Rozdział V
Dopiero na ulicy, na powietrzu okazało się, co potrafi bokser. Pies uznał najwyraźniej, że prowadzenie na smyczy to taki rodzaj urozmaiconych zawodów sportowych, które wymyślił dla niego Antek. Postanowił wziąć w nich aktywny udział i dołożyć wszystkich swych sił. Zapierał się czterema łapami, szorował pupą po mokrym chodniku albo zrywał się i pędził radośnie naprzód, wyrywając chłopcu rękę z przegubu. Jazda na zębach to był następny jego pomysł. Do kolejnych należały: wybiec naprzód, zawrócić, przemknąć między nogami Antka, owinąć mu smycz wokół kostek i dopiero wtedy uwiesić się na niej i szarpać na wszystkie strony łepetyną.
Na szczęście zaraz niedaleko zobaczyli postój i czekające na nim taksówki. Pies rzucił się do samochodu, gdy tylko zdążyli uchylić drzwi, i bez namysłu skoczył ubłoconymi łapami na siedzenie.
Kierowca spojrzał na nich spod oka i zaczął:
— Z psami...
Lecz nie zdążył dokończyć, bo pies natychmiast zaczął witać go tak radośnie, jakby spotkał po długim niewidzeniu najserdeczniejszego przyjaciela. Wskoczył przednimi łapami na plecy kierowcy i wylizał go starannie, na mokro, po szyi i uszach.
Było prawie pewne, że kierowca zaraz wyrzuci ich z taksówki. A może nawet każe zapłacić za zabłocone siedzenia i pobrudzoną kurtkę?
Ale, o dziwo — rozchmurzył się zamiast rozgniewać.
— No dobrze, już dobrze — powiedział do psa. — Siadaj.
Pies, co jeszcze dziwniejsze, usiadł potulnie, a kierowca zwrócił się do dzieci:
— Tylko w czasie jazdy trzymajcie go krótko, żeby nie zrobił wypadku drogowego. Dokąd?
Agnieszka podała adres.
Wóz ruszył i po niewielu minutach szamotania się z psem, perswazji i groźnych przemówień znaleźli się w niewielkiej uliczce. Stały tu rzędem małe, nowo wybudowane domki, niektóre nawet jeszcze niewykończone, ujęte w rusztowania.
Kierowca zatrzymał się przed jednym z nich i powiedział:
— No to jesteśmy w domu.
Pies porwał się gwałtownie do wyjścia, depcząc im po kolanach i rękach. Wysiadł z samochodu z takim samym zapałem, jak i do niego wsiadł. Wlokąc za sobą tego zachwyconego całym światem stwora, ruszyli w stronę willi. Weszli przez uchyloną furtkę do ogródka. Stanęli na małym ganeczku i zadzwonili do drzwi.
— Ty — powiedział Antek. — Coś tu jakby ciemno.
Ale po chwili rozległ się jednak za drzwiami jakiś ruch.
Ktoś mocował się z zamkiem, w końcu drzwi uchyliły się, wyjrzała spoza nich kobieca głowa omotana chustką i usłyszeli:
— Kolędników nie trzeba! — trzask! I drzwi zamknęły się z powrotem.
— Ojejku, ale draka! — westchnął Antek i zadzwonił jeszcze raz. Cisza. Jeszcze raz. I znowu nic.
Pies postanowił przyjść mu z pomocą i rozszczekał się najpierw grubo i groźnie, potem cieniej, prosząco i łagodnie, a na koniec piskliwie, smętnie i żałośliwie, prawie z płaczem. Były to odgłosy bardzo wyszukane i po pewnym czasie odniosły skutek.
Drzwi uchyliły się znowu.
— Czy tu mieszkają państwo Morawscy? — zdążyła spytać Aga.
Zachustkowana osoba odpowiedziała:
— Państwo wyjechało! I panienka też.
— Przywieźliśmy tylko psa ze sklepu. Chcemy go zostawić.
— Państwo wyjechało na święta, mówię. Ja nic nie wiem.
Pies zdecydował ponownie, że musi wtrącić do rozmowy swoje trzy grosze.
Huraganowym atakiem rzucił się w szparę uchylonych drzwi. Sforsował próg. I skoczył na gosposię z mnóstwem wylewnych i czułych pieszczot.
Kobieta cofnęła się pod naporem psa i otworzyła drzwi szerzej.
— Matko Boska i to ma być pies? To chyba małpa jaka!
— Proszę pani! Państwo Morawscy kupili tego pieska... — zaczęła tłumaczyć łagodnie Agnieszka. Antek natomiast usiłował osadzić, uspokoić, utrzymać szczeniaka, lecz skutek był taki, że ciągniony na smyczy sam znalazł się za progiem mieszkania.
— Proszę pani. Nas przysłał pan Ptasznik... — zaczęła Aga powtórnie.
Na nic jednak nie zdałyby się przemowy i wyjaśnienia Agnieszki. Gosposia wpuściła ich wprawdzie do środka (choć właściwie to wpuścił ich pies), jednakże z uporem powtarzała swoje „ja tam nic nie wiem” i oganiała się ręką od szczeniaka. Ale on nie dawał się zniechęcić. Ogonek poruszał się jak najszybsze wycieraczki samochodowe świata. Przednie łapy opierały się co chwila o wiśniowy sweter gosposi wyciągając zeń niepokojące pętelki i nitki. Gęba śmiała się od ucha do ucha, a różowy ozór rozdzielał na prawo i na lewo serdeczne liźnięcia.
— Pójdziesz do budy! Pójdziesz do pola! — pokrzykiwała pani gosposia na psa. Lecz Agnieszka i Antek ze zdumieniem spostrzegli, że głos jej łagodnieje, jakby roztapiał się pod wpływem gorących objawów psiego uczucia.
— W sobie to ty nawet jesteś niebrzydki, ale ta morda twoja okropna jak u diabła! — rzekła wreszcie. — Skrzywdził cię Pan Bóg, że ci taką mordę dał! Coś ty komu, biedaku, zawinił?
Po tej przemowie gosposia przełamała widać wewnętrzne opory, bo otworzyła przed nimi drzwi do czyściuteńkiej kuchni.
— Zajdźcie — powiedziała. — Wszystko wam przetłumaczę. Ja wiedziałam, a jakże, że ma pies być kupiony — oświadczyła, gdy już rozsiedli się na kuchennych stołkach. — Gdzieby tam bez mojej zgody psa do domu wzięli! Nie wiedziałam tylko, że on taki będzie. Bokser, mówią, a co mnie to obchodzi, jak go wołają? Jakem go przez te szybkę zobaczyła, myślę sobie: no, nie będę ja pod jednym dachem z takim diabłem! Mało to zacnych psów, eleganckich na świecie? Udam, że nic nie wiem, od progu odprawię, niech go gdzie chcą odwożą, a jak państwo wróci, to ja wyrażę niezgodę!
Poklepała myszkującego w kuchni psa po głowie.
— Tylko że teraz widzę, jakie to serdeczne, a mądre jakie! Mądry pies! Od razu dobrego człowieka pozna, od razu wie, gdzie dobre serce bije! Złego by tak nie powitał!
Antek i Aga uznali za stosowne przemilczeć fakt, że pies obdarza gorącymi uczuciami cały świat bez wyjątku.
A pani gosposia, wzruszona bardzo tym, co powiedziała o sobie, poczuła nagle taki przypływ życzliwości i sympatii, że nie tylko psa, ale również Agę i Antka postanowiła nią obdzielić.
Sięgnęła więc na kredens i ściągnęła stamtąd obiecującą brytfankę z obiecująco zarumienioną i wypukłą zawartością.
— Placka zjecie! — orzekła. — Nie, placka to potem! Głód wam z oczu patrzy. Dam wam pierwej bigosu. Zawsze to wypada ugościć!
Nałożyła bigosu do małego rondelka i postawiła na gazie.
Wyciągnęła z kredensu talerzyki i sztućce, zaczęła rozkrawać placek.
Pies natychmiast siadł naprzeciwko niej i jego spojrzenie zmieniło się w jedną wielką błagalną prośbę. Na żałosnej teraz gębie pojawiły się malownicze bąble śliny i zaczęły skapywać na podłogę.
— Głodnyś ty też, biedaku! — stwierdziła pani gosposia i podała psu grubachną pajdę placka.
— Proszę pani, on tego nie może chyba jeść! — zaprotestowała Aga. — On ma specjalne dziecinne jedzenie!
Pies, jakby zrozumiał, o czym mowa, zdwoił tempo pożerania ciasta, mlaszcząc i ciamkając jak trzoda zgłodniałych prosiąt.
— U mnie pies głodny nie będzie! — oświadczyła dobitnie gosposia, nakładając im bigos na talerze. Rozsiadła się potem na swym stołku i z zadowoleniem przypatrywała się, jak jedzą.
— A ten Psiarczyk — zapytała — co psami handluje, to pewnie wasz ojciec będzie?
— On jest Ptasznik, a nie Psiarczyk — poprawił Antek.
— Nie ojciec — powiedziała Agnieszka. — On tylko zachorował i nie mógł się zająć tym psem, a myśmy mu pomogli.
— Też dobre dzieci jesteście — westchnęła, stawiając przed nimi placek. — A skądżeście są2?
— My? — odrzekł Antek. — My jesteśmy z Polnej ulicy!
I nie wiadomo, jak to się stało, że tutaj właśnie tej i obwiniętej w chustkę gosposi opowiedzieli o wszystkich swych przygodach dotychczasowych. O wędrowaniu po mieście, wizycie u babci, papudze i o tym, że właściwie nie mają pojęcia, co się z nimi dzieje? Może to kosmici? A może wpadli w jakąś bajkę?
Gosposia słuchała ich, cała zasłuchana.
— Patrzcie, patrzcie! Widzicie, widzicie! — szeptała, podparłszy pięściami brodę jak mała dziewczynka.
— Na pewno to was Błędnice wodzą, do domu dostępu nie dają! Możeście im co zabrali? Możeście im drogę przeszli?
— A bo ja wiem? — wzruszyła ramionami Agnieszka.
— Straszno wam pewnie i ponuro? — dopytywała dalej gosposia.
— Nie! — powiedział Antek. — Jakbym był sam, tobym na pewno miał stracha. Siadłbym i ryczał. Ale z nią to nie.
— Prawda — dodała Agnieszka. — Razem to nam niestraszno. A nawet ciekawie... Tylko że co tam w domu...
— O rodziców, o dom nie trapcie się, bo dla tych, co je Błędnice wodzą, czas zwykły się zamyka, zegary stają. To tak jakby w las się zagłębił, wielkie koło zatoczył i w to samo miejsce na drogę wyszedł!
— Czas się zamyka? Zatrzymuje? Przecież to jest niemożliwe!
— Nie tak, że całkiem się wstrzyma! Tylko gadali, że inny jakiś się staje. O tym to nawet w telewizorach mówią. Ale kto by tam wyrozumiał wszystkie tajemnice świata i zaświata! U nas, pod Biłgorajem, jeden taki był, co go Błędnice powiodły! Dzieckiem poszedł, a nim wrócił, siwa broda mu urosła!
Antek błyskawicznym ruchem uniósł rękę do podbródka i cichaczem przejechał po nim palcami. Ale zaraz się uspokoił, bo nie znalazł tam na razie ani jednego włoska.
— Żeby wrócić jednak, trzeba jakieś rozkazania spełnić... Ale jakie to były? Nie pamiętam...
I nagle plasnęła się dłonią w czoło.
— Będzie, będzie! — zawołała. — Już się nie martwcie!
Zerwała się ze stołka i w pośpiechu zaczęła przetrząsać szuflady kredensu. Z jednej z nich, spod kłębków sznurka, spod korków i zardzewiałych kluczy wyciągnęła zeszyt. Czarny, gruby, wystrzępiony po brzegach, z pozawijanymi oślimi uszami, cały w tłustych smugach i plamach. Było w nim wiele kartek luźno włożonych, powklejane jakieś wycinki z gazety, ręczne zapiski, a nawet rozprostowane, wygładzone prostokąciki sreberka z jakichś papierosów czy czekolad.
— Całą tę szufladę — powiedziała z triumfem i z oburzeniem — pan mi chciał przy przeprowadzce wyrzucać! A ile tu mądrości i potrzebności mieszka!
Usiadła z powrotem, wyciągnęła okulary i osadziła na nosie, pośliniła palec i powoli, z namaszczeniem zaczęła przewracać kartki.
— Szczupak faszerowany... lin w śmietanie... dobre to rzeczy, tylko mi teraz takie ryby dajcie — zamyśliła się smętnie.
Pies zwinął się w kłębek na dywaniku i zapadł w sen, powarkując, popiskując od czasu do czasu i przebierając łapami, jakby pędził gdzieś we śnie.
— „Kiedy rycerz w żelazie
u wód wielkich stanie,
kiedy słońce ściemnieje...”
— zaczęła czytać gosposia.
— E, nie to, przepowiednia o ziemi naszej... Na razie się jeszcze nie sprawdziła... Szukam dalej. O!
— „Po czarnej jagodzie — kwaśnym mlekiem natrzeć, solą posypać...”. Nie, to jak plamy wywabiać.
Znów przewróciła kilka kartek.
— Teraz to już utrafiłam:
„Jałowcem okurzyć — to jak krowom mleko odejmie.
Koszulę na lewą stronę nosić — to od złego spojrzenia.
Błędnice, jak na przygodę powiodą — drogę całą tyłem przemierz, a do domu powrócisz”! Mówiłam, że radę dla was znajdę!
Wstąpiła w nią nagle wielka energia.
— Dzieci, pojadłyście? — zawołała. — Z psem się pożegnajcie i do domu wam trzeba, póki nie całkiem ciemno! A pamiętajcie, żem się wam dobrze przysłużyła!
Chwyciła z wieszaka ich kurtki, pomogła im się ubrać i prawie wypchnęła do sieni. Przed samymi drzwiami obróciła jedno po drugim tyłem do progu.
— Już teraz zaczynajcie! I dojdźcie szczęśliwie!
Otworzyła im drzwi i patrzyła, jak powoli schodzą tyłem po schodkach. Potem przypadła do okna i odprowadzała ich troskliwym spojrzeniem.
Dreptali potulnie do tyłu, ostrożnie stawiając kroki, nie śmiejąc się sprzeciwić gosposi, bo tak była pewna siebie i dumna, że im pomogła.
— Aga, ty w to wierzysz? To już chyba jakaś lipa!
— Nie mam pojęcia! — rzekła siostra do brata. — Ale nie odwracaj się, bo ona na nas patrzy!
— Kiedy śmiać mi się chce! A jak to prawda?
— No to się śmiej — przyzwoliła Agnieszka i sama uderzyła w chichot.
Jeśli ktoś myśli, że łatwo jest chodzić tyłem bez oglądania i jednocześnie zataczać się ze śmiechu, to poważnie się myli.
Nie przeszli nawet jeszcze stu kroków, kiedy spadli z krawężnika i zaczęli kroczyć po jezdni.
Nie przeszli nawet następnych pięćdziesięciu, kiedy otrąbił ich z boku jakiś samochód. Spojrzeli na niego i zawahali się, czy mają śmiać się dalej, czy też natychmiast przestać? Bo była to stara, rozklekotana nyska i nyska ta, jakby ich przedrzeźniając — również jechała tyłem!
Samochód zatrzymał się obok nich i młody, kudłaty kierowca wychylił się przez okno.
— Hej, a u was co? — zawołał. — Też skrzynia?
— Jak to — skrzynia? — zapytali na dwa głosy.
— Cyt! — powiedział kierowca. — Cicho! Nie wydajcie mnie. Skrzynia biegów mi wysiadła, tylko wsteczny wchodzi. Tyłem muszę jechać! Chociaż do bazy, choć do jakiegoś warsztatu! Ale tu na szczęście taka pustka, tyle tylko że wy!
Antkowi jak błyskawica wystrzeliła z głowy bardzo korzystna myśl.
— Proszę pana! — krzyknął chwytając za klamkę i przekrzykując warkot silnika. — Proszę pana, niech pan nas koniecznie zabierze! Bo my też musimy tyłem! Bo nas wodzi Błędnica!
Kierowca spojrzał na nich z niedowierzaniem, ale otworzył drzwi i zaprosił gestem do środka.