Pieśń X
— Wielki królu, rozpoczął opowieść swą mówca przebiegły,
Niechże wolno mi będzie opisać te cenne przedmioty,
Którem przeznaczył dla ciebie, a choć nie doszły rąk twoich,
Nie ma mojej w tym winy, bo zamiar żywiłem najszczerszy.
— Dobrze, odrzekł mu król, słuchamy, lecz sprawże się krótko!
— Pierwszym klejnotem był pierścień, poważnie ciągnął lis dalej,
Godzien jaśnieć, zaprawdę, w monarchy naszego skarbnicy.
Wewnątrz pierścienia czarodziej trzy słowa wyrył hebrajskie,
Których znaczenia tajnego nikt w kraju rozwikłać nie zdołał.
Ale był rabin w Trewirze, co znał się na takich napisach.
Gdym mu ów pierścień pokazał, zawołał: — Cudowne własności
Z tym się wiążą klejnotem; bo kto go posiada i nosi,
Tego ni ogień, ni piorun, zaraza ni urok nie dotkną;
Nie dokuczy mu mróz i późnej doczeka starości.
A ten oto karbunkuł, co nawet śród150 nocy się świeci,
Wszystkie leczy choroby i w drodze od przygód ochrania;
Kto nań na czczo popatrzy, ten w walce stu wrogów pokona,
Nie zaszkodzi mu nic trucizna, ni ludzka nienawiść.
Tak mi rabin objaśnił przymioty pierścienia owego.
Zaraz więc zamiar powziąłem, by tobie, monarcho potężny,
W darze klejnot ten złożyć, bo sam niegodnym się czułem
Talizmanu takiego. Niech król go posiądzie, myślałem,
Co nad nami wszystkimi ojcowską opiekę rozciąga.
Dalej baran miał wręczyć królowej źwierciadło151 i grzebień,
Cudnej także piękności. Toć nieraz niewiasta się moja
Napierała je posiąść, lecz jam i mówić jej nie dał,
Bo od dawna pragnąłem gorąco, w hołdzie wdzięczności,
Złożyć je zwierząt władczyni, co tyle dowodów mi dała
Miłościwej swej łaski. Niestety, — nie powiódł się zamiar!
Grzebień był z kości pantery, bielutkiej jak srebro i wonnej;
Na nim, w rzeźbie wypukłej, nieznany sztukmistrz przedstawił,
Jako Parys, hołdując Wenerze152, doręcza jej jabłko,
A dokoła tej rzeźby biegały prześliczne floresy,
Od lazuru, karminu i złota, w misternym układzie.
Teraz w kilku wyrazach źwierciadło opiszę cudowne.
Wielki kryształ, miast153 szkła, odbijał w nim wszystkie przedmioty,
Dniem czy nocą, i jeśli patrzący na twarzy miał skazę,
Wnet ginęła mu ona bez śladu. Na ramie źwierciadła,
W malaturze ozdobnej, przepiękne jaśniały obrazy,
A pod każdym z nich napis stosowny, złotymi głoskami.
Więc na czele: jak koń stepowiec, zazdroszcząc rączości
Jeleniowi, wszedł w zmowę z człowiekiem, na zgubę rogacza;
Lecz zaszczwany154 na śmierć, sam zdradę swą życiem przypłacił.
Tak to chytrość i podstęp we własne się sidła wikłają.
Potem jak w domu bogacza pies z osłem służyli pospołu.
Pies był w łaskach u pana i razem z nim siadał do stołu,
Smaczne kąski zjadając, bo umiał się zręcznie pochlebić,
Machał wesoło ogonem, i skakał, i ręce mu lizał.
Tedy osieł155 pomyślał: Jeżelić ten próżniak wierutny
Tylu względów doznaje za swoje mizdrzenie się głupie,
Ja, co ciężko pracuję, mam większe do względów tych prawo,
Trzeba się tylko przymilić. I zaraz też pobiegł ku panu,
Począł skakać, i ryczeć, i lizać go z mlaskiem po twarzy,
Na ramiona mu kładąc kopyta, niezgrabnie i ciężko.
Pan, w obawie, czy biedny się nie wściekł, skrępować go kazał.
Osieł zawsze jest osłem; nie jemu rozumnych iść torem.
Dalej było na ramie, jak ojciec mój z ojcem Milusia,
Wierność sobie przysiągłszy, wybrali się razem na łowy.
Wtem myśliwi ich zeszli, ze zgrają chartów zażartych.
Kot, niepomny przysięgi, jak nie da susa na drzewo,
Tak zostawił kolegę i jeszcze natrząsał się z niego.
Ojciec zaledwo ujść zdołał, podziemnej dopadłszy pieczary.
Oto próbka, jak można zawierzyć rodowi kociemu.
Dalej jeszcze ciekawe zdarzenie z żywota Srogosza,
Jak gdy gnaty ogryzał, kosteczka utkwiła mu w gardle.
Krucho było z nim bardzo, więc wołał ratunku co siła,
Obiecując nagrodę sowitą; lecz nikt mu nie pomógł.
W końcu żuraw się zgłosił i dziób swój długi wraz i z głową
W paszczę chorego wsunąwszy, ostrożnie z niej kostkę wydobył.
Ale gdy płacić wypadło za taką lekarską usługę,
Wilk narzekać jął srodze, że żuraw skaleczył go dziobem.
„Bądźże kontent, zawołał, żem głowy nie ugryzł ci wtedy,
Gdy ją w zębach trzymałem”. I tak go z niczym odprawił.
Te i inne przygody, tyczące się zwierząt i ludzi,
Malowane na ramie, zdobiły źwierciadło cudowne.
Jam niegodnym się czuł takiego klejnotu, więc chciałem
Złożyć go w darze poddańczym królowej naszej i pani,
Ku wielkiemu strapieniu mych własnych dzieciaczków pieszczotek,
Które igrać lubiły swywolnie156 około zwierciadła,
Przeglądając się w nim i minki strojąc figlarne.
Mógł żem wówczas przewidzieć, nieszczęsny, że dobre me chęci
Poczciwego Dobrutkę o śmierć zdradziecką przyprawią?
Biada niecnemu mordercy! Lecz dociec koniecznie należy,
Gdzie klejnoty te ukrył. Poruszę ziemię i niebo!
Miłościwy monarcho! Na głowie twojej spoczywa
Tyle spraw wielkich i ważnych, że pomnieć wszystkiego nie możesz.
Niechże wolno mi będzie wymienić ci ważną przysługę,
Którą niegdyś mój rodzic wyświadczył tu ojcu twojemu.
Król nieboszczyk zaniemógł, a stary mój przy nim piastował
Urząd zaszczytny chirurga, bo biegły był w sztuce leczenia:
Umiał zwichnięcia nastawiać i goić kości złamane,
Umiał zęby wyrywać bez bólu i oczy uzdrawiać;
Znał się także na moczu i z niego poznawał chorobę.
Otóż gdy niemoc się króla wzmagała tak szybko i groźnie,
Że o własnej już sile na łożu swym dźwignąć się nie mógł,
Pościągano lekarzy sławniejszych od Lipska do Rzymu,
Ale wszyscy, zwątpiwszy, odeszli, kiwając głowami.
Wtedy nadszedł mój stary i rzekł: „Monarcho łaskawy,
Niechaj zbadam twój mocz”. I stało się jako zażądał.
Zatem zważywszy stan rzeczy, w te słowa poważnie przemówił:
„Jeśli wyzdrowieć chcesz, królu, to wilczą zjeść musisz wątrobę,
Lecz potrzeba, by wilk miał najmniej lat siedem skończonych”.
W izbie był krewny Srogosza, więc król się odezwie do niego:
„Nie odmówisz mi wasze157 zapewne tej małej grzeczności
I pozwolisz, by kuchta wykroił ci z ciała wątrobę”.
„Ależ mam sześć lat dopiero”, zawoła wilczysko struchlałe.
„Mniejsza z tym, wtrąci mój ojciec, metrykę po trzewie poznamy”.
Więc mu w kuchni wyjęto wątrobę. Gdy chory ją spożył,
Wnet się zerwał na nogi i zaraz też lisa wiernego,
W dowód szczerej wdzięczności nadwornym mianował lekarzem,
Obdarzając go nadto biretem i złotą obrożą.
Dziś zmieniły się czasy, dziś ród nasz szlachetny w niełasce,
A o dawnych zasługach monarcha i wspomnieć nie raczy.
Lada niecpoń-przybłęda158 na pierwsze się miejsce dostaje
Przez intrygi nikczemne, a tłumy biją mu czołem,
Choć łotr taki nie poprze nikogo, nie wziąwszy kubana159,
Bo i chciwy, i skąpy. Gdy przyjdzie mu skórę nadstawić,
Bodaj w króla obronie, to długo się waha i wzdraga,
Tak jak oto ów wilk; a jednak od życia stu wilków
Droższe nam króla jest zdrowie i jego dostojnej małżonki.
— Reineke, rzecze mu lew, słuchałem twej mowy cierpliwie.
Tego, co ojciec twój zdziałał, nie pomnę, bom mały był wtedy;
Ale o własnych twych sprawach zbyt często mnie odgłos dochodzi,
Wiele mi złego zwiastując, a nic dobrego, niestety.
— Panie, odpowie mu lis, nie lubię sam siebie wychwalać,
Lecz przypomnieć ci muszą, com tobie uczynił niedawno.
Razem z wilkiem-Srogoszem złowiliśmy wieprza karmnego.
Wtem ty, królu, nadszedłeś z małżonką, haniebnie zgłodniały,
I żądałeś posiłku, Wilk mruknął coś sobie pod nosem
W złym widocznie humorze, a jam zawołał: „O panie,
Wszystko, co mamy, jest twoje; lecz kto naszą zdobycz rozdzieli?
„Wilk”, odparłeś. — A Srogosz ucieszył się wielce i począł
Mięso w kupki układać, więc ćwiartkę odsunął dla ciebie,
Drugą dla twojej małżonki, połowę zaś pożarł sam chciwie,
Zostawiwszy mnie tylko śledzionę, ogonek i uszy.
Wyście swoją się cząstką nasycić nie mogli oboje,
Ale on na to nie zważał i smacznie dogryzał biesiady.
Wtedy tyś go pogłaskał po głowie pazurem potężnym,
Aż ociekła mu krwią. „Bezwstydny żarłoku, ryknąłeś,
Ruszaj dostarczyć mi jadła i naucz się dzielić uczciwie!
Na tom ja się odezwał nieśmiało: „Jeżeli pozwolisz,
To pobiegnę z nim razem, a ręczę, że zdobycz znajdziemy”.
Tyś na zamiar mój przystał i wkrótce schwyciliśmy w polu
Tłuste cielę. Z rozkazu twego jam strawę miał dzielić.
Rzekłem przeto: Połowa, o królu, do ciebie należy,
Druga do twojej małżonki; wątroba, serce i płuca
Dzieci waszych udziałem; dla wilka przeznaczam łeb cały.
Sobie nogi zostawiam, bo lubię ogryzać piszczele”.
Pochwaliłeś mnie wtedy i pytać począłeś ciekawie,
Kto mię tak dzielić nauczył. „Ta oto czaszka skrwawiona,
Była moja odpowiedź pokorna. Wszechwładny nasz panie!
Takich chciwców jak Srogosz zbyt wielu w królestwie jest twoim;
Oni to trudu cudzego owoce zagarniać umieją,
Niszcząc dobrobyt dokoła. O, stokroć biada krajowi,
Który trutniów podobnych piastuje i żywi w swym łonie!
Miłościwy monarcho! Wszak zawsze starałem się wszystko,
Co posiadam i umiem, poświęcać domowi twojemu.
Ale cóż z tego, niestety, gdy wilk i niedźwiedź dziś górą,
Gdy przedniejsze im miejsce w swej radzie przeznaczyć raczyłeś,
A co powie lis biedny, za podstęp i kłamstwo uchodzi.
Panie! dotknięty potwarzą tak ciężką, ustąpić nie mogę.
Muszę iść dalej na przebój. Jeżeli więc który z mych wrogów
Pragnie ponowić swą skargę, niech świadków postawi naocznych,
Niech majątkiem i głową poręczy za prawdę słów swoich;
Ja uczynię to samo. Niech Bóg nas i prawo rozsądzi.”
— Jako żywo, rzekł król, toć biegu prawa nie myślę
W niczym zgoła tamować, tak zawsze czyniłem i czynię.
Wprawdzie mocnoś160 podejrzan o śmierć zacnego Dobrutki,
Ale niech o to się sprawa wytoczy przed sądem wrłaściwym.
Kto z was, szlachetni rycerze, ma skargę zanieść na lisa,
Niech ją złoży na piśmie i poprze świadków zeznaniem.
— Wielką łaska jest twoja, dostojny monarcho i panie,
Lis mu układnie odpowie. Każdego wysłuchasz i każdy
Z twych dobrodziejstw korzysta zarówno, czy wielki, czy mały.
Zręcznie Reineke frant161 w ten sposób językiem szermując162,
Ująć umiał słuchaczów; wierzono mu niemal powszechnie,
Boć tak pięknie opisał klejnoty posłane królowi,
Tak poważnie przemawiał, że podbił tym tłumy wrażliwe.
Sam król-Nobilis nawet, spragniony skarbów rzekomych,
W te się słowa odezwie: — Posłuchaj mnie, Reineke-lisie!
Wkrótce w podróż cię wyślę po świecie. Odszukaj mi zgubę.
Zrób, co możesz, a jeśli pomocy ci będzie potrzeba,
To zażądaj jej tylko; nie myślę poskąpić ci zbrojnych.
— Wdzięcznym sercem, lis rzecze, przyjmuję twą łaskę monarszą;
Może wykryć potrafię zbrodnicze mordercy zamysły.
Szukać będę gorliwie i jeśli ślad jaki wynajdę
Owych klejnotów skradzionych królowi, to dotrę do źródła
I poproszę o pomoc, gdy sam się uczuję za słabym.
Mile słuchał go król, bo Reineke kłamał tak gładko,
Że wierzyli mu wszyscy; więc matacz odzyskał na nowo
Względy monarchy swojego i wziętość śród163 rzeszy zwierzęcej,
Ale Srogosz się wilk powstrzymać nie zdołał w swej złości.
— Czyż podobna, wybuchnął, by król nasz i pan miłościwy
Bredniom oszusta dał wiarę, gdy łotr go dwukrotnie okłamał?
Toć164, co tylko on powie, jest fałszem i baśnią wierutną.
Lecz nie ujdzie mu już tą razą165 na sucho szalbierstwo;
Nowe wam zbrodnie wykryję niecnego złoczyńcy i łgarza.
Wprawdzie świadków nie stawiam, bo często postawić ich trudno,
Złe się nieraz samowtór166 odbywa, a zresztą nikt nie chce
Przeciw lisowi wystąpić; to sztuczka i szczwana167, i mściwa.
Ale miałbyż dlatego złoczyńca pozostać bezkarnym?
Nie, nie puszczę go dziś, a w braku świadków poręczam
Gardłem za prawdę mych słów. Niech walczy ze mną i zginie!168