Rozdział dziesiąty

Ojciec i syn, w towarzystwie masztalerza, przebywali miłą okolicę, gdy ten, zatrzymując się przed wysokim murem, który zdawał się otaczać znaczny obszar, dał poznać, że teraz trzeba będzie piechotą się zbliżyć do wielkiej bramy, żaden koń bowiem nie bywa dopuszczany do tego obszaru. Pociągnęli za dzwonek, brama się otwarła, chociaż nie widać było żadnej postaci ludzkiej. Szli ku staremu budynkowi, który się im ukazywał pomiędzy odwiecznymi pniami buków i dębów. Dziw brał, kiedy się nań patrzyło, bo chociaż co do formy wydawał się stary, to przecież tak wyglądał, jak gdyby mularze88 i kamieniarze właśnie dopiero co odeszli — tak nowo, cało i czysto przedstawiały się fugi i rzeźbione ozdoby.

Ciężkie, metalowe kółko przy ślicznie obrobionej furcie zachęciło ich do zastukania, czego dokonał Feliks swawolnie, trochę za ostro. I ta bramka odskoczyła, a oni zastali na podwórzu siedzącą kobietę w średnim wieku, zajętą przy krosienkach robotą o ładnym rysunku. Ta powitała zaraz przybyszów, jakby już oznajmionych, i zaczęła śpiewać wesołą piosenkę. Po czym natychmiast wyszła z drzwi sąsiednich kobieta, którą bez trudu można było po przydatkach wiszących u jej pasa uznać za klucznicę89 i czynną gospodynię. I ta, pozdrowiwszy uprzejmie, poprowadziła gości na pierwsze piętro i otwarła przed nimi salę, która przedstawiła się im poważnie: szeroka, wysoko wkoło futrowana, z biegnącym górą szeregiem wizerunków historycznych. Dwie osoby wyszły na ich spotkanie — młoda panienka i wiekowy mężczyzna.

Panna powitała zaraz gościa swobodnie.

— Oznajmiono pana — rzekła — jako jednego z naszych. Ale jakże mam krótko i węzłowato przedstawić panu tu obecnego? Jest on naszym przyjacielem domowym w najpiękniejszym i najszerszym znaczeniu. W dzień to pouczający współtowarzysz, nocą astronom, a lekarz o każdej godzinie.

— A ja — odrzekł tenże uprzejmie — rekomenduję panu tę panienkę, jako robotnicę niezmordowaną we dnie, śpieszącą w potrzebie z pomocą i w nocy, a ustawicznie najweselszą towarzyszkę życia.

Aniela (tak miała na imię ujmująca postacią i zachowaniem piękność) oznajmiła następnie przybycie Makarii. Podniosła się zielona portiera, a wiekowa, cudnie dostojna dama została wsunięta na fotelu przez dwie ładne dziewczyny, a przez dwie kolejne stół okrągły z pożądanym śniadaniem. W rogu ławy, całkiem dębowej, obiegającej pokój wkoło, położone były poduszki, na których usiadła trójka, a naprzeciwko nich Makaria w swym fotelu. Feliks zajadał śniadanie na stojąco, kręcąc się po sali i oglądając ciekawie obrazy rycerskie nad futrowaniem.

Makaria mówiła do Wilhelma jak do zaufanego. Zdawała się lubować w dowcipnym przedstawieniu swoich krewnych, jak gdyby przenikała wewnętrzną naturę każdego poprzez okrywającą maskę indywidualną. Osoby, znane Wilhelmowi, stały przed jej duszą, jakby już do wieczności należące. Rozważna życzliwość nieocenionej kobiety odrzuciła łupinę, a zdrowe ziarno uszlachetniła i ożywiła.

Kiedy już te miłe przedmioty wyczerpane zostały w najprzyjaźniejszym omówieniu, powiedziała do dostojnego towarzysza:

— Z powodu obecności tego nowego przyjaciela nie znajdziesz pan więcej pozoru do wymówki i do ponownego opóźnienia obiecanej rozmowy. Wydaje się on takim, że w niej udział wziąć może.

Ale tamten odparł:

— Pani wiesz, jak trudno jasno się wypowiedzieć o tych przedmiotach. Boć tu idzie nie o coś mniejszego, jak o nadużycie środków doskonałych i daleko sięgających.

— Zgadzam się — odparła Makaria — bo się wpada w kłopot podwójny. Mówiąc o nadużyciu, zaczepia się niejako godność samego środka, gdyż on wciąż jeszcze spoczywa ukryty i w nadużyciu. Mówiąc o środku, ledwie przystać na to można, iżby jego gruntowność i godność dopuszczała jakiekolwiek nadużycie. Tymczasem, ponieważ jesteśmy wśród nas, nie chcemy nic stanowić, nie chcemy działać na zewnątrz, lecz tylko się objaśnić. Rozmowa może zawsze potoczyć się naprzód.

— Ale potrzeba by pierwej zapytać — odparł rozważny człowiek — czy też nasz nowy przyjaciel ma ochotę wziąć udział w materii do pewnego stopnia oderwanej i czy nie woli oddać się potrzebnemu spoczynkowi w swoim pokoju. Czyżby sprawa nasza mogła być przezeń chętnie i łaskawie podjęta tak sobie, bez związku, bez wiedzy, jakim sposobem wpadliśmy na nią?

— Gdybym sobie chciała objaśnić czymś analogicznym, to, coś pan powiedział, to by mi się zdawało, że jesteśmy mniej więcej w tym wypadku, jak kiedy się napada na obłudę, a może się być oskarżonym o napad na religię.

— Analogię uznać możemy — odrzekł przyjaciel domu — bo i tu mowa jest o zbiorze wielu znakomitych ludzi, o wysokiej umiejętności, o ważnej sztuce, krótko mówiąc, o matematyce.

— Nawet gdy słuchałem mówiących o przedmiotach najbardziej dla mnie obcych — odparł Wilhelm — zawszem sobie umiał z tego coś przyswoić. Wszystko bowiem, co jednego interesuje człowieka, znajdzie też oddźwięk w innym.

— Przypuściwszy, że zdobył się na pewna swobodę ducha — odpowiedział tamten. — A ponieważ domyślamy się jej w panu, to ze swojej przynajmniej strony nie będę stawiał przeszkody pozostaniu pana.

— Ale co poczniemy z Feliksem — zapytała Makaria — który, jak widzę, już się załatwił z oglądaniem owych obrazów i okazuje pewną niecierpliwość?

— Pozwólcie mi powiedzieć coś do ucha tej panience — odrzekł Feliks, szepcząc coś po cichu Anieli, która się z nim oddaliła, ale wróciła niebawem, uśmiechając się, kiedy przyjaciel domu zaczął mówić w sposób następujący:

— W takich wypadkach, gdy trzeba wypowiedzieć jakieś potępienie, naganę albo tylko wątpliwość, niechętnie podejmuję inicjatywę. Szukam sobie powagi, przy której mógłbym się uspokoić, widząc, że ktoś inny jest przy moim boku. Pochwałę daję bez skrupułu, bo dlaczegóż miałbym milczeć, jeśli mi się coś podoba? Chociażby to nawet wyrażało moją ograniczoność, to się jej wstydzić nie potrzebuję. Ale jeżeli ganię, to zdarzyć mi się może, iż odrzucę coś wybornego, a przez to ściągam na siebie potępienie innych, którzy się na tym lepiej znają. Muszę się cofnąć, zostawszy objaśnionym. Z tego powodu przynoszę tu ze sobą rzeczy pisane, a nawet tłumaczenia, gdyż w takich kwestiach nie mniej nie wierzę swemu narodowi, jak sobie samemu. Zgoda z dali i z obczyzny daje mi jakby większą pewność.

Otrzymawszy pozwolenie, zaczął tedy czytać, co następuje...

Atoli jeżeli się czujemy zmuszeni, żeby nie pozwolić czytać temu zacnemu mężowi, to prawdopodobnie łaskawcy nasi przyjmą to z uznaniem. To bowiem, co powyżej powiedziano przeciw obecności Wilhelma przy tej rozmowie, jeszcze lepiej zastosować się daje w wypadku, w jakim my się znajdujemy. Przyjaciele nasi wzięli do ręki romans. A jeśli ten tu i owdzie stał się już więcej, niż potrzeba, dydaktyczny, uważamy przecież za rzecz słuszną nie wystawiać cierpliwości naszych życzliwych na dalszą próbę. Papiery, które mamy przed sobą, zamierzamy wydrukować gdzie indziej, a tym razem ciągniemy dalej część historyczną, zwłaszcza, że sami jesteśmy niecierpliwi ujrzeć wreszcie wyjaśnienie istniejącej tu zagadki.

Nie możemy się wszakże powstrzymać, by nie wzmiankować o tym, o czym jeszcze mówiono przed wieczornym rozstaniem się tego szlachetnego towarzystwa.

Wilhelm, wysłuchawszy uważnie owego odczytu, oświadczył bez ogródki:

— Słyszę tu o wielkich darach przyrody, zdolnościach i zręcznościach, a przecież w końcu, przy ich zastosowaniu, o niejednej wątpliwości. Gdybym się miał o tym zwięźle wyrazić, to bym zawołał: „Wielkie myśli i czyste serce; oto, co byśmy sobie u Boga wyprosić powinni!”.

Dając poklask tym rozsądnym słowom, rozeszło się zgromadzenie. Ale astronom obiecał Wilhelmowi, że będzie mógł tej wspaniałej, jasnej nocy uczestniczyć doskonale w cudach gwiazdami usianego nieba.

W kilka godzin potem wprowadził astronom gościa swego po schodach kręconych do obserwatorium i w końcu umieścił go na całkiem wolnej płaszczyźnie okrągłej, wysokiej wieży. Nadzwyczaj pogodna noc, świecąc i iskrząc wszystkimi gwiazdami, otaczała patrzącego, któremu się zdało, że po raz pierwszy dopiero ogląda wyniosłe sklepienie niebieskie w całej jego wspaniałości. W życiu bowiem powszednim, pomijając niełaskawą pogodę, która nam zakrywa blask eteru, przeszkadzają nam już to w domu dachy i szczyty, już to na zewnątrz lasy i skały, a najbardziej — wszędzie — wewnętrzne niepokoje umysłu, które bardziej od mgły i słoty zaciemniają nam wszelkie widoki, chwiejąc się w tę i ową stronę.

Przejęty i zdziwiony, zakrył sobie oczy. Ogrom przestaje być wzniosły, przekracza siłę naszego pojęcia, grozi nam zniszczeniem.

— Czymże ja jestem wobec wszystkości? — rzekł on do ducha swego. — Jak ja się mogę jej przeciwstawić, jak ja mogę stać w jej środku?

Po krótkim atoli namyśle ciągnął dalej:

— Wynik naszego dzisiejszego wieczoru rozwiązuje także zagadkę chwili obecnej. Jakże się może człowiek postawić wobec nieskończoności, jeżeli nie w ten sposób, że wszystkie siły duchowe, targane w różne strony, zgromadzi w swej najbardziej wewnętrznej głębi, że się zapyta: „Czy możesz choćby tylko pomyśleć siebie w środku tego wiecznie żywego porządku, żeby się równocześnie nie obudziło w tobie coś wspaniale ruchomego, co krąży wkoło czystego ogniska?. A nawet gdyby ci było trudno odnaleźć to ognisko w swej piersi, to poznasz je po tym, że z niego wychodzi życzliwe, dobroczynne działanie i daje o nim świadectwo. Ale kto może, kto zdoła spojrzeć na minione swe życie, nie popadając w błąd do pewnego stopnia, gdyż po większej części przekona się, że wola jego była prawa, czyn jego fałszywy, pożądanie jego nagany godne, a jednak osiągnięcie pożądane? Ileż razy widziałeś światło tych gwiazd i czyż w każdej chwili nie zastały cię innym? A one zawsze są te same i mówią zawsze to samo. „Oznaczamy, powtarzają one, swoim ruchem prawidłowym dzień i godzinę”. Zapytaj się też siebie, jak się zachowujesz wobec dnia i godziny? I tym razem mogę odpowiedzieć: „Obecnego stosunku swego wstydzić się nie potrzebuję. Zamiarem moim jest przywrócić pożądane połączenie wszystkich członków pewnego szlachetnego kółka rodzinnego. Drogę mam wskazaną. Mam zbadać, co rozłącza dusze szlachetne. Mam usunąć przeszkody, jakiekolwiek by one były”. To możesz wyznać wobec tych niebiańskich zastępów. Gdyby zważały na ciebie, uśmiechnęłyby się wprawdzie z twojej ograniczoności, ale niewątpliwie uczciłyby twoje przedsięwzięcie i sprzyjałyby jego wykonaniu.

Z takimi słowy i myślami odwrócił się, by się obejrzeć wkoło, i wpadł mu w oko Jowisz90 — gwiazda szczęścia, świecąca tak wspaniale jak nigdy. Wziął to za pomyślną wróżbę i w tym przyglądaniu się trwał wesoło czas jakiś.

Zaraz potem zawołał go astronom do zejścia i pozwolił mu się przyjrzeć — jako cudowi niebieskiemu — tej samej właśnie gwieździe przez doskonały teleskop, w znacznym powiększeniu, w towarzystwie jej księżyców.

Po długim zatopieniu się w obserwacji, przyjaciel nasz odwrócił się i rzekł do amatora gwiazd:

— Nie wiem, czy mam dziękować panu, żeś pan to ciało niebieskie tak nadzwyczajnie blisko do mnie przysunął. Kiedym patrzył na nie poprzednio, pozostawało ono w oznaczonym stosunku do innych niezliczonych i do mnie samego. A teraz występuje ono w wyobraźni mojej bez żadnego ustosunkowania i nie wiem, czy by nie należało życzyć sobie, żeby i reszta zastępów w takiej samej mierze się zbliżyła. Ograniczasz mnie pan, przejmujesz bojaźnią.

I tak się rozwodził dalej przyjaciel nasz według zwyczaju swego, a przy tej sposobności mówiło się o niejednej rzeczy nieprzewidywalnej. W odpowiedzi na słowa uczonego w swym zawodzie rzekł Wilhelm:

— Rozumiem doskonale, że wam, znawcom nieba, największą to sprawiać musi przyjemność, gdy cały, olbrzymi wszechświat ku sobie tak powoli ściągacie, jak ja tu widziałem i widzę tę planetę. Pozwól mi pan jednak wypowiedzieć swe zdanie. Przekonałem się w życiu w ogóle i przeciętnie, że te środki, którymi zmysłom naszym dopomagamy, nie wywierają bynajmniej dobrego moralnie skutku na człowieka. Kto patrzy przez okulary, uważa się za mędrszego, niż jest, gdyż zmysł jego zewnętrzny zachwiany bywa przez to w swej równowadze z wewnętrzną zdolnością sądzenia. Potrzeba do tego wyższej kultury, do której zdolni są wyborowi tylko ludzie, by prawdę wewnętrzną pogodzić jako tako z tym fałszem z zewnątrz napływającym. Ilekroć patrzę przez okulary, innym jestem człowiekiem i nie podobam się sobie samemu. Widzę więcej, niżbym widzieć powinien, a świat jaśniej widziany nie harmonizuje z moim wnętrzem. Odkładam więc szkła co prędzej, skoro tylko zaspokoję ciekawość, w jakim to lub owo w dali znajduje się stanie.

Po kilku żartobliwych uwagach astronoma, mówił Wilhelm dalej:

— Nie wypędzimy ze świata szkieł tych, tak samo jak innych maszyn. Ale dla badacza obyczajów ważną jest rzeczą przekonać się i wiedzieć, skąd się wślizgnęło do ludzkości niejedno, na co się uskarżamy. Tak np. jestem przeświadczony, że zwyczaj noszenia okularów przybliżających jest głównie winą zarozumiałości młodzieży naszej.

Wśród tych rozmów noc daleko się posunęła, po czym doświadczony w czuwaniu mąż zaproponował swemu młodemu przyjacielowi położyć się na łóżku składanym i przespać się nieco, by potem świeższym wzrokiem ujrzeć i powitać poprzedzającą wschód słońca Wenus91, która dziś właśnie obiecywała się ukazać w całkowitym swym blasku.

Wilhelm, który się do tej chwili trzymał tęgo i rześko, poczuł się, przy tym napomnieniu życzliwego i troskliwego męża, istotnie wyczerpany. Położył się i natychmiast wpadł w sen bardzo głęboki.

Obudzony przez gwiaździarza92, podskoczył Wilhelm i pośpieszył do okna. Tam zdumiał się, przypatrywał się chwilę nieruchomo, a potem zawołał z zapałem:

— Co za wspaniałość! Co za cuda!

Nastąpiły potem inne słowa zachwytu, ale widok pozostał dla niego wciąż cudem, wielkim cudem.

— Że ta miła gwiazda, ukazująca się dzisiaj w pełni i wspaniałości jak rzadko, zadziwi pana swym pojawieniem się, mogłem przewidywać. Ale muszę powiedzieć, nie narażając się na zarzut chłodu, że tu nie widzę cudu, żadnego zgoła cudu!

— I jakżebyś pan mógł widzieć — odparł Wilhelm — kiedy ja go ze sobą przynoszę, w sobie mam, kiedy nie wiem, co się ze mną dzieje! Pozwól mi się pan jeszcze popatrzyć w milczeniu i podziwie, a potem posłuchasz.

Po pewnej przerwie mówił dalej:

— Leżałem we śnie spokojnym, ale głębokim, gdy wtem znalazłem się w sali wczorajszej, lecz sam jeden. Zielona portiera rozstąpiła się, fotel Makarii posuwał się naprzód sam przez się jakby istota żywa, błyszcząc jak złoto. Jej szaty wydawały się kapłańskie, a wzrok jej promieniał łagodnie. Zamierzałem upaść na kolana. U jej nóg skłębiły się obłoki, podnosząc się na podobieństwo skrzydeł, wznosiły świętą postać w górę. Zamiast jej wspaniałego oblicza, ujrzałem w końcu między rozstępującymi się chmurami jaśniejącą gwiazdę, która, ciągle idąc coraz wyżej, złączyła się przez otwarte sklepienie z całym firmamentem93 gwiaździstym, który wciąż się jakby rozszerzał, wszystko obejmując. W tej właśnie chwili pan mnie budzisz. Upojony snem, zataczam się ku oknu z ową gwiazdą żywo jeszcze w oku mi tkwiącą. A kiedy spojrzę, oto przede mną rzeczywiście jutrzenka, tak samo piękna, chociaż może nie tak samo promiennie wspaniała! Ta rzeczywista, tam w górze unosząca się, gwiazda staje na miejscu śnionej i pochłania to, co było wspaniałego w zjawisku. A jednak wciąż patrzę i patrzę, i pan patrzysz razem ze mną na to, co właściwie wraz z mgłą snu powinno było zniknąć sprzed mych oczu.

Astronom zawołał:

— Cud, tak jest, cud! Sam pan nie wiesz, jakie cudowne wypowiadasz słowa. Oby to nie było przepowiednią odejścia wspaniałej kobiety, którą wcześniej czy później spotka podobna apoteoza.

Chcąc odszukać swego Feliksa, który się bardzo wcześnie wymknął po cichu, pośpieszył tego ranka Wilhelm do ogrodu i ku zdziwieniu swemu ujrzał go uprawianym przez pewną liczbę dziewcząt. Wszystkie, jeżeli nie piękne, to przynajmniej niebrzydkie — żadna nie zdawała się mieć lat dwudziestu. Ubrane były przeróżnie, stosownie do miejscowości, z których pochodziły; czynne, wesoło witały i pracowały dalej.

Spotkała go Aniela, która, kierując robotą i nadzorując ją, chodziła w tę i ową stronę. Gość wyraził wobec niej swój podziw dla tak ładnej i aktywnej kolonii.

— Ona nie umiera — rzekła Aniela — zmienia się, ale pozostaje wciąż taka sama. Bo z dwudziestym rokiem wchodzą one, jak i wszystkie mieszkanki naszego zakładu, w życie czynne, zazwyczaj w stan małżeński. Wszyscy młodzieńcy z sąsiedztwa, pragnący mieć dzielną małżonkę, bacznie spoglądają na to, co się u nas dzieje. A wychowanki nasze nie są bynajmniej trzymane w zamknięciu. Już się znajdowały na niejednym jarmarku, już były widziane, pożądane i zaręczone. Dlatego też wiele rodzin pilnuje tego, by, jak tylko będzie u nas miejsce, wprowadzić tu swoje dziewczęta.

Kiedy ta sprawa omówiona została, nie mógł gość ukryć przed swoją nową przyjaciółką życzenia, żeby raz jeszcze przejrzeć to, co wczoraj wieczór czytano.

— Myśl główną rozprawy pochwyciłem — rzekł — ale chciałbym także poznać dokładniej szczegóły, o których była mowa.

— Szczęściem — odparła tamta — jestem w możności zadośćuczynienia temu życzeniu natychmiast. Zapewniony panu tak szybko stosunek z naszym życiem najbardziej wewnętrznym uprawnia mnie do powiedzenia panu, że owe papiery są już w moich rękach i schowane zostały starannie wraz z innymi pismami. Moja pani — mówiła dalej — jest mocno przeświadczona o ważności rozmowy doraźnej. „Przy niej, powiada ona, spotyka się to, czego żadna książka nie zawiera, a także i to, co najlepszego zawierały kiedykolwiek książki”. Dlatego nałożyła na mnie obowiązek spisywania poszczególnych dobrych myśli, wytryskających z pomysłowej rozmowy jak ziarnka nasienne z wieloramiennej rośliny. „Jeżeli się wiecznie zapamiętuje rzeczy obecne, mówiła, to się doznaje rzetelnej radości z tradycji, znajdując myśl najlepszą już wypowiedzianą, najmilsze uczucie już wyrażone. Tym sposobem dochodzimy do poglądowego uznania owej jednomyślności, do czego człowiek jest powołany, do czego zastosować się musi nieraz wbrew swej woli, gdyż aż zanadto lubi sobie wyobrażać, że świat zaczyna się wraz z nim od początku”.

Aniela w dalszym ciągu zwierzyła się gościowi, że przez to powstało znaczne archiwum, z którego podczas nocy bezsennych odczytuje niekiedy Makarii jakieś pismo. A przy tej okazji w sposób zastanawiający nasuwają się tysiące szczegółów — tak właśnie, jakby spadła masa rtęci i dzieliła się na wszystkie strony w różnorodne, niezliczone kuleczki.

Na jego pytanie, na ile archiwum to utrzymywane jest w tajemnicy, objaśniła, że w każdym razie najbliższe tylko otoczenie wie o nim, ale że ona bierze na siebie odpowiedzialność i ponieważ okazuje ochotę, pokaże mu zaraz kilku zeszytów.

W trakcie tej rozmowy w ogrodzie dostali się do zamku, a wchodząc do pokoju w oficynie, Aniela rzekła, uśmiechając się:

— Przy tej sposobności chcę powierzyć panu jeszcze jedną tajemnicę, na którą najmniej pan jesteś przygotowany.

Kazała mu następnie, poprzez firankę, zajrzeć do gabinetu, gdzie — naturalnie ku wielkiemu swemu zdziwieniu — ujrzał Feliksa, siedzącego i piszącego przy stole. I nie mógł zrazu odgadnąć powodu tej niespodziewanej pilności. Wkrótce jednak został objaśniony, gdy mu Aniela odkryła, iż ową chwilę zniknięcia swego na to użył, oświadczając, że pisanie i jazda konna są jedyną rzeczą, do której ma zamiłowanie.

Przyjaciel nasz został następnie wprowadzony do pokoju, gdzie mógł zobaczyć w szafach mnóstwo należycie uporządkowanych papierów. Rubryki różnorodne wskazywały treść najrozmaitszą; rozwaga i porządek przeświecały przez to. Gdy Wilhelm chwalił te zalety, Aniela zasługę ich przyznała przyjacielowi domu, powiadając, że on nie tylko dał zarys ogólny, ale w trudnych wypadkach umie dokładnie rozmieszczeniem pokierować, sam pisma przeglądając. Potem wyszukała rękopisy wczoraj odczytane i pozwoliła żądnemu posługiwać się nimi jak i resztą — i nie tylko je przeglądać, lecz i kopiować.

Ale wtedy przyjaciel musiał się oględnie brać do dzieła, bo się znalazło aż zanadto rzeczy zajmujących i pożądanych. Szczególnie zeszyty z krótkimi, ledwie wiążącymi się ze sobą zdaniami, poczytał za najszacowniejsze. Były to ostateczne wyniki, które wydają się nam paradoksalne, jeżeli nie znamy ich pochodzenia, ale nas zmuszają, za pośrednictwem wstecznego wynajdywania i odkrywania, cofać się i uprzytamniać sobie, o ile można, filiację takich myśli z wywodami z daleka branymi, od dołu do góry. Z powodów wyżej przytoczonych nie możemy im tutaj udzielić miejsca. Nie zaniedbamy jednak pierwszej nastręczającej się sposobności i potrafimy we właściwym miejscu przedstawić w wyborze to, cośmy tu zdobyli.

*

Trzeciego dnia rano udał się przyjaciel nasz do Anieli i stanął przed nią nie bez pewnego zakłopotania.

— Dzisiaj muszę się rozstać — rzeki — i otrzymać ostatnie polecenia od zacnej pani, do której niestety wczoraj przez dzień cały nie zostałem dopuszczony. Ale tu leży mi coś na sercu, w całym wnętrzu moim, względem czego pragnąłbym być objaśniony. Jeżeli to możliwe, racz mi, pani, wyświadczyć to dobrodziejstwo.

— Zdaje mi się, że rozumiem pana — rzekła miła dziewczyna — ale mów pan dalej.

— Sen cudowny — mówił Wilhelm — kilka słów poważnego astronoma, osobna, zamknięta szufladka w dostępnych szafach, z napisem Właściwości Makarii... Otóż te okoliczności łączą się z głosem wewnętrznym, mówiącym, że starania o owe światła niebieskie nie są może naukowym jedynie amatorstwem, dążnością do poznania wszechświata gwiazd; że owszem, przypuszczać należy, iż tu się kryje jakiś szczególny stosunek Makarii do ciał niebieskich, który poznać byłoby dla mnie rzeczą niezmiernie ważną. Nie jestem ani ciekawy, ani natarczywy, ale jest to tak ważny wypadek dla badacza ducha i myśli, że się nie mogę powstrzymać, by nie zapytać, czy by do tak znacznego zaufania nie zechciano dodać jeszcze i tego nadmiaru.

— Zgodzić się na to jestem upoważniona — odparła uprzejmie. — Dziwny sen pański został wprawdzie tajemnicą dla Makarii, ale ja z przyjacielem domu zastanawiałam się i rozmyślałam nad szczególnym zatapianiem się pana duchowym, nad niespodziewanym ogarnianiem tajemnic najgłębszych. I możemy się ośmielić, by pana dalej poprowadzić. Pozwól mi pan mówić najprzód za pomocą porównania! W rzeczach trudnych do pojęcia dobrze jest dopomagać sobie w ten sposób. Jak się mówi o poecie, że żywioły świata moralnego są w głębi natury jego ukryte i tylko się powoli następnie rozwijają, że mu nic w świecie nie pojawia się naocznie, czego by nie znał poprzednio w przeczuciu, tak samo, jak się zdaje, stosunki naszego Układu Słonecznego od samego początku są z gruntu wrodzone Makarii, zrazu w stanie spoczynku, potem w stopniowym rozwoju, a dalej w coraz to wyraźniejszym ożywianiu się. Najprzód cierpiała z powodu tych zjawisk, potem znajdowała w nich przyjemność, a z latami rósł jej zachwyt. Nie wprzód jednak doszła w tej mierze do zgody ze sobą i uspokojenia, aż pozyskała sobie pomocnika, przyjaciela, którego zasługi już pan poznałeś dostatecznie. Jako matematyk i filozof, niedowiarek z początku, długo powątpiewał, czy to spostrzeganie nie jest wdrożone przez naukę. Gdyż Makaria wyznać musiała, że wcześnie zaczęła się uczyć astronomii i zajmowała się nią namiętnie. Przy tym jednak oznajmiła, że przez wiele lat życia swego zestawiała i porównywała zjawiska wewnętrzne ze spostrzeżeniami zewnętrznymi, ale nigdy nie mogła znaleźć zgody między nimi. Uczony kazał sobie następnie jak najdokładniej przedstawić to, co widziała, a co kiedy niekiedy tylko było dla niej zupełnie wyraźne. Zrobił obliczenia i wywnioskował z nich, że ona nie tylko nosi w sobie cały Układ Słoneczny, ale nadto porusza się w nim duchowo, jako jego część integralna. Postępował dalej stosownie do tego przypuszczenia, a jego obrachowania zostały w sposób niesłychany potwierdzone jej słowami. Tyle tylko mogę tym razem powierzyć panu, a i to objawiam z tą usilną prośbą, abyś pan o tym nikomu słowa nie powiedział. Bo czyżby każdy rozsądny i rozumny, przy najserdeczniejszej życzliwości, nie mógł uważać i uznać takich zdań za fantazje, za źle zrozumiane przypomnienia dawniej przyswojonej wiedzy? Sama nawet rodzina nie wie o tym dokładnie. Te tajemnicze spostrzeżenia, te zachwycające widziadła uchodzą wśród jej krewnych za chorobę, która jej chwilowo nie pozwala brać udziału w świecie i jego sprawach. Zachowaj to, przyjacielu, w cichości i nie daj nawet nic poznać po sobie wobec Leonarda.

*

Pod wieczór został wędrowiec nasz przedstawiony raz jeszcze Makarii. Mówiono o niejednej rzeczy pouczającej z wdziękiem — z czego wybieramy, co następuje:

„Z natury nie posiadamy żadnej wady, która by się zaletą, ani żadnej zalety, która by się wadą stać nie mogła. Zalety bywają właśnie najbardziej niebezpieczne. Do tej uwagi dał mi pochop szczególniej dziwny siostrzeniec, młodzian, o którym słyszałeś pan wśród rodziny niejedną osobliwość, a którego ja, zdaniem moich krewnych, traktuję z większymi, niż by należało, względami i miłością.

Od samej młodości rozwinęła się w nim pewna dzielna, techniczna zręczność, której się oddał całkowicie i w której doszedł szczęśliwie do niejakiej biegłości i mistrzostwa. Później wszystko, co z podróży swoich przysyłał do domu, było zawsze jakąś robotą ręczną, wykonaną niezmiernie kunsztownie, mądrze, subtelnie, delikatnie, a wskazywało kraj, w którym się właśnie znajdował, a który odgadywać musieliśmy. Z tego wnieść można by, że to jest człowiek suchy, niewspółczujący, zajęty wyłącznie zewnętrznymi pozorami. W rozmowie nie wykazywał uzdolnienia do wnikania w ogólne uwagi moralne. Ale w ciszy i w tajni94 posiadał dziwnie subtelne, praktyczne poczucie dobrego i złego, chwalebnych i niechwalebnych rzeczy, tak że nigdy nie widziałam, żeby uchybił kiedykolwiek starszym czy młodszym, wyższym czy niższym. Ta wszelako wrodzona skrupulatność, nie będąc ujęta w karby, przetworzyła się w szczegółach w dziwaczną słabość. Gotów był wymyślać sobie obowiązki tam, gdzie ich nie wymagano, i zupełnie bez potrzeby uznać się kiedyś za dłużnika.

Z całego zachowania się jego podczas podróży, a zwłaszcza z przygotowań do powrotu, wnoszę, że uroił sobie, iż pewną istotę niewieścią z naszego kółka uraził, której los niepokoi go obecnie. Od czego by się uczuł uwolniony i wybawiony, gdyby się mógł dowiedzieć, że się jej dobrze dzieje. A o dalszych rzeczach pomówi z panem Aniela. Weź pan ten list i zgotuj rodzinie naszej szczęśliwe zebranie się razem. Szczerze mówiąc, pragnęłabym go raz jeszcze widzieć na tej ziemi i przy rozstaniu się ze światem serdecznie go pobłogosławić”.