Pieśń XI

— Najłaskawszy monarcho! tak ciągnął wilk dalej swą skargę,

Reineke zdrajcą był zawsze i zwłaszcza rodowi mojemu

Ciężkie wyrządzał zniewagi. Niedawno na przykład namówił

Zacną moją niewiastę, by poszła z nim rybek nałowić.

Trzeba, radził jej łotr, zapuścić kitę do stawu

I potrzymać ją długo, a rybki się do niej przypiją169.

Uwierzyła łotrowi. Lecz wkrótce chwycił mróz tęgi,

Więc zamarzła jej kita i ruszyć się z miejsca nie mogła,

Wtedy Reineke-lis natrząsać się począł z niebogi:

— Jakże rybki smakują? zapytał szyderczo i odszedł.

Szczęściem traf mię170 sprowadził w tę stronę. Zaledwom potrafił

Lód mozolnie rozkruszyć i biedną ofiarę uwolnić,

Nie bez szkody, niestety, bo gdy się szarpała zbyt silnie,

Ćwierć ogona straciła. Na krzyk jej chłopi nadbiegli

I poczęła się wnet gonitwa. Jak żyję, nie byłem

W tak straszliwych opałach. Dopiero gdy ciemność zapadła,

W bagnośmy171 uciec zdołali, pomiędzy sitowie i trzciny.

Ledwie skończył, lew rzekł: — Niech sprawę tę sądy rozstrzygną;

Lecz i Reineke też ma prawo głos zabrać. Słuchamy.

— Królu! odezwie się lis, rzecz miała się całkiem inaczej.

Prawda, żem wskazał wilczycy, jak ryby najłatwiej jest łowić,

Ale któż mógł przewidzieć, że chciwość zbyteczna ją skłoni

W wodzie przesiedzieć tak długo, aż kita jej cała zamarznie?

Tak to bywa na świecie: kto nazbyt wiele zapragnie,

Ten i celu nie dopnie, i wszelkie korzyści postrada172.

— Dajmy już pokój tym rybom, małżonka odrzecze Srogosza;

Toć na każdym się kroku podstępem kalacie i zdradą.

Raz, gdym poszła do studni, ujrzałem was na dnie we wiadrze,

Do któregoście wleźli już nie wiem po co, doprawdy.

Niepodobna wam było wydobyć się z głębi samemu,

— Więc prosiliście mnie: siadajcie, kumeczko kochana,

Ot tam, w drugie to wiadro; zjedziecie nim na dół, a tutaj

Mnóstwo tłustych jest ryb. Skuszona ponętną biesiadą,

Weszłam głupia do wiadra i zaraz się spuszczać zaczęło,

Podczas gdy drugie szło w górę; spotkałam się z wami w pół drogi.

Dziwnym mi to się wydało. Powiedzcie, pytałam zdumiona,

Skąd się biorą te cuda? A wy mi na to obłudnie:

Taka już kolej jest rzeczy: los zwykle, w miarę zasługi,

Jednych wywyższa, a drugich poniża. I rzekłszy te słowa,

Wyskoczyliście z wiadra i nuże czmychać co siły.

Ja tymczasem zostałam dzień cały, w pułapce schwytana,

A wieczorem, gdy ludzie nadeszli i na dnie mię studni

W wiadrze owym ujrzeli, dopieroż miałam się z pyszna.

Wyciągnęli mię w górę i ledwo stanęłam u brzegu,

Jak nie sypnie się na mnie grad razów od cepów i wideł,

Takem, srodze skrwawiona, zaledwo ujść z życiem zdołała.

— Ha, odpowie jej lis, toć pierwsza miłość od siebie.

Razem nie mogliśmy uciec, więc lepiej, że jedno przynajmniej

Wyszło z matni na sucho. A zresztą, powiadam to szczerze,

Dla was z razów tych płynie zbawienna na przyszłość nauka,

Aby ostrożną być zawsze. Na świecie matactwa jest wiele.

— Nie pomogą wykręty i drwiny, podchwyci wilk Srogosz,

Opowiedzieć mam jeszcze, jak niegdyś ten zdrajca nikczemny

Wymógł na mnie podstępem, żem wszedł do małpiej jaskini,

Aby mię oczu i uszu pozbawić; a mówił mi przedtem,

Że tam mieszka gościnna kuzynka jego z rodziny.

Piękna, zaprawdę, gościnność! Myślałem, że otchłań to piekła.

— Srogosz mówi od rzeczy, jak gdyby niespełna rozumu,

Lis mu przerwie, bo gada o małpach i małpiej jaskini,

Których tam wcale nie było. Dostojni panowie i bracia!

Małpy cenię wysoko i szczycę się ich parentelą173;

Ależ gnieździły się tam nie małpy szlachetne, lecz tylko

Koczkodany nikczemne, z długimi ogony i pyski174.

Mógłżem je uznać za krewnych? Osądźcie to sami bezstronnie.

Że samicę ich starą nazwałem kuzynką, to prawda,

Ależ Srogosz wie dobrze, żem czynił to tylko z potrzeby.

Otóż tak się rzecz miała. Myszkując raz społem po lesie,

Trafiliśmy w zaroślach na wejście do ciemnej jaskini.

Wilk, jak zawsze, był głodny, bo kto go też kiedy znał sytym?

Więc mu rzekłem: „W tej oto jaskini jest jadła moc wielka;

Może mieszkańcy jej zechcą ugościć nas. Wejdźmy do lochu”.

Na to on mi odpowie: „Wy, kumie, zręczniej ode mnie

W takich się rzeczach sprawiacie. Zaczekać tu wolę pod drzewem,

Aż wrócicie, a wtedy się dowiem, co czynić mam dalej.”

Jawnym było, że nicpoń w pierwszy mnie ogień chce wypchnąć,

Alem na to nie zważał i krętym się przejściem wsunąłem

W głąb jaskini. Tam widok mnie czekał obrzydły i wstrętny;

Gniazdo poczwar szkaradnych ujrzałem na zgniłym śmietnisku;

Obok nich matka leżała, jak diabeł, tak czarna i brzydka:

Gębę miała szeroką i wielkie a ostre w niej zęby;

Długie pazury u łap. Jak żyję, straszydła takiego

Nigdziem dotąd nie widział. Zmierzyła mnie wściekle ślepiami,

A i młode się też ruszyły zaczepnie z barłogu.

Źle być może, myślałem; ich tyle, a ja tu sam jeden,

Trzeba użyć wybiegu. Więc rzekłem: „Kuzynko kochana,

Śliczne macie dzieciaczki, a wszystkie podobne do matki.

Niechże się zdrowo chowają, ku waszej i świata pociesze.

Zwinne to, miłe, pieszczone. Zaprawdę, cześć wam i chwała,

Że potomki175 takimi szlachetny ród nasz mnożycie.”

Takem mówił, choć w duszy myślałem zupełnie inaczej;

Alem ją ujął pochlebstwem i rada też przyznać się chciała

Do rzekomych krwi związków. Więc grzecznie ozwała się do mnie:

„Witam was, wuju czcigodny! O jakże wdzięczną wam jestem,

Żeście odwiedzić mnie przyszli! Toć męża tak wielkiej zasługi

Dzieci moje brać winny za wzór rozumu i cnoty”.

I poczęła mi znosić specjałów przeróżnych bez liku:

Więc sarninę i ryby smażone, i smaczne owoce,

A gdym najadł się już do woli, przyniosła mi jeszcze

Spory udziec jeleni, w gościńcu dla żony i dzieci.

„Odwiedzajcież mnie często”, prosiła, gdym żegnał poczwarę,

W tył się przy tym cofając ku wyjściu, bo odór piekielny

Dech tamował mi w piersi. — Pod drzewem zastałem Srogosza,

Zgłodniałego straszliwie. Uniosłem się nad nim litością

I oddałem mu część najlepszą jeleniej pieczeni.

Ledwie skończył biesiadę, gdy jął mnie badać ciekawie,

Co widziałem w jaskini. Jam prawdę powiedział mu szczerą,

Że przebrzydłe tam gniazdo znalazłem, lecz jadła obfitość.

Jeśli chcecie część swoją otrzymać, dodałem życzliwie,

Idźcież śmiało do lochu, lecz radzę wam, bądźcie układni.

Grzeczność nigdy nie wadzi. Kto przywykł zawsze i wszędzie

Mówić to tylko, co myśli, ten nigdy się z nikim nie zgodzi,

A kto rąbie na odlew, najłatwiej sam guza oberwie.

Takem go uczył roztropnie. Lecz on oburknął się na to:

„Wiem i bez was, co mówić”, zawołał i wszedł do jaskini.

W głębi siedziała samica. Zaledwo ją ujrzał, wykrzyknął:

„A toż chyba piekielne tu czarty obrały siedzibę!

Odór... aż puchnie mi nos, a małe poczwary te wasze

Jakże szpetne i straszne! Najlepiej potopić je wszystkie,

Żeby się takie brzydactwo rozmnażać po świecie nie mogło!”

Wściekle zerwała się matka. „A któż to prosił waszeci176

O te grubiańskie uwagi i kto ci wejść tu pozwolił?

Zasię tobie177 od moich dzieciaczków! Czy piękne, czy brzydkie,

Nic ci do nich, ty gburze! Toć Reineke był tu przed chwilą.

Mąż stateczny i mądry. On pieścił te moje aniołki,

Zwąc je świata ozdobą i mieniąc się naszym krewniakiem.

Precz mi ruszaj natychmiast!” — I gniewnie skoczyła na wilka,

Pazurami go szarpiąc zajadle i gryząc zębami.

Koczkodany też małe poczęły go skubać i drapać,

Tak iż zewsząd obskoczon, nieborak i bronić się nie mógł.

Wyjąc, uciekł zaledwo i sam mi to wszystka opisał.

Raczże teraz osądzić bezstronnie, monarcho łaskawy,

Czy mi słusznie wilk-Srogosz zarzuca matactwo i zdradę.

— Co tam długo rozprawiać! słowami nie dojdziem tu ładu,

Wilk mu na to odpowie. Niech walka śmiertelna rozstrzygnie,

Przy kim słuszność i prawda. Umiecie gardłować bezczelnie

I przechwalać się tym, co nigdy nie było. Toć wtedy

Kość mi daliście tylko, bo mięso ogryźliście sami.

Kto drwi ze mnie złośliwie? Kto szarpie dobrą mą sławę?

Kto mię spotwarzył, że spisek uknułem na życie monarchy?

Kto śmiał króla okłamać i łudzić go skarbem rzekomym?

Kto mą żonę znieważył?... Ty, stokroć ty! łotrze nikczemny!

Jesteś zbójcą, powtarzam, zdradzieckim oszustem, złodziejem!

Więc do boju na śmierć i życie wyzywam cię jutro;

Rękawicę ci rzucam na zakład, rycerskim zwyczajem,

Biorąc wszystkich na świadki178, i króla, i zacnych tych mężów,

Że pokonać cię chcę w uczciwej przed nimi rozprawie.

Lis pomyślał: Co będzie, to będzie! Gra idzie o życie;

On jest duży, ja mały, to prawda, lecz z takim niezdarą

Jeszcze sobie dam radę, boć jestem i krzepki i zwinny.

Więc przemówił do wilka: — Słuchajcie: choć mniej jestem silny,

Staję z wami do boju! Od dawna już tego pragnąłem.

Niech nas niebo rozsądzi! Ot, jest rękawica i moja.

Tedy lew się odezwie: — Potrzeba, by strony obydwie

Zakładników nam dały, że jutro do walki się stawią.

Więc ręczyli za wilka Myś-niedźwiedź i kot jednooki,

A za Reineke-lisa syn małpy i borsuk zwan Kosmacz.

Gdy się już wszyscy rozeszli, zbliżyła się małpa do lisa.

— Wuju, rzecze, nauczyć was mogę zaklęcia takiego,

Co cudownie ochrania rycerza, gdy idzie do boju.

Kto je na czczo odczyta, ten wolnym przez całą już dobę

Będzie od śmierci i ran. — Dziękuję wam, lis jej odpowie.

Za życzliwość w złej doli. Lecz sądzę, że lepiej niż wszystko

Zręczność mnie moja obroni i na nią też liczę najwięcej.

Przetoż nocną się porą lis ostrzyc kazał króciutko

I namaścić tłustością, by łatwiej się wymknąć w potrzebie.

Przyjaciele czuwali z nim razem i ledwie nad ranem

Spać się trochę położył. — Gdy słońce weszło nad lasem,

Borsuk go Kosmacz obudził, a małpa na pierwsze śniadanie

Młodą mu kaczkę przyniosła. Lis zjadł ją i wszedł do areny.