Rozdział IV

Agnieszka obudziła się szarym rankiem na szerokim babcinym tapczanie, we wnęce za kotarą. Sięgnęła po swój zegarek, aby zobaczyć, która godzina. Dochodziła dziewiąta.

Spostrzegła także, że malutkie okienko na zegarowej tarczy, to, w którym zawsze pokazywała się data, zmatowiało, zapociło się i nic nie było w nim widać.

„Pewnie zamoczyłam przy myciu — pomyślała. — Szkoda! Ale może samo wyschnie i wtedy się zreperuje”.

Antek usiadł na posłaniu, drapiąc się w głowę.

— Cześć — powiedziała do niego. — Bardzo ci znakomicie w tej koszuli w różyczki. Wyglądasz jak grzeczna dziewczynka.

— Znów mi — odezwał się Antek z wyrzutem — znów mi przeszkadzasz myśleć.

— A wymyśliłeś coś na nasz temat?

— Właśnie wymyśliłem... że albo jesteśmy w jakiejś bajce... — przecież przyznasz, że ta babcia jest dosyć bajkowata!

— Hm — odparła Aga — jak na bajkę to wszystko jest zbyt prawdziwe, a jak na prawdę — zanadto bajkowe...

— To w takim razie coś nas porwało! Kosmici! — oświadczył z przekonaniem Antek.

— Słuchaj! — powiedziała Agnieszka. — A może po prostu znaleźliśmy się nagle w innym mieście? Może wsiedliśmy w jakiś międzymiastowy tramwaj i to on nas tutaj przywiózł? Musimy się jakoś dostać do domu, bo rodzice na pewno się zamartwiają!

— A mnie się zdaje, że oni wszystko wiedzą o nas, że ktoś ich zawiadomił. Z tego kosmosu.

— Uspokój się, przecież nie jesteśmy w żadnym kosmosie! Nie poznajesz naszego miasta? Przecież od razu widać, że jesteśmy u nas!

— W każdym razie — powiedział natchnionym głosem Antek. — Jesteśmy we władzy jakichś niezidentyfikowanych sił. Należy przystosować się do okoliczności i bacznie obserwować otoczenie.

— Oj, ty przemądrzalcu! Gdzieś to znowu wyczytał?

— W „Młodym Techniku”, w jednym takim opowiadaniu — wytłumaczył skromnie Antek.

— Dzieci! Obudziłyście się? — zapytała babcia zza kotary. — Wstawajcie na śniadanie, bo niedługo chyba musicie już iść!

Zeskoczyli z posłania, plącząc się w długich, flanelowych koszulach, i pobiegli się umyć i ubrać.

Po śniadaniu babcia pożegnała ich, machając ręką z okienka.

— A przyjdźcie w przyszłym roku! Albo nawet i wcześniej! Odwiedźcie mnie jeszcze!

— No i co teraz? — zastanawiała się Agnieszka, gdy już wyszli z bramy.

— Ruszamy przed siebie! Ja mam jakieś przeczucie, że to samo licho, które nas tutaj przyniosło, doprowadzi nas do domu we właściwym czasie!

Powędrowali więc ulicami, rozglądając się uważnie dookoła, żeby nie przegapić żadnego śladu, który mógłby naprowadzić ich na właściwą drogę.

— Popatrz, Aga! — krzyknął nagle Antek, wskazując ręką w górę.

Ulicą, gdzieś na wysokości drugiego piętra, frunął ptak — zupełnie niesamowity. Był wielkości gawrona mniej więcej, ale wyglądało, że ten gawron wybiera się na bal przebierańców. Skrzydła miał czerwone, grzbiet zielony, na łebku żółtą plamę. Ptak to się wznosił, to opadał, jakby wypatrując czegoś na dole. Leciał naprzeciw nich.

Wyglądało to zupełnie tak, jakby ktoś pomieszał czarno-biały film z kolorowym. Domy bowiem były szare, lekko ośnieżone, drzewa ciemne i bez liści i jaskrawy ptak wyglądał na tym tle całkiem niecodziennie, jakby przylatywał z innego świata.

— Uciekł z ZOO czy co? — powiedziała Agnieszka, obserwując ptaka.

A on tymczasem sfrunął jeszcze niżej i zaczął się zbliżać ku dzieciom.

— To chyba papuga! — zawołała Agnieszka.

Tak, to była papuga, łatwo było poznać, gdy przeleciała tuż nad ich głowami. Potem zatoczyła nad nimi koło, prawie muskając Agę skrzydłem po twarzy i wykrzykując coś ochryple.

— Słyszysz? — niecierpliwił się Antek. — Rozumiesz, co ona woła?

Papuga okrążyła ich powtórnie, wrzeszcząc, teraz już zupełnie wyraźnie:

— Rrratować! Rrratować!

— Patrz! Ona ma na szyi klucze i jakąś kartkę! — zawołał nagle Antek.

A papuga, jakby na zawołanie, siadła na ramieniu dziewczynki.

Agnieszka chwyciła kartkę lekko drżącymi palcami.

Jan Ptasznik

Sklep Zoologiczny

ul. Mosiężna 6 — przeczytała na wizytówce.

Papuga przestąpiła z nogi na nogę i kartka odwróciła się na drugą stronę.

Kimkolwiek jesteś, nakarm zwierzęta, bo zginą.

Ptasznik

— No i co? — zapytał Antek z wahaniem w głosie.

— Jak to „co”? Idziemy! — stwierdziła Agnieszka i delikatnie zaczęła zdejmować cienki rzemyczek z głowy ptaka.

Gdy tylko to uczyniła, papuga wzbiła się znów w powietrze i leciała tuż-tuż przed nimi, jakby wskazując im drogę.

Ruszyli więc za nią.

Ulica Mosiężna była najbliższą przecznicą. Sklep znaleźli zaraz za rogiem.

W wystawionej w witrynie klatce miotały się niespokojnie łaciate morskie świnki. Obok, w przeszklonym pudle, tuptał ślamazarnie maleńki żółw. Leżały tu także grube i lśniące muszle z dalekich mórz, rozgwiazdy, gałązka koralu, jakieś dziurkowane kamienie, o których nic nie można było powiedzieć, co to za jedne.

Antek wziął klucze od siostry i zaczął wybierać ten od kłódki, która zamykała żelazną sztabę.

Kluczyk obrócił się łatwo, więc delikatnie odstawili sztabę na bok. Antek nacisnął klamkę, lecz drzwi się nie otworzyły.

— Drugi rraz! Drugi rrraz! — zaskrzeczała papuga.

Antek domyślił się więc, że trzeba teraz użyć drugiego klucza.

Wsunął go do zamka, przekręcił i teraz drzwi stanęły otworem. Weszli do środka.

Od progu powitał ich gęsty, duszący zapach. W mrocznym wnętrzu rozlegały się jakieś szmery i szelesty, coś chrobotało, mamrotało, skrzypiało.

Zatrzymali się w drzwiach, bo obleciał ich strach, dziwny jakiś — niby to niestraszny, ale jednak niedający przejść.

Lecz papuga śmiało wpadła do środka i przysiadła na jakimś kołku, wykrzykując z lubością:

— Dobrra Marrysia! Mądrrra Marysia!

— Nie jestem ja Marysia — pouczyła ją Agnieszka i już śmielej wsunęła się do wnętrza, znalazła kontakt i zapaliła światło w sklepiku. Gdy tylko zabłysła żarówka, zaraz zaświergotał jakiś ptak, a potem drugi i trzeci, i od razu zrobiło im się raźniej.

Był to sklepik maleńki i pełen żywych stworzeń. Klatki piętrzyły się jedna na drugiej. Rzędem stały akwaria, w których drobnymi banieczkami gulgotało powietrze i przesuwały się z wolna kolorowe rybki.

Z kąta pod ścianą dobiegło jakieś szamotanie i po chwili z leżącego na ziemi koca wyplątał się młody i tłusty szczeniak — bokser. Stanął na wprost nich na rozkraczonych łapach i zaczął im urągać niewprawnym, załamującym się basem, który co chwila, niechcący, stawał się cienkim, szczenięcym piskiem.

— Mądrra! Dobrrra Marysia! — ofuknęła go zaraz papuga, a Antek przykucnął i wyciągnął do psiaka ręce. Bokserek załopotał krótkim ogonkiem, przyskoczył do Antka i zaczął mu czule obgryzać palce.

— Przecież już ci mówiłam, że nie jestem Marysia! Jestem Aga — powiedziała Agnieszka do papugi. — Aga! Aga! — powtórzyła jeszcze kilka razy. — Lepiej byś mi wytłumaczyła, czym i kogo tu karmić, bo nie mam pojęcia! Jedzenie musi tu być gdzieś na miejscu! — zaczęła rozglądać się dookoła.

Papuga nie odrzekła na to nic, za to nagle i ostro rozdzwonił się telefon, stojący na sklepowej ladzie. Antek i Agnieszka podskoczyli, jakby ktoś ich przyłapał na gorącym uczynku.

— Ty — szepnął Antek, spoglądając na siostrę okrągłymi ze strachu oczami. — A jeśli to milicja sprawdza, czy ktoś się nie włamał do sklepu?

— Ojej, jakiś ty niemądry! — uspokoiła brata Agnieszka i sama zaraz poczuła, że też się uspokaja. — Milicja toby przecież od razu przyjechała, zamiast dzwonić i płoszyć złodzieja. A my jesteśmy w porządku. Mamy klucze i list od właściciela.

Podeszła do lady, na której stał telefon, podniosła słuchawkę i powiedziała drżącym nieco głosem:

— Słucham.

— To ja, Ptasznik — odezwał się łagodny głos w telefonie. — Więc jednak się udało! Czy... czy pani... przepraszam, że tak powiem, jest dzieckiem?

— Mam trzynaście lat — odpowiedziała Agnieszka, nie wiadomo czemu rumieniąc się po uszy. — I jestem tu z bratem, a on ma osiem lat.

— Tak właśnie myślałem, że to najpewniej będą jakieś dzieci. Na dzieci najprędzej można liczyć w takich sprawach dziwnych i niespodziewanych. Ale w mojej sprawie nie ma nic tak znowu bardzo dziwnego, poza sposobem, w jaki was tu zwabiłem... Po prostu łękotka...

— Czy to też jakieś zwierzę? — spytała Agnieszka.

— Nic podobnego. To jest taka mała kostka, a raczej chrząstka w moim kolanie. Od czasu do czasu zapomina, jak się powinna zachowywać. — Chrup! — wtedy trzeba nogę wkładać w gips. No i właśnie dzisiaj zapakowali mnie w gips i przywieźli do domu. Ja sobie jakoś radzę, bo to mi się zdarza nie pierwszy raz... Ale teraz właśnie są święta... — wszyscy znajomi i sąsiedzi porozjeżdżali się. Mój pomocnik wraca dopiero pojutrze... Postanowiłem więc, nie mając innego wyjścia, wysłać Marysię z kartką i z kluczami. Wiedziałem, że będzie latała koło sklepu i, prędzej czy później, kogoś zaczepi. Ona jest bardzo towarzyska!

— Aha, więc to papuga ma na imię Marysia! A ja cały czas myślałam, że ona mnie tak nazywa, i tłumaczyłam jej, że ja nie jestem Marysia, tylko Agnieszka!

Pan Ptasznik zaśmiał się.

— Na pewno woła bez przerwy „Mądra Marysia!”. Bo ona po prostu cierpi na chroniczny głód pochwał. Jeśli nikt jej nie chwali, sama zaczyna się wychwalać. Ale ja ci tu opowiadam dyrdymałki... zamiast bardzo, bardzo wam podziękować, żeście zechcieli przyjść i dopomóc mi...

— Ale właśnie jeszcze myśmy nic nie zrobili... Bo nie wiemy...

— No a ja też dlatego dzwonię, żeby wam wytłumaczyć, co i jak. Pokarm dla zwierząt znajdziecie w szafie i w lodówce na zapleczu. Na opakowaniach są napisy. Teraz posłuchaj... Zapamiętasz wszystko, co i jak?

— Postaram się...

— Dobrze, za jakąś godzinę zadzwonię do was, to wtedy będziesz mogła zapytać, jeśli czegoś zapomnisz...

Po wysłuchaniu wszystkich instrukcji i pouczeń Agnieszka odłożyła słuchawkę. Teraz można już było zabrać się do roboty.

— Ja będę karmił ryby, dobrze? — spytał Antek. — Tylko powiedz mi, czym.

— Trzeba im nasypać po trochu tego żółtego pokarmu i tego różowego. — Agnieszka gospodarowała w szafie, wystawiając słoiki, torebki i puszki. — Tu masz specjalne łyżeczki, żebyś wiedział, po ile.

Sama zabrała się do karmienia ptaków i zmieniania im wody w miseczkach.

„Dobrze — myślała sobie — że pochodziłam trochę na kółko biologiczne w zeszłym roku. Okazuje się, że wszystko może się człowiekowi przydać w życiu...”

Podeszła potem do klatki z chomikiem, który wyrwany ze snu pracowicie usiłował przepiłować zębami metalową siatkę swego pomieszczenia.

— Ja skończyłem! — zawołał Antek.

— To chodź, potrzymasz mi chomcia, a ja mu tymczasem sprzątnę.

— Chachachuchi! — zaśmiał się po chwili Antek, zwijając się i podskakując, bo chomik wtargnął mu do rękawa i rozpoczął swoją ulubioną podróż tunelem, łaskocząc Antka maleńkimi łapkami.

Pies plątał się im pod nogami i poszczekiwał, chcąc przyłączyć się do zabawy.

Wielki ptak, stojący na szczycie budowli z klatek, zakołysał się nagle i pochylił dziób, jakby chciał zamierzyć się na szczeniaka. Aga podskoczyła, chcąc go osłonić, lecz ptak znowu zamarł w bezruchu.

— Ten jest wypchany — uspokoił ją Antek. — On się tylko kiwa, kiedy się chodzi.

— Masz rację. To chyba czapla. A ja już się zlękłam, że będzie jakaś bójka.

— A ten? Tego też będziemy karmić? — spytał Antek, wskazując na sporej wielkości szarego węża, który drzemał, pozwijany w misterne supły i tylko od czasu do czasu jakimś niedostrzegalnym prawie ruchem dawał znak, że on wcale nie jest wypchany.

— Nie, pan Ptasznik powiedział, że jemu nic nie potrzeba. On będzie głodny dopiero za kilka dni.

Nakarmili jeszcze psa, według przepisu — mlekiem i słodkim twarożkiem. Obdzielili ptaki, chomika i żółwie plasterkami jabłka oraz sałatą i właśnie zaczęli chować z powrotem do szafy wszystkie jedzenia, gdy znów zadzwonił telefon.

— Dzieci, jesteście wspaniałe! — oświadczył pan Ptasznik po wysłuchaniu całej ich relacji. — Kiedy skończycie, zamknijcie sklep i powieście Marysi klucze z powrotem na szyi. Ona przyniesie je do mnie. Tylko jeszcze jedno...

— Proszę pana, a co będzie z psem? Jego chyba trzeba wyprowadzić, a poza tym czy on może na tak długo sam tu zostać?

— Właśnie — powiedział pan Ptasznik. — Właśnie. To jest mój następny kłopot. Teraz, kiedy już nakarmiliście zwierzęta, poczekają one sobie spokojnie do pojutrza, do powrotu mego pomocnika. Wszystkie — z wyjątkiem psa. On nie wytrzyma przez dwa dni bez jedzenia i w zamknięciu.

— To co z nim mamy zrobić? — spytała Agnieszka rzeczowo.

— Gdybyście mogli jeszcze i w tej sprawie mi pomóc! Widzę tylko jedno wyjście. Otóż ten pies już jest kupiony i zapłacony. Miał być odebrany zaraz po świętach. Sięgnij, Agnieszko, pod ladę. Tam znajdziesz mały kluczyk wiszący na sznurku. Otwórz nim małą szufladkę, tam trzymam zawsze bilon, drobne pieniądze. Weźcie sto złotych, złapcie taksówkę i zawieźcie małego pod adres, który zaraz podam. Do nowych właścicieli. Wytłumaczcie, co i jak, niech go przyjmą te dwa dni wcześniej. Potem będziecie już wolni.

— Dobrze — powiedziała Agnieszka. — To my tak zrobimy.

— Za drzwiami na wieszaku znajdziecie jego szelki i smycz. Jest bardzo nieposłuszny, ale to jeszcze głuptas, więc na pewno dacie sobie z nim radę. I jeszcze raz wam dziękuję!

Wzięli psiaka na smycz. Zamknęli drzwi, założyli sztabę. Pożegnali Marysię, mówiąc jej, że jest barrrdzo mądra i dobrra. Papuga przymknęła z rozkoszą oczka.

— Barrrdzo mądrra, barrrdzo dobrra — powtórzyła kilkakrotnie.

Po czym rozwinęła skrzydła i odleciała.

Agnieszka i Antek ruszyli w dalszą drogę.