Rozdział ósmy

Kto jest zdrajcą?

— Nie! Nie! — zawołał, wchodząc pośpiesznie i gwałtownie do wskazanego sobie pokoju i stawiając świecę. — Nie! To niepodobna! Ale dokąd się zwrócę? Po raz pierwszy myślę inaczej od niego, po raz pierwszy czuję, chcę inaczej... O mój ojcze! Gdybyś mógł tu niewidzialnie być obecnym, przenikać mnie na wskroś, to byś się przekonał, że wciąż jestem tym samym, wciąż wiernym, posłusznym, kochającym synem... Powiedzieć „Nie!”, sprzeciwiać się najdroższemu, długo pieszczonemu życzeniu ojca! Jakże ja to wyjawię? Jakże ja to wyrażę? Nie, ja nie mogę ożenić się z Julią... Wypowiadając to, doznaję przerażenia. I jakże ja przed nim stanę, jak mu to odkryję, dobremu, kochanemu ojcu? Spogląda na mnie zdziwiony i milczy, wstrząsa głową; rozważny, roztropny, uczony mąż nie umie słów znaleźć. Biada mi!... O, wiedziałbym doskonale, komu powierzyć te katusze, to zmartwienie, kogo wybrać na swojego obrońcę. Spomiędzy wszystkich ciebie, Lucyndo! I tobie najprzód chciałbym powiedzieć, jak cię kocham, jak ci się oddaję i jak proszę cię błagalnie: „Wstaw się za mną, a jeśli mnie kochasz, jeśli chcesz być moja, to wstaw się za nami obojgiem”.

Ażeby jednak ten krótki, serdecznie namiętny monolog objaśnić, potrzeba będzie użyć słów sporo.

Profesor N. w N. miał jedynaka, chłopca cudnej piękności, którego do ósmego roku pozostawił staraniom żony, kobiety najzacniejszej. Ona to kierowała godziny i dni dziecka ku życiu, nauce i dobremu postępowaniu. Umarła, a w tej chwili poczuł ojciec, że tej troskliwości osobiście dalej rozwijać nie może. Dotychczas stało wszystko zgodą między rodzicami; pracowali w jednym celu, uchwalali wspólnie, co w najbliższej przyszłości robić należy, a matka umiała wszystko mądrze przeprowadzić. Podwójna tedy i potrójna była troska wdowca, który wiedział i codziennie na własne oczy widział, że nawet synom profesorów akademickich pomyślne wykształcenie cudem tylko dostać się może.

W tym kłopocie zwrócił się do przyjaciela swego, oberamtmana60 w R., z którym już dawniej omówił plany ściślejszych związków rodzinnych. On potrafił doradzić i dopomóc, by syn przyjęty został do jednego z lepszych zakładów naukowych, jakie w Niemczech kwitły, a w którym dbano możliwie jak najlepiej o całego człowieka — o ciało, duszę i ducha.

Syn tedy został tam umieszczony, ale ojciec czuł się zbyt osamotniony, będąc pozbawionym małżonki i oddalonym od miłej obecności chłopca, którego widział bez własnego wysiłku tak pięknie kształconego. I tu się przydała przyjaźń oberamtmana. Odległość miejsc zamieszkania znikła wobec skłonności, wobec przyjemności ruchu, rozrywki. Tu znalazł osierocony profesor w kółku rodzinnym, również niemające matki, dwie piękne, dorastające, a odmiennie miłe, córeczki. Tu obaj ojcowie coraz to bardziej utwierdzali się w myśli, w nadziei zobaczenia kiedyś najradośniejszego połączenia swych domów.

Żyli w jednym, szczęśliwym księstwie. Zacny człowiek pewny był stanowiska swego na całe życia, a pożądany następca — prawdopodobny. Otóż według rozumnego planu rodzinnego i ministerialnego, miał się Lucydor przygotowywać do ważnej posady swego przyszłego teścia. I wiodło mu się to stopniowo. Niczego nie zaniedbano, by przekazać mu całą wiedzę, by w nim rozwinąć wszystkie uzdolnienia, jakich państwo potrzebuje w każdej chwili — więc było tam przestrzeganie surowego prawa sądowego i tego bardziej dowolnego, w którym roztropność i zręczność powinny towarzyszyć wykonawcy; były rachunki do użytku codziennego, nie wyłączając wyższych poglądów, ale wszystko bezpośrednio w zastosowaniu do życia, jak się tym na pewno i nieodwołalnie posługiwać należy.

W tym duchu spędził Lucydor swoje lata szkolne i został przez ojca i opiekuna przygotowany do akademii. Okazywał do wszystkiego talent niepospolity, a nadto zawdzięczał jeszcze naturze to rzadkie szczęście, że z miłości ku ojcu i z uszanowania dla przyjaciela chciał zdolności tam właśnie zwracać, gdzie mu wskazywano — zrazu wskutek posłuszeństwa, potem wskutek przekonania. Posłany został do zagranicznej akademii i tam zarówno według własnych sprawozdań, jak wedle świadectwa nauczycieli i inspektorów, szedł drogą, która go miała zaprowadzić do celu. Tego tylko nie można było chwalić, że w niektórych wypadkach okazywał się porywczo odważny. Ojciec z tego powodu kiwał głową, oberamtman mrugał. Któż by sobie nie życzył takiego syna?

Tymczasem dorastały córki, Julia i Lucynda. Młodsza — nęcąca, miła, niestała, nadzwyczaj rozmowna. Drugą trudno określić, gdyż w prostocie i czystości przedstawiała to, co uważamy za pożądane we wszystkich kobietach. Odwiedzano się wzajemnie, a Julia w domu profesora znalazła niewyczerpane przedmioty zainteresowania.

Geografia, którą umiał ożywić przez topografię, należała do jego zawodu. A gdy tylko Julia spostrzegła jeden tom, których z drukarni Homanna61 stał tam cały szereg, to zaraz wszystkie miasta były oglądane, oceniane, chwalone lub ganione. Wszystkie porty miały szczególne u niej łaski. Inne miasta, jeżeli chciały choć do pewnego stopnia otrzymać jej poklask, musiały się starannie odznaczać licznymi wieżami, kopułami i minaretami.

Ojciec zostawiał ją całymi tygodniami u wypróbowanego przyjaciela. Zyskiwała rzeczywiście na wiedzy i rozwadze i znała dosyć dobrze świat zamieszkały według zarysów głównych punktów i miejscowości. Zwracała też wielką uwagę na ubiory obcych narodów, a kiedy jej opiekun pytał czasami żartem, czy spomiędzy wielu ładnych młodzieńców, co przed oknem się snuli, ten lub ów nie podoba się jej naprawdę, ona odpowiadała: „O tak, rzeczywiście, jeżeli wygląda dziwnie”. A że nasi młodzi studenci nigdy się w tym nie opuszczają, miała więc często sposobność zainteresowania się tym lub owym. Przypominała sobie na nim jakiś ubiór narodów obcych, ale w końcu zapewniała, że musiałby chyba zjawić się przynajmniej Grek, wystrojony całkiem po narodowemu, żeby mu chciała poświęcić szczególną uwagę. Z tego też powodu pragnęła być na jarmarku lipskim62, gdzie takich ludzi można widzieć na ulicy.

Po swych suchych, a niekiedy przykrych pracach, nie miał nasz nauczyciel chwil szczęśliwszych nad te, kiedy ją, żartując, nauczał. I przy tym tajemnie tryumfował, że sobie wychowuje tak miłą, zawsze zainteresowaną, zawsze interesującą synową. Obaj zresztą ojcowie zgodzili się na to, żeby dziewczęta nie domyślały się nawet zamiaru. Ukrywano go także przed Lucydorem.

Tak mijały lata, jak w ogóle mijają łatwo. Lucydor się zjawił, skończony, przechodząc wszystkie egzaminy, nawet ku radości wyższych przełożonych, którzy tego tylko pragnęli, aby mogli z czystym sumieniem urzeczywistnić nadzieję starych, zacnych, łaskami obsypywanych i łask godnych sług państwa.

I tak tedy sprawa ta miarowym krokiem w końcu do tego doszła punktu, że Lucydor, wzorowo się prowadząc na stanowiskach podrzędnych, miał osiągnąć właśnie wedle zasługi i życzenia korzystną posadę, położoną jakby pośrodku między akademią a oberamtmanem.

Ojciec więc powiedział synowi o Julii, o której dotychczas napomykał tylko, jako o jego narzeczonej i małżonce, nie podnosząc wcale wątpliwości ani warunków i chlubiąc się szczęściem, że przyswoił sobie taki żywy klejnot. W duchu widział swoją synową znów od czasu do czasu u siebie, zajętą mapami, planami i wizerunkami miast. Syn natomiast przypominał sobie najmilszą, wesołą istotę, która go za czasów dzieciństwa zawsze rozweselała zarówno drażnieniem, jak uprzejmością. Miał właśnie Lucydor pojechać do oberamtmana, przypatrzyć się dorosłej piękności przez kilka tygodni dla przyzwyczajenia się i zaznajomienia, zżyć się z całym domem. Jeżeli młodzi, jak się spodziewano, wkrótce porozumieją się z sobą, to miano dać znać. Ojciec zjawiłby się natychmiast, aby uroczyste zaślubiny zapewniły oczekiwane szczęście na wieki.

Lucydor przybywa, zostaje przyjęty jak najprzyjaźniej, ma sobie wyznaczony pokój, urządza się i ukazuje. Oprócz znanych nam już członków rodziny, zastaje na wpół dorosłego jeszcze syna, rozpieszczonego co prawda, lecz zręcznego i dobrodusznego, tak że gdyby się go chciało wziąć za wesołego radcę, wcale by nieźle przystawał do całości. Dalej, należał też do domu bardzo stary, ale zdrowy, wesoły mężczyzna, cichy, grzeczny, rozumny, dożywający resztek życia, tylko tu i owdzie coś robiący. Zaraz po Lucydorze przybył jakiś obcy, już niemłody, ze znaczącą powierzchownością, pełen godności, obyty w świecie, a wysoce zajmujący znajomością najdalszych jego stron. Zwali go Antonim.

Julia przyjęła zapowiedzianego sobie narzeczonego przystojnie, ale uprzejmie. Lucynda zaś robiła honory domu, jak tamta swojej osoby. Tak przeszedł dzień niezmiernie przyjemnie dla wszystkich, tylko nie dla Lucydora. On, i tak milkliwy, musiał się kiedy niekiedy, aby nie zamilknąć zupełnie, posługiwać pytaniami, z czego nikt nie odnosi korzyści.

Całkiem był roztargniony, od pierwszego bowiem spojrzenia poczuł względem Julii nie niechęć lub wstręt, ale dystans. Lucynda natomiast przyciągała go tak, że drżał, kiedy nań spojrzała swymi pełnymi, jasnymi, spokojnymi oczyma.

Tak udręczony, dostał się tego pierwszego wieczoru do swej sypialni i wylał swe uczucia w owym monologu, od którego zaczęliśmy. Atoli, ażeby go objaśnić, oraz wytłumaczyć, jakim sposobem gwałtowność takiej pełni słów zgadzać się może z tym, co już o nim wiemy, potrzeba będzie krótkiego zastanowienia.

Lucydor głęboko był uczuciowy i zazwyczaj miał na myśli co innego, niż to, czego obecność wymagała — stąd w zabawie i w rozmowie nigdy mu się nie szczęściło. Czuł to i milczał, chyba że mówiono o pewnych określonych przedmiotach, które przestudiował, z których zawsze mu wszystko było na usługi, czego potrzebował. Przyczyniło się do tego również to, że najprzód w szkole, potem w uniwersytecie zawiódł się na przyjaciołach i wylewy serca swego nieszczęśliwie zmarnował. Każde zwierzenie przejmowało go obawą, a obawa przecina wszelkie zwierzenie. Z ojcem przywykł mówić unisono63 tylko, a pełnia jego serca wybuchała jedynie w monologach, kiedy był sam.

Nazajutrz zebrał siły, a przecież o mało przytomności nie stracił, gdy go Julia przywitała jeszcze przyjaźniej, weselej i swobodniej. Umiała dużo wypytywać o jego podróże po lądzie i wodzie, kiedy jako student z tłumoczkiem na plecach przewędrował i przedrapał się po Szwajcarii, a nawet zaszedł za Alpy64. To chciała się wiele dowiedzieć o pięknej wyspie, na dużym południowym jeziorze, to znowu, cofając się, pragnęła towarzyszyć Renowi65, od źródła poczynając, poprzez wcale niezabawne okolice wciąż na dół wśród zmian i zagięć przeróżnych, aż wreszcie między Moguncją66 i Koblencją67 warte było jeszcze zachodu wypuścić z czcią rzekę z ostatniego jej ograniczenia w świat szeroki, do morza.

Lucydor czuł się tu znacznie swobodniejszy, opowiadał chętnie i dobrze, tak, iż Julia zachwycona zawołała: „Coś takiego trzeba widzieć samowtór68”. To znowuż przeraziło Lucydora, gdyż zdało mu się, że w tym się kryje napomknienie o wspólnej ich wędrówce przez życie.

Od obowiązku opowiadacza został jednak niebawem zwolniony, gdyż obcy, którego zwano Antonim, zamącił nader szybko wszystkie źródła górskie, brzegi skalne, ściśnięte i swobodne rzeki. Teraz szło się wprost do Genui69, Livorno70 leżało niedaleko, najbardziej interesujące rzeczy w kraju brało się szturmem. Neapol71 trzeba było widzieć, zanim by się umarło, potem zostawał jeszcze Konstantynopol72, którego także nie można było zaniedbać. Opis, jaki Antoni dawał o dalekim świecie, porywał wyobraźnię wszystkich, chociaż nie okazywał on wiele zapału. Julia, nie posiadając się z radości, nie chciała na tym poprzestać. Wzdychała jeszcze do Aleksandrii73 i Kairu, a zwłaszcza do piramid, o których dosyć wyczerpujące powzięła wiadomości z nauk swego domniemanego teścia.

Lucydor, zaraz wieczorem — ledwie drzwi przymknąwszy, a świecy jeszcze nie postawiwszy — zawołał:

— No, namyśl się teraz! To rzecz serio. Wiele żeś się nauczył i przemyślał rzeczy serio. Na cóż się zdała erudycja prawna, jeżeli teraz nie działasz jako człowiek prawy? Uważaj siebie za pełnomocnika, zapomnij o sobie samym i rób to, co byś obowiązany był robić dla innych. Zacieśniają się więzy w sposób okropny. Cudzoziemiec bawi tu oczywiście dla Lucyndy. Ona mu okazuje najpiękniejsze, najszlachetniejsze, towarzysko domowe względy. Mała wariatka chciałaby z każdym latać po świecie, tak sobie, byle latać. Prócz tego jest ona figlarką; jej zajęcie się miastami i krajami to żarty, którymi nas zmusza do milczenia. Ale dlaczego patrzy na tę rzecz tak mętnie i ciasno? Czyż oberamtman sam nie jest najrozsądniejszym, najrozważniejszym, najmilszym pośrednikiem? Powiedz mu, co czynisz i myślisz, a on wspólnie myśleć, jeśli nie współczuć, będzie. Wymoże on wszystko na ojcu. I czyż jedna i druga nie są jego córkami? A cóż ten Antoni podróżnik chce od Lucyndy, zrodzonej dla domu, aby szczęśliwą być i szczęście tworzyć. Niech się to drgające, żywe srebro przylepi do Żyda Tułacza74, a będzie to partia najprzyjemniejsza.

Z rana zszedł Lucydor na dół z mocnym postanowieniem rozmówienia się z ojcem i zajścia do niego w tym względzie bez zwłoki w znanych godzinach wolnych. Jakże wielki był ból jego i zakłopotanie, gdy się dowiedział, że oberamtman, wyjechawszy za interesami, spodziewany jest dopiero pojutrze. Julia, zdawało się, miała dziś także swój dzień podróżny. Trzymała się wędrowca i po kilku dowcipkach, odnoszących się do spraw domowych, Lucydora pozostawiła Lucyndzie. Jeśli przedtem przyjaciel nasz, widząc szlachetną dziewczynę z pewnej odległości, według ogólnego wrażenia, serdecznie się już do niej przywiązał, to będąc teraz bardzo blisko, musiał podwojone i potrojone postrzegać to wszystko, co go pociągnęło najprzód ogólnie.

Uwydatnił się teraz poczciwy, stary przyjaciel domu, zastępujący nieobecnego ojca. I on żył, kochał i pomimo licznych perypetii życiowych stał przecież wyświeżony i dobrze zachowany u boku przyjaciela swojej młodości. Ożywiał on rozmowę; rozwodził się mianowicie nad omyłkami w wyborze małżonki, opowiadał ciekawe przykłady za wczesnych i spóźnionych oświadczyn. Lucynda ukazała się w całym swym blasku. Wyznała, że przypadek wszelkiego rodzaju w życiu, a więc i w związkach małżeńskich, może dokonać rzeczy najlepszych, ale że daleko jest piękniej, podnioślej, jeżeli człowiek ma prawo powiedzieć sobie, iż szczęście swoje zawdzięcza sobie samemu, cichemu, spokojnemu przeświadczeniu swego serca, szlachetnemu zamiarowi i szybkiemu postanowieniu. Lucydorowi stały łzy w oczach, kiedy temu przyklaskiwał. Po czym panny niebawem się oddaliły. Stary przyjaciel chętnie wdawał się w opowiadanie historii różnorodnych i rozmowa przeszła na weselsze przykłady, które jednak na tyle blisko obchodziły bohatera naszego, że tylko tak pięknie wykształcony młodzieniec mógł przemóc się, by nie wybuchnąć. Lecz wybuchnął, gdy tylko sam został.

— Trzymałem się! — zawołał. — Takim bałamuctwem nie chcę dręczyć swego dobrego ojca. Trzymałem się, gdyż widzę w tym zacnym przyjacielu domu zastępcę obu ojców. Jemu powiem, jemu wszystko odkryję, on zostanie z pewnością pośrednikiem. Wypowiedział już prawie to, czego ja pragnę. Mógłby w poszczególnym wypadku ganić to, co pochwala w ogóle? Jutro rano pójdę do niego, muszę od tego ucisku odetchnąć.

Przy śniadaniu nie było starca. Stwierdzono, że wczoraj wieczorem mówił za dużo, siedział za długo i wypił parę kropli wina ponad swój zwyczaj. Wiele powiedziano na jego pochwałę — i to właśnie takie zdania i czyny do rozpaczy doprowadzały Lucydora, który żałował, że się nie zwrócił ku niemu natychmiast. To nieprzyjemne uczucie zaostrzyło się jeszcze, kiedy się dowiedział, że wobec takich wypadków poczciwy staruszek niekiedy nie pokazywał się przez cały tydzień.

Pobyt na wsi ma dla pożycia towarzyskiego wielkie zalety, zwłaszcza, gdy ugaszczający, jako osoby myślące i czujące, czuli się przez lat wiele zobowiązani do przychodzenia z pomocą naturalnemu charakterowi swego otoczenia. Tak się szczęśliwie stało tutaj. Oberamtman, z początku nieżonaty, potem w długim, szczęśliwym małżeństwie, sam z siebie zamożny, mający korzystną posadę, według własnego smaku i rozwagi, z amatorstwa żony, a w końcu dla dogodzenia życzeniu i zachciankom dzieci, postarał się od dawna o większe i mniejsze oddzielne budynki, które dzięki starannej opiece powoli połączone gustownie roślinnością i ścieżkami, nastręczały przechadzającemu się nadzwyczaj miłe, różnorodnie od siebie odskakujące, charakterystyczne scen następstwo. Taką pielgrzymkę zorganizowali też nasi młodzi członkowie rodziny swemu gościowi, bo się swoje włości chętnie pokazuje obcemu, ażeby to, co dla nas zwykłe się stało, zauważył ze zdziwieniem i zachował stąd na zawsze przyjemne wrażenie.

Najbliższa jak i dalsza okolica była w wysokim stopniu stosowna dla skromnych zabudowań i prawdziwie wiejskich domków. Urodzajne wzgórza następowały po dobrze nawodnionych łąkach, tak że całość widzieć było można od czasu do czasu, chociaż nie była płaszczyzną. A jeżeli grunt i ziemia pożytkowi głównie były poświęcone, to przecież wdzięku i powabu wcale nie wykluczono.

Do zabudowań głównych i gospodarskich przytykały wirydarze, sady i trawniki, z których niespodziewanie dostawano się do lasku, przez który wiły się drogi w najrozmaitszych kierunkach. Tu w środku, na miejscu najwyższym, wznosiła się sala z przytykającymi do niej pokojami. Kto wszedł drzwiami głównymi, widział w wielkim zwierciadle najładniejszy widok, jakiego dostarczyć mogła okolica, i znów się rychło odwracał, by odpocząć w rzeczywistości po niespodziewanym obrazie. Gdyż wejście było urządzone dosyć kunsztownie i ukryte zostało przebiegle wszystko, co miało wywołać niespodziankę. Nikt tu nie wchodził, kto by się nie chciał po kolei zwracać od zwierciadła do natury i od natury do zwierciadła.

Wybrawszy się w drogę w dzień prześliczny, nader pogodny i najdłuższy, odbywano rozumną wycieczkę po niwach, wokoło całości i przez nią. Tu wskazywano spoczynek wieczorny dobrej matki, gdzie buk wspaniały zatrzymał dla siebie swobodną wokół przestrzeń. Zaraz potem Julia na wpół drwiąco wymieniła nabożeństwo poranne Lucyndy, w pobliżu potoku, między topolami i olszyną, przy spuszczających się w dół łąkach, a wznoszących się w górę rolach. Niepodobna opisać, jakie to ładne! Widziało się to niby już wszędzie, lecz nigdzie tak znaczące i tak pożądane w swojej prostocie. Natomiast junkier75, także po części wbrew woli Julii, wskazywał malutkie altanki i dziecinne ogródki, które ledwie dostrzec było można przy zacisznie położonym młynie. Pochodziły one jeszcze z czasów, kiedy Julia, w dziesiątym może roku życia, wbiła sobie w głowę zostać młynarką i po odejściu dwojga starych, samej się zająć i wyszukać sobie dzielnego młynarczyka.

— Było to w epoce — zawołała Julia — kiedym nic jeszcze nie wiedziała o miastach, leżących nad rzekami, lub o morzu, nic o Genui itd. Pański poczciwy ojciec, Lucydorze, nawrócił mnie i od tego czasu nieczęsto tu zachodzę.

Usiadła przekornie na ławeczce, która ją ledwie udźwignąć mogła, pod krzakiem bzu, który się nachylił za nisko.

— Pfe z tym nachylaniem się! — zawołała, poskoczywszy i pobiegłszy naprzód z wesołym bratem.

Pozostała za nimi para rozmawiała rozsądnie, a w takich wypadkach rozsądek zbliża się bardzo do uczucia. Przebiegać kolejno proste przedmioty natury, spokojnie rozważać, jak rozsądny, zacny człowiek umie z nich korzyść odnieść, jak wglądnięcie w to, co istnieje, łącząc się z poczuciem jego potrzeb, robi cuda, by świat uczynić naprzód mieszkalnym, potem go zaludnić, a w końcu przeludnić — wszystko to mogło tu stać się przedmiotem rozmowy. Lucynda zdawała ze wszystkiego sprawę i, jakkolwiek była skromna, nie mogła ukryć, że wygodne, przyjemne połączenia oddalonych części były jej dziełem, dokonanym przy wskazówkach, pod kierunkiem i opieką uwielbianej matki.

Ale że najdłuższy dzień nawet w końcu chyli się ku wieczorowi, trzeba więc było pomyśleć o powrocie. A kiedy zamierzano pójść jakimś przyjemnym manowcem, wesoły brat zażądał, żeby się puścić krótszą, chociaż nie zabawną, ba, uciążliwą nawet, drogą.

— Bo wy — zawołał — chlubiłyście się swymi budowlami i przybudówkami, jak żeście upiększyły i ulepszyły okolicę dla oczu malarskich i serc czułych. Ale pozwólcież i mnie zdobyć uznanie.

Musiano tedy po zaoranych miejscach i chropowatych ścieżkach — ba, nawet po przypadkowo narzucanych na bagniska kamieniach — wędrować. I ujrzano, już z pewnej odległości, zmieszaną kupę różnorodnych przyrządów. Rozpatrzony bliżej, był to wielki plac gier i zabaw, urządzony nie bez rozumu, a w duchu ludowym do pewnego stopnia. Stały więc tu, postawione w odpowiednich odległościach: wielki młyn diabelski, na którym bujający się w górę lub na dół zawsze jednakowo siedzą poziomo, innego rodzaju huśtawki, trampoliny, drążki, kręgle i co tylko wymyślić można, aby na dużym wygonie76 zająć i zabawić tłum ludzi w sposób najrozmaitszy, a równomierny.

— To — zawołał — jest moim wynalazkiem, moim zakładem! A chociaż ojciec łożył na to pieniądze, a biegły rzemieślnik głowy użyczył, to przecież gdyby nie ja, którego często zowiecie nierozumnym, rozum i pieniądze nie zeszłyby się były razem.

W tak wesołym usposobieniu wrócili wszyscy czworo wraz z zachodem słońca do domu. Zjawił się Antoni, a mała, której jeszcze nie wystarczył ten dzień ruchliwy, kazała zaprząc i pojechała przez wieś do przyjaciółki, zrozpaczona, że jej od dwóch dni nie widziała. Czworo pozostałych czuło zakłopotanie; zanim się na tym spostrzeżono, wypowiedziano nawet myśl, że nieobecność ojca niepokoi domowych. Rozmowa zaczęła ustawać, gdy nagłe wesoły junkier poskoczył i powrócił niebawem z książką, proponując siebie na lektora. Lucynda nie powstrzymała się od pytania, skąd mu się wzięła ochota, której nie miał od roku. Na co on odparł wesoło:

— Mnie wszystko przychodzi do głowy w czasie właściwym, czym wy pochlubić się nie możecie.

Czytał cały szereg istotnych baśni, które wywodzą człowieka z siebie samego, pochlebiają jego życzeniom i każą mu zapominać o wszelkim uwarunkowaniu, w jakim zawsze jesteśmy zamknięci — nawet w chwilach najszczęśliwszych.

— Co ja pocznę! — zawołał Lucydor, sam zostawszy wreszcie. — Godziny pędzą. Do Antoniego nie mam wcale zaufania, on jest zupełnie obcy. Nie wiem, kto on, jakim sposobem wszedł do tego domu ani czego chce. Zdaje się, że się stara o Lucyndę. Czego bym więc po nim mógł się spodziewać? Nie pozostaje mi nic innego, jak się wprost zwrócić do Lucyndy. Ona o tym wiedzieć powinna, ona pierwsza. Takie było pierwsze moje uczucie. Dlaczego dajemy się sprowadzić na drogi przebiegłości? Pierwsze powinno być też ostatnim i mam nadzieję, że dojdę do celu.

W sobotę rano chodził Lucydor, wcześnie ubrany, po swym pokoju, rozważając z tej i owej strony, co ma powiedzieć Lucyndzie. Wtem posłyszał za swymi drzwiami coś niby żartobliwą sprzeczkę, która się jednak rychło skończyła. Wesoły junkier popchnął przed sobą chłopca z kawą i pieczywem dla gościa, sam niósł zimne mięsiwa i wino.

— Powinieneś iść naprzód — wołał młodzik — gdyż gość musi być wpierw obsłużony, ja przywykłem służyć sam sobie. Przyjacielu! Dzisiaj przychodzę trochę wcześniej i z hałasem. Spożyjmy śniadanie w spokoju, a potem zobaczymy, co robić, bo od towarzystwa niewiele się możemy spodziewać. Mała nie wróciła jeszcze od swej przyjaciółki. One muszą co najmniej raz na dwa tygodnie wytrząsnąć swe serce, jeżeli nie ma pęknąć. Lucynda w sobotę jest do niczego, posyła ojcu punktualnie swój rachunek gospodarczy. Do tego i ja bym powinien się przyczynić, ale niech mnie Bóg broni i zachowa! Kiedy wiem, ile kosztuje jakaś rzecz, to mi żaden kąsek nie smakuje. Na jutro spodziewani są goście. Stary jeszcze nie przyszedł do równowagi. Antoni na polowaniu. I my zrobimy to samo.

Strzelby, torby i psy były gotowe, kiedy zeszli na podwórze. Potem udali się polami, gdzie, bądź co bądź, zastrzelono młodego zająca i biednego, obojętnego ptaszka. Tymczasem rozmawiano o obecnych stosunkach domowych i towarzyskich. Wymienione zostało nazwisko Antoniego, a Lucydor nie zaniechał wywiedzieć się o nim dokładniej. Wesoły junkier, z niejakim zadowoleniem z siebie samego, zapewniał, że tego dziwnego człowieka, chociaż się tak tajemniczo przedstawia, przeniknął przecież na wskroś.

— Jest to niewątpliwie — mówił dalej — syn bogatego domu handlowego, który zbankrutował właśnie w chwili, gdy on w pełni młodości zamyślał wziąć udział z siłą i rzeźwością w wielkich interesach, a przy tym korzystać z obficie nastręczających się rozkoszy. Strącony ze szczytu swoich nadziei, zebrał siły i służąc innym, czynił to, czego już nie mógł dokonać dla siebie i swoich. Tak przejechał sobie świat, poznał go i wzajemne jego stosunki jak najdokładniej, a nie zapominał przy tym o swych korzyściach. Niestrudzona działalność i wypróbowana uczciwość zapewniły mu i zachowały u wielu zaufanie bezwarunkowe. Tym sposobem pozyskał sobie wszędzie znajomych i przyjaciół. Ba, łatwo nawet zauważyć, że majątek jego tak szeroko rozdzielony jest po świecie, jak daleko sięgają jego znajomości, a z tego powodu jego obecność we wszystkich czterech częściach świata jest od czasu do czasu konieczna.

Szczegółowiej i naiwniej opowiedział to wszystko wesoły junkier, dołączając niejedną żartobliwą uwagę, jakby bajkę swoją zamierzał bardzo szeroko rozsnuwać.

— Od jakże dawna zostaje on w związku z moim ojcem! Moi sądzą, iż ja nic nie widzę, dlatego, że się o nic nie troszczę. Ależ właśnie dlatego widzę tym lepiej, że mnie to nic nie obchodzi. U ojca mego złożył dużo pieniędzy, a ten znowu umieścił je korzystnie i w pewnym miejscu. Nie dawniej jak wczoraj wręczył staremu szkatułkę z klejnotami. Nie widziałem nic prostszego, piękniejszego i cenniejszego, chociaż jednym tylko rzutem oka, gdyż robiono to tajemnie. Prawdopodobnie ma być ona poświęcona narzeczonej ku przyjemności, zadowoleniu i bezpieczeństwu przyszłemu. Antoni zaufanie swoje położył w Lucyndzie! Ale gdy patrzę na nich razem, nie mogę ich uważać za należycie dobraną parę. Podlotek byłby lepszy dla niego. Sądzę nawet, że woli go ona niż starsza. Spogląda też niekiedy rzeczywiście na starego wygę tak wesoło i współczująco, jakby miała siąść z nim do powozu i stąd ulecieć.

Lucydor otrząsnął się. Nie wiedział, co odrzec. Wszystko, co słyszał, podobało mu się serdecznie. Młodzik mówił dalej:

— W ogóle dziewczyna ma opaczną skłonność ku starym ludziom. Sądzę, że ona by równie swobodnie wyszła za pańskiego ojca, jak i za jego syna.

Lucydor szedł za swym towarzyszem, chociaż go ten prowadził przez pniaki i kamienie. Obaj zapomnieli o polowaniu, które i bez tego nie mogło być obfite. Weszli na jakieś podwórze folwarczne, gdzie zostali dobrze przyjęci. Jeden z przyjaciół zabawiał się jedzeniem, piciem i gadaniem, a drugi zatopił się w myślach i rozważaniu, jakby mógł na swą korzyść obrócić zrobione odkrycie.

Lucydor po tych wszystkich opowiadaniach i wyjaśnieniach nabrał tyle zaufania do Antoniego, że zaraz po wejściu na dziedziniec zapytał o niego i pośpieszył do ogrodu, gdzie go miał znaleźć. Przebiegł wszystkie drożyny parku przy pogodnym słońcu wieczornym — na próżno! Nigdzie żywej duszy. W końcu wszedł w drzwi wielkiej sali i, rzecz dosyć dziwna, zachodzące słońce, odbite od zwierciadła, tak go olśniło, że nie mógł poznać dwóch osób siedzących na kanapie. Ale tyle rozróżnił, że ręka panny całowana była bardzo ogniście przez mężczyznę obok niej siedzącego. Jakżeż wielkie było tedy jego przerażenie, gdy przy wróconym spokoju oczu ujrzał przed sobą Lucyndę i Antoniego! Chciałby się był zapaść, ale stał jak wkopany, gdy go Lucynda powitała jak najprzyjaźniej i całkiem niezakłopotana usunęła się, proponując, by usiadł po prawej stronie. Opuścił się na siedzenie bezwiednie, a kiedy mowę ku niemu zwróciła, wypytując o dzień dzisiejszy i prosząc o przebaczenie za swe zajęcia domowe, głos jej znieść mógł zaledwie. Antoni powstał i pożegnał się z Lucyndą, a ona, również się podnosząc, zaprosiła siedzącego jeszcze na przechadzkę. Idąc obok niej, był milczący i zakłopotany. I ona wydawała się zaniepokojona. A gdyby on choć trochę miał przytomności, to by mu głębokie westchnienia zdradzić musiały, że ona stara się utaić serdeczne wzruszenie. Pożegnała się wreszcie, gdy się zbliżyli do domu, on zaś zwrócił się z początku powoli, potem gwałtownie ku otwartej przestrzeni. Park był dla niego ciasny; biegł przez pole, słysząc tylko głos swego serca, nie zważając na piękności najpyszniejszego wieczoru. Ujrzawszy się samotnym i ulżywszy uczuciom swoim za pomocą uspokajającego płaczu, zawołał:

— Kilkakroć już w życiu, lecz nigdy tak strasznie, doznałem bólu, który mnie oto czyni najnędzniejszym; kiedy najbardziej upragnione szczęście przystępuje do nas wreszcie ręka w rękę, ramię przy ramieniu, a zarazem zapowiada nam rozstanie na wieki. Siedziałem przy niej, szedłem koło niej, powiewna suknia dotykała mnie, a już ją utraciłem! Nie wyobrażaj sobie tego, nie drażnij się tym, milcz i decyduj się!

Sam sobie usta zamykał, milczał i myślał, krocząc przez pola, łąki i zarośla — nie zawsze najbardziej dostępnymi ścieżkami. Dopiero wróciwszy późno do swego pokoju, nie wytrzymał i zawołał:

— Jutro rano oddalę się, takiego drugiego dnia przeżyć nie chcę!

I tak, w ubraniu, rzucił się na posłanie... Szczęśliwa, zdrowa młodość! Spał już, nużąca ruchliwość dnia przyniosła mu najłagodniejszy spoczynek nocny. Z pocieszających jednak snów rannych zbudziło go bardzo wczesne słońce. Był to właśnie dzień najdłuższy, który dla niego mógł się stać zbyt długi. Jeżeli wcale nie korzystał z wdzięku uspokajającej gwiazdy wieczornej, to pobudzającą piękność poranka na to tylko odczuł, aby popaść w rozpacz. Widział świat tak wspaniałym jak nigdy — dla oczu jego był on jeszcze takim, ale serce mu przeczyło. To wszystko nie należało już do niego. Utracił Lucyndę.