X
Kiedy Butrym wszedł do mieszkania Firdussiego, zastał go przy składaniu swych skromnych podróżnych tobołków. Ucieszył się mimo woli, gdyż oczywisty a niespodziewany wyjazd Persa uwolnił go niejako od zrywania stosunku, który mu już ciążył. Przyszedł nawet dzisiaj z tą myślą, aby mu to powiedzieć, widząc jednak, że to już zbyteczne, udał jeno99 przykre zdziwienie na widok zapakowanych kufrów.
— Pan wyjeżdża?
Pers uśmiechnął się niewyraźnie, patrząc w nieokreślonym kierunku swymi nadmiernie rozszerzonymi źrenicami.
— Wszakże pan dzisiaj rano postanowił więcej ze mną nie przestawać i przychodzi pan właśnie, aby mi to oświadczyć.
Butrym zdumiał się, choć był już przyzwyczajony do nadzwyczajnych jasnowidzeń dziwnego człowieka.
— Kto to panu mówił? — wtrącił trochę niezręcznie.
— Nie mówił mi nikt. Ale niech się pan nie tłumaczy ani nie usprawiedliwia; zdaje mi się, że ma pan zupełną słuszność. Był to błąd z mojej strony, nie dlatego nawet, żem pana wybrał, ale w ogóle, żem szukał uczonego współpracownika...
— Zamyśla pan teraz samodzielnie odkrywać tajemnice wszechświata.
— Tak.
— I ogłaszać?
— Nie. Zamierzam przede wszystkim pracować wewnętrznie i przyjść z samym sobą do porządku.
— Więc pan wzgardził tym, co wiedza świata daćby panu mogła? — rzekł Butrym z mimowolnym odcieniem urazy w głosie, zapominając, że ta „wiedza” pierwsza w jego osobie odpycha jasnowidza.
— Odpowiem panu na to pytanie, gdy mi pan powie, z jakich powodów pan postanowił ze mną nadal nie pracować.
— Ach, Boże, to takie proste... Pan jest fenomenem, wyjątkiem, zagadką, czymś, co się nie da obliczyć, naprawdę takimi ilościami ogromnie trudno jest w nauce operować i nie narażać się na mimowolne zejście z prawowitej drogi...
— A widzi pan. To samo usłyszę od każdego uczonego, do którego bym się zwrócił. W paru tygodniach obcowania z panem nauczyłem się tej jednej rzeczy, że uczeni ze swego stanowiska najzupełniejszą mają słuszność tak do mnie się odnosić. Na fałszywej byłem drodze, gdyż chciałem, aby ktoś drugi pomógł mi zrozumieć samego siebie i na odwrót, gdy pragnąłem drugiemu człowiekowi oczy otwierać, zamiast patrzeć głęboko własnymi. Pokazuje się, że za mało jeszcze byłem samotny. Zgubię się na pewien czas na największej pustyni, jaka jest na świecie, to jest w którymś z ogromnych miast Europy, gdzie tak cudownie można być samotnym...
— Czy mi pan nie przyśle swego adresu?
— Po co? Za jakiś czas szukałby mnie pan ze szkodą dla siebie i dla mnie.
— Gdy mi pan zginie tak bez śladu, będzie mi się zdawało, że cały pobyt pański tutaj był snem tylko.
— Tak lepiej. Niech mi pan daruje, żem panu na pewien czas zamącił pracę. Mówię to zupełnie szczerze.
Wyciągnął rękę do Butryma.
Profesorowi przebiegło błyskawicą przez myśl, że dziwnym przypadkiem po raz pierwszy ma podać dłoń temu człowiekowi, choć przez kilka tygodni prawie codziennie z nim się spotykał i długie nieraz przepędzał godziny. Z mimowolnym lękiem ujął wyciągniętą rękę.
Chłód go przeszedł przykry, gdy dotknął długich, gładkich palców, obciągniętych skórą jak gdyby martwą i niewrażliwą. Bał się spojrzeć w oczy cudzoziemca.
Gdy za chwilę znalazł się na ulicy, nie mógł sobie absolutnie zdać sprawy z tego, w jaki sposób i kiedy wyszedł z pokoju. Miał tylko niejasne uczucie, że między podaniem ręki a wyjściem jego upłynął jakiś przeciąg czasu i że „człowiek z gwiazd” powiedział mu w tym czasie rzecz niezmiernie ważną i doniosłą, która całą istotą jego wstrząsnęła. A jednak mimo najusilniejszej pracy nie mógł w pamięci odszukać ani śladu tego, co to mogło być i do czego się bodaj odnosiło? Zawahał się na chwilę, jakby chciał zawrócić na górę i prosić dziwnego Persa o powtórzenie mu tej zapomnianej tak nagle tajemnicy, ale zdjął go naprzód lęk, że będzie musiał raz jeszcze spojrzeć na niego, a potem zaczął sobie tłumaczyć, że ostatecznie to wszystko może być tylko złudzeniem i naraziłby się na śmieszność, wracając.
Zaczął więc iść powoli w stronę swojej pracowni uniwersyteckiej. Gdy jednak mijał dom, w którym mieszkał doktór Krasołucki, mimo woli zatrzymał się i pomyślał, że właściwie wcale nie jest w tej chwili usposobiony do pracy i dobrze będzie pogadać raczej z przyjacielem.
Wszedł na schody i zadzwonił. Służący wpuścił go do poczekalni, w której siedziały jakieś dwie starsze panie, doktór nie skończył był jeszcze ordynować, choć minęła już godzina, o której powinien był być wolny. Butrym wziął w rękę jakieś stare czasopismo ilustrowane i przeglądał je bez zajęcia. Na myśl powracało mu ustawicznie rozstanie się z Firdussim i męczył się, usiłując sobie przypomnieć te zagubione ostatnie słowa. Próbował dojść do nich rozmaitymi drogami, szukał w pamięci okoliczności, jakie im mogły towarzyszyć, kombinował sztucznie, do czego by się odnosiły, usiłował odtworzyć sobie głos mówiącego doń Persa, to znów swoje wrażenie — i wszystko na próżno. Miał uczucie, że z życia jego wycięto jakieś kilka czy kilkanaście minut i to z tą świadomością, że były one dlań ważniejsze niż może całe lata... To jedno tylko nie pamiętał100, lecz raczej odczuwał, że treść słów zapomnianych odnosiła się wprost do jego osobistego życia. I na tym koniec. Dalej ani kroku postąpić nie zdołał.
Nie zauważył nawet, jak poczekalnia się opróżniła. Mrok już padał, kiedy wreszcie Krasołucki stanął na progu.
— O, cóż ty tak siedzisz po ciemku! — zawołał. — Mówię temu bałwanowi służącemu, żeby lampy zapalał, ale gdzie jemu co w głowie! To jest straszne po prostu, że ja połowę czasu poświęcać muszę na walkę z tym bydlęciem, który nie może zrozumieć takiej prostej rzeczy, że cały świat został na to stworzony, aby mnie było na nim wygodnie i on się do tego stosować powinien!
Był to zwykły i ulubiony zwrot doktora, któremu jednak kłam zadawało całe jego życie, gdyż sam częściej postępował tak, aby innym było raczej wygodnie, a nie jemu samemu.
I teraz, nie wołając służącego, zabrał się sam do zapalenia światła, a gdy zobaczył, że przewód elektryczny jest zepsuty, pomruczawszy jeszcze trochę, potoczył się ku konsoli, na której stały stare, ciężkie, brązowe kandelabry około grającego kuranty zegara z osiemnastego wieku i zaczął je zaświecać.
— Daj pokój — mówił Butrym — wpadłem na krótką chwilkę tylko i to właściwie bez określonego celu.
— Niechże cię Pan Bóg broni, abyś do mnie z określonym celem przychodził, zwłaszcza w godzinach, kiedy się cyrulictwem param — zaśmiał się doktór.
— Na to się nie zanosi, jestem zdrów po prostu uporczywie i nieprzyzwoicie jak na dzisiejsze czasy!
Krasołucki siedział już przy nim na mahoniowym krzesełku, trzeszczącym pod jego ciężarem.
— Napijesz się ze mną herbaty? Co? To moja godzina. Mój władca, bo ja teraz tak mego służącego tytułuję, powinien ją przynieść za chwilę. O, idzie nareszcie. Drugą filiżankę podaj.
Służący zamruczał coś niechętnie i wyszedł z pokoju.
— Czemuż ty tak milczysz? — pytał Krasołucki Butryma. — Może ci jednak naprawdę co brakuje?
Badawczym i życzliwym wzrokiem jął patrzeć na profesora.
— To nic, ale... rozstałem się ostatecznie z Firdussim i to mnie tak jakoś poruszyło...
Wstydził się przyznać do tajemniczej okoliczności temu rozstaniu towarzyszącej. Krasołucki spoważniał.
— Wiesz, kpiliśmy sobie nieraz przy kieliszku wina z tego człowieka, a jednak w nim jest coś dziwnego — rzekł. — Zdaje mi się, że poza tym wszystkim nadzwyczajnym, co my o nim wiemy, on ma jeszcze w sobie jakąś inną i niedocieczoną tajemnicę...
Butrym nie chciał dzisiaj o tym rozmawiać i z umysłu, aby zmienić temat, począł mówić o niespodziewanej śmierci księżnej Heleny. Doktór ruszył ramionami.
— Moje złoto, księżna Helenka sama sobie winna. Miała metodą wypróbowaną i pewną i zachciało jej się czego innego. Nie przełamuje się bezkarnie raz ustalonego porządku.
— Jak to?
— Rzecz prosta. Dotąd zawsze każdego nowego przyjaciela wprowadzała niemal oficjalnie w koło dawnych i tak jakoś to było składnie i... familijnie, że tak powiem. Teraz po raz pierwszy ta cała historia z tym chłopcem była trzymana w tajemnicy, nikt się tego nie domyślał, a zdaje się, że i on nie wiedział nic o swoich poprzednikach... To był pierwszy i niebezpieczny wyłom w dotychczasowych zwyczajach. Po wtóre: ten pomysł małżeństwa z Turskim! Że on jest osioł, to wszystko w porządku, bo od tego my mężczyźni jesteśmy, żebyśmy byli osłami wobec „ziemskich aniołów”, ale ona! Na cóż jej to było? Po co? Dla jakiego celu?
— Hm, Turski, mimo że się szarpnął na ów teatr, i tak jest jeszcze po prostu bajecznie bogaty!
— To i cóż z tego? Ona miała dość po nieboszczyku Hazarapelianie, który ją tak przyjemnie i w porę owdowił, a zresztą i bez małżeństwa mogła z Turskim i z wszystkim, co on posiada, robić, co jej by się podobało. A jeśli jej chodziło o syna...
— Tak, myślę, że o syna jej chodziło. Wszak ona sama pozwalała się domyślać, że to dziecię Turskiego...
— Ha, w takim razie...!
Urwał i począł w zamyśleniu mieszać herbatę łyżeczką.
Butrym zaczął po chwili:
— Ale nie rozumiem, co jej zamiar małżeństwa może mieć do czynienia z jej tragiczną śmiercią?
— Moje złoto, mógł być związek bezpośredni: oszalały chłopak dowiedział się po prostu o tym... Ale mogło też być co innego. Są związki ukryte i głębokie. Los czasem pozwala na pewien tylko sposób życia, gdy się człowiek z niego wyłamie, to się mści szybko i straszliwie.
— Znów metafizyka! — szepnął Butrym niechętnie.
Zapanowało na chwilę milczenie.
— Byłeś przy sekcji? — spytał wreszcie profesor.
— Tj... co tu było sekcjonować? Powód śmierci niewątpliwy. Kula trafiła w kość policzkową, wysadziła oko i utkwiła w potylicy, przeszywszy mózg. Strasznie wyglądała. Usta w przerażeniu otwarte. Strzelił do niej z lichego rewolweru: straszna rana.
— Jego mi żal...
— Turskiego?
— Więcej tego chłopca. Znałem go. Zdolny, pełen życia i tężyzny.
— Ano, skończyło się.
— Będzie odpowiadał za morderstwo?
— Naturalnie. Jak tylko przyjdzie do przytomności. Nie wiadomo, co tam zaszło, ale zastano go w zupełnym obłędzie. Leży dotąd w gorączce i majaczy.
— Wszystko to jest takie smutne, takie smutne, że straszno o tym myśleć. Turskiego oczekują już lada godzina...
— C’est la vie!101 To jest ten gatunek kobiet, które niszczą ludzi, nawet umierając. A zresztą — machnął ręką — wszystkie to robią, jedne prędzej i widoczniej, inne wolniej i nieznacznie, ale ostatecznie na jedno wychodzi. I nie będzie inaczej, dopóki dzięki przesadzonemu dżentelmeństwu będziemy kobietę uważali za podobnego nam człowieka.
— Więc cóż?
— Moje złoto, lux ex oriente102... Założyć haremiki, przy drzwiach tęgi rzezaniec z dobrym bykowcem w ręku, a we wnętrzu śliczny ołtarz, na którym pani będzie wśród hołdów królowała. Tylko niech na świat nie wychodzi, na ten świat, który do nas wyłącznie powinien należeć, bo myśmy go stworzyli, myśmy wymyślili wiedzę i sztukę, i religię, i moralność, której kobieta nigdy w istocie nie ma...
— Tego nie można powiedzieć! — zaoponował dość słabo Butrym.
— Owszem, to się powiedzieć musi. Każdy mężczyzna, gdy popełni łajdactwo lub zbrodnię, wie, że to zrobił, to jest, że wyłamał się z obowiązujących praw i na karę zasłużył. Kobieta tego nigdy nie czuje. Ona zawsze „ma słuszność” i tylko świat wobec niej jest „niesprawiedliwy”. Dużo by o tym można mówić. No tak, na dzisiaj dosyć. Może ci zagrać co teraz? Mam jeszcze godzinę czasu.
— Godzinę, a potem?
— Ha, potem! Dzisiaj jest sobota, więc schodzimy się u Hawełki na obowiązkowego „szekspira”...
— Szekspir? Cóż to jest? Literackie posiedzenie?
— Ale gdzież tam! To tylko w krakowskim dialekcie tak wygląda; powinno brzmieć właściwie: sechs Bier103...
Przeszedł wraz z gościem do „biblioteki” i usiadłszy przy fortepianie, zaczął znowu grać swe ulubione gawoty Bacha.
Przerywał jednak często muzykę i odwracał się z ruchomym taboretem ku Butrymowi, rzucając jakąś uwagę lub pytanie. Profesor odpowiadał rzadko i krótko, czuł ciężki opar, leżący mu na mózgu, którego pozbyć się nie mógł. Muzyka Krasołuckiego nie uspokajała go, zwłaszcza, że doktór — nie bardzo snać w usposobieniu — zaczynał różne rzeczy i nie kończył, przerzucał się z poważnych w błahostki, aż wreszcie opuściwszy jedną dłoń, palcami drugiej począł brząkać jakiegoś dziwnego siekańca...
Butrym wziął w rękę jakąś książkę i przerzucał jej kartki, nie widząc zgoła liter.
— Co czytasz? — rzucił mu przez ramię doktór i zamknąwszy fortepian, zbliżył się do stołu.
— A, Les fruits verts104, śliczna pornografijka, z talentem napisana, ale właściwie to tak samo nudne jak wszystko inne.
Wziął w rękę odłożoną przez Butryma książkę i rzucił w kąt szerokiej sofy.
— Dziwię się czasem, że cię to bawi — szepnął profesor.
— Ach, bawi! — wzruszył ramionami. — Szukam czegoś, co by mnie zajęło, nawet w tych śmieciach, gdy dosyć mam tak zwanej nauki, niezdolnej w istocie niczego wyjaśnić, nikogo uszczęśliwić i dosyć literatury, aż nazbyt często tak pustej... i fałszywej do tego. Bo zważ tylko, moje serce, że w tych wszystkich okropnie idealnych i tytuł do nieśmiertelności stanowiących powieściach, w dziewięćdziesięciu wypadkach na sto o nic innego nie chodzi jak o ukrytą pornografię, o podrażnienie zmysłów czytelnika...
— Niesłusznie obwiniasz — zaczął Butrym.
— Naprzód: nie obwiniam — przerwał Krasołucki — bo nie formułuję tego jako zarzut. Trudno, moje złoto, są pewne rzeczy, około których świat się obraca, choćby to się nie wiedzieć jak moralistom nie podobało i nie podobna ich z życia, a co zatem idzie, ze sztuki usunąć. A następnie: słuszność mam, gdyż idę z tobą o zakład, że w każdej powieści — te najnudniejsze wyłączywszy — znajdziesz gdzieś jakąś scenę, tak sobie między kartkami ukrytą, która zdanie moje potwierdzi. Dla czytelnika są to zawsze rodzynki w wielkanocnej babce. I nie o to mi też chodzi, ale o tę hipokryzję, z jaką się te sceny przemyca, ostatecznie dla poczytności dzieła i pokupności książki. Tutaj, w tych anonimowych drukach paryskich czy brukselskich, autor przynajmniej nie gra ze mną w ślepą babkę, ale od razu wyjeżdża z tym, o co idzie właściwie. A że mimo to nie zajmuje nikogo, oprócz niedojrzałych młokosów chyba, to już nie jego wina, jeno tego, że i w tym kierunku od wielu tysięcy lat nie wynaleziono nic nowego. Ani w opisach, ani w rzeczy samej. W końcu wszystko jest świństwo i to śmieszne w dodatku.
— Smutny masz światopogląd.
— Nudzę się — szepnął Krasołucki, a potem naraz roześmiał się głośno.
— Z czego się śmiejesz? — zapytał Butrym zdziwiony.
— Przypomniała mi się Tourbillonka, ha, ha! Ta, której po nocach grywałem...
— Cóż w tym uciesznego? Biedaczka...
— A tak, tylko wyobraź sobie, że ta biedaczka obełgiwłfa mnie, starego idiotę, jak najęta. Chciałem... coś tam dla niej zrobić, dowiadywałem się, i co powiesz? Pokazało się105, że ta cała jej romantyczna historia jest z palca po prostu wyssana od początku do końca! Córki nawet nigdy nie miała...
— Niepodobna! A ten paraliż?
Doktór machnął ręką.
— Dawna choroba, niezupełnie rtęcią z organizmu wywabiona. Nie poznałem się z początku...
Splunął w kąt, powstał i zaczął wołać na służącego, aby mu podał płaszcz i kapelusz.
— Daruj — zwrócił się do Butryma — ale godzina, „szekspira” się zbliża. Pójdziesz może ze mną? Nie? Czy? Ha, to trudno, pójdę sam. Ale przyznaj, że „szekspir” to jedyne lekarstwo na tę podłą ohydę życia. Tak się ślicznie i słodko głupieje, wszystko się człowiekowi wydaje wtedy w najzupełniejszym porządku na tym milutkim świecie. A w końcu i tak będzie trzeba umrzeć.
Wróciwszy do domu, posłyszał Butrym gwar w dziecinnym pokoju. Przeszedł w tamtą stronę i stanął cicho w uchylonych drzwiach.
Jacek i starszy od niego o parę lat Iwo stali na środku z podniesionymi drewnianymi szablami, zagrażającymi poważnie wiszącej u sufitu lampie. Jacek z rozchylonymi nieco usteczkami i szeroko rozwartymi oczyma wpatrywał się nabożnie w towarzysza, który mówił poważnym głosem, jakby wydawał rozkazy:
— Uważaj! Teraz na koniach naszych wiatropławach przepłynęliśmy morze i jesteśmy na kraju wielkiej pustyni! Musimy ją przebyć, ażeby wroga dosięgnąć. Czy widzisz w oddali tę grupę palm daktylowych?
— Tak — przyświadczył malec poważnie. — Czy będziemy jeść daktyle?
— Wcale nie! To są tylko miraże pustynnej fata morgana106, które znikną, gdy się przybliżymy. Ale niech cię to nie przeraża!
— O, ja się nic a nic nie boję!
— To dobrze. Więc ruszaj za mną. Teraz spotkamy zgłodniałego lwa...
— Ja go zabiję! — zakrzyknął Jacuś mężnie wywijając szablą.
— Nie, ja! On mój!
Jacek, nie czekając, rzucił się ku najbliższemu krzesłu i zadał mu dwa straszliwe i niewątpliwie śmiertelne cięcia.
— Już go zabiłem — oświadczył z dumą.
— Ale gdzież tam! Przecież to była skała, a nie lew.
Malec stropił się.
— Tak? A gdzież lew?
— Uciekł przed nami, o tam! Pod kanapę!
Młody Butrym, zionąc pragnieniem walki i zwycięstwa, był już przy kanapie i leżąc na brzuchu zadawał w mroczną pod nią czeluść na oślep pchnięcia bohaterskie.
— Uważaj! — krzyknął Iwo. — Lew teraz wyskakuje!
Jacek poczerwieniał i drgnął z mimowolnej trwogi rzeczywistej, ale wytrwał na stanowisku. Pomógł mu w zaciętej walce towarzysz i za chwilę stojąc naprzeciw siebie, patrzyli obaj z dumą na miejsce na podłodze u swych stóp, gdzie miało niby leżeć bezwładne, pokrwawione cielsko ubitego zwierza.
— Wyszliśmy cało z niebezpieczeństwa — mówił Iwo — więc teraz, nim dalej ruszymy, podajmy sobie ręce i zawrzyjmy przyjaźń na śmierć i na życie. Czy chcesz?
— Dobrze! — zawołał Jacek z rozpłonioną twarzą. — Na śmierć i na życie!
Wstrząsnęli sobie dłonie zupełnie uroczyście.
— Tak. A teraz jedziemy dalej przez tę ogromną pustynię, której końca wcale nie widać. I nie wiemy, co nas tam czeka.
— Może tam jest znowu morze?
— Albo wysokie góry, na które będziemy się musieli wdzierać!
— Albo las, pełen białych niedźwiedzi?
— Białe niedźwiedzie nie żyją w lesie, tylko na lodach — poprawił Iwo.
— Ja wiem, ale tak sobie tylko powiedziałem, bo biały niedźwiedź jest najstraszniejszy.
— Zresztą tam może być także miasto, którego szukamy.
— Jakże! Przecież mieliśmy gonić wrogów, a nie szukać miasta?
— Wrogowie już pomarli na puszczy z pragnienia. Teraz szukamy miasta o dwunastu wieżach i złotej bramie...
Butrym, niezauważony przez zajętych sobą chłopców, stał we drzwiach i słuchał.
Jeden z nich — ten starszy — dziedzic mnogich majątków, był w tej chwili bezdomnym sierotą. Przed paru dniami zaledwie stracił matkę w sposób tragiczny i potworny. Nie wiedział nawet, jak się to stało. Powiedziano mu tylko, że matka nie żyje i przyprowadzono tutaj. Początkowo chciał koniecznie choć zwłoki widzieć, a gdy mu na to nie pozwolono, ambitny nad miarę i wiek, płakał ukradkiem, wstydząc się łez przed obcymi. Ale oto w kilka dni już począł zmarłej zapominać.
Potężna fala życia, bijąca w dziecinnym organizmie, zwycięska zawsze i radosna, wzięła nad wszystkim górę. Oto mu się śnią, jak zwykle, wyprawy przez morza i puszcze, oto już rwie za sobą w kraj swojej jak dzwon huczącej fantazji to chłopię jasnowłose, którego słucha jak wyroczni.
Butrym uśmiechnął się.
— Zawarli przyjaźń na śmierć i życie, przysięgli sobie braterstwo...
Tak, tak... Jeno że ten młody, ten jego, będzie miał brata naprawdę! Rodzonego brata. Mniej więcej taka będzie różnica wieku jak między tymi dwoma. I za kilka lat dwaj bracia rodzeni będą się może tak bawili i Jacek wtedy będzie temu, dziś jeszcze nienarodzonemu, dyktował z powagą, gdzie jest puszcza, gdzie morze, gdzie góry.
A może będzie córka? Dziewczynka jasnowłosa z niebieskimi oczkami, której brat starszy jak królewnie będzie służył...
Uczuł dotknięcie czyjejś ręki na ramieniu. Odwrócił się. Poza nim stał Turski.
— Przepraszam, że aż tu pana szukam, ale powiedziano mi...
— Proszę, proszę. Oczekiwałem pana właśnie...
Butrym był zakłopotany i nie wiedział sam, dlaczego. Zdawało mu się, że Turski złapał go na jakiejś myśli tajemnej, która nie była przystojna wobec zaszłej niedawno śmierci i wobec warunków, w jakich ten drugi chłopiec znalazł się w jego domu. Zamknął pośpiesznie drzwi od dziecinnego pokoju i poprowadził gościa do bawialni. Przez drogę, nie umiejąc jakoś znaleźć właściwego rozpoczęcia rozmowy, począł go wypytywać żywo, czy bardzo jest drogą zmęczony i czy nie napiłby się szklanki herbaty? Turski podziękował krótko.
— Przybyłem przed chwilą. Zaszedłem zaraz do pana, aby się upewnić...
Głos mu się urwał.
— Dziękuję panu za zajęcie się chłopcem — wtrącił.
Butrym skłonił głowę w milczeniu.
— Obecnie muszę zaraz iść — mówił Turski dalej — i co trzeba... i co się da, pozałatwiać.
— Jeżeli mogę panu być w czym użytecznym...
— Na razie nic nie wiem oprócz tego, com w liście pańskim, do Wiednia wysłanym, wyczytał. Gdy zajdzie potrzeba, skorzystam z pańskiej pomocy. Wszak pozwoli mi pan przyjść tutaj wieczorem?
— Proszę pana.
— Dziękuję. Rozejrzawszy się w sprawie, wypytam pana jeszcze o różne rzeczy...
Wyszedł szybko, prawie bez pożegnania. Pani Zośka, wchodząc za chwilę do salonu, już go nie zastała.
— Czy mi się zdawało, że słyszałam głos Turskiego? — spytała, rozglądając się.
— Owszem, był.
— Wyszedł już?
— Tak.
— Co mówił?
— Hm, mówił, że przyjechał przed chwilą..
— Ale o wypadku, o księżnej?
— Nic nie mówił.
Pani Zośka poruszyła wzgardliwie głową.
— Ostatecznie on jest winien wszystkiemu...
— Nie rozumiem — rzekł Butrym z istotnym zdziwieniem.
— Naturalnie. Gdyby mu się nie było zachciało żenić z nią...
Urwała w środku zdania i zmarszczyła brwi.
— Co ci jest? — spytał profesor zaniepokojony. Usunęła mu rękę, którą chciał ująć.
— Nic, nic. Wszystkiemu i zawsze wy winni jesteście.
Butrym patrzył za nią jak wychodziła; jakiś ciężar niepokojący kładł mu się na sercu.
Siedzieli obaj w gabinecie profesora. Turski podparł głowę na ręku i patrzył uporczywie na jakiś nóż kościany do rozcinania papieru, jakby ta rzecz w tej chwili całą uwagę jego pochłonęła. Butrym przyglądał się mu nieznacznie z boku.
Ta sama twarz smagła, wygolona, jakby z brązu odlana z lekko siwiejącymi na skroniach włosami, twarz spokojna i zastygła, z której niepodobna wyczytać, co się wewnątrz dzieje. Od paru godzin ten człowiek tu już bawił, załatwił szereg smutnych formalności, zdążył już zdać sobie ogólnikowo sprawę ze stanu interesów zmarłej, którymi zajął się w imieniu pozostałego chłopca, mówił o wszystkim z równym pokojem bez drgnienia ust ani powiek, i tylko Butrym zauważył, że chwilami występują mu na czoło duże, perliste krople potu... Ocierał je rychło i jakby z niechęcią, że walkę jego wewnętrzną zdradzają i pytał znowu albo wydawał rozporządzenia wedle potrzeby.
O sobie samym, o tym, co się w nim dzieje, nie odezwał się ani słowa.
Po kilkugodzinnym wirze zajęć, w który rzucił się natychmiast po przybyciu, teraz wieczorem dopiero usiadł, aby odpocząć.
Milczeli przez jakiś czas, aż Turski naraz wzniósł głowę.
— Panie Mieczysławie, co się dzieje... z Borzyckim?
— Jest w szpitalu więziennym. Znaleziono go zupełnie nieprzytomnym ze wstrząśnienia przy zwłokach. Będzie odpowiadał przed sądem przysięgłych.
— Chcę go uratować!
— Pan?
— Tak. Znam go. To człowiek, którego szkoda, aby miał ginąć w więzieniu z powodu... zbrodni... młodzieńczej.
— Zgadzam się z panem najzupełniej, ale nie widzę sposobu, jak by to zrobić?
— Pieniądz wiele może. Dopóki jest w szpitalu, może jakoś uda się przemycić go stamtąd. Poświęcę na to chociażby milion. Niech pod obcym nazwiskiem wyjeżdża w świat...
— Pomysł dobry rzeczywiście, jeno nie mam pojęcia, jakimi drogami taką rzecz można by przeprowadzić?
— Pomyślę, poszukam, popytam się, może się co znajdzie. Zresztą... przyznam się panu, że nie tylko o niego samego mi chodzi.
— Rozumiem.
— Tak jest. To była... tak, to była jedyna kobieta, którą w życiu kochałem i to jest matka Iwonka. Jeżeli już nie ze względu na siebie, to ze względu na dziecko muszę za wszelką cenę uniknąć tego, co by pamięć jej sponiewierało... do reszty i dało wszystkim wiedzieć... Spodziewam się, że po usunięciu Borzyckiego proces się nie odbędzie wobec braku winowajcy.
— I ja tak myślę.
— Więc trzeba dążyć do tego. Syna zabiorę i wywiozę ze sobą...
— To będzie trudno107. Iwo musi mieć naturalnych opiekunów z rodziny matki lub zmarłego księcia Hazarapeliana, którym w tym względzie prawo wszelką władzą przyjmuje.
— Myślałem już o tym. Dziecko będę adoptował108 i to jak się tylko da najprędzej. Nie spodziewam się, abym napotkał w tym na jakieś poważne przeszkody109.
Zamilkł i zamyślił się znowu.
— Widzi pan — rzekł po chwili z melancholijnym, do skrzywienia bólu raczej podobnym uśmiechem — oto mój szczyt, o którym panu w liście pisałem. Gnębiło mnie już wtedy nieodparte przeczucie, że stanie się coś złego...
Butrymowi przyszło do głowy, że dla niego może właściwie lepiej, że się stało tak, jak jest, ale nie wypowiedział tej okrutnej myśli. Turski mówił dalej:
— Nie przypuszczałem jednak nigdy, żeby mógł być taki koniec. To jest po prostu coś potwornego...
Przerwał nagle i zwrócił na profesora pytające, niespokojne spojrzenie:
— Proszę pana, czy... czy pan nie wie, czy nie spotkano przy zmarłej albo na pogrzebie niejakiej pani Ireny, byłej przyjaciółki księżnej?
Butrym począł szukać w pamięci.
— Tak, tak... Gdy zwłoki po oględzinach lekarskich i sądowych przeniesiono do domu (byłem tam właśnie, aby dziecko usunąć), przyszła jakaś wymalowana... ruda...
— Tak jest. Ta sama.
— Mówiła, że jest bliską przyjaciółką czy krewną. Prosiła, żeby ją wpuścić, że chce się pożegnać...
— I wpuszczono ją?
— Tak. Obejrzała głowę, jak pan wie strzałem roztrzaskaną, i dostała ataku histerycznego śmiechu, który się zakończył spazmami.. Przypominam sobie dokładnie, bo ją musiano przemocą usuwać.
Turski milczał posępnie.
— Dlaczego pan o to pytał?
— Ach, tak tylko... Nie... Zresztą powiem prawdę: Ta kobieta przepowiedziała, że księżna... tak skończy. Czekała jej śmierci. Podobno... Nie, nie! Nie mówmy już o tym. To są rzeczy zbyt straszne. Może los naprawdę się mści.
Zatrząsł się cały i powstawszy, zaczął chodzić po pokoju.
— I to dziwne tak niepojęcie... Właśnie w tym samym pokoju, w którym mieszkał niegdyś Poleski i gdzie listy jej do mnie dawne były przez dziesięć lat w przechowaniu, gdy ja po Azji wędrowałem! W tym pokoju spaliłem te listy i tegoż dnia Poleski się zastrzelił. Nie powinienem był wracać z Azji, nie, nie! Mój powrót w złą godzinę winien wszystkiemu.
Butrym wodził za chodzącym oczyma i dziwił się. Dziwił się, że ten człowiek nie dał niczym poznać po sobie, że odczuwa własną, potworną krzywdę. Przecież zabita była jego narzeczoną i za kilka już dni żoną miała już się stać. A zginęła z ręki kochanka, z którym snać nie przerwała stosunku...
Naraz Turski zatrzymał się. Zdawało się, jakoby odczuł myśli profesora.
— Panie Mieczysławie — zaczął z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy — wśród dawnych znajomych księżnej jest człowiek jeden, zupełnie zmarnowany, niejaki Rogocki, którego pan, zdaje się, zna.
Butrym przyświadczył skinieniem głowy.
— Kochał umarłą przed dawnymi laty, odepchnięty stracił wszystko, stał się ruiną człowieka. Widziałem go dzisiaj. I wie pan, co mi powiedział? Powiedział mi tak: „Księżna Helena nie była kochanką Borzyckiego, choć się przypadkowo na swe nieszczęście znalazła w jego mieszkaniu, a kto będzie mówił inaczej, tego ubiję jak psa!”. Rozumie pan?
— Rozumiem.
— Tak. Nie bądźmyż my gorsi od Rogockiego.
Rozmowę przerwało wejście pani Zośki.
— Chłopcy idą już spać — rzekła, zwracając się do Turskiego. — Może pan zechce zobaczyć Iwonka?
— Jeżeli wolno...
— Ależ proszę.
Przeszli wszyscy troje do dziecinnego pokoju, gdzie naprzeciw łóżeczka Jacka pod drugą ścianą przygotowano posłanie dla Iwonka. Chłopcy obaj w serdecznej zgodzie zajęci byli układaniem w pudełkach klocków, z których przed chwilą wspólnie jakiś pałac stawiali.
Turski zawołał Iwona cichym, niepewnym, jakby dławiącym się w krtani głosem.
Chłopak rzucił zabawki i zbliżył się ku niemu. Spoważniał w jednej chwili, zdawało się, że to nie ten sam dzieciak, który niedawno jeszcze z młodszym o parę lat towarzyszem urojone podróże przez morza i pustynie odbywał. Rysy mu się ściągnęły, szare oczy patrzyły smutno i twardo, snać widok Turskiego przypomniał mu tę niespodziewaną stratę, której pojąć dotąd ani zrozumieć nie umiał.
Turski w milczeniu przycisnął jego głowę do piersi i gorąco ucałował. Chłopcu drgnęły wargi i oczy napełniły się łzami, znać było, że walczy ze sobą całą mocą, aby się nie rozpłakać wobec obcych ludzi.
Butrym z żoną usunęli się nieznacznie do drugiego pokoju.
— Iwo — szeptał Turski — nie płacz, nie płacz! Zaciśnij zęby. Tak trzeba.
— Wiem.
— To dobrze. Mój jesteś. Będziemy odtąd zawsze razem.
— Tak, proszę pana.
— Nie mów mi: panie. Mów mi... tak jest, miałem być mężem twojej matki, więc mów mi odtąd: ojcze...
— Ojcze — powtórzył chłopak i nagle wybuchnął przez zagryzione wargi płaczem, niedającym się dłużej powstrzymać.
— Czy wiesz, o czym myślałem — mówił Butrym do żony — patrząc na tych chłopców, bawiących się razem?
Drgnęła, jakby ze snu zbudzona.
— A, tak? Nie wiem. O czym myślałeś? — spytała obojętnie.
Przyciągnął ją ku sobie.
— Namyśl się, może zgadniesz sama! — rzekł żartobliwie.
— Skądże mogę wiedzieć. Zresztą tak jestem zmęczona, że naprawdę trudno mi teraz zagadki rozwiązywać.
— Zosik...
— Co?
— A gdy tak jak Iwo teraz z Jackiem będzie kiedyś Jacek z młodszym bratem swoim w tym pokoju się bawił?...
Chmura przebiegła jej po czole.
— Zośka, nic nie odpowiesz? — prosił cicho i tkliwie.
— Cóż mam odpowiedzieć? Robisz fantastyczne przypuszczenia.
— Czyż tak bardzo fantastyczne?
— Zapewne. Nie wie się w ogóle, co nas jutro może spotkać.
— To prawda, ale człowiek zawsze musi się liczyć z naturalnym biegiem wypadków. Inaczej życie byłoby niemożliwe.
— I tak nie bardzo jest możliwe.
Udał, że nie słyszy tej uwagi.
— A może ja naprawdę robię fantastyczne przypuszczenie? — mówił znów z uśmiechem. — Może to nie będzie syn tylko córka? Zośka, powiedz, chciałabyś, żebyśmy mieli córkę, taką malutką dziewczynkę, do ciebie podobną, która potem będzie rosła i biegała za tobą, i szczebiotała...
Patrzyła na niego badawczo i uważnie. Zmieszał go trochę jej wzrok.
— A może wolisz, aby w ogóle o tym nie mówić? W takim razie dajmy pokój.
— Nie. Owszem, mówić można, tylko... czyś się ty zapytał, czy ja w ogóle chcę mieć dziecko?
— Jak to?
— Naturalnie! Takie pytanie nawet do głowy ci nie przyszło. Przecież ja jestem na to, abym, gdy ty zechcesz, wydawała twoje potomstwo na świat!
— Nie sądziłem, abyś mogła zająć takie stanowisko. Ale ostatecznie musisz się zgodzić z dokonanym faktem...
— Więc?
— Wyciągnij sam z tego konsekwencje.
Kłopotliwy uśmiech przebiegł mu po wargach.
— Widzę, że niepotrzebnie i niezręcznie zacząłem dzisiaj tę rozmowę. Daruj mi. W złym jesteś humorze.
— Nie, nie! Ty mnie nie zbywaj tym, w jakim ja jestem humorze. Rozmowę tę trzeba było zacząć, a im wcześniej, tym lepiej. Dzisiaj musimy ją doprowadzić do końca.
Zaniepokojenie odbiło się na jego twarzy. Czuł jakiś zbliżający się cios, ale nie umiał zdać sobie sprawy, skąd by mógł uderzyć. Postanowił sobie być spokojnym i łagodnym.
— Dobrze, Zośka. Tylko nie wiem, do jakiego końca moglibyśmy dojść.
— Ja za to wiem i niewątpliwie.
— Słucham cię.
Brutalnie, nielitościwie padło z jej ust straszne słowo.
Zerwał się na równe nogi. Tego nie spodziewał się nigdy. Czuł, jak wszystka krew ucieka mu do serca.
— Nie, Zośka — zaczął jakimś niby nieswoim głosem — to niemożliwe. Ja się na to nigdy nie zgodzę.
— Musisz.
— Nie. Nie pozwolę, choćbym miał...
— A cóż ty tu masz do pozwalania lub nie? Czyż to nie jest wyłącznie moja sprawa?
— Dziecko jest moje.
— W istocie tak, ale ostatecznie jaki masz na to dowód? Równie dobrze mogłoby być kogo innego, a zawsze należeć do mnie i dlatego ja tylko mam tu prawo rozstrzygać...
— Zosik, pomówmy spokojnie. Przecież to wszystko nie ma sensu. Zastanów się... Wiem, że to dla ciebie trud i kłopot. Nie chciałaś mieć drugiego dziecka i szanowałem tę twoją wolę. Nie nalegałem nigdy. Ale dziś, kiedy szczęśliwy... czy nieszczęśliwy dla ciebie przypadek tak zrządził...
— Więc ja mam podlegać przypadkowi? Po co? Na co? Dlaczego? Ani myślę! Będzie tak, jak powiedziałam.
— Zbrodnia!
— Głupi wymysł! Tragiczny frazes z lichej komedii! Przecież to nawet żywe jeszcze nie jest...
— Nie mów tak. To po prostu okropne.
— A! Okropne! A to nie jest okropne, to nie jest zbrodnią, gdy moje życie się marnuje, gdy moje zdrowie na szwank się naraża? Czyż ja nie jestem ważniejsza w tym wypadku? Wszak nawet wasze mądre prawa, gdy trzeba wybór zrobić, każą ratować raczej życie matki.
— Wszak o tym nie ma tu mowy.
— Owszem, bo ja nie czuję w sobie sił ani zdrowia na tyle, nie potrafię, nie zniosę, nie chcę!
Wybuchnęła płaczem.
Chodził po pokoju, odwilżając językiem spiekłe w nagłej gorączce podniebienie i wargi. Był oszołomiony, a czuł, że musi się zdobyć na zupełną przytomność umysłu, bo oto ostatnia, rozstrzygająca bitwa w tych długich, lata całe trwających, zapasach.
— Pomyśl — zaczął znowu — że to, czego ty żądasz, jest daleko niebezpieczniejszym niż naturalny porządek rzeczy...
— Naturalny porządek! Oczywiście, w stanie moim nie ma nic nienaturalnego, to nie jest choroba, to zwykły bieg rzeczy! Wszakże wedle was, my kobiety stworzone jesteśmy na to... Och, jakiś ty podły! Jakiś ty podły!
— Za co mnie znieważasz?
— Boś podły! Samolubny! Zły! Zły! Chcesz mnie zniszczyć, zabić, życie moje zmarnować! A ty, triumfator, będziesz się cieszył „licznym potomstwem”, bo to przecie chluba wasza!
Wyraz strasznej, obłąkanej nienawiści zabłysnął jej w oczach.
Butrym drgnął. Miał wrażenie, że pękło w nim coś i rozłamało się. Więc ona tak myśli? Tak czuje? Po siedmiu latach... I za co? Za co? Uczuł nagłe dławienie w krtani. Nie, nie! Tego nie można brać tak dosłownie. Ona jest nieprzytomna, zdenerwowana, to przejdzie, przejdzie, przejdzie, wszystko się ułoży, byle tylko zyskać na czasie.
— Uspokój się, Zośka — szepnął bezdźwięcznie.
Patrzyła na niego teraz nieco przytomniej.
— A zgodzisz się?
Potrząsnął głową.
— Nie mogę.
Wstała i zbliżyła się ku niemu z rozpłomienionymi oczyma.
— Słuchaj, więc ja ci teraz powiem... Zgodzić się musisz. I nie tylko, że się zgodzisz, ale pójdziesz — zaraz jutro, sam — do lekarza i wytłumaczysz mu, że ze względu na moje zdrowie, operacja jest konieczna... poprosisz o konsylium i muszą... Twoja rzecz w tym, aby ci nie odmówili. Rozumiesz?
Mówiła to przez zaciśnięte szczęki, trzęsąc się na całym ciele.
Profesor w pierwszej chwili odruchowo chciał odmówić. Zmarszczył już brwi i usta otworzył, gdy naraz przyszło mu na myśl, że lepiej, gdy całą sprawę będzie miał w ręku. Może znajdzie jeszcze jaki wybieg, jaki sposób wyjścia. Znał ją, wiedział, że jeśli on teraz odmówi, ona się tym nie zadowoli, lecz z tym większym uporem będzie poza jego plecami dążyła do wykonania swego planu. A w takim razie wszelki wpływ jego byłby z góry udaremniony, nie mówiąc już o tym, że, sama sobie zostawiona, gotowa by szukać pokątnej porady, mogącej naprawdę grozić jej zdrowiu i życiu.
Wszystko to przebiegło mu przez myśl z błyskawiczną szybkością. Pochylił głowę ruchem przyzwalającym.
— Dobrze. Jeżeli tedy chcesz koniecznie...
Pochwyciła go nerwowo za rękę.
— Koniecznie. Muszę. Przecież ja sama... przecie to i dla mnie takie ohydne, ale — powtarzam — nie mam sił wytrwać, nie mogę, obłędu bym dostała! Odebrałabym sobie życie...
Usiadł i przyciągnął ją ku sobie.
— Pomyśl jednak, że to naprawdę jest rzecz straszna i — pomijając wszelkie kodeksy — zbrodnia większa, aniżeli zabójstwo dorosłego człowieka.
Ruszyła niechętnie ramionami.
— Nie rozumiem tego. Przecież to nic nie jest jeszcze.
— Owszem, to jest życie, które się staje. Zabójstwo człowieka dorosłego jest czynem dającym się określić ze względu na swoją wartość ujemną: wiemy, co społeczeństwo czy rodzina, czy kraj tracą w owym człowieku. Ale przerywanie życia w zaczątku wyrasta do jakiegoś potwornego wdzierania się w zarządzenia losu, bo nie wiadomo nigdy, co ginie w tym życiu, jakie możliwości przyszłego rozwoju, jakiemu przeznaczeniu tama się kładzie. Pomyśl, że każdy z geniuszów ludzkości był niegdyś takiem „niczym” i tak samo matka mogła o nim powiedzieć...
— Wieczne deklamacje i tragizowania. Skąd wiesz, że byłby to geniusz? Może właśnie wprost przeciwnie, zbrodniarz jaki, niedołęga, kaleka, wyrzutek, a wtedy lepiej, że nie będzie żył. Obie możliwości można zarówno przypuścić, z tym tylko jeszcze dodatkiem, że na świecie jest więcej ludzi złych, głupich i nieszczęśliwych, aniżeli geniuszów, a więc to właśnie prawdopodobniejsze...
— Tak, ale...
— Zresztą nie ma o czym mówić — przerwała mu. — Zgodziłeś się już i rzecz jest postanowiona.
— Zapewne, ale ja ciągle jeszcze przypuszczam, że się rozmyślisz.
— Nie łudź się co do tego.
— Zośka, a czy tobie nie przychodziło na myśl, że to jest moje dziecko? Moje?
Potrząsnęła głową powoli i stanowczo.
— Nie. O tym nie myślę wcale.
— Dlaczego? Dlaczego?
— Ach, Boże... Udział mężczyzny jest taki śmieszny i nic nieznaczący.
Nachylił się ku niej, panując nad sobą całym wysiłkiem woli.
— Przecież to ten dzień w Wenecji — zaczął szeptać błagalnie — ten dzień jasny, kiedy nam tak dobrze było ze sobą... kiedyś mnie kochała, Zośka!
— Nie myślałam wtenczas wcale o tobie.
— Jak to?
— To takie proste. Byłam nie wiadomo dlaczego w usposobieniu... romantycznym... ty przyjechałeś...
— A gdybym ja nie był przyjechał?
— Toby nic nie było. Wstręt mam do wszystkich mężczyzn. Do ciebie się już przyzwyczaiłam. Ale po cóż kłamać, żem myślała o tobie albo ciebie pragnęłam? Owszem, wyobrażałam sobie, zupełnie dziecinnie, że to jakaś bajka, że jakiś zaklęty królewicz... bo ja wiem zresztą co?
Zakryła naraz oczy rękoma.
— Ach! I z tego teraz taka ohyda! Taka ohyda...
Butrym siedział blady, na zagryzionej kurczowo wardze pojawiły mu się krople krwi...