Pieśń IX

Ale gdy przybył do dworu i ujrzał tam tłumy niechętnych,

Którzy zemstą ku niemu pałali i zgubić go chcieli,

Uczuł trwogę nieborak, choć miną nadrobił i giestem144,

Przeciskając się butnie z borsukiem do tronu monarchy.

Więc towarzysz mu szepnie — Wujaszku, nie traćcie odwagi!

Cało z tej sprawy wyjdziecie, bo śmiałym zwykle los sprzyja.

— Prawdę mówisz, rzekł lis, i jeśli przy życiu zostanę,

Dobro ci dobrem odpłacę. — Raz jeszcze obejrzał się wkoło

I zobaczył tam wielu krewniaków, lecz mało przyjaciół.

Tedy Reineke-lis przed tronem ukląkł na ziemi.

— Bóg najwyższy, zawołał, niech raczy zachować cię, panie,

Wraz z królową jejmością, i łaską natchnąć was swoją,

Byście prawdę od fałszu we wszystkim odróżniać zdołali,

Bo zbyt wiele jest teraz matactwa i zdrady na świecie.

Gdyby tak każdy na czole miał napis, co zacz i co myśli,

Miłościwy nasz król oceniłby szczerość słów moich.

Wiem, że licznych mam wrogów, co pragną mię wyzuć z twych względów,

Władco zwierząt potężny! Lecz ufny w twą mądrość i stałość,

Wierzę, że z drogi słuszuości sprowadzić cię nikt nie potrafi.

— Łotrze, odpowie mu król, na ten raz przebiegłe twe słowa

Nie przydały się na nic. Rabujesz, cyganisz i zdradzasz,

Jak widzieliśmy świeżo na biednej wiewiórce i kruku.

Ale dosyć już tego: przebrała się miara twych zbrodni!

Lis pomyślał strapiony: Ha, kuso coś ze mną naprawdę;

Ale kto zabrnął, ten musi i przebrnąć. Spróbuję raz jeszcze...

— Wielki królu, przemówił, jeżeliś na śmierć mnie osądził,

To z mylnego jedynie na całą tę sprawę poglądu.

Racz mię zatem wysłuchać. Wszak zawsze radziłem ci dobrze,

Wiernie przy boku twym stając, gdy inni od ciebie stronili,

Czyliż sądzisz, że byłbym tak śmiało się stawił u dworu,

Gdybym winnym się czuł tych przestępstw i wielkich, i drobnych?

Nie, pozostałbym raczej u siebie, w swej twierdzy warownej,

Zamiast skwapliwie, bez zwłoki, posłusznym być twemu wezwaniu.

Alem przybył i żądam, by wszelkie pokątne obmowy

Powtórzono mi w oczy, otwarcie, jak czynić się godzi.

Naprzód więc co do wiewiórki opowiem w krótkości rzecz całą.

Wczoraj rano, o świcie, siedziałem przed swoim zameczkiem,

W zwykłym ducha skupieniu, pacierze zmawiając poranne.

Wtem wiewiórka przechodzi i wita się ze mną uprzejmie,

Mówiąc, że idzie do dworu. — Bóg z wami! powiadam jej na to,

A ujrzawszy, że biedna znużona jest srodze podróży.

Sam wyniosłem jej chleb, i masło, i świeże wisienki.

Jadła jeszcze ze smakiem, gdy zbliżył się do nas mój Lubuś,

Ukochany pieszczoszek, i chwycił ze stołu kęs chleba,

Boć dzieciaki łakome są zawsze; aż chytre stworzenie

Jak go skrobnie pazurem po pyszczku, tak krew się polała.

Widząc to, starszy mój syn Capikur za bratem się ujął;

Walka nie żartem zawrzała i ledwom rozłączyć ich zdołał.

Jeśli podstępna wiewiórka w tym boju, z jej winy powstałym,

Wąsy i ucho straciła, niech sobie to tylko przypisze.

Albo znowu ten kruk. W południe przybiegł sam do mnie,

Z wielkim lamentem, zwiastując, że żona śmiertelnie mu chora,

Rybkę sporą połknąwszy niebacznie, razem z ościami.

Jam natychmiast pośpieszył z pomocą, lecz było już po niej.

Teraz zbrodniarz ten mówi, żem ja zamordował Dzióbajkę,

Złem za dobre mi płacąc. Tak zwykle się dzieje na świecie.

Otóż jeżeli mię kto obwinia o czyny haniebne,

Niechże świadków postawi, jak prawo krajowe wymaga,

A jeżeli ich nie ma, to znajdzie się sposób i na to:

Jestem gotów do walki, niech sprawę rozstrzygnie sąd Boży.

Wszyscy obecni słuchali i wielce zdziwiła ich śmiałość,

Z jaką Reineke-lis uczynków się swoich zapierał.

I ulękli się kruk z wiewiórką, i dwór opuścili.

— Co tu czynić? szeptali. Z tym frantem nie sposób się wdawać;

Świadków czynu nie mamy, a walczyć z nim sił nam nie staje.

Daj go katu! niech lepiej ukarze go własne sumienie.

Ale Srogosz i Myś niechętnie ten odwrót widzieli;

Bo gdy ozwał się król: — Kto skarżyć chce, niechaj się zbliży

I niech świadków postawi — głębokie nastało milczenie.

— Tak to bywa zazwyczaj, odezwie się Reineke mądry;

Lubią strzelać zza płotu potwarcy i łgarze nikczemni,

Lecz gdy oko im w oko przychodzi stawać — pierzchają.

Wiedz, monarcho potężny, że zdradnie jest słuchać obmowy,

Gdy za oczy ją kto na wierne sługi twe miota.

— Słuchaj, rzecze mu król z powagą, ty zdrajco przebrzydły,

Jakie cię licho skusiło, że śmiałeś wiernego Dobrutkę,

Listonosza mojego, usidlić podstępem i zabić?

Wszakżem ci wszystko przebaczył, boś przyrzekł publicznie poprawę

I w pielgrzymkę pobożną za morze wyprawić się miałeś.

Miast pokuty tymczasem, ty wciągasz w swe zbrodnie barana

I urągasz mej władzy przysłaniem mi głowy zająca.

Poseł przypłacił już życiem; dziś kolej na ciebie, niecnoto.

Reineke na to: — Co słyszę? więc zacny Dobrutko nie żyje?

Ani baran, mój kum? O bogi, to klęska straszliwa!

Tociem ci przez nich przesyłał klejnoty tak rzadkie i cenne,

Jakich nigdzie już chyba nie znajdzie na świecie szerokim.

Któżby przypuścić mógł, panie, że baran zabije zająca

I pozbawi cię skarbów? Nikczemna to grabież i zdrada!

Ale nie słuchał go król i odszedł do swojej komnaty,

Mrucząc gniewnie. Tam zastał królową z małpeczką nadworną,

Zręczną, układną i mądrą, a wielce lisowi przyjazną.

Ta, ujrzawszy, że lew się zawziął, wyrzekła te słowa:

— Ilekroć, królu i panie, na prośby me zważać raczyłeś,

Nigdyś się na to nie żalił i zawsześ wybaczał wspaniale,

Gdym odezwać się śmiała, by gniew twój monarszy złagodzić.

Chciejże i teraz wysłuchać, co powiem w obronie krewnego.

Jeśli prawdę mam wyznać, to mniemam, że Reineke może

Mniej jest winnym, niż sądzisz. Nieszczęściem zbyt wielu ma wrogów,

Ale zwykły to los wyższości, że niechęć obudza145.

Myś i Srogosz zazdroszczą lisowi i radzi, gdy mogą

Łatkę przypiąć biednemu, choć sami nie święci, zaprawdę.

— Jakże dziwić się możesz, że pragnę ukarać zbrodniarza,

Król zgryźliwie odeprze, — gdy sługi mi moje zabija,

Szerząc postrach po kraju spokojnym, nad którym panuję,

A w dodatku zuchwale wypiera się niecnych swych czynów

I udaje wiernego, choć wszyscy nań skargi zanoszą?

Nie, nie zniosę już dłużej cierpliwie tych matactw bezczelnych!

Znów się małpa odezwie: — Szlachetny monarcho i panie!

Zawiść zwykle jak kret pod ziemią w ciemności nurkuje,

Bojąc się światła dziennego, i Reineke o tym wie dobrze;

Ale nic zatrzeć nie zdoła wspomnienia o licznych wypadkach,

W których ci mądrze poradził, gdy inni, zgłupiawszy, zamilkli.

Wszak niedawne to dzieje, jak człowiek ze smokiem tu mieli

Sprawę bardzo zawiłą i nikt jej rozsądzić nie umiał,

Jeden Reineke tylko rzecz pojął i w sedno utrafił.

— Coś pamiętam, rzekł król, lecz szczegóły zajścia całego

W głowie się mojej zatarły; więc słucham, opowiedz je, proszę.

Właśnie dwa lata się kończą, poczęła małpa, jak butnie

Smok przed tronem twym stanął i zaniósł skargę na chłopa,

Że dwukrotnym wyrokom upornie poddać się wzdraga.

Otóż tak się rzecz miała: gadzina pragnęła na łowach

Przeleźć dziurą pod płotem, lecz wpadłszy w sidła, utknęła.

Wtem nadchodzi wędrowiec. Więc smok żałośnie go błaga:

„Pomóż mi, dobry człowiecze146!” A on odpowie mu na to:

„Chętniem uwolnić cię gotów, bo czuję litość nad tobą,

Ale przysięgnij mi wprzód, że potem nie targniesz się na mnie”.

Smok poprzysiągł solennie, a człowiek go z pęt wyswobodził.

Poszli razem kęs drogi, aż nagle gadzina uczuła

Głód dręczący i wnet na zbawcę się swego rzuciła;

Ledwo umknął nieborak. „Więc taka to wdzięczność, zawołał,

Taka twoja przysięga?...” A smok mu na to: „Ha, trudno.

Toć to walka o byt; wszak siła idzie przed prawem.” —

„Chciej mię oszczędzić przynajmniej, struchlały wędrowiec znów rzecze,

Aż rozsądzi nas ktoś”. — Gadzina zgodziła się na to,

Więc szli dalej w milczeniu i kruka spotkali na drodze.

„Sądź nas”, mówi mu smok. A ten, gdy sprawy wysłuchał,

Skazał człowieka na śmierć, w nadziei że sam coś obliże.

„Górą moja! zakrzyknie gadzina, nie ujdziesz mi cały!”

Ale chłop jej odpowie: „To znany rozbójnik i złodziej;

Jakże sędzią mu być? Zakładam rekurs i żądam,

Aby kto inny w tej sprawie ferował wyrok bezstronny.”

„Idźmy”, rzecze gadzina. Wtem wilk nadchodzi z niedźwiedziem.

Rada w radę, i znowu niestety skończyło się na tym,

Że na skargę powoda tej treści wyrok wydano:

Smok, gdy idzie o byt, niech zdusi człowieka i pożre,

Bo silniejszy jest głód od prawa i łamie przysięgę.

Zadrżał biedny wędrowiec, a smok, zawzięty, bo głodny,

Już się kasa147 na niego i sycząc, śliną nań bryzga.

„Wielką wyrządzasz mi krzywdę, z rozpaczą zawołał skazany.

Kto cię panem uczynił nad życiem moim, potworo?” —

„Wyrok, smok mu odpowie: przegrałeś dwa razy, mój bracie”. —

„Nie, odezwie się człowiek, rabusie nas sądzić nie mogą;

Pójdźmy raczej do króla, niech on rozjemcą nam będzie”.

Wilk i niedźwiedź przystali, w nadziei, że sprawę wygrają.

Tedy zwaśnieni stanęli przed tobą, królu i panie.

Człowiek prawić ci począł, jak życie ocalił smokowi,

Jak gadzina przysięgła, że pomna doznanej przysługi,

Nie uczyni mu krzywdy, a teraz chce złamać przysięgę.

Smok nie zaparł się prawdy, lecz składał się prawem natury,

Prawem walki o byt, silniejszym od ustaw pisanych.

Więc cię, królu potężny, ogarnął frasunek niemały:

Żal ci było potępić biednego człowieka, lecz znowu

Nie mieć względu na głód, niesłuszną się rzeczą wydało.

Radcy korony toczyli rozprawy szerokie i długie,

Ale się zgodzić nie mogli na jedno. Natenczas wezwałeś

Reineke-lisa i jemu kazałeś rozstrzygnąć tę sprawę.

Reineke strony przesłuchał, a potem powiedział te słowa:

„Zanim wyrok ogłoszę, potrzeba, abym rozpatrzył

Miejsce czynu dokładnie i ujrzał, jak wszystko się działo”.

Kazał więc związać na nowo gadzinę pod płotem chruścianym

I przemówił: „Panowie, wszem wobec wiadomo się czyni!

Obie strony w tym samym, co przedtem, obecnie są stanie,

Zatem treść się wyroku w tym sensie najsłuszniej przedstawia:

Jeśli wola człowieka, niech smoka powtórnie rozpęta,

Jeśli zaś lęka się tego, to niechaj go w sidłach zostawi

I odejdzie swobodny. Tak mniemam, że będzie w myśl prawa”.

Wyrok ten wówczas się bardzo podobał i tobie, i radzie;

Chłop dziękował ci, królu, a lisa roztropność chwalono.

Przecież Srogosz i Myś, jakkolwiek niezbędni na wojnie,

Bo i silni, i mężni, do rady nie zdali się wcale;

Oni tylko polują na zdobycz i chętnie, gdzie mogą,

Pieczeń swoją kryjomo148 przy cudzym upieką ognisku.

Lis przeciwnie i mądry jest wielce, i w zdaniu wytrawny,

A że czasem pobłądzi, mój Boże! toć krew nie jest wodą.

Racz mu, królu szlachetny, wybaczyć, błagam cię o to!

— Ha, zobaczę, rzekł lew, i wszystko zasadnie rozważę;

Ale frant to nad franty, a sojusz z nim zawsze zdradliwy,

Bo wywinie się zręcznie i w pole wspólnika wywiedzie.

Wilk, i niedźwiedź, i kot, wiewiórka i kruk niechaj świadczą.

Temu ucho oberwie, tamtego oka pozbawi.

Życie wydrze trzeciemu. Doprawdy, nie wiem, jak możesz

Tak go bronić. — Łaskawy monarcho, odpowie mu małpa,

Lis ma możnych krewniaków, z którymi rachować się trzeba.

Więc wyszedłszy z komnaty, po jednej ujrzał król stronie

Licznych lisa przyjaciół, po drugiej wrogów. Dwór cały,

— Wraz z rycerstwem i radą, na dwa się rozdzielił obozy.

I odezwie się lew: — Posłuchaj mnie, Reineke-lisie!

Czym uniewinnić potrafisz spełnioną, z baranem pospołu,

Zbrodnię na biednym Dobrutce? Toż woła o pomstę do nieba!

— Biada mi! lis mu odrzecze. O, wolałbym nie żyć już raczej!

Zdrajca baran uronił klejnoty tak rzadkie i cenne,

Jakich już chyba na świecie śmiertelnik żaden nie ujrzy.

Zając przypłacił to życiem, bom skarb im obu powierzył,

Aby go tobie przynieśli; lecz baran snadź149 zabił Dobrutkę

I zagarnął klejnoty. Ach, gdybyż odszukać je można!...

— Starać się o to będziemy, ciekawa przerwie mu małpa,

Tylko opisz nam wprzód dokładnie kosztowne te dary.