Rozdział piąty

Dziennik Leonarda

Poniedziałek, 15 września

Wśród głębokiej nocy, z trudem dotarłszy do połowy wysokości góry, dostałem się do znośnej oberży, a już przed świtem, ku wielkiemu zmartwieniu memu, zbudziły mnie ze snu pokrzepiającego przeciągłe dźwięki dzwonków i dzwonów. Długi szereg jucznego bydła przeciągnął, zanim się mogłem ubrać i wyprzedzić go. Puszczając się w swoją drogę, przekonałem się bardzo rychło, jak nieprzyjemne i przykre jest takie towarzystwo. Monotonne dzwonienie ogłusza słuch. Pakunki, wystające daleko poza oba boki zwierząt (dźwigały one teraz wielkie wory bawełny), ocierają się z jednej strony o skały; jeżeli zwierzę, chcąc tego uniknąć, na drugą przejdzie stronę, to brzemię unosi się nad przepaścią, wzbudzając w widzu niepokój i zawrót głowy. A co najgorsze, w obu wypadkach niepodobna się przemknąć i pójść przodem.

Nareszcie wydostałem się z boku na skałę otwartą, gdzie święty Krzysztof, który niósł krzepko moje rzeczy, powitał człowieka, co stojąc w milczeniu, zdawał się oglądać przeciągający orszak. Istotnie — był to przywódca. Nie tylko należała do niego znaczna liczba obładowanych zwierząt (niektóre wynajął wraz z poganiaczami), ale był także właścicielem mniejszej części towarów; zajęcie zaś jego głównie polegało na starannym dopilnowaniu transportu dla większych kupców. Z rozmowy dowiedziałem się od niego, że jest to bawełna, przybywająca z Macedonii i Cypru przez Triest156, którą od stóp góry na mułach i koniach jucznych przewozi się przez te wyżyny i dalej, aż na drugą gór stronę, gdzie prządki i tkacze niezliczeni w dolinach i wąwozach przygotowują ogromny zapas poszukiwanych towarów dla zagranicy. Wory dla wygodniejszego ładunku mieściły ciężar półtrzecią157 lub trzy centnary158 wynoszący — to drugie stanowi pełne brzemię bydlęcia jucznego. Człowiek ten chwalił jakość bawełny tą drogą przybywającej, porównywał ją z bawełną przywożoną z Indii Wschodnich159 i Zachodnich160, a zwłaszcza z Cayenne161, jako z najbardziej znanymi. Wydawał się bardzo dobrze poinformowany o swym zajęciu, a ponieważ dla mnie nie było ono całkiem nieznane, mieliśmy tedy bardzo przyjemną i pożyteczną rozmowę.

Tymczasem cały orszak przeszedł, a ja z jakimś wstrętem ujrzałem na wijącej się w górę ścieżce skalistej nieprzejrzany szereg tych opakowanych stworzeń, za którymi trzeba się było piąć i piec między skałami w słońcu, wznoszącym się coraz wyżej. Kiedym się na to użalał przed swoim tragarzem, przystąpił do nas krępy, rześki mężczyzna, który na dosyć dużym kiju niósł lekkie stosunkowo, jak się zdawało, brzemię. Powitaliśmy się, a po silnych potrząśnięciach rąk, łatwo było spostrzec niebawem, że święty Krzysztof i ten nowy przybysz doskonale się znają ze sobą. Toteż dowiedziałem się zaraz, co następuje. Dla dalszych okolic w górach, dokąd każdemu poszczególnemu robotnikowi za daleko byłoby chodzić na targ, istnieje pewien rodzaj podrzędnego handlarza czy kramarza, nazywanego roznosicielem przędzy (niem. Garnträger). Chodzi on po wszystkich dolinach i kątach, wstępuje od domu do domu, przynosi prządkom bawełnę w małych partiach, zamienia na przędzę albo ją kupuje — jakiejkolwiek jest wartości — i zostawia ją znowu z pewną korzyścią w większych ilościach fabrykantom, osiadłym niżej.

Otóż kiedy znowu zgadało się o niedogodności wleczenia się za mułami, zaprosił mnie zaraz ów człowiek, żebym z nim zszedł w boczną dolinę, która właśnie oddzielała się od doliny głównej, odprowadzając wodę ku innej okolicy. Rychło się zdecydowałem. A gdyśmy z niejakim wytężeniem przeszli trochę stromy grzebień górski, ujrzeliśmy przed sobą zbocza z drugiej strony, zrazu bardzo niewesołe — skała się zmieniła i ukośne przybrała położenie, roślinność nie ożywiała zgoła kamieni i żwiru, widać było groźne, spadziste zejście. Strumyki sączyły się z wielu stron. Przechodzono nawet koło małego jeziorka, otoczonego stromymi skałami. Na koniec pojawiły się, z początku pojedynczo, później w kupkach, sosny, modrzewie i brzozy, potem rozrzucone pomiędzy nimi mieszkania wiejskie — co prawda w najbiedniejszym rodzaju, każda chata sklecona z dylów zazębionych przez samychże ich mieszkańców. Na wielkich dranicach162 dachowych leżały kamienie dla ochrony od działania wiatru. Pomimo tego smutnego wyglądu, z zewnątrz ograniczona, przestrzeń wewnętrzna nie była przecież nieprzyjemna; ciepła i sucha, utrzymana w czystości, bardzo dobrze przystawała do pogodnej powierzchowności mieszkańców, wśród których bardzo prędko czuło się swoim po wiejsku.

Zdawało się, że oczekiwano roznosiciela. Wypatrywano go nawet spoza małych okienek, gdyż przychodził zazwyczaj, o ile to było możliwe, w tym samym dniu tygodnia — kupował przędzę, sprzedawał świeżą bawełnę, potem schodził szybko na dół, gdzie dużo domów w niewielkiej od siebie znajdowało się odległości. Ledwie nas spostrzeżono, zbiegli się mieszkańcy z powitaniem, dzieci się cisną i jajecznik163 albo nawet bułka radość im wielką sprawia. Wszędzie była radość wielka, a wzrosła jeszcze, gdy się okazało, że święty Krzysztof nabrał także podobnych rzeczy i rad był również zyskać sobie podziękowanie dzieci, tym dla niego przyjemniejsze, że podobnie jak jego towarzysz wybornie się umiał z malcami obchodzić.

Starzy natomiast mieli w pogotowiu dużo pytań. Każdy chciał coś wiedzieć o wojnie, która na szczęście toczyła się w oddali, a nawet niezbyt byłaby niebezpieczna w pobliżu takich okolic. Cieszyli się przecież spokojem, chociaż troska ich obsiadała z powodu innego zagrażającego niebezpieczeństwa. Niepodobna było bowiem utaić, że maszyny coraz bardziej rozpowszechniały się w kraju i groziły pracowitym rękom powolnym odebraniem zarobków. Dało się jednak przytoczyć niemało uwag pocieszających i przejmujących nadzieją.

Człowieka owego wypytywano tymczasem o radę w niejednym wypadku życia. Ba, musiał występować nie tylko jako przyjaciel, ale też i jako lekarz domowy, nosząc ze sobą zawsze krople cudowne, sole i balsamy.

Wstępując do różnych domów, miałem sposobność oddać się swemu dawnemu amatorstwu i zapoznać się z techniką przędzenia. Zauważyłem dzieci, które starannie i pilnie zajmowały się skubaniem kosmyków bawełny i oddzielaniem ziarenek, okruchów z łupinek wraz z innymi cząstkami zanieczyszczającymi — nazywają to wybieraniem (niem. erlesen). Zapytałem, czy to jest zajęcie dzieci tylko, ale się dowiedziałem, że podczas zimowych wieczorów trudnią się tym także mężowie i bracia.

Następnie, słusznie, zwróciły na siebie uwagę moją rześkie prządki. Przygotowywanie odbywa się w sposób następujący: wybraną, czyli oczyszczoną, bawełna rozciąga się równo na kardach164, które zazwyczaj gręplą nazywamy; grępluje się, przez co odchodzi kurz, a włoski bawełny przybierają jednostajny kierunek. Potem zdejmuje się, wiąże się mocno w pasma i tak przygotowuje do przędzenia na kołowrotku.

Pokazano mi przy tym różnicę pomiędzy przędzą zwróconą w lewo i w prawo. Tamta jest zwykle delikatniejsza, a robi się w ten sposób, że strunę, obracającą wrzeciono, zakłada się na wiertałkę165, jak to pokazuje rysunek (którego my, niestety, jak i innych, pokazać nie możemy).

Prządka siedzi przed kołowrotkiem, niezbyt wysoko. Niektóre utrzymują go w stałej pozycji, między założonymi na siebie nogami, inne tylko prawą stopą, lewą w tył cofając. Prawą ręką obraca tarczę i sięga tak daleko i tak wysoko, jak tylko może, skutkiem czego powstają piękne ruchy, a smukła postać przez powabne wygięcia ciała i okrągłą pełnię ramion odznacza się korzystnie. Kierunek zwłaszcza drugiego sposobu przędzenia daje kontrast bardzo malowniczy, tak że nasze najpiękniejsze damy nie potrzebowałyby się obawiać utraty prawdziwego wdzięku i powabu, gdyby zechciały — zamiast gitary — trzymać kołowrotek.

Wśród takiego otoczenia powstawały we mnie nowe uczucia. Warczące koła posiadają pewną wymowę, dziewczęta śpiewają psalmy, a także, choć rzadziej, inne pieśni.

Czyżyki i szczygły, wiszące w klatkach, ćwierkają tymczasem. I trudno byłoby znaleźć obraz ruchliwszego życia nad to, jakie toczy się w izbie, gdzie jest wiele prządek.

Nad opisaną tu przędzę kołowrotkową wyższa jest przecież inna, zwana ręczną. Używa się do niej bawełny najlepszej, mającej dłuższe od innych włoski. Kiedy została oczyszczona, rozciąga się ją nie na grępli, lecz na grzebieniach, składających się z pojedynczych rzędów długich igieł stalowych, i czesze się ją. Potem dłuższą i delikatniejszą jej część zdejmuje się pasemkami za pomocą tępego noża — technicznie nazywa się to struganiem (niem. ein Schnitz); zwija się, wkłada w tutkę papierową, a tę następnie przymocowuje się do kądzieli166. Z takiej to tutki przędzie się w ręku wrzecionem, dlatego nazywa się to po niemiecku aus dem Brief spirmen (prząść z listu), a otrzymaną przędzę — Briefgam.

Zajęcie to, uprawiane tylko przez osoby spokojne i rozważne, nadaje prządce wygląd łagodniejszy niż przy kołowrotku. Jeżeli to pasuje jak najlepiej do wysokiej, smukłej postaci, to tamtym zdobi się kształt spokojny, delikatny. Takie różne charaktery, różnym oddane robotom, ujrzałem w znacznej liczbie, w jednej izbie. I nie wiedziałem w końcu, czy uwagę swoją poświęcić pracy czy pracownicom.

Ale też nie mogę zaprzeczyć, iż mieszkanki gór, pobudzone przez rzadkich gości, okazywały się miłe i uprzejme. To je szczególniej cieszyło, żem się tak dokładnie o wszystko wywiadywał, żem zważał na to, co mi mówiły, żem rysował sprzęty i prostą maszynerię, kreśląc pobieżnie, ale dobitnie piękne członki — jak to powinno być widoczne tutaj167.

Z nadejściem wieczoru pokazano wykonaną robotę, pełne wrzeciona odłożono do skrzynek na to przeznaczonych i starannie sprzątnięto całą pracę dnia. Zaznajomiliśmy się już lepiej, a praca szła przecież swoim porządkiem. Zajmowano się teraz zwijaniem na motowidła168, pokazywano też znacznie swobodniej już to narzędzie, już to sposób postępowania, a ja zapisywałem wszystko starannie.

Motowidło ma koło i wskaźnik, tak że przy każdym obrocie wyskakuje sprężyna, która się zapada, kiedy się koło sto razy obróci. Liczbę tysiąca obrotów nazywają spustem (niem. der Schneller), według wagi którego oblicza się różną delikatność przędzy.

Przędzy w prawo naginanej wychodzi 25 do 30 na funt, w lewo zaś naginanej — 60 do 80, a nawet 90. Obrót motowidła wynosi siedem ćwierci łokcia lub cokolwiek więcej, a smukła, pilna prządka utrzymywała, że dziennie trzeba było uprząść na kołowrotku 4 do 5 spustów, to jest około 5.000 obrotów, a więc 8 do 9 tysięcy łokci przędzy; gotowa była do zakładu, gdybyśmy zechcieli dzień jeszcze jeden pozostać.

Nie mogła tego w końcu znieść spokojna i skromna prządka ręczna i zapewniła, że z funta w odpowiednim czasie przędzie 120 spustów. (Przędzenie ręczne odbywa się wolniej niż na kołowrotku, lepiej też bywa opłacane; może na kołowrotku przędzie się dwa razy tyle). Miała właśnie pełną liczbę obrotów na motowidle i pokazała mi, jak koniec nici parokrotnie obwija się i wiąże. Zdjęła spust, obróciła go tak, że się wyciągnął, przewlekła jeden koniec przez drugi i mogła z niewinnym zadowoleniem przedstawić zakończenie zajęcia wprawnej prządki.

Ponieważ nic tu więcej nie było do zauważenia, matka wstała i rzekła, że kiedy młody pan pragnie tak widzieć wszystko, to mu pokaże także tkactwo suche. A siadłszy do krosien, objaśniła mnie z równą uprzejmością, iż oni tym się tylko gatunkiem zajmują, gdyż jedynie on jest odpowiedni do robienia prostych perkalików, w których osnowa wchodzi sucha i nie bardzo mocno bywa zbijana. Pokazała mi następnie takie suche wyroby — są one zawsze gładkie, bez pasm i kwadratów czy innych, jakichkolwiek deseni, a szerokość ich wynosi zaledwie pięć do pięciu i pół ćwierci łokcia.

Księżyc świecił na niebie, a nasz roznosiciel przędzy obstawał za dzisiejszą wędrówką, gdyż musiał się trzymać dnia i godziny i wszędzie na czas przybywać. Mówił przy tym, że ścieżki piesze są dobre i wyraźne, zwłaszcza przy takiej pochodni nocnej. Z naszej strony rozweseliliśmy rozstanie jedwabnymi wstążkami i chusteczkami, których to towarów niósł święty Krzysztof dość dużą paczkę. Podarunek wręczyliśmy matce — do rozdzielenia między swoich.

Wtorek, 16 września (rano)

Wędrówka przy wspaniale jasnej nocy była pełna wdzięku i przyjemności. Dotarliśmy do cokolwiek większego zbioru chat, który należałoby może wsią nazwać. W niejakim od niej oddaleniu, na otwartym wzgórzu, stała kaplica. Zaczęło to wyglądać bardziej po mieszkalnemu i po ludzku. Minęliśmy płoty, za którymi nie było wprawdzie ogrodów, ale była skąpa, a starannie pilnowana roślinność łąkowa.

Doszliśmy do miejsca, gdzie, obok przędzenia, uprawiane też jest poważniej tkactwo.

Wczorajsza podróż nasza całodzienna, przedłużona do nocy, wyczerpała rześkie i młodzieńcze siły. Roznosiciel wszedł na strych, a ja zamierzałem pójść za nim, gdy święty Krzysztof powierzył mi swój tłumok i wyniósł się na dwór. Znałem jego chwalebny zamiar i dałem mu spokój.

Nazajutrz atoli przede wszystkim zbiegła się rodzina i surowo nakazano dzieciom, żeby za drzwi nie wychodziły, bo pewnie się w pobliżu znajduje straszny niedźwiedź albo inny jaki potwór, bowiem przez całą noc tak coś jęczało i mruczało, że skały i domy mogłyby się zatrząść. Radzono też, abyśmy w naszej dzisiejszej, dłuższej wędrówce mieli się na baczności. Staraliśmy się uspokoić, jak można było, tych poczciwych ludzi, ale to się okazało trudne na tej pustyni.

Roznosiciel oznajmił nadto, że pragnie co prędzej załatwić interesy i przyjść następnie po nas, mieliśmy bowiem przed sobą dzisiaj drogę długą i uciążliwą, gdyż nie po dolinie tylko schodzić, lecz wypadnie wdrapywać się na zastępujący drogę szczyt góry. Postanowiłem tedy skorzystać z czasu, o ile będzie można, i dałem się gospodarzom naszym zaprowadzić do izby tkackiej.

Oboje byli to ludzie wiekowi, w podeszłych latach pobłogosławieni dwojgiem czy trojgiem dzieci. W ich otoczeniu, postępowaniu i słowach od razu spostrzec można było uczucie religijne i poważny nastrój wyobraźni. Trafiłem właśnie na początek pracy, stanowiącej przejście od przędzenia do tkania, a że nie miałem pochopu do żadnej innej rozrywki, kazałem sobie podyktować do mego notatnika opis zajęcia, które w ruch się wprawiało.

Pierwszą robotę — napuszczania przędzy klejem — wykonano wczoraj. Gotuje się ją w cienkim rozczynie klejowym, składającym się z mączki i odrobiny kleju stolarskiego; przez to nici nabierają większej trwałości. Z rana pasma przędzy już wyschły i zabierano się do jej zwijania za pomocą koła na cewki trzcinowe. Stary dziadek, siedząc przy piecu, wykonywał tę lekką robotę. Wnuk stał przy nim i pragnął widocznie kierować osobiście kołem. Tymczasem ojciec układał cewki, aby snuć na snowadle169 podzielonym poprzecznymi pałeczkami, tak żeby się swobodnie poruszały wokół prostopadle stojących, mocnych drutów i pozwalały rozwijać się niciom. Układane są one z grubszą i cieńszą przędzą w tym porządku, jakiego wymaga wzór, a raczej linie w tkaninie. Snowarka170 (niem. Brittli), mniej więcej w kształcie sistrum171, ma dziury po obu stronach, przez które przeciąga się nici. Znajdują się one po prawicy robotnika, lewą ręką zbiera razem nici i rozkłada je w tę i tamtą stronę na owym snowadle. Jednokrotne przejście z góry na dół i z dołu do góry nazywa się obrotem (niem. Gang), a stosownie do gęstości i szerokości tkaniny, robi się wiele obrotów. Długość wynosi albo 64, albo 32 łokcie. Przy początku każdego obrotu palcami lewej ręki odkłada się jedną nić lub dwie w górę i tyleż na dół; nazywa się to wiechą (niem. die Rispe). Te wykręcone nici zakłada się na dwa gwoździe, umieszczone w górze na snowadle. Dzieje się tak dlatego, ażeby tkacz mógł utrzymać nici w należytym, jednostajnym porządku. Kiedy ukończą snucie, podwiązują tę rozsnutą przędzę, przy czym każdy obrót osobno się oddziela, ażeby się nic nie pomieszało. Następnie rozpuszczonym grynszpanem172 robią znak (niem. Male) na ostatnim obrocie, ażeby tkacz przywrócił miarę należną. Nareszcie zdejmuje się całość i zwija się w kształcie kłębka, który nazywają pękiem (niem. die Werfte).

Środa, 17 września

Zerwaliśmy się wcześnie przed świtem i rozkoszowaliśmy się wspaniałym, spóźnionym blaskiem księżyca. Jasność, rozlewająca się od wschodzącego słońca, pozwoliła nam widzieć okolicę lepiej zamieszkałą i zabudowaną. Jeżeli tam, w górze, spotkaliśmy, jako przejścia przez strumyki, kamienie, a niekiedy wąską kładkę, opatrzoną w poręcz z jednej tylko strony, to tu wzniesione już były mosty kamienne, ponad wodami rozszerzającymi się coraz hardziej. Wdzięk powoli zaczął się łączyć z dzikością, a przyjemnego wrażenia doznawali wszyscy wędrowcy.

Zza góry, z innej dzielnicy wód, wychodził smukły, czarnowłosy mężczyzna i już z daleka wołał — jako ten, co ma dobre oczy i głos tęgi:

— Niech was Bóg ma w swojej opiece, kumie roznosicielu!

Ten dał mu się zbliżyć, a wtedy i on zawołał ze zdziwieniem:

— Niech was Bóg błogosławi, kumie bardowniku!173 Skądże to? Co za niespodziewane spotkanie!

Tamten, przystępując, odpowiedział:

— Dwa miesiące już się włóczę po górach, aby wszystkim dobrym ludziom naprawiać narzędzia i warsztaty ich tak urządzać, żeby znowu przez czas jakiś bez przeszkody pracować mogły.

Na to rzekł roznosiciel, zwracając się ku mnie:

— Ponieważ wy, paniczu, okazujecie tyle ochoty i miłości do tego zajęcia i troszczycie się o nie wielce, to ten człowiek akurat w czas przybywa, bom go w tych dniach pragnął do nas po cichu sprowadzić. On by wam wszystko daleko lepiej objaśnił niż dziewczyny przy najlepszych chęciach. On jest mistrzem w swoim zawodzie i potrafi to, co należy do przędzenia, tkania i tym podobnych rzeczy, doskonale wytłumaczyć, wykonać, w dobrym stanie utrzymać, naprawić, jak się patrzy i jak tylko kto życzyć sobie może.

Wdałem się z nim w rozmowę i ujrzałem w nim człowieka bardzo rozsądnego, w pewnej mierze wykształconego, rzecz swoją doskonale znającego. Powtarzałem z nim niejedno z tego, czegom się w tych dniach nauczył, prosząc o usunięcie pewnych wątpliwości. Opowiedziałem mu też, com wczoraj widział z początków tkactwa. Na to zawołał radośnie:

— To więc rzecz pożądana, przybywam w sam czas, by udzielić potrzebnych wiadomości tak szanownemu i miłemu panu o najdawniejszej i najwspanialszej sztuce, odróżniającej dopiero naprawdę człowieka od zwierzęcia. Dziś właśnie dostaniemy się do poczciwych i zręcznych ludzi, a nie byłbym bardownikiem, gdybyście nie mieli zaraz tak zrozumieć rzemiosła jak ja sam.

Podziękowałem mu uprzejmie, rozmawialiśmy o różnych rzeczach i po odpoczynku i śniadaniu dostaliśmy się do grupy chat, rozrzuconych wprawdzie w nieładzie, lecz lepiej zbudowanych. Skierował nas ku najlepszej. Roznosiciel wraz ze mną i świętym Krzysztofem wszedł pierwszy, wedle umowy, a potem po przywitaniu i kilku żartach wkroczył i bardownik. Zwracało uwagę to, że jego wejście wywołało w rodzinie radosne zdziwienie. Ojciec, matka, córki i dzieci skupiły się koło niego. Ładnej dziewczynie, siedzącej przy krosnach, utknęło w ręce czółenko, które akurat miało przepłynąć przez szereg nici. Ale też powstrzymała i krok, powstała i przyszła później z ociągającym się zakłopotaniem, by podać mu rękę. Zarówno roznosiciel, jak i bardownik, weszli niebawem, za pomocą żartów i opowiadania, w dawne swe prawa, jakie się należą przyjaciołom domowym. A gdy się przez czas jakiś nacieszono, dzielny mężczyzna zwrócił się do mnie, mówiąc:

— Was, kochany panie, nie powinniśmy z powodu radości odwiedzin zaniedbywać; my się możemy jeszcze zabawiać dniami całymi, wy musicie jutro iść dalej. Pozwólmy panu zajrzeć w tajemnice sztuki naszej. Klejenie i snucie już zna, pokażmy mu resztę. Panny będą mi w tym pomocne. Widzę, że przy tych krosnach zajmują się nawijaniem.

Przystąpiono do młodszej, która się tym zajmowała. Starsza usiadła na powrót przy swych krosnach i ciągnęła dalej, ze spokojnie przyjemną miną, swoją żywą robotę.

Przypatrywałem się tedy uważnie nawijaniu. W tym celu obroty osnowy przeciąga się wedle porządku przez duży grzebień, mający szerokość wałka, na który mają być nawinięte. Znajduje się w nim wcięcie, w którym leży okrągła pałeczka, przeciągnięta przez koniec osnowy i przymocowana we wcięciu. Chłopak lub dziewczyna siedzi pod krosnami i mocno przytrzymuje sznurek nałożonej osnowy, kiedy tkaczka okręca silnie wałek za pomocą drąga i zważa zarazem, żeby wszystko układało się w porządku. Gdy wszystko już nawinięto, to przez wiechę przesuwa się trzy pałeczki-listewki (niem. Schienen) — jedna okrągła, a dwie płaskie — ażeby się trzymała i wtedy zaczyna się przykręcanie.

Z poprzedniej tkaniny pozostała jeszcze może ćwierć łokcia na drugim wałku, a z tego przechodzą nici, może trzy ćwierci łokcia długości, zarówno przez blat w przybijaczce174, jak i przez skrzydła barda175. Do tych nici, jedna do drugiej, przykręca tkacz starannie nici nowej osnowy, a kiedy to skończy, to całość nagle się przeciąga tak, że nowe nici sięgają pustego, przedniego wałka. Nici zerwane nawiązuje się, osnowę zwija na małe cewki, pasujące do czółenka, i robi się ostatnie przygotowanie do tkania — to jest krochmalenie.

Na całą długość krosien nałożona osnowa na wskroś jest zwilżana za pomocą szczotek, maczanych w wodzie klejowej przygotowywanej ze skóry na rękawiczki. Następnie wspomniane wyżej listewki, utrzymujące wiechę, wyjmuje się, a wszystkie nici jak najdokładniej uporządkowuje. I wszystko dopóty się wachluje gęsim skrzydłem, przywiązanym do kija, dopóki nie wyschnie; a wtedy można rozpocząć i prowadzić tkanie, aż znowu zajdzie potrzeba krochmalenia.

Krochmalenie i wachlowanie powierzane bywa zazwyczaj młodzieży, którą się do tkactwa zaprawia, albo też w wolnych chwilach wieczorów zimowych usługę tę oddaje brat lub kochanek ładnej tkaczki; albo ci nawijają przynajmniej zepsutą przędzę na małe cewki.

Delikatne muśliny tka się na mokro — mianowicie sznurek nowej osnowy zanurza się w wodzie klejowej, zwija się jeszcze mokry na małe cewki i natychmiast się przerabia, przez co tkanina daje się równiej zbijać i jest jaśniejsza.

Czwartek, 18 września

W ogólności zauważyłem w stanie takiej izby tkackiej jakąś ruchliwość, jakieś nieopisane ożywienie, rodzinny nastrój, spokój. Wiele krosien było w ruchu, a obok nich warczały kołowrotki i cewki; przy piecu starzy siedzieli, prowadząc poufne rozmowy z odwiedzającymi sąsiadami lub znajomymi. A wśród tego dawał się słyszeć śpiew także, zwłaszcza czterogłosowe psalmy hymnu Ambrożego176, rzadziej pieśni świeckie. Wybuchał też czasami wesoło dźwięczny śmiech dziewcząt, kiedy kum Jakub powiedział coś dowcipnego.

Bardzo zwinna, a przy tym pilna tkaczka, przy pewnej pomocy, może tygodniowo, bądź co bądź, wyrobić sztukę 35-łokciową niezbyt cienkiego muślinu. Ale to rzadko się zdarza i w niektórych domowych pracowniach stanowi to robotę dwóch tygodni.

Piękność tkaniny zależy od jednostajnego działania barda tkackiego, od jednakiego uderzania przybijaczki oraz od tego, czy nakłada się przędzę mokrą czy suchą. Zupełnie równe, a zarazem silne napięcie przyczynia się ku temu również. W tym celu tkaczka cienkich płócien bawełnianych przywiesza ciężki kamień do gwoździa przedniego wałka. Jeżeli podczas roboty tkanina silnie jest napięta (po niemiecku technicznie nazywa się to dämmen), to się znacznie przedłuża, na 32 łokcie trzy czwarte łokcia, a na 64 około półtora łokcia Ta nadwyżka należy już do tkaczki — płaci się jej oddzielnie lub też zabiera to sobie na chusteczki, fartuszki itp.

*

Wśród wielce jasnej i łagodnej nocy księżycowej, jaka się zdarza tylko w wysokich pasmach gór, siedziała rodzina ze swymi gośćmi przed drzwiami, zajęta nader żywą rozmową, Leonard zaś był zatopiony w myślach. Wobec całego tego życia i działalności, i niejednokrotnego rozmyślania nad rzemiosłem, wrócił mu znowu na pamięć ów list, napisany przez przyjaciela, Wilhelma, ku jego uspokojeniu. Słowa, które tak często odczytywał, wiersze, którym przyglądał się niejednokrotnie, znowu stanęły przed jego zmysłem wewnętrznym. A jak ulubiona melodia, zanim się obejrzymy, nagle zjawia się po cichu w głębi słuchu, tak i owe czułe zawiadomienie powtarzało się w duszy spokojnej, oddanej samej sobie:

„Położenie domowe, ugruntowane na pobożności, ożywiane i utrzymywane skrzętnością i porządkiem, nie jest ani za ciasne, ani za rozległe; zostaje w najszczęśliwszym stosunku do sił i zdolności. Wkoło niej porusza się sfera rękodzielników w najczystszym, pierwiastkowym znaczeniu tego wyrazu. Tu jest ograniczenie i działanie w dal, oględność i umiarkowanie, niewinność i czynność...”.

Lecz tym razem wspomnienie raczej pobudzało, niż uspakajało.

— Toż przecież — mówił sam do siebie — ten ogólny, lakoniczny opis zupełnie przystaje do tego bytu, który mnie tu otacza. Czyż i tu nie ma spokoju, pobożności, nieprzerwanej działalności? Tylko działanie w dal nie wydaje mi się wyraźne w równej mierze. Toż owa dobra aktywność zapewne ożywia sferę podobną, tylko może większą jeszcze, rozglądając się wkoło z większą pogodą i swobodą ducha.

Wtem — pobudzona żywą, potęgującą się rozmową innych — zwróciwszy pilniejszą uwagę na to, co obrabiano, zbudziła się w nim z całą żywotnością myśl, którą przez te godziny wypieścił.

„Czyżby ten człowiek, tak po mistrzowsku obchodzący się z narzędziami i bardami, nie mógł się stać wielce pożytecznym dla towarzystwa naszego członkiem?”.

Rozważał to oraz wszystko, co w jego oczach silnie oświetliło zalety tego zręcznego robotnika. Skierował więc na to rozmowę i niby żartem, lecz tym wyraźniej, uczynił mu propozycję, czy by nie zechciał związać się z pewnym znacznym towarzystwem i nie spróbował wywędrować za morze.

Tamten tłumaczył się, upewniając równie wesoło, że mu się tak dobrze powodzi, że się spodziewa jeszcze lepszych rzeczy, że się w tej krainie urodził, do niej nawykł, że jest wzdłuż i wszerz znany i wszędzie przyjmowany z zaufaniem — że w ogóle w tych dolinach nie znajdzie się wcale skłonności do oddalania się, że potrzeba do tego nie zmusza, a góry trzymają ludzi silnie przy sobie.

— Toteż dziwi mnie — rzekł roznosiciel przędzy — że podobno pani Zuzanna ma wyjść za komisanta177, sprzedać posiadłość i z ładnym groszem wynieść się za morze.

Rozpytawszy, dowiedział się przyjaciel nasz, że to młoda wdowa, uprawiająca wśród pomyślnych okoliczności rozległy przemysł z produktów górskich, o czym wędrowiec może się jutro sam przekonać, gdyż na obranej drodze zawczasu się do niej zajdzie.

— Już nieraz słyszałem o niej od wielu — odrzekł Leonard — jako o osobie ożywiającej dobroczynnie tę dolinę, a omieszkałem o nią zapytać.

— Ale chodźmy na spoczynek — rzekł roznosiciel — aby z dnia jutrzejszego, który obiecuje nam pogodę, wcześnie skorzystać.

*

Tu się kończył rękopis Leonarda. A gdy Wilhelm zażądał dalszego ciągu, dowiedział się, że obecnie nie ma go w ręku przyjaciół. Posłano go do Makarii, jak mówiono, która miała pewne zawikłania, o jakich tam wspomniano, natchnieniem i miłością załatwić, a skrupuły budzące skojarzenia — rozwiązać. Przyjaciel musiał się zgodzić na tę przerwę, przygotowując się, by na wieczorze towarzyskim znaleźć zadowolenie w pogodnej rozmowie.