie po prostu, gdzie by ją mógł znaleźć.
Wsparł skronie na dłoniach i zadumał się.
W oknie mieszkania Bergerowej, wychodzącym na planty pokryte brudnym, topniejącym śniegiem, siedziała pani Zośka, tak jak była przyszła, w kołpaku na jasnych włosach i w szerokim futrze na ramionach. Założyła nogę na nogę, wsparła łokieć na kolanie i na dłoni brodę. Patrzyła przed siebie tępym, bezradnym wzrokiem spod brwi ściągniętych i nachmurzonych.
Wdówka chodziła po pokoju z rękami w tył założonymi.
— Rozbierzże się przynajmniej — rzekła po chwili.
— Ach, głupstwo! — mruknęła Butrymowa i rzuciła futro, nie patrząc, gdzieś poza siebie na otomanę. Potem naraz przycisnęła obie pięści do ust i zaczęła powtarzać:
— To straszne! To straszne! Ja po prostu oszaleję!
Bergerowa nieznacznie wzruszyła ramionami.
— Właściwie nie wiem, o co ci chodzi tak dalece. Nie jesteś przecie panną, która się w takich razach musi ukrywać. Zresztą w dzisiejszych czasach i panny nie biorą tego zbyt tragicznie. Mogłabym ci zaraz przytoczyć przykład, jeśli mi tylko przyrzeczesz, że będziesz dyskretna...
— Ach, daj mi pokój z twymi przykładami!
Więc czegóż ty nareszcie chcesz?
— Rady, rady jakiej chcę od ciebie, pomocy ratunku, bo mi się już obłęd...
Urwała nagle i powstała.
— Właściwie nie chcę niczego. Przepraszam cię.
Zaczęła zbierać porozrzucane swe rzeczy, gotowa już do odejścia.
Bergerowi poskoczyła ku niej i objęła ją obiema rękami wpół.
— Zośka, Zośka! Zastanówże się, co ty robisz!
— Co?
Rzuciła to chłodno, trochę nieprzytomnie, patrząc z natężeniem na przyjaciółkę, której zresztą nie widziała, myślą swoją zajęta.
— Dokąd idziesz? Po co? Siadajże jeszcze. Przecież w takim usposobieniu ja cię na ulicę nie puszczę. Pogadamy. Może się co wymyśli, a może się ty uspokoisz i z tym ostatecznie bardzo zwykłym losem się pogodzisz...
Butrymowa potrząsnęła głową w milczeniu i usiadła.
— Przede wszystkim... czy jesteś pewna?
— Prawie że tak.
Naraz wdowa uderzyła się w głowę.
— Słuchaj no, przyznaj się, a może to... może to... mąż twój nie miał w tym udziału i dlatego...? Byłaś niedawno sama za granicą... Wiesz, że ja umiem dochować tajemnicy.
— Śmieszna jesteś.
— Więc powiedzże mi tak spokojnie, o co ci chodzi?
— Nie chcę! Nie chcę! I koniec! Nie chcę, słyszałaś!?
— Słyszę, ale...
— No. To powinno wystarczyć..
— Dobrze, ale dlaczego nie chcesz?
— Bo nie chcę. Nie chcę się czuć przez całe miesiące zwierzęciem, a po urodzeniu dziecka, o którym nie wiem nawet, jakie by było, być mamką, piastunką, służącą... Nie chcę! Dość tego miałam raz.
— Zdarza się to kobietom i po dziesięć razy.
— Niech się zdarza komu chce, ale nie mnie. Ja jestem człowiekiem i mam swoje ludzkie prawa. Jak może... jak się może coś dziać bez mojej woli!
Bergerowa uśmiechnęła się dyskretnie.
— Troszeczkę twojej woli jednak musiało w tym być...
Pani Zośka nie odpowiedziała. Przytknęła tylko chusteczkę do ust i do uszu. Bergerowa spostrzegła, że płacze. Przysiadła obok niej na dywanie i objęła ją rękami.
— Zochna, przecie się nie denerwuj niepotrzebnie! Trzeba jeszcze przeczekać, dotąd nic pewnego, a potem... potem może jaka rada się znajdzie. Ostatecznie w tym stanie nerwów, w jakim się znajdujesz, każdy lekarz przyzna ci słuszność!
— Tak, tak, ty dobra jesteś, Wandziu. Nie gniewaj się na mnie, ale ja już doprawdy nie wiem... Ty mi dopomożesz, prawda? Masz tu znajomości...
— Czy nie lepiej by było, aby sam mąż twój pomówił z kolegami z uniwersytetu?
— Och, on! On tego nie zrobi nigdy, nigdy!
Zaczęła płakać na głos i zanosić się aż od łez.
— To źle — mówiła Bergerowa. — Bez jego woli i zgody nic się stać nie może.
— Jak to? Nawet gdybym umrzeć miała? Gdyby to życiu mojemu groziło?
— Ha, w takim razie... Ale, o ile wiem, jesteś zupełnie zdrowa i w stanie twoim nie ma dla ciebie żadnego niebezpieczeństwa,
— Owszem, jest! Jest niebezpieczeństwo, bo ja się zabiję!
— Dajże pokój. Z powodu takiego głupstwa!?
— Dla ciebie to jest głupstwo, dla mnie nie.
Bergerowa nie mogła się powstrzymać od śmiechu.
— Moja droga, w danym wypadku to byłoby raczej przeciwnie, bo ja przecież nie mam żyjącego męża.
— Nie żartuj, bo mnie to nie w głowie w tej chwili.
— Owszem, najlepiej jest żartować, aby rzeczy nie brać zbyt tragicznie! I pomyśl! Namawiałaś mnie na romans ze swoim mężem! Ładna by była historia, gdyby to tak mnie było spotkało!
Butrymowa roześmiała się mimo woli.
— Wierz mi, że bym wolała.
— Ale ja nie. Dziękuję. Wolę zachować cnotę świętego stanu wdowiego — przynajmniej co do skutków.
— Ale mnie radź!
— Zrobię, co będę mogła. Musi się najpierw zebrać lekarskie konsylium, w tym cała rzecz, aby uznali, że stan twój jest niebezpieczny.
— Muszą uznać, gdy ja im powiem...
— Ech, to tam głupstwo, co ty im powiesz!
Pani Zośka zerwała się gwałtownie. Oczy jej płonęły, zaciśnięte szczęki zadrgały nerwowo.
— Jak mnie kto może zmuszać, gdy ja nie chcę! Jakim prawem? Jaką ustawą? Czyż ja nie mam swobody rozporządzać sobą i tym, co ode mnie zależy? Ja! Ja jedna tylko i nikt inny za mnie! Nikt na świecie!
— Dobrze, ale uspokój się, mówię ci, bo się jeszcze rozchorujesz. Prawa i ustawy są inne i nie bardzo o nas dbają.
— Tak, prawa i ustawy pisali mężczyźni.
— Przyznam ci się, że mimo wszystko wolę to. Bo choć sama jestem przypadkowo kobietą, ale bałabym się babskich praw.
— Kpisz ciągle, jakby mnie na złość...
— Więc będę mówić poważnie. Ale czyś się ty nad tym zastanowiła, co twój mąż powie? Zwłaszcza, gdy on jest przeciwnego zdania.
— Czy ja wiem? — wyruszyła ramionami. — Zresztą cóż jemu do tego? To przecież wyłącznie moja sprawa.
— Nie bardzo i uprzedzam cię, że musisz się z nim bezwarunkowo naprzód porozumieć. Bez tego nie ma nawet o czym myśleć.
Pani Zośka objęła skronie rękoma.
— Och, Boże! Po co ja na tym świecie żyję? Żebym już raz zdechła, toby było najlepiej.
— Cóż ty wygadujesz? Przecie masz syna!
— Ach, syn... Starszy już jest i obszedłby się beze mnie. Zapomniałby wkrótce... A teraz znowu te przejścia, te rozmowy, te tłumaczenia!
— Myślisz, że profesor może się uprzeć i niezgodzie?
— Musi się zgodzić, ale co mnie to będzie kosztowało! A potem znowu ta cała historia. — Och! Jakież to obrzydliwe! Świństwo, świństwo!
— Więc namyśl się. Może lepiej dać pokój i zostawić wszystko tak jak jest?
— Nie mogę. Po prostu nie czuję się na siłach. To nie frazes, co mówię, ale doprawdy boję się obłędu. Zaledwie w ostatnich tygodniach trochę się uspokoiłam i przyszłam do równowagi, i znowu... Nie wiem co ja Panu Bogu winna jestem, że się tak zawziął na mnie.
— Nie bluźnij! Masz życie szczęśliwe, którego ci tysiąc kobiet może pozazdrościć.
— A! Żeby pies miał takie szczęście!
Bergerowa zaczęła się głośno śmiać.
— Moja ty, nie gniewaj się na mnie, że się śmieję, ale doprawdy nie mogę już wytrzymać. Żeby cię tak kto zobaczył i posłyszał! Moja Zochno, jesteś taka okropnie zabawna, że ludzkie wyobrażenie przechodzi!
— Więc nie chcesz mi dopomóc?
— Ale owszem, owszem, tylko pozwól niech się na — śmieję... Jak to powiedziałaś? „Żeby pies miał takie szczęście!”
Butrymowa ruszyła ramionami i bez pożegnania wyszła od przyjaciółki.
Szła przez planty wolno z pochyloną głową w bezradnym, tępym zamyśleniu. Wszystko to, co się z nią działo, przedstawiało jej się w wypotworniałych, nielitościwych kształtach. Głucha rozpacz w niej wybierała, a razem z nią żal niezgłębiony do męża, do ludzkich praw i urządzeń, do przyrody całej, do losu wreszcie, choć niewątpliwie z trudnością by jej przyszło określić stopień ich przewiny. Czuła się tylko strasznie, strasznie nieszczęśliwą. Chwilami wrzał w niej bunt tym straszniejszy, że zupełnie bezsilny.
— Nie chcę, nie chcę! — powtarzała w sobie z zawziętym, ślepym i coraz twardszym uporem, zapominając już prawie, dlaczego nie chce właściwie. Nie opuszczała jej tylko świadomość, że zrobi raczej wszystko, co będzie w jej mocy, że waży się raczej na rzeczy jakieś całkiem nieprawdopodobne, niżby miała dopuścić, aby się działo coś, przeciw czemu oto cała wola jej się opiera.
— Nie dam się skrzywdzić — szeptała przez zaciśnięte zęby — jestem człowiekiem i mam prawo rozporządzać sobą, mam prawo, mam, mam!
Do żadnego dalszego rozumowania umysł jej w tej chwili nie był zdolny. Poglądała przed siebie z nienawiścią, jak gdyby wszyscy mijający ją ludzie byli jej osobistymi wrogami, czyhającymi tylko na to, aby jej jakąś straszliwą krzywdę wyrządzić. Miała uczucie, że jest osaczonym zwierzęciem, które musi się bronić, bronić wszelkimi siłami.
Ktoś jej się ukłonił i przywitał ją głośno.
Wzniosła głowę, przywołując z przyzwyczajenia uprzejmy uśmiech na usta.
Stal przed nią adwokat Dzióbek i ze swym zwykłym, trochę impertynenckim uśmiechem wyrzucał monokl z prawego oka.
— A, to pan...
— Mówi to pani ze zdziwieniem. Czy mam to tak rozumieć, że mnie pani nierada spotyka? W takim razie idę dalej, jeśli pani przeszkadzam.
— To nie, ale przestraszył mnie pan — rzekła, podając mu dłoń na powitanie.
— Aż tak? Szła pani zamyślona... Czy można znać przynajmniej powód tego zamyślenia.
— Nie.
Powiedziała to krótko i twardo i zaśmiała się naraz.
— Ależ owszem. To jest... Myślałam właściwie o rzeczach zupełnie obojętnych.
— Ciekaw jestem w takim razie, jak pani wygląda, myśląc o rzeczach poważnych!
— Przecież kobiety według was nigdy podobno o poważnych rzeczach nie myślą.
— Przepraszam panią, co to znaczy to „według was”?
— Miałam mężczyzn na myśli.
— Nie lubię być podciąganym pod miano ogólne, Zwłaszcza w tym wypadku. Jestem bowiem zdecydowanym i gorącym zwolennikiem kobiet.
Mówił dalej, banalnie i potoczyście; ona odpowiadała odruchowo, nie słysząc właściwie zgoła tego, co on mówi.
Chwilami przebłyskiwało jej przez świadomość, że adwokat prawi jej jakieś komplimenta98, uśmiechała się zdawkowo i usiłowała być uprzejmą, bez jawnego wyobrażenia o tym, co robi.
Skręciła mimo woli i bez celu w jedną ze starych ulic, wiodących ku Rynkowi, adwokat szedł ciągle za nią. Ośmielony jej uprzejmym i nieodpornym zachowaniem się wobec tego, co jej prawił, począł być coraz „przyjemniejszym” i natarczywszym. Zauważyła nareszcie, że on jej robi zupełnie formalne wyznanie miłości. Właściwie nic ją to nie obchodziło. Nie odrzekła ani słowa, nie dbając zgoła o to, jak mecenas będzie sobie jej milczenie tłumaczył. W pewnym miejscu zatrzymała się bezwiednie i podnosząc głowę, spojrzała w okna, oświetlone słońcem, które przed zachodem z za chmur wyjrzało.
— Pani mi nie odpowiada — usłyszała natarczywe słowa adwokata.
— Ach, przepraszam, zamyśliłam się. O co pan pytał?
Dzióbek poczerwieniał mocno.
— Widzę, że się pani głęboko zamyśliła, jeśli nie słyszała pani moich słów. A czy można wiedzieć teraz, o czym pani myślała.
Spojrzała znowu w okna, na które patrzyła przedtem nieświadomie, szukając pretekstu. Zauważyła naraz, że zna ten dom. Postanowiła z tego skorzystać.
— Tak, myślałam właśnie, że muszę zajść do doktora Poleskiego, który tu mieszka.
Wybuchnął trochę sztucznym, niegrzecznym śmiechem.
— Wszakże doktór Poleski przed dwoma laty się zastrzelił!
— Prawda, prawda. Zapomniałam. To wielka szkoda.
— Mówi pani jak nieprzytomna.
Patrzyła w okna. Miała wrażenie, że za firanką przesunął się jakiś biały cień kobiecy... Było jej to zresztą zupełnie obojętne. Nie wiedziała nawet, kto obecnie zajmuje to mieszkanie po garbatym lekarzu-samobójcy.
— Czy idziemy dalej? — zapytał Dzióbek z lekką niecierpliwością.
— Nie. Przepraszam pana. Muszę już śpieszyć do domu. Powinnam tam być...
Pożegnała go skinieniem głowy i odeszła szybko. Stał przez chwilę na ulicy, patrząc za nią i kręcąc głową z niechętnym zdumieniem.
— Coś tam musi być — szepnął i uśmiechnął się złośliwie.
W kawalerskim mieszkaniu Borzyckiego, czystym i nie bez pewnej skromnej i dość surowej wytworności urządzonym, siedziała przed zwierciadłem księżna Helena i upinała rozpuszczone włosy. Ręce jej nagie, wzniesione do góry, w ostatnich blaskach zachodzącego słońca wyglądały jak gdyby wyciosane z różowego marmuru. Na szyi odkrytej, oślepiająco białej, znaczyły się dwie krwawe plamy. Spostrzegła to w zwierciadle i dotykając ich palcami, rzuciła z uśmiechem poza siebie:
— Patrz, co zrobiłeś! To ślady twych pocałunków. Jakże ja się teraz na świat pokażę!
Borzycki, który siedział w głębi, zbliżył się i znowu usta niesyte do ramienia jej przycisnął.
— Nie, nie, daj już pokój, nie można! — broniła się. — Godzina późna, a muszę wieczorem być na koncercie...
Mówiąc to, muskała mu ruchem głowy twarz swemi włosami, a potem wyciągając w tył ręce, ujęła jego skronie i przycisnęła na chwilę do ust swych gorących i upojnych.
— Och ty! Mój chłopcze!
— Hela!
Nagle głowę jego odepchnęła.
— Odejdź. Muszę się ubrać.
Osunął się na ziemię około jej kolan.
— Słuchaj mnie. Właśnie prosić cię chciałem, abyś dziś tak wcześnie nie odchodziła. Koncert dopiero za dwie czy trzy godziny się zacznie, a zresztą co ci po tym koncercie?
— Muszę się ludziom pokazać.
— Po co? Na co? — błagał cicho. — Posłuchaj, Helu, zaczyna się teraz nasza godzina, siądziemy przy sobie i będziemy gwarzyć... Tak rzadko dajesz mi coś więcej ze siebie ponad ten uścisk.
— Czy mało?
Przechyliła w tył głowę i spojrzała nań błyszczącymi spod opuszczonych powiek oczyma. Usta w zastygłym uśmiechu wpół rozchylone drgnęły lekko i wysunęły się nieco naprzód jak do pocałunku, pierś jej, ciągle niepokalanie doskonała w szlachetnym swym kształcie, wzniosła się w głębokim oddechu i pozostała tak na moment wzniesiona, jakby miłosną żądzą nabrzmiała...
— Czy mało...? — powtórzyła zaledwie dosłyszalnym szeptem.
— Nie! To dużo, to więcej niż świat, to szczęście, to rozkosz, to życie! Wszystko! Och, moja, moja ty! Ginę ze szczęścia przy twoich nogach. Nie wiedziałem nawet, że może w ogóle być szczęście tak wielkie i upojne!
Przypadł ustami do jej kolan i zaczął chłonąć w obłędnych pocałunkach jej ciało.
— Widzisz, mówiłeś, że będziemy siedzieć cichutko, a czyż ty to potrafisz? Znowu całujesz.
— Boś jest słodka! Boś upojna! Rozkosznaś jest cała! Ale teraz zobaczysz, już będę spokojny, tylko małą, małą godzinkę jeszcze...
— Słońce już zaszło.
— To nic. Zapuszczę firanki, rozpalę ogień na kominku. To takie dobre, poczciwe mieszkanie w starej kamienicy, co ma głębokie wnęki u okna i kominki w ścianie.
Księżna uśmiechnęła się.
— A wiesz, że ja ten pokój znałam przedtem jeszcze, nim ty go zająłeś?
Ciemna chmura przemknęła błyskawicznie po czole chłopca.
— Byłaś tu? — spytał spokojnie.
— Tak jest, byłam raz — odrzekła z jasnym uśmiechem.
— U kogo?
— U doktora Poleskiego.
— U tego garbusa?
— Tak. W godzinę po tym, kiedy się zastrzelił. Leżał tutaj, o, około okna, właśnie w tym miejscu, gdzie ty klęczysz.
— Znałaś go?
— Tak. Ale to smutna historia. Nie mówmy już o tym.
— Ja chcę wiedzieć!
— Cicho!
Przyciągnęła znów jego głowę ku piersi i całowała go po oczach, po ustach, po skroni.
— Tak się dziwnie składa... Czyż ja wówczas mogłam była pomyśleć, że będę tu kiedy z tobą, przy tobie... Nie znałam cię nawet jeszcze. Ale to szczególne, że ty właśnie to mieszkanie wynająłeś.
— Nie opowiadałaś mi nigdy o tamtej historii...
— Po co? Cóż nas obchodzi to wszystko, co było czy mogło być? Czyż nie tak?
— Tak, tak!
— Ale gdyś mi dał adres i gdy tu pierwszy raz do ciebie wchodziłam, wtenczas w jesieni, tak mi było dziwnie, tak dziwnie...
— Widzisz, teraz ty się zadumałaś. Płaczesz?
Usunęła go lekko dłonią.
— Tyle mi się różnych rzeczy przypomina — szepnęła, mrużąc nieco załzawione oczy.
Objął ją ramionami jak dziecko.
— Nie myśl, nie myśl! Przecież jesteśmy razem ze sobą i żadnego wczorajszego dnia nie było!
— Tak, nie było...! Dla ciebie.
— Wiesz, że dla mnie rzeczywiście nie było. Zacząłem naprawdę żyć dopiero, kiedy ciebie poznałem. Ale i jutro ja nie chcę innej. Naprawdę ty jesteś pierwszą kobietą, którą kocham i która... która... jest moja.
Zarumienił się jak panienka.
— Pierwsza? Pierwsza jestem? — uśmiechnęła się, wysuwając usta ku niemu.
— Tak. I będziesz ostatnia. Jedyna.
— Och, ty dzieciaku!
— Cóż jest śmiesznego w tym, co powiedziałem?
— Jakże ty nic znasz jeszcze życia. Ale kocham cię za to, za to właśnie!
— Życie moje jest w tobie! Nie umiem sobie już nawet wyobrazić, jak mógłbym istnieć, oddychać bez ciebie.
— A jednak...
— Co?
— Trzeba nam się będzie rozstać.
— Zaśmiał się.
— To niemożliwe.
— Możliwe, możliwe i nawet konieczne.
— Nie rozumiem — rzekł zaniepokojony.
Wstała powoli. Przygładziła upięte już włosy, wrzuciła bluzkę na siebie i oglądała się za żakietem zimowego kostiumu. Nim się weń ubrała, zwróciła się jeszcze ku Borzyckiemu, patrzącemu na nią wciąż z niemym i niespokojnym zdumieniem.
Zawahała się na moment. Ten chłopak przerażał ją czasem. Prawie dzieciak jeszcze, był jednak pierwszym z mężczyzn, nad którym w pewnych chwilach traciła swą czarodziejską władzę. Kochający do obłędu i na pozór uległy, każdemu uśmiechowi jej posłuszny, miewał wybuchy, po prostu zatrważające. Przypomniało jej się, jak raz, spotkawszy się z nim, przez kaprys jakiś nie chciała nawet zrzucić kapelusza ani ust mu podać do pocałunku. Prosił długo i cicho, a wreszcie pobladł i wstał z jakimiś strasznymi oczyma, które jej potem długo tkwiły w pamięci. Uczuła wówczas lęk, obezwładniający ją wbrew woli. Aby go pokryć przed sobą samą, rzuciła mu się na piersi i poczęła gwałtownie usta jego całować...
— Co byś był zrobił — mówiła w chwilę potem, kiedy już u nóg jej schylony zachwyconymi oczyma dziecka patrzył jej w twarz, co byś był zrobił, gdybym była odmówiła?
— Zabiłbym cię — szepnął słodko i pokornie...
Przemknęła jej przez pamięć ta chwila. Borzycki stał przed nią, patrząc wciąż niespokojnie i z oczekiwaniem.
A jednak nie mogła się wahać. Wcześniej czy później trzeba mu będzie powiedzieć. Lepiej dzisiaj od razu.
Spojrzała nań smutno i łzawo.
— Wcześniej nie chciałam ci mówić... — Nachyliła twarz ku niemu. Pocałuj mnie, bardzo, bardzo, bo dziś się po raz ostatni widzimy...
— Ależ... zupełnie tego wszystkiego nie rozumiem — mówił chłopak ze szczerą rozpaczą w głosie. — Czyż ja co zawiniłem?
— Nie.
— Więc dlaczego? Dlaczego!
— Posłyszysz... za kilka dni.
Namarszczył nagle brwi.
— Nie! Chcę usłyszeć teraz, zaraz, na miejscu. Inaczej cię stąd nie puszczę...
Spojrzała nań chłodno i z umyślną wyniosłością!
— Mogłabym nie odpowiedzieć i wyjść. Ale jeśli chcesz wiedzieć koniecznie: wychodzę za mąż.
— Co!? — rzekł, mieniąc się na twarzy. — Coś ty powiedziała?
— Czyż w tym jest co dziwnego?
Stali przez chwilę w milczeniu naprzeciw siebie. Wreszcie Borzycki roześmiał się nieco wymuszenie.
— Ach, ty żartujesz ze mnie. Ale, Hela, ja bardzo proszę, nie rób ze mną takich żartów, bo... bo ja sam siebie się boję...
Chciał ją ująć za rękę. Usunęła mu ją.
— Już nie dotykaj. Skończone. Prześnił się sen. Podziękuj mi jeszcze z daleka, że był piękny i myśl o mnie zawsze dobrze i jasno. Bądź zdrów.
Borzycki zrobił się blady jak trup. Usta mu jeno nerwowo zadrgały.
— Więc naprawdę? — zapytał na pozór całkiem spokojnie, głosem stłumionym i z lekka drżącym.
— Nie ciekaw jesteś, za kogo wychodzę?
— Więc naprawdę? — powtórzył.
— Słyszysz przecie.
— I to od dawna postanowione?
— Od kilku tygodni.
— I przez ten czas... bywałaś tutaj — ty, ty...!
— Milcz! Nie obrażaj!
— Ścierko! — syknął przez zęby.
— Dosyć mam tego. Proszę mnie puścić natychmiast.
— Nie puszczę.
— Zawołam oknem na policję, że mnie pan przemocą...
— Za coś ty mnie miała? Coś ty ze mnie zrobiła?
— Teraz widzę, żem pana za więcej miała, niż pan jest w istocie. I to za moją miłość...
— Komediantka!
— To mam za karę, żem się zlitowała nad dzieciakiem? Czy mnie pan puści nareszcie?
Postąpił ku niej krokiem. Takim go jeszcze nigdy nie widziała. Policzki mu naraz zapadły, oczy błyszczały febrycznie.
— Słuchaj, ty za mąż nie wyjdziesz! — rzekł niby to z błaganiem, które jednak grzmiało jak groźba.
— Proszę! Dlaczego?
— Bo nie chcę.
— Także powód! I cóż będę robiła? Mam może i dla twej fantazji wstąpić do klasztoru? Śmieszny jesteś!
— Nie dla fantazji mojej, ale dla miłości. Moją żoną zostaniesz!
Wybuchnęła srebrzystym śmiechem,
— Pomysł nadzwyczajny!
Krwawe wypieki wystąpiły mu na twarz.
— Nie śmiej się, bo...
— Bo co?
— Zabiję cię.
— Ech, dosyć mam błazeństw. Z drogi!
Wyrwał rewolwer z kieszeni i stanął przed nią z oczyma zupełnie obłąkanymi.
— Cóż to ma znaczyć? — Usiłowała słowom swoim nadać wyraz ironiczny i stanowczy.
On szeptał tymczasem, patrząc na nią rozszerzonymi źrenicami:
— Tak, ja ja cię uchronię od tego grzechu, ja cię odkupię, wybawię... Widocznie musiało tak być...
— Co takiego?
Rysy ściągnęły mu się gwałtownym skurczem bólu.
— Miałabyś zostać żoną innego, miałby kto inny twe pocałunki...
Ruszyła ramionami.
— Ja byłam pierwsza dla ciebie, ale tyś dla mnie pierwszy nie był. Dlaczegóż miałbyś być ostatnim? — rzekła z nielitościwym cynizmem, sądząc jeszcze, że go nim ubezwładni.
Zatrząsł się i krzyknął nagle:
— Hela! Ciebie już nikt w życiu nie dotknie! Po mnie nikt cię już dotknąć nie może. Mojaś jest. Zbyt piękna na to, abyś żyła dalej.
Przestraszyła się, ale tylko na jeden moment. Zapanowała znów nad sobą.
— Stefek, nie szalej i nie rób śmiesznej komedii. Przecież ja już naprawdę iść muszę.
Ale on był nieprzytomny. Nie słyszał po prostu tego, co mówiła.
— Byłaś mi szczęściem, byłaś mi życiem, wszystkim mi byłaś...
— No dobrze, ale teraz chcę wyjść.
— Nie wyjdziesz stąd.
Z zaciśniętymi zębami, z oczyma, w których się obłęd żarzył, podniósł broń do góry.
— Precz! — krzyknęła z rzeczywistą irytacją, chwytając go za rękę.
Gruchnął strzał — umyślny czy przypadkowy...
— Hela! — wrzasnął, rzucając się na upadającą bezwładnie na ziemię.
Butrym telegrafował do Turskiego:
„Przyjechać natychmiast. Straszny wypadek. Księżna nie żyje. Syna wziąłem do siebie”.