XI

— Otóż przychodzę nareszcie do ciebie jako do lekarza, abyś mi poradził — mówił Butrym do Krasołuckiego, siląc się na swobodny ton.

— O! Cóż takiego?

Profesor zarumienił się.

— Rzecz jest właściwie trochę drażliwa...

— Czyżbyś sobie przypomniał... kawalerskie czasy wraz ze złymi skutkami? — zaśmiał się Krasołucki. — No, no, nie martw się. Będziemy jakoś radzić.

— O nic podobnego nie idzie.

Doktór spojrzał mu w twarz i spoważniał w jednej chwili.

— Czego ci brakuje? — spytał krótko.

— Mnie nic...

— Żonie...

— Nie... to jest... Owszem, w domu wszyscy zdrowi.

Krasołucki ujął go za rękę i poprowadził do fotelu. Usiadł naprzeciw i wpatrzył mu się w oczy dobrym, rozumnym wzrokiem.

— Widzę jednak — rzekł po chwili — że jest naprawdę coś poważnego. Jeśli ci tylko mogę być pomocnym.

Butrym spuścił głowę.

— Tak mi głupio mówić o tym...

— Uspokój się przede wszystkim. Ja jako lekarz różne, różne rzeczy słyszę. Może kieliszeczek koniaku?

Podziękował ruchem dłoni.

— Tak, potrzebuję twojej pomocy i to bardzo. W dobrej sprawie, w dobrej sprawie, choć tak krzywą drogą muszę do niej dążyć.

— Bywa.

— Słuchaj, ja... to jest moja żona — wykrztusił przez ściśnięte gardło — moja żona... spodziewa się... dziecięcia.

Krasołucki skinął głową.

— Aha. Rozumiem. A ty, moje złoto, uważasz, że ten nowy obywatel wcale światu nie jest potrzebny i chcesz zatem... Ja wprawdzie nie zajmuję się takimi rzeczami, ale z przyjaźni mogę ci wyszukać jaką szuję, co nie siedzi dotąd w kryminale...

Butrym stał już i usiłował przerwać lekarzowi.

— Nie, nie, nie! Wcale nie o to chodzi! Raczej wprost przeciwnie!

— Jak to?

— Ja chcę właśnie, aby dziecko żyło!

— Bój się Boga! Więc po cóż do mnie przychodzisz? — wykrzyknął Krasołucki z zupełnie szczerym zdziwieniem.

Butrym zmieszał się i poczerwieniał znowu. W milczeniu przeszedł kilka razy po pokoju, a potem usiadł znów w fotelu i objął skronie rękoma, zakrywając równocześnie — niby mimo woli — oczy przed wzrokiem lekarza.

— To długa historia. Muszę ci wszystko opowiedzieć — rzekł po chwili.

I zaczął opowiadać. W miarę, jak mówił, Krasołucki, który siedział naprzeciw niego z dłońmi opartymi na rozstawionych kolanach, otwierał coraz szerzej oczy i usta. Bezmierne zdumienie malowało się w jego twarzy.

— Ależ w takim razie — rzekł wreszcie, gdy Butrym skończył — możesz przecież wprost pani twojej powiedzieć, że nie chcesz, że się nie zgadzasz czy nie pozwalasz...

— Mogłaby szukać porady poza moimi plecami — szepnął.

— Racja. Dzisiaj za pieniądze wszystkiego dostanie. Jednak to już twoja rzecz, żebyś dopilnował i nie dopuścił do żadnych operacji. Jeśli tylko stanowczo wystąpisz...

— Nie mogę wystąpić stanowczo.

— Dlaczegóż to?

Butrym się zawahał. Krwawy rumieniec wystąpił mu znowu na czoło. Krasołucki to zauważył.

— Jeśli ci nieprzyjemnie mówić...

— Nie. Kiedy zacząłem, muszę ci powiedzieć wszystko, zwłaszcza, że twojej pomocy potrzebuję. Widzisz... między nami nie jest zupełnie tak dobrze jak ludzie sądzą. W szczegóły nie będę się wdawał. Wiele się rwie, a ja nie mogę dopuścić do ostatecznego rozdarcia, bo... bo... ta kobieta nie jest mi obojętna... Ja ją muszę zatrzymać przy sobie, rozumiesz mnie? Nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Gdybym teraz wystąpił stanowczo i oparł się, ona by mi tego nigdy nie darowała.

— Tchórzysz?

— Tchórzę.

Krasołucki pokiwał głową.

— Rozumiem, niestety, rozumiem i to. Ale w takim razie nie pozostaje ci nic innego, jak zgodzić się.

— Nie chcę. Nie mogę. Władku, nie pytaj mnie o wszystko, bo o wszystkim trudno mi mówić, ale to wiedz, że — poza innymi względami — ja w tym dziecku widzę ostatni ratunek dla siebie, dla nas obojga. Zbyt daleko odeszliśmy od siebie, może nas to znów połączy...

— Ano, niechże ci będzie. Byleś się tylko nie łudził. Powiedzże mi jednak, moje złoto, w czym ja ci tu mogę być pomocnym? Nie żądasz chyba, abym ja poszedł do twojej pani i namawiał ją, aby zamiast francuskim zdrożnościom hołdować, raczej tak, jak Pan Bóg przykazał i matki nasze robiły...

— A, nie! To nie doprowadziłoby do niczego.

— Naturalnie. A więc?

Butrym ożywił się.

— A więc ułożyłem taki plan: Przyprowadzę żonę do ciebie. Powiem, że ty z przyjaźni dla mnie, na moje prośby zgodziłeś się... i wyszukasz specjalistę... Uspokoi się wtedy, nie będzie szukała na własną rękę a my zyskamy trochę czasu. Twoja głowa w tym żeby jakoś zwłóczyć. Może ona sama się tymczasem rozmyśli, a jeśli nie to wezwiesz wreszcie ginekologa na konsylium — uprzedzimy go naturalnie. Powiecie że już za późno, czy że jej organizm słaby i nie zniósłby... czy też wymyślicie co innego, byle tylko zapobiec, uchronić, nie dopuścić, nie dopuścić, na miłosierdzie boskie! Do takiej strasznej rzeczy, przed którą — wszystko już pomijając — wstręt mam tak niesłychany!

Zaległo na jakiś czas milczenie. Krasołucki chodził teraz po pokoju krokami tak wielkimi, jak tylko na to pozwalały krótkie jego nogi. Zaplótł ręce końcami palców na krzyżach i pokręcał co pewien czas głową.

— Kręte drogi wybierasz, moje złoto. Bo ja wiem, bo ja wiem, czy to będzie dobrze? Wedle mojego rozumienia to najlepiej by było tak po chłopsku czy po szlachecku: siedź aśćka w domu i głupstwa sobie wybij z głowy, na to Pan Bóg stworzył kobietę!

— Gdybym to mógł... — szepnął Butrym.

— A tak, serce, ja cię rozumiem. Gdybyś ty mógł! Ale nie możesz, więc budujesz gmach filigranowy, do diabła! Strasznie filigranowy, który pod lada ciężarem może się rozpaść. A czy pomyślałeś, co będzie wtedy, jeśli przez jakiś przypadek żona twoja dowie się o wszystkim, że ty, niby wolę jej czyniąc, w istocie robiłeś, co tylko mogłeś, żeby stanąć w poprzek jej życzeniom? Pomyśl, moje złoto, że kobiety są uparte i mściwe?

Butrym siedział z twarzą schowaną w obu dłoniach.

— Trudno, nie mam nic do stracenia — rzekł głucho. — Gorzej być nie może, niż jest.

— Mylisz się. Z kobietą często nie może być lepiej, ale gorzej zawsze jeszcze może być. Miej się na baczności.

Po chwili milczenia profesor wzniósł głowę.

— Więc odmawiasz? — spytał powstając.

— Ale gdzież tam, moje złoto, zgadzam się. Możesz panią od razu jutro do mnie przyprowadzić. Cieszę się u niej tak paskudną opinią, że uwierzy na pewno, iż ja się wszystkiego podjąłem...

— Co do opinii...

— Tak, tak, ma mnie za szubrawca jak większość kobiet, zwłaszcza żon. Mniejsza o to. O specjalistę wystaram się łatwo, bo przecież w końcu o dobrą rzecz tutaj idzie.

— Dziękuję ci.

— Nie ma za co. Oby tylko wszystko...

Urwał naraz i wpatrzył się w profesora.

— Słuchaj no, a gdyby tak niespodziewanie po zbadaniu pani okazało się, że... taki zabieg jeśli już nie konieczny, to jednak jest wskazany?

Butrym rozłożył ręce.

— Rzecz prosta, że wtedy muszę ustąpić. Przegrałem walkę z losem.

— No, no, nie bierz rzeczy tak tragicznie. O ile znam konstytucję twojej pani, sądzę, że nie ma obawy o to. Kobieta jak młody dębczak. A że tam pewno są różne nerwowe dolegliwości, to taka zwykła rzecz w dzisiejszych czasach. Z tego nikt nie umarł. Zawsze niebezpieczniejsze są te... sztuczne figle.

Butrym milczał posępnie.

Krasołucki patrzył na niego a potem zaczął kręcić znów głową.

— A wiesz, że jednak dotąd nie mogę wyjść ze zdumienia. To jest po prostu niesłychane. Przychodzili tu do mnie nieraz rozmaici mężowie i nie mężowie, ale zawsze z prośbą o coś wprost przeciwnego. Wyprawiałem ich do wszystkich diabłów albo, gdy mnie już bardzo znudzili, do tego żydka z naprzeciwka, którego dotąd jeszcze nie zamknięto. Ale żeby ktoś z takim interesem jak ty dzisiaj!... Po raz pierwszy w życiu to mi się zdarza, choć jestem już eskulapem — tfy! — coś ze trzydzieści lat blisko.

— A widzisz, bywa i tak — rzekł Butrym krótko i chciał się pożegnać, ale Krasołucki zatrzymał go jeszcze.

— Cenię cię za to, ale czy ty jednak, moje złoto, nie tragizujesz zanadto — zagadnął — i nie robisz grande chose110 z rzeczy, która ostatecznie jest głupstwem, jak dziś postępowi ludzie powiadają?

Profesor z wolna potrząsnął głową przecząco.

— Dla mnie to nie jest głupstwo.

— Ha, być może. Nie znam się na tym, muszę ci wierzyć na słowo. Nigdy nie byłem tak bardzo żonaty ani do ojcostwa nie miałem pociągu. Co kto lubi. Ja w skuteczność takiego wrzeszczącego węzła między dwojgiem ludzi, którzy się już tyłem do siebie odwracają, nie wierzę, a na twoim miejscu, po prostu aby się zbyć kłopotu, gdybym nie mógł przeszkodzić, machnąłbym ręką: rób sobie, co chcesz, babo... O, pardon!

Uderzył się dłonią w usta.

Butrym stał zamyślony i milczący. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na lekarza szeroko rozwartymi jasnymi oczyma.

— Poza wszystkim — rzekł — mam bałwochwalczą cześć dla tajemnicy życia i boję się ściągać na to ręki...

Tatwami111 — szepnął Krasołucki, poważniejąc.

— Tak jest. Zwłaszcza, gdy chodzi o człowieka, który z takiego nikłego początku wyrasta na cały świat, myśli, uczuć, czynu.

— Masz rację, może masz rację. Tak mawiał jedyny mój przyjaciel z pasieki na futorze za naszym sadem. Staruszek towiańczyk.

Zadrżał na całym ciele.

— Uderzyłeś mnie słowem, o którym w ciągu życia tak się zapomina. Tajemnica... Tajemnica życia i śmierci! Któż to powiedział takie głupstwo, że kobieta życie daje? To tylko bierne i oporne narzędzie i gdyby od niej wyłącznie zależało, byłaby jeno śmierć, śmierć, śmierć.

Butrym nie słuchał, w myślach swych pogrążony.


— Więc jakże? — pytała Bergerowa, nieco zakłopotana, udając, że patrzy w bok z roztargnieniem.

Doktór Podkiecki uśmiechnął się dobrotliwie pod malutkim, ślicznym wąsikiem.

— Ach, proszę pani, przecież to drobnostka.

— O, jaki pan dobry!

— To nawet z dobrocią nic do czynienia. Ja po prostu ze swego stanowiska uznaję najzupełniej prawo kobiety do rozporządzania życiem, które daje. Zwłaszcza dopóki ono w niej samej się chowa i nie zostało oddane na własność społeczeństwa. Bo wtedy naturalnie postać rzeczy się zmienia. Wtenczas człowiek staje się wykładnikiem pewnej wartości ogólnej i tylko społeczeństwo jedno ma do niego prawo...

Pani Bergerowa zrozumiała z tego wszystkiego jeno to, że ten kochany doktór Podkiecki zgadza się i że się Zośka bardzo, bardzo ucieszy.

— Ach, jak to cudownie — przerwała mu — że pan ma takie poglądy o społeczeństwie. Pan jest bardzo kochany i rozumny człowiek!

— Jestem tylko sprawiedliwy — rzekł z bezprzykładną skromnością.

— Ale mój panie złociutki, niech pan mówi prędko, jak to zrobić? Kiedy? Gdzie?

— Jak to kiedy i gdzie? — obruszył się z lekka doktór.

— No tak, rozumie pan, żeby nie było skandalu...

— Nie jestem pokątnym trucicielem. Jeśli co robię, to robię z zasady i zgodnie ze swymi przekonaniami. Wszystko otwarcie.

— Ależ podobno są jakieś tam ustawy...

— Ach, ustawy, ustawy! W dzisiejszym społeczeństwie jest mnóstwo ustaw przestarzałych i zgoła głupich, powiedziałbym nawet barbarzyńskich, o ile się odnoszą do kobiety.

— Ma pan najzupełniejszą rację. Tylko... jak to zrobić?

— Nic łatwiejszego. Ustawa głupia i barbarzyńska odznacza się zawsze tym, że ma w sobie... dziurę!

— Ma dziurę? Och, jak to dobrze! Niech pan powie.

— Proszę pani, jednemu lekarzowi nic nie wolno, ale dwóch może wszystko. Jeżeli konsylium orzeknie, że jakiś zabieg jest ze względu na zdrowie pacjentki konieczny, jesteśmy najzupełniej kryci wobec prawa i nikt nam nic absolutnie zarzucić nie zdoła.

— A to konsylium?

— Zrobi się. Niech pani przyjaciółka przyjedzie do mnie. Ja jej wskażę drugiego lekarza, który również światle i postępowo na rzecz się zapatruje. Wydamy orzeczenie, że... z powodu... no, powód się wynajdzie. Potem ta pani uda się do którejkolwiek prywatnej lecznicy, to zawsze lepiej niż w domu, my zawiadomimy władze i w parę godzin będziemy ze wszystkim gotowi.

— Cudownie, cudownie! Gdyby to nie było w publicznym miejscu i gdyby ludzie na nas nie patrzyli, uściskałabym pana!

— Nie dość zasłużona byłaby nagroda.

— Ale a propos nagrody... Co do honorarium...

— Nie, pani. Takich rzeczy za pieniądze się nie robi. Powiedziałem już, że nie jestem pokątnym trucicielem i jeśli co robię, to tylko z zasady. Pomagam w ten sposób często biednym robotnicom, dla których zbyt liczna rodzina byłaby ciężarem nie do zniesienia, dlaczegóż dzisiaj nie mam również bezinteresownie pomóc komuś, kogo pani popiera? Jedyny wydatek, jaki przyjaciółka pani będzie miała do poniesienia, to zwykła dzienna opłata w lecznicy, którą sobie wybierze. Jeśliby to jednak było zbyt ciężko dla niej, pozostaje szpital...

— Nie. To zamożna osoba.

— Któż to taki? Bo dotąd nie zapytałem o nazwisko...

— Butrymowa.

— Co? Żona profesora?

— Tak.

Doktór Podkiecki pokręcił głową.

— No, no! No, no!

Bergerowa z niepokojem śledziła grę wyrazu na jego twarzy.

— Ale to przecież chyba nie zmienia postaci rzeczy? — spytała po chwili.

— Bynajmniej! Bynajmniej! Tylko... czy profesor się zgadza?

— Tak jakby...

— To źle. Powinien się zgodzić zupełnie.

— Czy to konieczne?

— Nieodzowne. Inaczej moglibyśmy mieć nieprzyjemności... licho wie co.

Wdówka zamyśliła się na chwilę.

— Ach, to już rzecz Zośki! — Wykrzyknęła wreszcie. — Niech sobie radzi z mężem jak chce.

— Niewątpliwie sobie poradzi — uśmiechnął się doktór.

Po czym wkrótce pożegnał się i wyszedł z kawiarni, kędy wraz z Bergerową siedzieli. Plucha na dworze była ohydna. Topniejący śnieg, nie dość raźno zgarniany, zalewał ulice grząskim, zimnem błotem, w powietrzu wisiała przenikliwa wilgoć, niezdecydowana jeszcze, czy się ma w deszcz czy w nowy śnieg zamienić. Doktór podniósł kołnierz od płaszcza, a spostrzegłszy, że w pobliżu nie ma dorożki zaklął z cicha, wsadził ręce wraz z laską do kieszeni i ruszył piechotą przez planty.

Jakieś dziwne i nieokreślone uczucie w nim kołowało. Zbudziło się w nim w chwili, gdy posłyszał nazwisko swojej nowej pacjentki. Profesora Butryma nie znał osobiście, ale widywał go często i nie wiadomo dlaczego — nie lubił. Wydawał mu się nieprzystępnym, ponurym i wyniosłym.

Uśmiechnął się mimo woli.

— Tam jednak... coś jest!

Ruszył ramionami.

— Ach, co mnie to obchodzi! — mówił w myśli do siebie. — Robię przecież tylko to, co zrobiłbym dla każdej kobiety, w podobnym wypadku potrzebującej pomocy. A że to przypadkowo jest Butrymowa...!

Mimo to doznawał jakiegoś śmiesznie łaskotliwego uczucia i maleńkiego triumfiku. Choć nie był złośliwy, uśmiechał się w duszy, jakby spłatał komuś doskonałego figla. Oto pan profesor Butrym, sławny uczony, może sobie chcieć lub nie chcieć, a on, doktór Alfons Podkiecki, tak sprawą pokieruje, że stanie się to, co chce pani profesorowa! Są na wszystko sposoby i bardzo przyjemnie jest zrobić to, czego sobie życzy kobieta...

Zmarszczył brwi i usunął się na bok. Aleją naprzeciw niego toczył się doktór Krasołucki. Pan Alfons jako człowiek nieskazitelny i pełen zasad, nie był rad spotkać się z tym sprośnym grubasem, który — wedle jego przekonania — był przez swój sposób życia „istną zakałą stanu lekarskiego”. Udał więc, że patrzy na wróble, kryjące się pod bezlistnymi gałęziami, szczęśliwie wybrnął z niebezpiecznego spotkania.

— Tak, tak, takie egzystencje wytwarza i utrzymuje tylko ustrój kapitalistyczny — mruknął i przyśpieszył kroku, przypomniawszy sobie, że w domu jest ciepło i zacisznie, i że go tam czeka młoda żona ze smaczną kolacją.


Profesor Butrym nerwowym krokiem krążył po swojej pracowni. Czuł dziwne, nienaturalne podniecenie, język wysychał mu wciąż jakby w gorączce. Podchodził co chwilę do małego stolika w kącie pokoju i wychylał szklankę wody. Intryga, którą uknuł, wydawała mu się niezmiernie chytrą i zręczną, był pewien, że go nie zawiedzie, a jednak nie mógł się oprzeć ogarniającemu go niepokojowi. Właściwie bez powodu... Po raz dziesiąty przechodził w myśli wszystkie szczegóły i widział po raz dziesiąty, że się wszystko musi udać. Jutro zaraz pójdzie z żoną do doktora Krasołuckiego. A potem... Potem w jakiś czas, gdy lekarz jej wytłumaczy rzekomą niemożebność tego, czego ona sobie życzy, będą zapewne łzy i gniewy, ale w końcu zgodzi się ze swym stanem.

Przystanął na środku pokoju.

— Zośka, Zośka — szeptał — ty nie wiesz nawet, jaki ja potrafię być dobry dla ciebie, aby tę twoją przykrość okupić! Choćbyś nie wiedzieć co mówiła, robiła ze mną nie wiedzieć co...

Przyciskał ręce do piersi i drżał w jakiejś wizji szczęścia, którego tak strasznie, tak rozpaczliwie pragnął. Chwytał się jak zbawienia tej nikłej nadziei, że teraz „będzie inaczej”.

— Moja będziesz, moja! Los sam chciał, żebyś stała się na powrót moją, daruj mi, że wbrew twojej woli i wszelkimi sposobami walczę o to, ale to będzie nasze wspólne szczęście...

I znowu uczuwał niepokój. Coś jakby wyrzut, że niewłaściwą idzie drogą i nie prostą. Na moment przyszło mu na myśl, aby dać pokój tej intrydze i raczej pomówić z żoną szczerze, wytłumaczyć, przekonać, a gdy się to nie da, prosić jeszcze jak o łaskę najwyższą, jedyną, aby nie niszczyła tej iskry tlejącego dopiero życia, której uczepiła się cała nadzieja jego dojrzałego, męskiego serca. W tejże jednak chwili błysnęły mu w oczach z uporem zacięte wąskie usta pani Zośki i jej chłodny, nielitościwy wzrok...

— Nie ma rady — szepnął znów prawie głośno. — Nic jej nie wytłumaczę, bo ona zrozumieć nie chce, a nic nie uproszę, bo tym bardziej będzie chciała swoją zrobić wolę... Muszę już iść tą jedyną drogą, którą wybrałem.

Tak pomyślał, ale smutek go ogarnął nagle ciężki i przygnębiający. Usiadł w fotelu przed biurkiem i ścisnął skronie rękoma.

— Owszem — myślał — muszę kłamać i grać komedię, muszę! Aby podejrzeń jej nie obudzić, powinienem udać, że mnie przekonała i ja z dobrej woli godzę się teraz na wszystko.

Zatrząsł się ze wstrętem.

— Zośka, Zośka! Czemu ty mnie zmuszasz do tego? Czemuż nigdy i nigdy porozumieć się nie możemy...?

Siedział w milczeniu, zastygły i prawie bez myśli. Po całodziennym nerwowym podnieceniu wszystko w nim naraz rozluźniło się i opadło. Pozostało tylko nieznośne uczucie, jakby niepotrzebnie połkniętego ogryzka, który tkwił teraz w gardle czy w sercu i dusił go...

Nagle doznał dziwnego wrażenia. Bez żadnej widocznej przyczyny stanął mu w myśli Firdussi. Jako żywy. Chwila pożegnania. Widzi go niemal szeroko rozwartymi oczyma przed sobą. Czuje dotknięcie niesamowite jego przedziwnej ręki. I słyszy słowa. Te tak niepojęte i natychmiastowo zapomniane słowa... Chwyta już uchem ich dźwięk, dotąd obcy, ale moment jeszcze, pół momentu, a przypomni sobie ich treść, zrozumie znaczenie...

Drzwi się otwarły. Pani Zośka weszła do pokoju. Zarękawek rzuciła na sofę i podniósłszy woal z zaróżowionego chłodem noska, podała mężowi policzek do pocałowania. Zauważył, że jest wesoła i ożywiona. Wziął to za dobrą wróżbę. Gorączkowe podniecenie znów go ogarnęło. Zerwał się i z mimowolnym lękiem wewnętrznym, aby nie przepuścić pomyślnego momentu, zaczął mówić głośno i bezładnie. Kłamał i nawet nie dziwił się, że kłamie tak dobrze. Jak wprawny aktor, który jednak cokolwiek się „zgrywa”, opowiadał z podejrzaną przesadą, ile trudu sobie zadał, aby stosownie do jej życzenia wynaleźć chętnego lekarza... Trzeba było być ostrożnym, tak jest bardzo, bardzo ostrożnym. I takie to było przykre. Ten i ów odmówił. Inny wziął wprost propozycję jego za osobistą obrazę. Aż trafił nareszcie na Krasołuckiego... Ona ma do niego uprzedzenie, ale niesłuszne, bo to doskonały lekarz. Postara się sam o specjalistę, który rzecz załatwi, naturalnie o ile się tylko da. Bo czasami bywają przeszkody. Ale trzeba mieć nadzieję, że w tym wypadku nie będzie żadnych. Zaraz jutro pójdą oboje razem do Krasołuckiego...

Powiedział już wszystko, co sobie był ułożył i zamilkł nieco zakłopotany, że nie ma już nic więcej do powiedzenia. Pani Zośka nie odpowiadała. Zaniepokoiło go to. Podszedł ku niej — usiadła była bowiem na sofce — i zacierając ręce rzekł z nieszczerym uśmiechem:

— Cóż? Rada jesteś...

Spojrzała nań z roztargnieniem.

— Tak, tak. Dziękuję ci.

— Więc zaraz jutro idziemy.

— Nie. Już nie potrzeba.

Uderzyło go niedobre przeczucie. Czuł, że blednie.

— Jak to?

— Nie wiedziałam, czy się uda, więc robiłam starania na własną rękę.

— Sama!?

— Przez Bergerową.

— A tej małpie co do tego?! — wykrzyknął zgoła nieoględnie.

— Jak to: co jej do tego? Prosiłam ją. Tak samo jak ciebie.

— Tak, tak, masz rację — rzekł, starając się opanować. — I cóż ?

— Rzecz nie przedstawia zgoła żadnych trudności. Znalazła lekarza... Butrym uczuł, że dłoń jakaś niewidzialna ściska go nagle za gardło.

— Zapewne jakiegoś konowała — wykrztusił — truciciela bez sumienia i czci, który ci może zdrowie zrujnować na całe życie.

— Przeciwnie. Jest to nader wzięty specjalista, przy tym człowiek młody, przystojny i bardzo miły. Na jej prośby podjął się rzecz załatwić i zrobi to otwarcie, bez niepokojących tajemnic, przez konsylium...

— Któż to taki?

— Doktór Podkiecki.

— Doktór Podkiecki — powtórzył Butrym głucho.

— Będę jutro u niego.

— Jutro? Już?

— Wszak sam mówiłeś, żeby zaraz jutro... tylko, że ja nie do Krasołuckiego...

— Ależ... przecież nie może od razu?

— Nie. Jutro ma mnie tylko zbadać.

— Kiedy będziesz u niego? — zapytał naraz twardym głosem po chwili kłopotliwego milczenia.

— O ósmej rano. Później jedzie do chorych...

Profesor usiadł znów w krześle przed biurkiem. Wir sprzecznych myśli i uczuć kłębił mu się w duszy. Odruchowo chciał już powiedzieć żonie wszystko, przyznać jej się, co był z Krasołuckim ułożył i błagać ją, aby zamiar swój porzuciła...

Spojrzał na nią i w tymże momencie uczuł całą bezcelowość takiego postąpienia. Pani Zośka z zaciśniętymi ustami patrzyła chłodnym, nieco roztargnionym wzrokiem przed siebie... Wiedział, że gdy do niej przemówi, spojrzy nań obojętnie zimnym połyskiem tych oczu o zmiennym kolorze morskiej wody, usta silniej zaciśnie, wzruszy w nieokreślonym ruchu lekceważąco ramionami i w ślepym uporze zacięta nie będzie nawet rozumiała tego, co on jej powie. Wszak w tej chwili chodzi jej już tylko o to, aby postawić na swoim.

Nagle krew mu w skronie uderzyła. Ścisnął szczęki i namarszczył czoło. Zaciekłość i w nim się obudziła.

— Walka? — myślał — więc dobrze! Zobaczymy, kto będzie silniejszy. Ja i teraz jeszcze sposób wynajdę!

Z na wpół nieprzytomnym natężeniem począł liczyć godziny i minuty, które mu jeszcze do jutrzejszej ósmej godziny rannej pozostawały. Nigdy jeszcze żadnego astronomicznego obliczenia nie robił z taką uwagą, jak tę prostą rachubę112, która nadto ciągle się mu plątała. Miał wrażenie, że jest skazańcem szukającym ratunku przed godziną egzekucji, a równocześnie czuł, że jakiś nerwowy skurcz twarzy ściąga mu usta w grymas jak gdyby uśmiechu...

— Z czego się śmiejesz? — spytała pani Zośka, która patrzyła nań już od paru chwil.

Ocknął się.

— Nic... Przypomniało mi się w tej chwili, że mam jeszcze ważną obserwację astronomiczną zrobić dziś wieczorem...

— Wyjdziesz?

— Tak. Wyjdę w tej chwili...

Ruszyła ramionami.

— Jak chcesz. Ale nie siedź długo, bo jutro o ósmej musisz iść ze mną do Podkieckiego i powiedzieć mu wyraźnie, że się zgadzasz.

Miał już wyjść z pokoju — zawahał się jeszcze na moment.

— Słuchaj — zaczął — a może by tak jeszcze zastanowić się, rozważyć rzecz dobrze, nim klamka zapadnie.

— Zastanowiłam się i rozważyłam. Nie ma o czym mówić. Jeślibyś robił trudności albo przeszkadzał mi, z miejsca wyskoczę oknem na ulicę.

— Ależ dlaczego? Zośka! Dlaczego?

— Bo nie chcę. Rozumiesz mnie? Nie chcę!

— To takie straszne...

— Nie bój się. Operacja zupełnie łatwa.

— Nie o tym mówię. Ale moralna strona...

— Ach! Strona moralna! Dobrze tobie mówić, gdy ciebie nic nie czeka. Zresztą po co próżno słowa tracić? Zgodziłeś się już i sprawa załatwiona.


Na ulicy skoczył w pierwszą napotkaną dorożkę i kazał się wieźć do mieszkania Bergerowej.

Wdowa przyjęła go z rzeczywistym zdumieniem.

— O, wielcy bogowie! Co? Mamże oczom wierzyć? Profesor u mnie we własnej osobie?

Butrym przywitał się krótko i od razu przystąpił do rzeczy.

— Żona moja była u pani?

— Wszak pan wie że zachodzi często — odparła Bergerowa przezornie przypatrując się badawczo ściągniętej i wyburzonej twarzy profesora.

— Prosiła panią o pomoc...

— W czym?

— Pani wie dobrze.

— Ach, więc o to idzie! Drobnostka. Zrobiłam dla niej, co mogłam. Rada jestem, że się udało.

— Czemu się pani wtrąca do nie swoich rzeczy? — wyrwało mu się właściwie mimowolnie.

Bergerowa powstała.

— Jak to? Gdy Zośka sobie życzyła?...

— A spytała pani, czy ja sobie życzę?

— Pan? — rzekła zgoła wyzywająco — Pan? A cóż panu do tego? Czyż Zośka nie ma prawa rozporządzać sobą wedle własnej woli? — powtarzała słowa od Butrymowej przed paru dniami słyszane.

— Tak! Sobą, ale dziecko jest moje! — wybuchnął.

— Przypuśćmy, ale to nie wielka sztuka i pana to chyba wiele nie kosztuje, ją zaś przeciwnie. A zresztą, skądże mogłam wiedzieć, że pan się nie zgadza, gdy ona mi powiedziała...

Ruszyła ramionami, ziewnęła sztucznie i spojrzała na zegarek.

Butrym uczuł, że mimo woli w zupełnie głupi sposób rozpoczął rozmowę. Wszakże nie o to mu chodziło, aby się kłócić z Bergerową lub robić jej próżne wyrzuty. Szukał słów, jakby rzecz naprawić, gdy ona, stojąc wciąż, odezwała się po chwili milczenia:

— Byłoby naprawdę wskazane, żebyście państwo załatwiali sprawy między sobą u siebie w domu, a nie mieszali w nie osób trzecich. Tak muszę panu po prostu powiedzieć. Naprzód żona pańska przybiegła do mnie, rozpacza, prosi, błaga o ratunek, ja się męczę, szukam, chodzę, a kiedy nareszcie zrobiłam, czego chciała, pan mi przychodzi robić awanturę! Przyznam się panu, że to jest nadzwyczajne.

— Pani Wando! Niech się pani nie gniewa, jestem doprawdy tak wzburzony, że już nie panuję nad sobą. Ach! Po co pani do tego rękę przyłożyła!

— Powiedziałam już. Bardzo pana dotąd lubiłam ale teraz... chciałabym mieć wieczór spokojny.

— Rozumiem. Pani mnie wyrzuca. Ale ja i tak jeszcze nie pójdę.

— Proszę. Więc niech pan siada.

Butrym jednak nie usiadł, lecz chodził po niewielkim pokoju.

— To jest straszne, to straszne! — powtarzał.

— Ach, niechże pan nie robi z głupstwa tragedii! Przecież to rzecz taka zwykła i dzisiaj niemal codzienna... Niech pan zapyta lekarza.

— Może. Ale mimo to nie przestaje być zbrodnią.

— Śmieszny pan jest. Doprawdy, że człowiek w pańskim wieku i na pańskim stanowisku...

Profesor przystąpił do niej cały rozogniony.

— Tak jest proszę pani. Nie cofam wyrażenia: to jest zbrodnia i nie tylko... wobec tego życia samego, które się gasi w zaczątku, lecz także wobec społeczeństwa, wobec naszego zwłaszcza społeczeństwa, naszego narodu, dla którego po prostu warunkiem istnienia stało się to, aby się mnożył energicznie...

— Choćby na najgorszą nędzę i ciemnotę, choćby na łup wszystkim chorobom!

— Chociażby nawet! — krzyknął Butrym w zacietrzewieniu.. — Jedyną pozytywną wartością na świecie jest człowiek...

— Bez względu na to, jaki?

— Owszem! Ale narodowi uciskanemu, jak nasz, przede wszystkim o ilość musi chodzić, w masie wybitne jednostki znajdą się zawsze. Cofanie się od tego obowiązku wobec społeczeństwa, od wydawania potomstwa, jest — powtarzam — zbrodnią, która powinna być najcięższymi ścigana karami!

— Pani Wanda nie wytrzymała już dłużej i parsknęła śmiechem.

— Bardzo piękne teorie, a dla mężczyzn nader wygodne i przyjemne!

— Nie, to nie teorie, lecz życie samo! A wy, wy kobiety...

— Ja?

— Wszystko jedno, pani nie pani, ale kobiety dla kaprysu, dla wygody, dla pozbycia się kłopotu i ciężaru...

— Czcza deklamacja! Gdyby tak z was który spróbował to przechodzić, co kobieta musi znieść... A zresztą czego pan chce ode mnie? Niech to pan wszystko powie swojej żonie.

Butrym zamilknął zawstydzony.

— Ma pani słuszność — rzekł po chwili ze smutkiem. — Zupełnie niepotrzebnie do pani to mówię. Nie po to tutaj przyszedłem.

— Więc nareszcie po co? Może mi pan w końcu zechce powiedzieć.

— Pani Wando! To się stać nie może! — jęknął ze szczerą rozpaczą w głosie.

Bergerowa spojrzała na niego z przelotnym współczuciem.

— Pan naprawdę jakoś nazbyt gorąco tę rzecz bierze. Nigdy bym się nie była spodziewała... Ale w takim razie... nie rozumiem pana. Dlaczegóż pan tej biednej Zośce nie powie wprost, że pan korzysta ze swego, przez Kościół i państwo danego prawa i nie pozwala. Przecież lekarz bez pańskiej zgody nic nie zrobi.

Rozłożył ręce ruchem bezradnym.

— A otóż to! To tak trudno pani powiedzieć...

— Przyznam się panu, że miałam pana za bardziej stanowczego i odważniejszego!

— Niech mnie pani zrozumie. Mnie tutaj nie o dziecko tylko chodzi...

— Więc o co?

— O żonę.

— Jej się nic nie stanie.

— Wierzę. Zbyt długo trzeba by mówić... Mniejsza oto. Ale ja ją tracę, ja ją tracę! I jeśli jeszcze ten mój zakaz stanie między nami...

— Na to, mój drogi profesorze, ja już nic nie poradzę.

— Owszem pani jedna poradzić by mogła...

— Ja?

— Tak. I naprawić to, co pani... mimo woli, zupełnie mimo woli zrobiła złego...

— Jakżeż to?

— Właśnie z tą prośbą przyszedłem...

— Dość późno ją pan wyjawia.

— Mniejsza. Otóż niech się pani uda dziś, zaraz, do doktora Podkieckiego, czy jak mu tam, i powie mu, wytłumaczy, przedstawi, że trzeba koniecznie, aby udał, że się zgadza, a tymczasem użył wszelkich środków dla wybicia Zośce z głowy tego planu...

Pani Wanda zerwała się oburzona.

— A dajcież mi pokój nareszcie i nie mieszajcie mnie do tych wszystkich głupich historii! Czysty dom wariatów. Nie, profesorze kochany, ja tego zrobić nie mogę.

— Ależ dlaczego? Dlaczego?

— Dziwię się, że pan jeszcze pyta. Naprzód dlatego, że się brzydzę wszelkimi intrygami i wdawać się w nie nie myślę. Następnie taki krok byłby z mojej strony ohydną zdradą wobec Zośki, która mi zaufała. A wreszcie, niechże pan sobie wyobrazi, co by doktór Podkiecki o mnie pomyślał! Wczoraj go proszę o to, a dziś... Nie! Nie mogę przecież robić błazna ze siebie. Niech sobie pan sam z nim rozmawia, jeśli pan sądzi, że ta droga jest... uczciwa.

— Nie mam innej.

Bergerowa ruszyła ramionami.

— Trudno.

— Czy pani zechce dać mi jego adres?

— Owszem.

Wymieniła ulicę i numer domu.

— Czy go teraz zastanę?

— Dobre pytanie! A skądże ja mogę o tym wiedzieć?

Przy drzwiach Butrym zatrzymał się jeszcze.

— Pani Wando — zaczął z pewnym wahaniem — jeszcze jedna prośba...

— Słucham.

— Jeśli pani nam, to jest mnie i Zośce choć trochę dobrze życzy, to niech jej pani o dzisiejszej rozmowie naszej nie wspomina...

— Może właśnie należałoby jej powiedzieć...

— Jak pani chce. Zrujnuje pani do reszty to, co się może... i tak już wali.

— A wreszcie, jeśli się panu zdaje, że tak wiele od tego zależy!... Nie powiem jej o niczym, może pan być spokojnym — uśmiechnęła się. — Przecież ona i tak na swoim postawi.

Butrym wybiegł na ulicę i polecił dorożkarzowi jechać prosto do mieszkania doktora Podkieckiego. Nie zastał go w domu. Przyjęła go żona doktora, młoda, przystojna kobietka o jasnej twarzy i dobrych, łagodnych oczach. Przedstawił jej się i zapytał o męża.

— Wyszedł z domu po kolacji — rzekła — ale jak pan go potrzebuje do chorej, to proszę tylko adres zostawić...

— Nie, ja muszę z doktorem mówić osobiście i to dzisiaj koniecznie. Czy pani nie wie, gdzie bym go teraz mógł znaleźć?

— Mój Boże, bywa czasem u Hawełki, czasem w kawiarni lub na jakim posiedzeniu... Zdarza się także, że go z miasta niespodziewanie do chorej wzywają.

Butrym pojechał do Hawełki, zrobił przegląd wszystkich kawiarń i większych restauracji, zajrzał do lokalów zebrań publicznych i nigdzie doktora nie znalazł. Wrócił więc i późno nocą zapukał znowu do drzwi jego mieszkania. Wyszła służąca i powiedziała mu, że pan doktór jeszcze nie wrócił, a pani właśnie spać się położyła i także już przyjąć go nie może. Profesora rozpacz ogarnęła. Poprosił o pozwolenie napisania kilku słów. Służąca wprowadziła go do wielce ozdobnego i z pewną kokieterią urządzonego gabinetu doktora, ostrzegłszy jeno, aby szedł na palcach, bo obok właśnie zasypiają dzieci...

Profesor wziął z biurka arkusik wonnego papieru listowego ivoir113 i pisał. Po kilku zdaniach zmiął niecierpliwie papier i wsadził do kieszeni. Wziął świeży arkusz i począł pisać na nowo. Służąca niecierpliwiła się w pokoju, oczekując wyjścia nocnego gościa. Z zamierzonych „kilku słów” zrobił się długi list. List długi i śmieszny, mimo że w tej drugiej jego właściwości Butrym nie zdawał sobie wcale sprawy. Męczył się, pisząc. Chciał powiedzieć wszystko i nic nie powiedział zarazem. Chciał, aby pod zdaniami zdawkowymi, nieszczerymi i do znudzenia powtarzanymi doktór odgadł właściwą treść... Bał się zostawić na papierze widomy i wyraźny znak tego, co myśli, i bał się równocześnie, że może nie dość jasno myśl swoją przedstawić. Pisał o nerwowym stanie żony, który poniekąd zachciankę jej usprawiedliwia, i że on „w razie konieczności” się zgadza, a równocześnie błagał, żebrał po prostu między wierszami młodego lekarza, aby tej „konieczności” nie przyznał i pomocy swej odmówił. Nie mógł powiedzieć wprost, że nie pozwala, aby przez to żony w cudacznym nie postawić świetle, a usiłował dać to jak najjaśniej do zrozumienia i znowu powtarzał, że „w razie istotnej i nieodzownej potrzeby on naturalnie nic przeciw temu mieć nie może”.

W końcu powstał z tego wszystkiego list, będący istnym chaosem, i gdyby Butrym trochę mniej był zdenerwowany i gdyby zachował choć ślad krytycyzmu, byłby zrozumiał, że obcy, dla spraw najzupełniej obojętny lekarz śmiać się tylko może, pismo to przeczytawszy.

Ale on, kładąc podpis swój trzęsącą się ręką, miał wrażenie, owszem, że rzecz należycie załatwił i że może spać spokojnie. Przekonany był, że młody doktór, sam ojciec i mąż, tragedię jego odczuje i zrozumie wstyd, który mu wyraźniej pisać nie pozwala. Był pewien, że dla uczciwej sprawy znajdzie w nim dobrego, mądrego i wyrozumiałego pomocnika i czuł już w tej chwili przypływ ogromnej, głębokiej wdzięczności dla tego człowieka...

Powstając od biurka, uczuł dopiero, jak straszliwie jest znużony i rozbity na nowo. Zatoczył się jak nieprzytomny, tak, że służąca, która oglądała otrzymany pieniądz i nie słuchała zaklęć, aby list koniecznie przed ósmą panu oddała, przed ósmą!, miała go wręcz za pijanego.

Gdy powrócił do domu, żona już spała. Rozbierał się z uczuciem, że czeka go długa, męcząca, bezsenna noc. Przyłożywszy głowę do poduszki, zasnął natychmiast twardym, kamiennym snem człowieka wyczerpanego do ostatnich granic.

Profesor Butrym zatelefonował rankiem do kancelarii uniwersyteckiej, że dnia dzisiejszego z powodów natury osobistej wykładów mieć nie będzie. Ubierając się i potem, przy wczesnym śniadaniu, którego przełknąć nie mógł, był w ciągiem gorączkowym podnieceniu, a jeśli pani Zośka tego nie zauważyła, to jedynie dlatego, że w ogóle nań nie zwracała uwagi. Zajęta swymi myślami: jedną uporczywą i ślepą żądzą „aby się udało”, patrzyła nieprzytomnymi oczami na wszystko, co się koło niej działo. Butrym natomiast dziwnie niezdolny był w tej chwili do skupienia myśli na jednym przedmiocie. Powtarzał sobie w duchu, że wkrótce ma zaprowadzić żonę do doktora Podkieckiego i usiłował sobie przypomnieć słowo po słowie wczorajszy list, czy dobrze był napisany, ale jakby na przekór różne inne obojętne rzeczy do głowy mu przychodziły. Jakieś obliczenie astronomiczne, które od tygodnia leżało niedokończone, głupkowata fizjonomia któregoś ze słuchaczy, nie wiadomo dlaczego zapamiętana, odjazd Turskiego z synem, jakieś zdania zamienione ongiś z Firdussim, koń dorożkarski przed tygodniem na rogu ulicy widziany i znowu uporczywe a bez powodu powracające do pamięci elementarne wzory rachunku różniczkowego.

Męczył go ten stan oszołomienia niewymownie, zwłaszcza że zdawał sobie sprawę, iż zgoła o czymś innym i nierównie dla siebie ważniejszym w tej chwili myśleć by powinien.

— Czy jesteś gotów? — spytała pani Zośka, nadspodziewanie i wbrew zwyczajowi szybko do wyjścia zebrana.

Poderwał się z krzesła jak sprężyną rzucony.

— Tak. Idziemy.

Drogę całą przebyli w milczeniu. Profesor usiłował zacząć jakąś rozmowę, która — jak mu się zdawało — byłaby ważna i doniosła, ale po prostu nie mógł znaleźć pierwszego słowa. Ani się spostrzegł, kiedy żona zatrzymała dorożkarza na jakiejś odległej ulicy. Zdziwił się, zauważywszy, że zna dom, przed którym stanęli.

— Ach, prawda, byłem tu wczoraj — pomyślał. — Mieszkanie doktora Podkieckiego.

Nagły dreszcz go przejął.

— To tutaj, już?

Uczuł ze wstrętem graniczącą niechęć do przestąpienia jeszcze raz progu tego domu. A przy tym jakby świadomość jakiegoś fatalizmu: uczyniłem wszystko, co było w mojej mocy, niech się teraz dzieje, co chce. Po co patrzeć w twarz temu człowiekowi? Na co odgrywać dalszą komedię? Jaką wobec niego przyjąć dziś rolę? Stawka leży na cyfrze, ruleta kręci się sama.

Pani Zośka zawahała się również przed bramą.

— Nie wiem, czy to koniecznie, abyś ty szedł ze mną — rzekła, obawiając się snać jakiej niespodzianki ze strony męża, któremu jeszcze nie ufała.

— Masz słuszność — podchwycił skwapliwie. — Zbyt by to było przykre dla mnie, a może i dla ciebie...

— Daj mi więc tylko bilet, że pozwalasz.

Wyrwał kartkę z notatnika i skreślił ołówkiem:

„Pan wie już wszystko. Jeśli nieodzowne — zgadzam się”.

— Zaczekam na ciebie na ulicy — rzekł, podając żonie świstek papieru.

Szepnęła coś jakby „dziękuję” i zniknęła w bramie. Słyszał skrzypienie drewnianych schodów pod jej krokami, potem stuk otwieranych na pierwszym piętrze drzwi.

— Tak, niech się ruleta kręci — powiedział prawie głośno i przeszedłszy na drugą stronę ulicy, zaczął chodzić tam i z powrotem. Teraz już zupełnie świadomie starał się nie myśleć bez celu o tym, co się dzieje. Odliczał krokami odległość latarni, a później rachował na pewnej przestrzeni kamienne płyty chodnika. Było mu gorąco: rozpiął płaszcz, kapelusz zsunął na tył głowy.

Czas dłużył mu się w nieskończoność. Poglądał co chwila na zegarek i dziwił się, że dopiero dwie lub trzy minuty upłynęły odtąd, kiedy ostatni raz patrzył na wskazówki. Męczyło go to, więc postanowił zegarka więcej nie wyciągać i przełożył go nawet do innej kieszeni, aby odruchowo zań nie chwycić. Patrzył teraz ciągle na drzwi kamienicy, w której zniknęła jego żona. Gdy przechodząc, mijał ją, oglądał się ustawicznie, aby nie przeoczyć momentu, kiedy będzie wychodzić.

— Czy długo czekałeś? — usłyszał głos za sobą.

Drgnął, jakby ze snu zbudzony i zwrócił się. Przed nim stała pani Zośka.

— Kiedy wyszłaś?

— W tej chwili, kiedy byłeś odwrócony. Nie dojrzałam cię zrazu...

Wzięła go swobodnym ruchem pod ramię i zawróciła ku domowi.

— I cóż? — wykrztusił po chwili przez zdławione gardło.

— Doskonale! — odparła wesoło.

— Jak to?

— Zrobi się wszystko. Od razu jutro.

— Co?!

Uczuł, że blednie. Stanął na środku chodnika i patrzył na nią rozszerzonymi z przerażenia oczyma.

Pociągnęła go za ramię.

— Pójdźże. Czemu patrzysz? Tak się cieszę. Nawet nie śmiałam się spodziewać, że pójdzie wszystko tak gładko. Dał mi adres lekarza, do którego mam iść po południu po orzeczenie, że to ze względu na moje zdrowie konieczne i jutro... No, chodźże nareszcie!

Butrym nie ruszał się z miejsca. Zatoczył się jeno mimo woli pod wpływem nagłego zawrotu, tak, że się musiał wesprzeć plecami o mur kamienicy, aby nie upaść.

— Zośka! — jęknął, nie zważając na przechodniów, którzy się im już zaczęli przypatrywać.

— No, czego chcesz? Widzę, że znów zaczynasz jakieś komedie — rzekła tonem naraz zmienionym.

— Nie rób ty tego! — szepnął, jakby nieswoim głosem.

— Czyś ty oszalał? Pójdź, bo ludzie patrzą. Czyś oszalał naprawdę? Miałabym teraz, gdy wszystko tak dobrze się składa...

— Ja nie chcę! Ja nie chcę!

Spojrzała teraz na niego nielitościwie zimnym, nienawistnym wzrokiem.

— Nie chcesz? A! Więc robiłeś wszystko, starałeś się niby, niby się godziłeś w nadziei, że mi się to nie uda?

— Tak — wyznał szczerze.

Żachnęła się nagle od niego.

— Och ty, ty! Jak ja ciebie nie znoszę za to komediaństwo twoje, za tę nieuczciwość, obłudę za tę złość twoją wobec mnie!

— Zośka! Ja dla ciebie nie jestem zły!

— A! Nie jesteś zły, a chcesz, żebym sczezła marnie, zginęła, byleś ty tylko postawił na swoim i byleś się cieszył... licznym potomstwem! I otóż ci się nie udało! Znaleźli się na szczęście ludzie lepsi dla mnie od ciebie, obcy ludzie, którzy mi dopomogli: Wanda i ten lekarz młody, co mi w tej chwili więcej okazał współczucia niż ty przez całe życie.

Krew uderzyła mu do głowy.

— Nie masz prawa tak mówić! Tych ludzi właśnie nic nie obchodzisz i dlatego ci pomagają. Ja jeden jestem ci życzliwy, ja jeden cię kocham.

— I chcesz mnie zabić dlatego! Och! Jakżeż ja cię strasznie nienawidzę, jak gardzę tobą!

— Nie wyzywaj mnie do walki! Bo jeszcze i teraz mogę się oprzeć, i cofnąć dane, raczej wymuszone przez ciebie pozwolenie.

— Nic nie zrobisz, bo lekarze powiedzą, że to dla mnie konieczne.

— Wezmę innych, zażądam konsylium!

Patrzyła nań w milczeniu, potem wybuchnęła naraz:

— O! Zły jesteś! Zły! Nie spotkałam człowieka tak złego!

Błysk zapamiętałej nienawiści zaświecił jej w źrenicach.

— Ty! Żebym ja widziała, jak ty będziesz zdychał w moich oczach, toby był najpiękniejszy dzień w moim życiu!

— Za co?

— Żeś mnie sponiewierał, żeś mnie zniszczył, że mnie chcesz dobić...!

Zaniosła się spazmatycznym płaczem.

Skinął na przejeżdżającą dorożkę.

— Siadaj — rzekł krótko.

Jechali jakiś czas w milczeniu. Butrym po pierwszym, piorunującym oszołomieniu zaczął teraz myśleć spokojniej i jeno smutek ponad wszelkie powiedzenie ciężki i nieznośny przygniatał go coraz bardziej i dławił.

— Stało się. Źle się stało i ja jestem winien, myślał, choć nie umiał sobie jasno zdać sprawy, gdzie jego wina leży właściwie: czy w tym, że wbrew wszystkiemu z tak uporczywą nadzieją chciał życie nienarodzonej istoty uratować, czy że taką nieprostą drogę wybrał do tego, czy jeszcze może gdzie indziej?

Przyszło mu na myśl, że jeszcze i teraz mógłby istotnie zakazać — wszak miał prawo! — ale to już doprawdy nie miałoby żadnego celu. Cóż by mu przyszło z tego, gdyby teraz przebojem postawił na swoim? Czy warto? Przecież toby już było tylko znęcanie się nad tą kobietą, gdy wie, że jej odzyskać nie może w ten sposób.

Bezwład ogromny opadł go wraz ze smutkiem.

„Żebym ja widziała, jak ty będziesz zdychał w moich oczach” zadzwoniło mu w pamięci.

Westchnął głęboko i nerwowo.

— Biedna! Więc ona tak myśli? Tak czuje? Biedna...

Oczy znużone i palące go pod powiekami zwrócił na żonę, siedzącą cicho w kącie powozu.

— Zośka...

— Słucham cię — szepnęła miękko i niemal pokornie.

— Zośka, ja chcę się jeszcze zobaczyć dziś z Podkieckim. Jeśli to istotnie potrzebne... jeśli nie może inaczej być...

— Rób, co chcesz.

W milczeniu dojechali do domu.


Pani Zośka z uczuciem silnego zdenerwowania wchodziła żywym krokiem na schody mieszkania lekarza, wskazanego jej przez doktora Podkieckiego. W poczekalni zastała kilkoro ludzi, musiała czekać. Usiadła w kącie na wytartej i wygniecionej kanapie i patrzyła przez okno na niebo, niespodziewanie w tym dniu błękitne i jasne.

Czuła się ogromnie zmęczoną i wyczerpaną, a nadto nurtował w niej głęboki żal do męża, którego o cały swój rozstrój obwiniała.

— Mój Boże, mój Boże — szeptała w sobie, przyciskając do ust jedwabną chusteczkę — że też ten człowiek nie może się obejść bez komedii, bez awantur, bez tragizowania! Ostatecznie to takie głupstwo, w kilka dni będzie po wszystkim i czyż to potrzebne te historie! Byle mnie tylko udręczyć do ostatka, gdy i tak dosyć mam przykrości...

Przyszło jej na myśl, że gdyby dziecko zwykłym trybem przyszło na świat, Mietek, który teraz niby tak gorąco tego pragnie, byłby z pewnością w głębi duszy niezadowolony wobec kłopotu, jaki to w domu ze sobą sprowadza.

Wydęła usta pogardliwie.

— Aby tylko mnie na złość, byle mnie na przekór! — myślała i utwierdzała się w przekonaniu nie tylko, że ma prawo to robić, co robi, lecz nadto, że robi dobrze i rozumnie, nie poddając się dzikim fantazjom męża.

— Gdy się opamięta, sam mi będzie wdzięczny, żem nie ustąpiła — zakonkludowała i podniosła się, gdyż właśnie lekarz uchylił drzwi, dając jej znak głową, że na nią teraz kolej.

Weszła do gabinetu i podała list doktora Podkieckiego. Lekarz, mało znany i nędzną praktykę mający internista, pochwycił skwapliwie w dłoń pismo od szczęśliwszego kolegi. Stała przed nim i patrzyła jak przebiegał papier oczyma, odruchowo rozczesując palcami lewej ręki długą, czarną brodę.

— Aha, aha — powtórzył kilkakrotnie i spojrzał na Butrymową. Zarumieniła się naraz i zmieszała w przykry sposób.

— Czy mnie pan zechce zbadać — spytała.

Ruszył ramionami, nie przestając dłubać nerwowo palcami w brodzie.

— Hm, proszę pani, cóż ja wybadam... Jeżeli kolega Podkiecki pisze, że to potrzebne, to mi wystarcza. Mam do niego zupełne zaufanie. Główna rzecz, aby załatwić stronę formalną, to jest wydać potrzebne orzeczenie. Proszę, niech pani siada.

Uczuła dla niego mimo woli głęboką wdzięczność, że jest tak delikatny i względny, zwłaszcza że obawiała się znowu przykrych i wstrętnych dla siebie oględzin. Zastanawiała się w duchu, jaką sumę ma mu ofiarować jako honorarium, aby to nie było za mało.

— Wszyscy są dla mnie dobrzy — myślała — z wyjątkiem męża mojego! — I tym głębszy żal ją przejmował.

Lekarz tymczasem usiadł przy biurku pod oknem tyłem do niej i, wziąwszy kartkę papieru, począł się namyślać.

— Czy pani nie miewa bicia serca? — spytał naraz, zwracając się ku niej.

Drgnęła, jakby niespodziewanym głosem obudzona i odrzekła niezręcznie:

— Nie, nie miewam. Bicia serca nie miewam.

— Hm, ale ostatecznie mogłaby pani mieć. A zawrotów głowy?

— Nie przypominam sobie.

— No, tak po kieliszku wina na przykład?

— Po kieliszku wina? Owszem. Ja wina nie znoszę.

— Aha. Więc zawroty głowy są. Dobrze. To wystarczy.

Nachylił się i zaczął pisać coś pośpiesznie. Po chwili powstał i podał Butrymowej zaklejoną kopertę z adresem doktora Podkieckiego.

— Gotowe. Niech pani raczy to tylko oddać koledze Podkieckiemu i pozdrowi go przy sposobności pięknie ode mnie.

Wsunęła papier do torebki i wyciągnęła z niej banknot.

Lekarz się cofnął.

— Nie, proszę pani.

— Jak to? Jestem przecież panu winna...

— Nic pani winna nie jest. Takich rzeczy nie robi się za pieniądze. Spełniłem tylko życzenie mego kolegi, a jeśli i pani tym się przysłużyłem, tym mi przyjemniej.

Wyciągnęła ku niemu dłoń przyjacielskim, wdzięcznym ruchem.

— Dziękuję panu.

— Wszyscy, wszyscy są dobrzy dla mnie — myślała, wychodząc — tylko on jeden jest zły, mój mąż.

To pomyślawszy, powiedziała sobie, że jeśli Mietek nawet cierpi naprawdę, to ponosi tylko słuszną karę za swoją złość i uspokoiła się zupełnie.


Po dłuższych szukaniach i krążeniach znalazł nareszcie Butrym Podkieckiego w szpitalu. Wprowadzono go do małego pokoju biurowego, gdzie przy stole siedziało jakieś chude indywiduum zajęte pisaniem, i proszono, aby zaczekał.

Po pewnym czasie zjawił się doktór Podkiecki. Fartuch biały miał na sobie, zakasane po łokcie ręce trzymał wzniesione do góry.

— Profesor Butrym?

— Tak jest.

Podkiecki skłonił się głową, nie zmieniając pozycji rąk.

— Bardzo mi przyjemnie pana poznać. Miałem dotąd zaszczyt tylko z widzenia... Oddano mi pański bilet. Przepraszam, że dałem na siebie czekać i że ręki nie podaję, ale dłonie mam już do operacji umyte...

— Jeśli pan zajęty, ja mogę później...

— Nie, nie! Mam jeszcze chwilę czasu i chętnie panu profesorowi służę.

— Chciałem kilka słów...

— Służę panu — powtórzył Podkiecki.

Butrym spojrzał z boku na indywiduum zajęte pisaniem.

— Sprawa osobista...

Doktór się uśmiechnął.

— Możemy wyjść na korytarz, tam będziemy swobodni. Niech pan tylko zechce łaskawie drzwi otworzyć, bo ja się już nie chcę mytymi rękami klamki dotykać.

Wyszli na długi korytarz szpitalny. Podkiecki trzymał ciągle ręce wzniesione z rozłożonymi palcami i wciąż się uśmiechał, co chwilę przechodziły koło nich posługaczki, siostry miłosierdzia, lekarze...

Butrym zdjął kapelusz i obtarł spocone czoło.

— Pan otrzymał wczoraj mój list? — zaczął.

— Tak, proszę pana — odparł lekarz i patrzył na niego pytającym wzrokiem, jakby nie wiedział zgoła, o co chodzi.

— I jednak podjął się pan zrobić operację mojej żonie. Czy to pan ze stanowiska lekarskiego uważa za konieczne?

— Ach, mój Boże! Konieczne... To takie względne pojęcie. Być może, że kto inny mógłby być innego zdania. Jednakże ze względu na stan nerwów szanownej pani, na wysoki stopień rozdrażnienia... Medycyna dziś, proszę pana, musi się liczyć z momentami psychologicznymi...

— Prosiłem pana, żeby pan usiłował odwieść ją od tego zamiaru.

— Robiłem, co było w mojej mocy. Straszyłem ją trudnością operacji, która w istocie jest bardzo łatwa, dałem jej do zrozumienia, że może wypadnie ją uśpić, że ból będzie znaczny... Cóż było więcej do zrobienia? Pani taki ma chorobliwy wstręt do swego stanu, że godziła się na wszystko. Nie mogłem przecież skłamać i powiedzieć, że rzecz jest niemożliwa! Poszłaby do innego lekarza i wyśmiano by mnie po prostu.

— Tak. Dziękuję panu. Źle się stało.

Podkiecki przestał się uśmiechać i udał wielkie zakłopotanie.

— Czyżbym ja list pański źle zrozumiał? Pan sobie może wcale nie życzy tego, z czym pani do mnie przyszła? — spytał zgoła naiwnie.

— Przyznam się panu, że istotnie pragnąłem uniknąć za wszelką cenę...

— Ach Boże! Trzeba mi było wyraźnie napisać. Byłbym pani powiedział po prostu, że bez wyraźnej zgody pańskiej nie wolno mi niczego zrobić... Teraz to już pan sam chyba z żoną pomówi, bo mnie trudno się cofnąć, gdy obiecałem. Ale, widzi pan, to tak się stało... nie mogłem przecież przypuszczać, że żona pańska wbrew woli pana, że tam między państwem jest jakieś nieporozumienie.

Butrym wzniósł głowę.

— Żona moja nie robiła niczego za moimi plecami — rzekł z odruchem dotkniętej w jej osobie dumy swojej. — Nieporozumienia nie ma tu żadnego: ja godzę się na wszystko, co jest potrzebne i dziękuję panu.

Ukłonił się i wyszedł ze szpitala.

Czuł całą śmieszną bezcelowość dalszej z tym człowiekiem rozmowy.

Parę godzin, jakie mu pozostawały do wieczora, ubił, błąkając się po ulicach miasta i po odleglejszych kawiarniach, w których mógł być pewien, że nie spotka nikogo ze znajomych. Pod wieczór wrócił do domu. Pani Zośka przywitała go swobodnie i zaproponowała wyjście do teatru. Nie miał powodu się sprzeciwiać. Przebrał się mechanicznie, gdy wchodzili do loży, przedstawienie było już rozpoczęte. Siedział osowiały w kącie i patrzył tępym wzrokiem przed siebie. Pod koniec aktu, gdy miano rozpalić światła na widowni, żona zwróciła się ku niemu.

— Bój się Boga, nie rób przynajmniej wobec ludzi miny skazańca.

Uśmiechnął się trochę nieprzytomnie i głupkowato, a ona szybkim i nieznacznym ruchem pogłaskała go dłonią po twarzy.

— No, proszę — szepnęła miękko.

W antrakcie kilka znajomych osób przyszło ich w loży odwiedzić. Pani Zośka rozmawiała z nimi swobodnie i wesoło, słyszał jak przez mgłę jej srebrzysty śmiech i widział błyski jej jasnych oczu o kolorze zmiennej morskiej wody, w której się odbijają zielone wzgórza nadbrzeża i błękitne niebo nad nimi. Ktoś do niego zagadał. Odpowiedział przytomnie i spokojnie, jeno ciągle miał wrażenie, że to nie on sam mówi, tylko jakaś powierzchowna maska boleśnie przyklejona do jego twarzy, poza którą on się skrył, skurczony cały pod nieznośnym ciężarem swojej myśli.

W którejś z dalszych przerw między aktami przyprowadzono doń do loży młodego francuskiego matematyka, który w przejeździe przez Kraków, zapragnął mu się przedstawić. Francuz znał jego dzieła astronomiczne i mówiąc, tytułował go z wielkim szacunkiem: maitre114... Butrym dawał mu żądane wyjaśnienia i wygłaszał swoje teorie o prawie utrzymania równowagi we wszechświecie, potem podtrzymywał wszczętą rozmowę o Paryżu, do której z czarującym uśmiechem wmieszała się także pani Zośka i ciągle, ciągle miał nad wyraz nużące uczucie zupełnej obcości swoich słów, gestów, uśmiechu.

Wreszcie przedstawienie, z którego ani słowa nie rozumiał, skończyło się szczęśliwie. Pani Zośka miała jeszcze ochotę w towarzystwie kilku znajomych udać się wspólnie do restauracji, ale gdy na wzrok jej pytający szepnął, że wolałby dziś jechać prosto do domu, nie upierała się wcale przy swoim planie.

— Przepraszam państwa — mówiła słodko, żegnając się — ale Mietek dzisiaj tak znużony... Pracował dużo, a przy tym zaczyna się trochę, troszeczkę, ot tak odrobinkę starzeć. Prawda, Mietku? Jeszcze gdy żony nie ma, to sobie tam czasem młodsze lata wspominasz...

Śmiano się i żartowano.


W domu Butrym, zrzuciwszy płaszcz, krążył długo po swoim gabinecie, a potem przeszedł do pokoju żony. Rozbierała się już, siedząc na krawędzi łóżka. Na odgłos otwieranych drzwi zwróciła niespokojny wzrok.

— Nie śpisz jeszcze? — przywitała wchodzącego.

— Nie. Chciałem z tobą pomówić.

— Słucham cię. Robisz przez cały dzień minę tak śmiesznie tragiczną, że aż mi wstyd za ciebie.

— Mniejsza. Widziałem się dziś z doktorem Podkieckim.

— Tak?

— Nie pytasz się, cośmy mówili?

Wzruszyła ramionami.

— Cóż mi na tym zależy. To i tak nie zmieni postaci rzeczy.

— Owszem, mogłoby zmienić. Jestem wciąż jeszcze w mocy zakazać.

— Podkiecki cię nie posłucha.

— Musiałby. Wie, że mógłbym zrobić doniesienie karne i wsadzić go do kryminału.

Zaśmiała się trochę nerwowo.

— Głupstwa pleciesz, mój drogi. Nim byś co zrobił, rzecz będzie załatwiona, a wtedy gdzie masz środki udowodnić, że to nie było konieczne, gdy on ma w ręku orzeczenie drugiego lekarza? Naraziłbyś tylko mnie na skandal, a siebie na śmieszność i na proces o oszczerstwo.

Butrym chodził w milczeniu po pokoju. Pani Zośka zaniepokoiła się jednak.

— Słuchaj no, czy może mówiłeś z nim o czymś podobnym? Może mu groziłeś? Och, ty prześladujesz wszystkich, którzy tylko są mnie życzliwi.

— Nie. Podkieckiemu powiedziałem, gdy mnie wręcz zapytał, że wszystko się dzieje z moją zgodą, choć nie przeczę, że usiłowałem wpłynąć na niego, aby ci to wybił z głowy.

Nie dosłyszała już drugiej części zdania. Uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Widzę, chwała Bogu, że przyszedłeś nareszcie do opamiętania i do rozumu. Cieszę się z tego, bo już doprawdy żal mi cię było, gdym widziała, jak się męczysz z głupstwa tragedią, którą sam w siebie wmówiłeś.

Usiadł obok niej na krawędzi łóżka.

— Zośka, niczego w siebie nie wmówiłem, a męczę się więcej, niźli ty to przypuścić możesz... I mam... mam prośbę do ciebie.

— Aha. Gdy cię wszystko inne zawiodło, masz prośbę.

— Tak. Gdy mnie wszystko inne zawiodło, mam prośbę. Robiłem wszystko, co mogłem, aby do tego nie dopuścić: nie udało się. Może i lepiej. Gdyby mi się było powiodło, byłbym zdobył szczęście odzyskania ciebie wbrew twojej wiedzy i woli... Zosik, ja mogę je teraz jeszcze otrzymać z twoich rąk, z łaski twojej.

— Do czego zmierzasz?

— Ty wiesz. Pomyśl, wszystko się tak złożyło, że nie masz już przeszkód, bo i ja zakazem nie stanę nigdy wbrew twojej woli ze względu właśnie na ciebie. Zośka, zrób teraz dla mnie, dla nas obojga tę ofiarę i wyrzeknij się swego zamiaru dobrowolnie. Daj znać Podkieckiemu, że się rozmyśliłaś...

— Czyś ty oszalał? — powtórzyła rzucone już rankiem pytanie.

— Może oszalałem, bo wierzę, że potrafisz być tak po królewsku wspaniałomyślna. Jeślim kiedy był głupio zły dla ciebie, żałuję tego. Nie dam ci odtąd nigdy, nigdy sposobności uskarżać się na mnie.

— Ach, znam ja te twoje obietnice i twój sposób postępowania ze mną. Z byłe błahego powodu nadokuczasz mi, zwymyślasz mnie ostatnimi słowami, dasz mi uczuć rzekomą wyższość swoją...

Osunął się cicho na kolana i przycisnął do ust obie ręce żony.

— Spróbujmy, Zośka, spróbujmy jeszcze być szczęśliwi, a może nam się uda! Nie kładź między nas tej krwawej rany, o której, wiem, że nigdy nie będę mógł zapomnieć. Ja cię naprawdę kocham tak bardzo. Nie zabijaj tego we mnie. Zobaczysz, jak ci będę wdzięczny i dobry. Co ci szkodzi zrobić próbę?

— Zbyt wiele by mnie ta próba kosztowała. Nie mam na nią sił.

— Więc odmawiasz?

— Człowieku! Zastanów się przecie, że żądasz ode mnie rzeczy niemożliwej!

— Zośka, ja błagam! Zrób łaskę...

Zerwała się.

— Och, jak mnie ty męczysz, jak męczysz mnie straszliwie!

Powstał pobladły, usta drgały mu nerwowo.

— I to jest cała twa odpowiedź?

— A jakiejże ty chcesz innej? Najlepiej nie dręcz już mnie i siebie i idź spać.

— Słuchaj, powiedz mi tak szczerze: i ty nie masz wstrętu, przed tym coś zamierzyła? Nie czujesz całej ohydy tego?...

— Brzydzę się tym, jak wszystkim, co jest nieczyste i obrzydliwe, ale poza tym...

Zrobiła lekceważący ruch głową.

— Poza tym nic? Nie odczuwasz potworności takiego kroku, ty, matka?

— Mój kochany, oszczędź mi chociaż o tej późnej godzinie nauk moralnych i nie próbuj roztrząsać mojego sumienia, którego w tym względzie nie mam. Biorę rzeczy tak, jak są, bez deklamacji i pozy, które ty tak bardzo lubisz. Nie robię z bagateli tragedii. To cała rzecz.

— Tak, tragedią dla ciebie było tylko to, co jest naturalnym i zwykłym porządkiem rzeczy. O, ty zwierzę, zwierzę! — syknął przez zęby.

Zatrzęsła się naraz w histerycznym wybuchu.

— Dosyć mam tego! Jak śmiesz mi tu jeszcze rzucać obelgi? Ty jesteś zwierzę, ty jesteś podły, najpodlejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam! Byle jeno dogodzić swojej fantazji, byle na swoim postawić, to nic ci o mnie nie idzie. Najnieszczęśliwszy, przeklęty dzień mojego życia, kiedym ciebie poznała, ty! ty kiepski komediancie i dręczycielu!

Nerwy jej, od kilku dni naprężone i trzymane na wodzy jeno niezmiernym wysiłkiem uporu, nagle wzięły górę. Poskoczyła ku mężowi z podniesionymi rękami, jakby go chciała uderzyć.

Coś się w nim szarpnęło: jakiś odruch pierwotny przeważającego siłą samca. Mięśnie mu się w ramionach sprężyły i oczy zabiegły krwią, był moment jak mgnienie oka krótki, że chciał pochwycić żelazną dłonią te wzniesione nad sobą ręce i tę piękną, słabą, nad wszystko kochaną kobietę rzucić sobie brutalnie do nóg i bić głowę jej jasną, tłuc o ziemię i słuchać, aż z ust jej słodkich wydrze się okrzyk bólu, przerażenia, błagania o litość...

Opanował się. Ostatnim skurczem opawającego naprężenia mięśni pchnął ją jeno mimo woli od siebie tak, że upadła w tył na łóżko, uderzając ciężko głową o ścianę.

A w nim zerwała się jakaś potworna, dusząca fala, szarpnęła go za żebra, przydławiła krtań, rzucił się na sofę z wybuchem strasznego, niedającego się powstrzymać łkania. Wgniatał twarz w poduszki, gryzł dłonie, którymi usiłował jęk swój zatłumić, niezdolny nawet na tyle, aby wstać i wyjść z pokoju.

Naraz uczuł, że obejmują go ciepłe ramiona i usta drogie, jedyne błądzą pocałunkami po jego załzawionej twarzy.

— Mietek, Mietek! Uspokój się przecie!

— Odejdź! — wykrztusił przez spazm, pierś jego bolesnym skurczem zrywający.

Nie odeszła. Przygarnęła go obiema rękami jak dziecię do siebie.

— Gdybym była wiedziała, że tobie naprawdę tak strasznie o to chodzi — mówiła — gdybyś mi był od razu tak szczerze, tak otwarcie powiedział...

— Co wtedy? — szepnął z odcieniem jakiejś głupiej nadziei.

— Nie wiem, nie wiem. Ale można by się było wtedy spokojnie zastanowić. Może bym nawet była zdołała pogodzić się z tą straszną dla mnie rzeczą. Widzisz, niepotrzebnie knułeś jakieś intrygi, niepotrzebnie mnie zwodziłeś, obiecując niby pomoc, a w istocie pragnąc zgoła czego innego.

Uspokojony nieco, uniósł się i zakrył oczy rękami.

— O ciebie mi tylko chodziło, tylko o ciebie! Nie chciałem iść przebojem, narazić ci się nie chciałem, bom przecie walczył o ciebie, żebyś ty była moja!

— A widzisz. Byłeś nieszczery i teraz zasłużoną karę ponosisz. A tak mi cię żal.

Usiadł obok niej na sofie.

— Zośka — szepnął błagalnie — przecie dzisiaj jeszcze czas...

Potrząsnęła głową smutno ale stanowczo.

— Nie. Już za późno. Nazbyt już przywykłam do tej myśli i nie potrafię się jej wyrzec. Nie mam sił. Jutro w południe idę do lecznicy.

Zwiesił głowę bezwładnie.

— Stało się — rzekł po chwili. — Przegrałem walkę z losem, może nawet z własnej winy.

Wzniósł oczy, pełen rozpaczliwej jak śmierć smutnej miłości.

— Jutro zrobisz, co zechcesz, Zośka, ale dziś moja jeszcze jesteś, moja, moja! Dziś jeszcze nic nie stoi pomiędzy nami, to przyjdzie dopiero jutro.

Ogarnął ją w gorący, zarazem lękliwy i niemal macierzyński uścisk. Wsparła głowę na jego ramieniu, myśląc już tylko, że jest strasznie znużona i chciałaby spać, spać...