Rozdział dziewiąty

Kto jest zdrajcą? Dokończenie

Tłumoczek szybko został spakowany. Chciał go tu pozostawić. Listu nie pisał. Jego oddalenie się na czas obiadu, a może nawet i na wieczór, miał w kilku słowach uniewinnić masztalerz77, którego i tak musiał obudzić. Atoli zastał go już przed stajnią, chodzącego w jedną i drugą stronę wielkimi krokami.

— Chyba nie chcesz pan jechać konno? — zawołał skądinąd dobroduszny człowiek z niejaką goryczą. — Mogę to panu przecież powiedzieć... Młody pan z każdym dniem staje się bardziej nieznośny. Tłukł się wczoraj po okolicy, tak że można było myśleć, iż podziękuje Bogu, mogąc wypocząć przez poranek niedzielny. A jednak dzisiaj, jeszcze przed świtem, przychodzi, hałasuje w stajni, a kiedy ja wyskakuję, on siodła i kiełzna pańskiego konia, nie dając się powstrzymać żadną uwagą. Skacze nań i woła: „Pomyśl no, jaki to dobry robię uczynek! Stworzenie to stąpa zawsze powolnym, tylko prawidłowym kłusem. Spróbuję pobudzić je do szybkiego galopu życia”. Tak mniej więcej powiedział i wygadywał różne inne dziwne słowa.

Lucydora dotknęło to podwójnie i potrójnie. Lubił konia, jako odpowiadającego własnemu charakterowi jego, jego sposobowi życia. Przykro mu było, że to dobre, rozumne stworzenie znalazło się w ręku postrzeleńca. Został zburzony plan jego i zamiar udania się w tym ciężkim położeniu do przyjaciela uniwersyteckiego, z którym żył w pogodnym, serdecznym stosunku. Obudziło się dawne zaufanie, dzielące ich mile nie były brane w rachubę. Zdawało mu się, że już znajduje radę i ulgę u życzliwego, rozumnego przyjaciela. Nadzieja ta została teraz odjęta. A jednak nie... Gdyby się odważył podążyć do celu świeżymi nogami wędrowca, jakimi mógł rozporządzać?

Przede wszystkim więc starał się wydostać z parku na otwarte pole, na drogę, która go miała zaprowadzić do przyjaciela. Nie był zupełnie pewny swego kierunku, gdy mu po lewej ręce wpadła w oczy, wystająca nad krzewami na dziwnym wzniesieniu pustelnia, z której mu przedtem robiono tajemnicę. Ku największemu zdziwieniu swemu spostrzegł w galerii pod chińskim dachem dobrego starca, który przez dni kilka uważany był za chorego, a teraz rześko rozglądał się wkoło. Najprzyjaźniejszemu powitaniu, natarczywemu zaproszeniu, by wszedł na górę, opierał się Lucydor wykrętami i porywczymi gestami. Dopiero współczucie dla dobrego starca, który, chwiejnym krokiem śpiesząc na dół po stromych schodach, narażał się na upadek, zdołało wymóc na nim, że poszedł na spotkanie i następnie dał się wciągnąć na górę. Z podziwem wstąpił do milutkiej salki. Miała ona trzy tylko okna na wieś — widok najprzyjemniejszy. Inne ściany były ozdobione, a raczej okryte setkami wizerunków, rytych w miedzi lub nawet rysowanych, naklejonych jeden przy drugim w pewnym porządku, oddzielonych kolorowymi obwódkami i przedziałami.

— Robię panu łaskę, mój przyjacielu, jak mało komu. To jest świątynia, w której ostatnie swe dni spędzam zadowolony. Tu się poprawiam ze wszystkich błędów, jakie mi popełniać daje towarzystwo, tu przyprowadzam też do równowagi moje błędy dietetyczne.

Lucydor rozejrzał się po całości, a biegły w dziejach, zrozumiał niebawem dokładnie, że tłem jej jest zamiłowanie historyczne.

— Tu, w górze, na fryzie — rzekł starzec — widzisz pan nazwiska mężów znakomitych z czasów prastarych. Potem z bliższych także nazwiska tylko, gdyż trudno byłoby dowiedzieć się, jak oni wyglądali. Ale tu, na polu głównym, rozpoczyna się właściwe moje życie. Tu są mężowie, których imiona słyszałem, będąc jeszcze chłopcem. Bo około lat pięćdziesięciu pozostaje nazwisko mężów znakomitych we wspomnieniu ludu, potem znika albo staje się bajeczne. Chociaż z rodziców niemieckich, urodziłem się w Holandii, dla mnie Wilhelm Orański78, jako namiestnik i król angielski, jest praojcem wszystkich porządnych mężów i bohaterów. Ale oto widzisz pan tuż obok niego Ludwika XIV79, jako tego...

Jakżeż chętnie przerwałby Lucydor poczciwemu starcowi, gdyby wypadało — jak to nam, opowiadającym, przystoi chyba. Albowiem groziła mu historia nowa i najnowsza, co łatwo było przewidzieć po rzucanych przezeń spojrzeniach ku wizerunkom Fryderyka Wielkiego80 i jego generałów.

Lubo dobry młodzieniec czcił żywy współudział starca w najbliższej sobie przeszłości i teraźniejszości, lubo niektóre indywidualne rysy i poglądy nie mogły go nie obchodzić jako interesujące, toć wysłuchał on już przecież w akademiach dziejów nowych i najnowszych; a co się raz słyszało, to się mniema wiedzieć na zawsze. Myśl jego była daleko, nie słyszał, ledwie patrzył i zmierzał właśnie w najbardziej niezręczny sposób do drzwi, by po długich, fatalnych schodach się spuścić, gdy dało się słyszeć z dołu głośne klaskanie w ręce.

Kiedy się Lucydor zatrzymał, głowa starca wyjrzała oknem, a z dołu rozległ się głos dobrze znany.

— Zejdź pan na dół, na miłość boską, ze swej galerii historycznej, stary panie! Zamknij swoje roczniki i dopomóż mi ugłaskać naszego młodego przyjaciela. Kiedy się dowie... Lucydorowego konia zażyłem trochę nierozumnie, stracił podkowę i musiałem go zatrzymać. Co on na to powie! To przecież zbyt wielkie głupstwo, nawet kiedy się jest głupcem!

— Chodź pan na górę — odrzekł starzec, a zwracając się do Lucydora, zapytał:

— No i cóż pan na to?

Lucydor milczał, a szalony junkier nadszedł. Pytania i odpowiedzi wytworzyły długą scenę. Dość, że postanowiono wysłać zaraz masztalerza, by się koniem zaopiekował.

Pozostawiając starca, obaj młodzi pośpieszyli do domu, dokąd niezupełnie wbrew woli dal się zaciągnąć Lucydor. Niech się dzieje, co chce, ale w tych murach przynajmniej zamknięte jest jedyne pragnienie jego serca. W takim rozpaczliwym wypadku nie dbamy o pomoc naszej wolnej woli i doznajemy chwilowej ulgi, jeżeli skądkolwiek przychodzi postanowienie i przymus. Atoli wszedłszy do swego pokoju, znalazł się w stanie najdziwniejszym, jak gdyby ktoś, kto dopiero co opuścił gospodę, zmuszony był wbrew życzeniu swemu znowu wejść do niej dlatego, że się oś złamała.

Wesoły junkier zabrał się zaraz do tłumoczka. Wypakował wszystko bardzo porządnie, ułożył razem wybornie, co tylko było z szat świątecznych, lubo podróżnych. Zmusił Lucydora do wdziania trzewików i pończoch, ułożył mu wijące się, czarne pukle i wystroił go jak najpiękniej. Potem, odstępując i oglądając przyjaciela naszego i swoją robotę od stóp do głów, zawołał:

— No, teraz, przyjacielu, wyglądasz wreszcie na człowieka, co ma niejaką pretensję do posiadania pięknych dzieci, a jest przy tym dość poważny, by się obejrzeć za narzeczoną. Chwilę tylko, a dowiecie się, jak się ja potrafię pchnąć w górę, kiedy godzina wybije. Wyuczyłem się tego od oficerów, za którymi dziewczęta zawsze zerkają, a potem się sam zaciągnąłem do pewnej soldateski81. I teraz patrzą na mnie i patrzą, bo żadna nie wie, co ze mną zrobić. I tak z tego spoglądania na siebie i za siebie, z podziwu i uwagi, powstaje często coś miłego, co, chociażby nie było trwałe, zasługuje przecież na to, żeby mu chwilkę czasu poświęcić... No, ale teraz chodź ty, przyjacielu, i wyświadcz mi podobną przysługę. Kiedy mnie zobaczysz wpełzającego w moją skorupę po kawałku, to nie odmówisz dowcipu i wynalazczości lekkomyślnemu chłopcu.

I pociągnął przyjaciela przez długie, obszerne korytarze starego zamku.

— Usłałem sobie legowisko zupełnie na tyłach. Choć nie pragnę się ukrywać, ale lubię być sam; bo nie można innym dogodzić naprawdę.

Przechodzili koło kancelarii w chwili, kiedy z niej wyszedł służący, niosąc praojcowski kałamarz — czarny, duży i pełny; nie zapomniano też i o papierze.

— Wiem już, co tam ma być znów nabazgrane — zawołał junkier. — Idź i zostaw mi klucz. Zajrzyj no tam, Lucydorze! To pana zabawi, zanim ja się ubiorę. Przyjacielowi prawa lokal taki nie jest nienawistny jako krewnemu po stajni.

I popchnął Lucydora ku sali sądowej.

Młodzieniec poczuł się natychmiast w znanym, odpowiednim sobie żywiole — wspomnienie dni, kiedy wziąwszy się za jakąś sprawę, siedział przy takim stole i ćwiczył się, słuchając i pisząc. Nie uszło też jego uwagi, że stara, wspaniała kaplica domowa obrócona została, wobec zmiany pojęć religijnych, na usługi Temidy82. Na półkach znalazł rubryki i akta, znane sobie dawniej. Sam on, ze stolicy, pracował nad tymi interesami. Otwierając fascykuł83, dostał do rąk reskrypt84, który sam przepisywał na czysto; to znów inny, którego był koncypientem85. Rękopis i papier, pieczęć kancelaryjna i podpis prezydującego — wszystko przywoływało mu na pamięć czasy prawniczego kierunku, młodzieńczej nadziei. A kiedy się potem obejrzał i zobaczył krzesło oberamtmana, dla niego obmyślane i przeznaczone — tak piękną posadę, tak dostojny zakres działalności, na wzgardzenie którym, na stratę którego był narażony... To wszystko dręczyło go podwójnie i potrójnie, gdy w tym samym czasie postać Lucyndy zdawała się oddalać od niego.

Chciał wyjść, a znalazł się uwięzionym. Dziwny przyjaciel, z lekkomyślności czy ze złośliwości, odchodząc, zamknął drzwi za sobą. Ale przyjaciel nasz nie pozostał długo w tym wielce przykrym zamknięciu. Tamten powrócił, przeprosił i obudził rzeczywiście dobry humor swoją osobliwą powierzchownością. Niejaka krzykliwość barw i kroju ubrania jego przytłumiona była smakiem naturalnym, jako to nawet tatuowanym Indianom nie możemy przecież odmówić pewnego uznania.

— Dzisiaj — zawołał — nudy dni minionych powinny być nam wynagrodzone. Przybyli dobrzy przyjaciele, weseli przyjaciele, ładne dziewczęta, figlarne, zakochane istoty, a dalej także mój ojciec i, cud nad cudami, ojciec pański. To dopiero będzie feta; wszyscy są już zgromadzeni w sali na śniadanie.

Lucydorowi nagle tak się zrobiło, jakby patrzył w mgłę gęstą. Wszystkie zapowiedziane postacie, znane i nieznane, ukazały mu się widomie. Atoli charakter jego w towarzystwie czystego serca podtrzymał go. W kilka sekund poczuł się równy wszystkim. Poszedł tedy krokiem pewnym za śpieszącym się przyjacielem, mocno postanowiwszy oczekiwać na wszystko — niech się dzieje, co chce — i oświadczyć swe chęci — niech się stanie, co chce.

A jednak na progu sali zmieszał się. W dużym półkolu przy oknach dojrzał on natychmiast swego ojca obok oberamtmana; obaj byli ubrani uroczyście. Siostry, Antoniego i innych znajomych i nieznajomych objął jednym spojrzeniem, które mu się mgliło. Chwiejnym krokiem zbliżył się do ojca, który go powitał bardzo uprzejmie, ale z pewną ceremonialnością, niedopuszczającą poufnego porozumienia. Stojąc przed tyloma osobami, szukał sobie na tę chwilę stosownego miejsca. Mógłby był stanąć obok Lucyndy, lecz Julia, wbrew przyjętym obyczajom, zrobiła ruch taki, że do niej przystąpić musiał. Antoni pozostał przy Lucyndzie.

W tej ważnej chwili poczuł się Lucydor w charakterze pełnomocnika i zahartowany całą swoją wiedzą prawniczą, przywołał na swą korzyść ową piękną maksymę: „Powinniśmy powierzone sobie interesy przyjaciół traktować jak swoje własne, zatem dlaczegoż byśmy nie mieli traktować swoich w tym samym duchu?”. Wyćwiczony w wywodach dotyczących interesów, przebiegł w myśli szybko, co ma powiedzieć. Tymczasem towarzystwo, skupiwszy się w formalne półkole, zdawało się go prześcigać. Treść swego wywodu znał wprawdzie, ale początku znaleźć nie mógł. Wtem spostrzegł na rogu stołu wielki kałamarz, przy tym kancelistów. Oberamtman zrobił ruch, jakby się przysposabiał do swej mowy. Lucydor chciał go uprzedzić, a w tej samej chwili Julia uścisnęła go za rękę. To całkiem zbiło go z pantałyku. Nabrał przeświadczenia, że już wszystko postanowione, że wszystko dla niego stracone.

Nie było już tedy czego oszczędzać ze wszystkich obecnych stosunków życia, z tych związków rodzinnych, ze względów towarzyskich i przyzwoitości. Spojrzał przed siebie, wyrwał Julii swą rękę i tak szybko podążył do drzwi, że zgromadzenie nie zauważyło jego nieobecności, a on sam na dworze nie wiedział, co się z nim dzieje.

Bojąc się światła dziennego, które w najwyższym blasku nań się zlewało, unikając wzroku spotykanych ludzi, lękając się szukających, kroczył przed siebie i dostał się do wielkiej sali ogrodowej. Tam kolana odmówiły mu posłuszeństwa, zachwiał się i rzucił stroskany na sofę pod zwierciadłem, pośród obyczajnie moralnego społeczeństwa popadłszy w zamęt, który jak fale rozbijał się wkoło niego, w nim i wszędzie. Byt jego miniony walczył z obecnym. Była to chwila okropna.

I tak leżał czas jakiś, twarz pogrążywszy w poduszkę, na której wczoraj spoczywała ręka Lucyndy. Przejęty na wskróś swym cierpieniem, czując jakieś dotknięcie, wyprostował się nagle, nie zauważywszy zbliżenia się jakiejkolwiek osoby. Wtem spostrzegł Lucyndę, stojącą tuż obok niego.

Przypuszczając, że ją przysłano, aby go przyprowadziła, że jej polecono, iżby stosownymi, siostrzanymi słowy wywiodła go do towarzystwa na spotkanie ze wstrętnym losem, zawołał:

— Nie powinni byli ciebie przysyłać, panno Lucyndo, gdyż pani to właśnie stamtąd mnie wypędziłaś. Ja nie wrócę! Daj mi, pani, jeśli zdolna jesteś do litości... Nastręcz mi sposobność i środki do ucieczki. Ażebyś zaświadczyć mogła, iż niepodobna było mnie na powrót sprowadzić, weź pani klucz do mego postępowania, które się pani i wszystkim innym wydawać pewnie musi wariackie. Posłuchaj pani przysięgi, którą w duszy swej złożyłem i którą nieustannie głośno powtarzam: z panią tylko pragnąłbym żyć, młodość swoją spożytkować, rozkoszować się w dalszym też wieku, wiernie i uczciwie czas spędzając. A niech to będzie tak silne i pewne, na co teraz przysięgam, jak to, co kiedykolwiek przed ołtarzem było zaprzysiężone. Opuszczam ciebie, pani, ja, najbardziej godny litości ze wszystkich ludzi.

Zrobił ruch, żeby przed nią umknąć; przed nią, co tak blisko niego stała. Ale ona ujęła go łagodnie w ramiona.

— Co pani robi? — zawołał.

— Lucydorze — odpowiedziała — nie jesteś godny litości, jak sobie wyobrażasz, ale jesteś moim, a ja twoją. Trzymam cię w moich ramionach, nie zwlekaj zarzucić mi swoich. Ojciec twój ze wszystkiego jest zadowolony. Antoni zaślubi moją siostrę.

Zdziwiony, odchylił się od niej.

— Byłoż by to prawdą?

Lucynda uśmiechnęła się i skinęła głową. On uwolnił się z jej objęć.

— Pozwól mi, pani, obejrzeć najprzód z dala to, co tak blisko, tak bardzo blisko do mnie ma należeć.

Ujął jej ręce, stanęli oko w oko!

— Lucyndo, jesteś moja?

— Ależ tak — odparła z najsłodszymi łzami w najwierniejszym oku.

Uścisnął ją i głowę swoją za jej głowę zarzucił, tak wisząc jak na skale nadbrzeżnej rozbitek. Ziemia jeszcze pod nim drżała. Wtem zachwycony wzrok jego, otwierając się na powrót, padł na zwierciadło. Ujrzał ją w swoich objęciach, otoczonego jej ramionami; spoglądał na to raz po raz. Takie uczucia towarzyszą człowiekowi przez całe życie. Ale zarazem ujrzał na powierzchni zwierciadła, że krajobraz, który mu wczoraj wydał się tak posępny i groźny, jest świetniejszy i wspanialszy niż kiedykolwiek, siebie zaś w takiej sytuacji, na takim tle! Dostateczna nagroda za wszystkie cierpienia.

— Nie jesteśmy sami — rzekła Lucynda.

A gdy on otrząsnął się ledwie ze swego zachwytu, ukazały się wystrojone i uwieńczone dziewczęta i chłopcy niosący wieńce, zagradzając wejście.

— Inaczej miało być to wszystko! — zawołała Lucynda. — Jak ładnie było to urządzone, a teraz tłoczy się tłumnie jedno za drugim!

Rześki marsz zabrzmiał z dala. Towarzystwo szeroką drogą uroczyście, wesoło nadciągało. Wahał się z pójściem na spotkanie, jakby kroków swoich pewny był tylko przy jej ramieniu. Została z nim, oczekując co chwila uroczystej sceny widzenia się ponownego, dziękczynienia za już dokonane przebaczenie.

Ale inaczej postanowili kapryśni bogowie. Wesoło rozlewający się dźwięk rogu pocztowego, ze strony przeciwnej, zdawał się wprowadzać w zamieszanie cały ten dostojny pochód.

— Któż by to nadjeżdżał? — zawołała Lucynda.

Lucydora przerażała obecność kogoś obcego, a powóz wydawał się zupełnie nieznany. Dwuosobowy, nowy, ba, najnowszy powozik podróżny zajechał przed salę. Odznaczający się, przyzwoicie ubrany chłopak zeskoczył z tyłu i otworzył drzwiczki, ale nikt nie wysiadł. Powozik był pusty. Chłopiec wszedł do niego, kilkoma zręcznymi ruchami ręki odsunął obłęki86 i tak w jednym mgnieniu oka przygotowany został na oczach wszystkich obecnych, którzy tymczasem nadeszli, najśliczniejszy budyneczek do najweselszej przejażdżki. Antoni, wyprzedzając innych, poprowadził Julię do powozu.

— Niech pani spróbuje — rzekł — czy ten wehikuł podoba się pani, by w nim wraz ze mną najlepszymi drogami po świecie się potoczyć. Po innych prowadzić pani nie będę. A gdzie będzie jakaś bieda, potrafimy sobie poradzić. Przez góry przeniosą nas rumaki juczne, a do tego i powóz.

— Jesteś pan najmilszy! — zawołała Julia.

Przystąpił chłopak i ze zręcznością kuglarza pokazywał wszystkie dogodności, zalety i przymioty całej lekkiej budowy.

— Na ziemi nie znam podziękowania — zawołała Julia. — Dopiero na tym małym, ruchomym niebie, z tej chmury, na którą mnie pan wznosisz, podziękuję panu serdecznie.

Już wskoczyła, rzucając mu uprzejme spojrzenie i całus ręką.

— Teraz nie wolno panu jeszcze ze mną jechać. Ale jest ktoś drugi, kogo zamierzam wziąć ze sobą na tę jazdę próbną. I on także ma jeszcze przetrwać jedną próbę.

Zawołała Lucydora, który, zajęty właśnie cichą rozmową z ojcem i teściem, łatwo dał się wepchnąć do lekkiego wehikułu, czując nieodzowną potrzebę rozerwania się w jakikolwiek sposób, choćby na chwilę. Siedział obok niej; ona powiedziała pocztylionowi87, jak ma jechać. Zakryci kurzem, zniknęli w lot z oczu widzów, patrzących z podziwem.

Julia rozsiadła się mocno i wygodnie w rogu.

— Niech się i pan w róg wsunie, panie szwagrze, żebyśmy sobie mogli wygodnie patrzeć w oczy.

Lucydor:

— Czujesz pani moje zmieszanie, moje zakłopotanie. Wciąż jestem jakby we śnie, obudź mnie pani.

Julia:

— Popatrz pan na ładnych chłopów, jak oni przyjaźnie witają. Bawiąc tutaj, nie poszedłeś pan do górnej części wsi. Wszystko to ludzie zamożni i wszyscy mi sprzyjają. Nie ma zbyt bogatego, któremu by z życzliwości nie można było wyświadczyć znacznej usługi. Tę drogę, którą tak wygodnie jedziemy, urządził mój ojciec, a więc dokonał czegoś dobrego.

Lucydor:

— Chętnie temu wierzę i przyznaję. Ale cóż mają te zewnętrzności wspólnego z zamętem mego wnętrza!

Julia:

— Cierpliwości tylko. Pokażę panu bogaczów świata i ich wspaniałość. Jesteśmy tedy na górze! Jak widocznie rozciąga się płaszczyzna naprzeciw wzgórz! Wszystkie te wioski wiele zawdzięczają ojcu memu, a także matce i córkom. Niwa owego tam miasteczka stanowi dopiero granicę.

Lucydor:

— Widzę panią w osobliwym nastroju. Zdaje się, nie mówisz pani naprawdę tego, co byś powiedzieć chciała.

Julia:

— A teraz spojrzyj pan tu, na lewo, jak pięknie się to wszystko rozwija! Kościół ze swymi wysokimi lipami, dom rządowy ze swymi topolami poza pagórkiem wioskowym. A i ogród, i park leżą przed nami.

Pocztylion jechał ostrzej.

Julia:

— Ową tam salę, na górze, znasz pan. Widać ją stąd tak dobrze, jak okolicę stamtąd. Tu, pod drzewem, staniemy. Otóż tu właśnie odzwierciedlamy się tam na górze na dużej powierzchni szklanej. Widać nas tam doskonale, ale my nie możemy się rozpoznać. Jedź dalej! Tam niedawno odzwierciedliła się prawdopodobnie z bliska para ludzi, i jeśli się nie mylę, z wielkim zadowoleniem wzajemnym.

Lucydor, markotny, nic nie odpowiadał. Przez czas jakiś jechali dalej w milczeniu, a jechali bardzo szybko.

— Tu się zaczyna zła droga — rzekła Julia — około niej możesz się pan kiedyś zasłużyć. Zanim spuści się na dół, spojrzyj pan jeszcze w górę: buk matki mojej ze swym wspaniałym wierzchołkiem wznosi się ponad wszystkim... Zajedziesz — powiedziała do powożącego — złą drogą. My pójdziemy ścieżką przez dolinę i będziemy wcześniej od ciebie.

Wysiadając, zawołała:

— Przyznasz pan chyba, że ten Żyd Tułacz, ten niespokojny Antoni podróżnik umie dosyć wygodnie urządzać swoje pielgrzymki, dla siebie i swych towarzyszy. Piękny to i wygodny powóz.

I to mówiąc, zeszła już z pagórka. Lucydor szedł za nią zamyślony i ujrzał ją siedzącą na dobrze położonej ławce — było to siedzenie Lucyndy. Zaprosiła go do siebie.

Julia:

— Oto siedzimy tu sobie i wcale o siebie nie dbamy. Tak też być powinno, z małym, żywym srebrem nie byłoby panu tak dobrze. Nie mogłeś pan kochać takiej istoty, była panu nienawistna.

Zdziwienie Lucydora wzmagało się.

Julia:

— Ale za to Lucynda! Jest ona treścią wszelkiej doskonałości, a maleńka siostrzyczka raz na zawsze została wypchnięta. Widzę na ustach pańskich unoszące się pytanie, kto nas tak dokładnie poinformował.

Lucydor:

— Za tym ukrywa się zdrada!

Julia:

— Ależ tak! Zdrajca tu w grę wchodzi.

Lucydor:

— Wymień go pani.

Julia:

— Niebawem będzie zdemaskowany. Pan sam!... Masz pan chwalebne czy niechwalebne przyzwyczajenie rozmawiania z samym sobą. Otóż w imieniu nas wszystkich wyznać muszę, żeśmy po kolei podsłuchiwały pana.

Lucydor, zrywając się:

— Ładna gościnność, w ten sposób zastawiać pułapkę na obcego!

Julia:

— Wcale nie. Nie myśleliśmy śledzić pana, tak samo jak nikogo w ogóle. Wiesz pan, łóżko pańskie stoi we framudze ściany. Z drugiej zaś strony jest także zagłębienie, które zazwyczaj służy za składzik domowy. Na dni kilka przedtem zmusiliśmy naszego staruszka, żeby spał tam, ponieważ za dużo mieliśmy z nim kłopotu w jego odległej pustelni. Otóż zaraz pierwszego wieczoru wyrwałeś się pan z owym namiętnym monologiem, którego treść opowiedział nam nazajutrz jak najbardziej szczegółowo.

Lucydor nie miał ochoty przerywać jej. Oddalił się.

Julia, powstawszy, szła za nim:

— Jakżeż nam posłużyło to oświadczenie! Bo wyznaję chętnie: chociaż mi pan nie byłeś po prostu wstrętny, to przecież położenie, jakie mnie czekało, nie było przez mnie zgoła pożądane. Być panią oberamtmanową, co za okropna sytuacja! Mieć dzielnego, uczciwego męża, który musi ludzi prawem raczyć, a wobec samego prawa nie może dojść do sprawiedliwości! Który ani ku górze, ani ku dołowi nikomu nie dogodzi, a co najgorsza, nawet sobie samemu! Wiem, co matka moja wycierpiała z powodu nieprzekupności i niewzruszoności mego ojca. Na koniec, niestety po jej śmierci, zeszło nań pewne złagodnienie. Zdawało się, że się ze światem porozumiewa, że się z nim godzi, kiedy do tej pory na próżno go zwalczał.

Lucydor, nadzwyczaj niezadowolony z tego zajścia i zły z powodu lekkomyślnego traktowania, stanął:

— Jako żart jednego wieczoru to by uszło, ale urządzać niewinnemu gościowi taką ośmieszającą mistyfikację przez całe dni i noce jest nie do przebaczenia.

Julia:

Wszyscyśmy winę między siebie podzielili; wszyscy żeśmy podsłuchiwali pana. Ale ja sama tylko pokutuję za ten grzech.

Lucydor:

— Wszyscy? Tym mniej przebaczyć to można! I jak żeście mogli państwo patrzyć bez zawstydzenia w ciągu dnia na mnie, którego żeście w nocy haniebnie w sposób niedozwolony oszukiwali? A widzę teraz wyraźnie jednym spojrzeniem, że dzienne sprawy państwa na to jedynie były obliczone, aby mnie wywieść w pole. Chwalebna familia! I gdzież tu miłość sprawiedliwości ojca pani? I Lucynda...

Julia:

— I Lucynda!... Cóż to był za ton! Nieprawdaż, chciał pan wyrazić, jak to głęboko boli pana myśleć źle o Lucyndzie, do jednej klasy wraz z nami Lucyndę zamykać?

Lucydor:

— Nie rozumiem Lucyndy.

Julia:

— Chcesz pan powiedzieć: „Ta czysta, szlachetna dusza, ta spokojnie nastrojona istota, dobroć, życzliwość sama, ta kobieta, jaką być powinna, jednoczy się z towarzystwem lekkomyślnym, z siostrą przebierającą miarkę, z młodzieńcem rozpuszczonym i z kilkoma tajemniczymi osobami! To nie do pojęcia!”.

Lucydor:

— Tak, to nie do pojęcia.

Julia:

— To pojmij że pan przecież! Lucynda, jak i my wszyscy, miała ręce związane. Gdybyś pan mógł był zauważyć zakłopotanie, z jakim ledwie się wstrzymała, by panu nie odkryć wszystkiego, kochałbyś ją pan podwójnie i potrójnie, jeśliby każda prawdziwa miłość nie była sama w sobie i dla siebie dziesięcio-i stukrotną. Zapewniam też pana, że dla nas wszystkich żart stał się zbyt długi.

Lucydor:

— Dlaczego żeście go państwo nie zakończyli?

Julia:

— I to także da się wyjaśnić. Kiedy pierwszy pański monolog stał się wiadomy ojcu i kiedy niebawem zauważył, że wszystkie jego dzieci nic by nie miały do zarzucenia takiej zamianie, postanowił pojechać zaraz do ojca pańskiego. Ważność sprawy dała mu do myślenia. Ojciec tylko odczuwa uszanowanie należne ojcu. „On powinien wiedzieć o tym pierwszy,rzekł mój ojciec, aby nie potrzebował potem, kiedy my się zgodzimy, dawać przykro wymuszonego przyzwolenia. Znam go dobrze, wiem, jak on się przywiązuje do myśli, do skłonności, do projektu jakiegoś, i strach mnie nieco bierze. W jego myśli Julia, mapy i widoki miast tak się zrosły, że już postanowił wszystko to umieścić tutaj w końcu. Jeśli nadejdzie chwila, kiedy się młoda para tu osiedli i nie będzie mogła tak łatwo zmieniać miejsca pobytu, wówczas wszystkie wakacje i wszystko, co miał w zamiarze miłego i dobrego, nam będzie musiał poświęcić. On przede wszystkim dowiedzieć się winien, jakiego figla spłatała nam natura, kiedy nic jeszcze właściwie nie jest oświadczone, nic rozstrzygnięte”. Potem wziął od nas wszystkich najuroczystszy uścisk dłoni na to, żebyśmy obserwowali pana i, niech będzie co chce, zatrzymali go. Jakim sposobem opóźnił się powrót, ile to kosztowało sztuki, trudu i wytrwałości, by pozyskać zezwolenie ojca pańskiego, to niech pan posłyszy od niego samego. Dość, że sprawa załatwiona, a Lucynda dostała się panu...

I tak oboje, żywo się od pierwszego siedzenia oddalając, po drodze się zatrzymując, wciąż rozmawiając i idąc dalej powoli poprzez łąki, wyszli na wyniosłość do innego, dobrze ubitego gościńca. Powóz szybko nadjechał. W mgnieniu oka zwróciła ona uwagę swego sąsiada na szczególne widowisko. Cała maszyneria, którą się brat jej tak chlubił, była w ożywionym ruchu. Na młynie diabelskim już to się ludzie wznosili do góry, już to opuszczali na dół. Chybotały się huśtawki, włożone na słupy. Jakiej tam zresztą nie można było widzieć śmiałości we wzlotach i skokach ponad głowami niezliczonego tłumu! Wszystko to w ruch wprawił junkier, ażeby goście wesoło się zabawili po obiedzie.

— Pojedziesz jeszcze przez niższą część wioski — zawołała Julia — ludzie są mi życzliwi, niechże zobaczą, jak mi się dobrze powodzi.

Wieś była pusta. Młodzież wszystka już pośpieszyła na plac zabawy. Starsi mężczyźni i kobiety, pobudzeni rogiem pocztowym, ukazywali się we drzwiach i oknach. Wszyscy witali, błogosławili i wołali: „O! Piękna para!”.

Julia:

— No, masz pan! Ostatecznie moglibyśmy pasować do siebie, może pan jeszcze pożałujesz tego.

Lucydor:

— Ale teraz, kochana szwagierko!...

Julia:

— A co, teraz: „Kochana”, kiedyś się pan mnie pozbył?

Lucydor:

— Jeszcze słowo! Na pani ciąży wielka odpowiedzialność. Co miał znaczyć uścisk ręki, kiedyś pani znała i czuć musiała moją przeokropną sytuację? Coś tak z gruntu złośliwego nigdy mi się jeszcze w świecie nie wydarzyło.

Julia:

— Dziękuj Panu Bogu. Teraz, kiedy się odpokutowało, już jest wszystko przebaczone. Ja nie chciałam pana, to prawda, ale że pan mnie nie chciał zupełnie, tego nie przebacza żadna dziewczyna. A ten uścisk ręki, zanotuj to pan sobie, był to figiel. Przyznaję, był on dotkliwszy, niż należało, a ja przebaczam sobie w ten tylko sposób, że panu darowuję. Niechże więc wszystko będzie darowane i zapomniane! Oto moja ręka.

Uścisnął tę rękę, a Julia zawołała:

— I oto jesteśmy z powrotem! Znajdujemy się znowu w naszym parku. I tak niebawem w świat szeroki się puścimy i powrócimy pewnie. Spotkamy się znowu.

Dostali się już przed salę ogrodową. Wydała się pusta. Towarzystwo, widząc z przykrością, że pora obiadowa nadmiernie się opóźni, skłoniło się do przechadzki. Antoni atoli i Lucynda pojawili się. Julia wyskoczyła z powozu na spotkanie przyjaciela, dziękowała mu serdecznym uściskiem i nie wstrzymywała łez najradośniejszych. Lica szlachetnego człowieka zarumieniły się, rysy jego się wygładziły, oko patrzało łzawo, a spod pokrywy ukazał się piękny, niepospolity młodzieniec.

I tak obie pary pociągnęły za towarzystwem, z uczuciami, których by nie zdołał natchnąć i sen najpiękniejszy.