Rozdział szósty

Kiedy nadszedł wieczór, a przyjaciele siedzieli w altanie dającej widok rozległy, stanęła na progu okazała postać, w której Wilhelm poznał zaraz golibrodę z dzisiejszego poranku. Na głęboki, niemy ukłon tego człowieka odpowiedział Leonard:

— Jak zawsze, przychodzisz pan w porę i nie omieszkasz zabawić nas swoim talentem. Mogę panu — mówił dalej, zwróciwszy się do Wilhelma — opowiedzieć nieco o towarzystwie, którego częścią mam zaszczyt się nazwać. Nikt nie wstępuje do naszego koła, kto nie może okazać pewnych talentów, które by mogły służyć na pożytek lub ku przyjemności wszelkiego towarzystwa. Ten człowiek jest dzielnym chirurgiem i w ciężkich wypadkach, wymagających stanowczości i siły cielesnej, może wybornie dopomagać swemu mistrzowi. Co on potrafi jako artysta brody, na to sam pan możesz mu wydać świadectwo. Z tego powodu jest on nam zarówno potrzebny, jak pożądany. Ale ponieważ zatrudnienie to prowadzi za sobą zwykle wielką, a często uciążliwą, gadatliwość, przystał więc dla własnego wykształcenia na pewien warunek. Tak zresztą jak każdy, co chce żyć wśród nas, musi z pewnej strony być uwarunkowany, gdy co do stron innych większa mu się dostaje swoboda. Otóż, on wyrzekł się mowy, o ile wyraża się przez nią coś zwykłego lub przypadkowego. Z tego rozwinął się w nim inny talent mówczy, który działa z zamiarem, roztropnie i zajmująco, mianowicie dar opowiadania. Życie jego obfituje w dziwne doświadczenia, które by w innym razie, papląc w niewłaściwym czasie, rozdrobnił, a teraz, przez milczenie zmuszony, w spokoju powtarza i porządkuje. Z tym się łączy wyobraźnia i udziela faktom życia i ruchu. Ze szczególną sztuką i zręcznością umie on opowiadać prawdziwe baśnie i baśniowe zdarzenia, czym bawi nas wielce w stosownej porze, gdy mu język rozwiążę, jak to czynię obecnie, udzielając mu równocześnie pochwały, że w ciągu tego znacznego czasu, odkąd go znam, nie powtórzył się jeszcze nigdy. Toteż spodziewam się, że i tym razem, gwoli i ku czci naszego kochanego gościa, popisze się wyśmienicie.

Po twarzy golibrody rozlała się dowcipna wesołość, a on zaczął niezwłocznie mówić w sposób następujący.

Nowa Meluzyna178

Wielce szanowni panowie! Wiedząc, że wstępy i przedmowy nie bardzo lubicie, zapewniam bez ogródki, że tym razem mam nadzieję wybrnąć znakomicie. Niemało już ode mnie wyszło prawdziwych historii, ku wielkiemu i wszechstronnemu zadowoleniu, ale dzisiaj rzec winienem, że mam opowiedzieć taką, która dotychczasowe o wiele przewyższa i która, choć mi się zdarzyła przed kilku laty, ciągle mnie jeszcze we wspomnieniu niepokoi, a nawet każe się spodziewać ostatecznego rozwiązania. O równą jej trudno chyba będzie.

Wyznam przede wszystkim, że w trybie życia mego nie zawsze się tak urządzałem, ażeby zupełnie być pewnym przyszłości, ba, dnia następnego. Za młodu nie byłem dobrym gospodarzem i nieraz znajdowałem się w kłopotach. Razu pewnego przedsięwziąłem podróż, która miała mi dać zysk znaczny. Alem trochę za duży zrobił zakrój i zacząwszy ją od ekstrapoczty, a przez pewien czas odbywając ją pocztą zwykłą, wreszcie widziałem się zmuszonym końca jej dociągnąć piechotą.

*

Jako chłopiec żywy, od dawna miałem przyzwyczajenie, że wszedłszy do gospody, zaraz żem się oglądał za gospodynią albo nawet za kucharką, zjednywałem je sobie pochlebstwami, przez co rachunek mój pospolicie się zmniejszał.

Pewnego wieczoru, kiedym wszedł na pocztę jakiegoś małego miasteczka i chciałem się właśnie zachować w sposób mi zwykły, zaraz za mną zaturkotał przed bramą piękny powóz o dwóch siedzeniach, w cztery konie zaprzężony. Obejrzałem się i zobaczyłem panią — samą jedną, bez pokojówki, bez lokajów. Pośpieszyłem natychmiast otworzyć jej drzwiczki i zapytać, co rozkaże. Przy wysiadaniu ukazała się piękna postać, a miła jej twarz, gdy się przyjrzało bliżej, ozdobiona była maleńkim rysem smutku. Raz jeszcze zapytałem, czy jej nie mogę w czym usłużyć.

— O tak! — odrzekła. — Jeśli pan zechcesz z troskliwością wyjąć i przynieść tutaj skrzyneczkę leżącą na siedzeniu! Ale bardzo proszę nieść ją nader ostrożnie i ani trochę nią nie poruszać i nie wstrząsać.

Wziąłem skrzyneczkę ostrożnie, ona zamknęła drzwiczki. Weszliśmy razem na schody, a ona powiedziała posługaczowi, że zostanie tu na noc.

Pozostaliśmy sami w pokoju. Kazała mi złożyć skrzyneczkę na stole, przy ścianie się znajdującym, a gdym zmiarkował z niektórych jej ruchów, że pragnie pozostać sama, pożegnałem się, całując rękę jej ze czcią, ale ogniście.

— Zamów pan wieczerzę dla nas obojga — rzekła na to.

Łatwo sobie wyobrazić, z jakiem zadowoleniem spełniłem ten rozkaz, przy czym równocześnie w dumie swej ledwiem przez ramię patrzał na gospodynię i posługacza. Niecierpliwie czekałem chwili, która mnie znowu zbliżyć do niej miała. Nakryto, usiedliśmy naprzeciw siebie, po raz pierwszy od dawnego czasu rozkoszowałem się dobrem jedzeniem, a zarazem tak pożądanym widokiem. Ba, wydało mi się, jakby z każdą minutą stawała się piękniejsza.

Rozmowa jej była przyjemna, ale starała się odsuwać wszystko, co się sprowadzało do przywiązania i miłości. Sprzątnięto; wahałem się, próbowałem wszelakich sztuczek, aby się do niej zbliżyć, lecz na próżno. Powstrzymywała mnie jakąś godnością, której nie mogłem się oprzeć, bo wbrew woli musiałem się z nią rozstać dosyć wcześnie.

Po nocy, spędzonej przeważnie na czuwaniu i snach niespokojnych, wstałem wcześnie. Na zapytanie, czy zamówiła konie, usłyszałem, że nie. Poszedłem więc do ogrodu; ujrzałem ją ubraną, stojącą przy oknie, i pośpieszyłem do niej. Kiedy mi się pojawiła tak piękna jak wczoraj, a nawet piękniejsza, obudziła się we mnie nagle skłonność, przebiegłość i zuchwalstwo. Przystąpiłem do niej i wziąłem ją w ramiona.

— Anielska, czarująca istoto! — zawołałem. — Przebacz, ale to niepodobna!

Z niesłychaną zwinnością wysunęła mi się z objęć, tak że nie mogłem na jej policzku wycisnąć pocałunku.

— Powstrzymuj pan takie wybuchy nagłej, namiętnej skłonności, jeśli nie chcesz utracić lekkomyślnie szczęścia, które jest blisko pana, ale które osiągnięte być może dopiero po kilku próbach.

— Żądaj, czego chcesz, duchu anielski! — zawołałem — ale nie przywódź mnie do rozpaczy.

Z uśmiechem odparła:

— Jeśli się chcesz poświęcić na me usługi, to wysłuchaj warunków! Przybywam, by odwiedzić przyjaciółkę, u której zamierzam dni kilka spędzić. A tymczasem pragnę, by mój powóz i ta skrzyneczka dalej zawiezione zostały. Zechcesz się pan tego podjąć? Nic pan tu nie masz innego do czynienia, jak wkładać i wyjmować ostrożnie skrzyneczkę z powozu, siedzieć przy niej i mieć na nią baczenie. Jeśli zajedziesz pan do gospody, to trzeba ją postawić na stole w osobnym pokoju, w którym nie możesz pan ani mieszkać, ani spać. Za każdym razem zamkniesz pan pokoje tym kluczem, który otwiera i zamyka wszystkie zamki i nadaje wszystkim tę własność, iż ich nikt w ciągu tego czasu otworzyć nie zdoła.

Spojrzałem na nią; dziwnie mi się zrobiło na sercu. Przyrzekłem robić wszystko, jeśli będę miał nadzieję, że ją znów niebawem zobaczę, i jeżeli mi tę nadzieję przypieczętuje pocałunkiem. Uczyniła to i od tej chwili stałem się całkowitym jej poddanym.

— Każ zamówić konie! — rzekła.

Mówiliśmy o drodze, jaką miałem obrać, i miejscowości, gdzie się miałem zatrzymać i czekać na nią. Wcisnęła mi w końcu woreczek ze złotem, a ja wargi moje przycisnąłem do jej rąk. Przy rozstaniu wydała się wzruszona, a ja nie wiedziałem, com robił i com miał robić.

Wróciwszy po wykonaniu zlecenia, zastałem drzwi izby zamknięte. Spróbowałem zaraz swego klucza generalnego i z próby wyszedł zwycięsko. Drzwi odskoczyły; znalazłem pokój pusty, tylko skrzyneczka stała na stole, gdzie ją położyłem.

Powóz zajechał, zniosłem ostrożnie skrzyneczkę i usiadłem obok niej. Gospodyni zapytała:

— A gdzież dama?

Jakieś dziecko odpowiedziało:

— Poszła do miasta.

Pożegnałem się z ludźmi i odjechałem niby w tryumfie, ja, com wczoraj wieczorem przyszedł tutaj w zakurzonych kamaszach. Łatwo się panowie domyślicie, żem teraz, mając czas wolny, rozważał tę historię tak i owak, żem porachował pieniądze, porobiłem trochę projektów, a wciąż przy sposobności spoglądałem zezem na skrzyneczkę. Jechałem tedy wprost przed siebie, na kilku stacjach nie wysiadałem i nie odpocząłem, póki się nie dostałem do znacznego miasta, dokąd mnie ona skierowała. Rozkazów jej przestrzegałem pilnie — skrzyneczkę postawiłem w osobnym pokoju i parę świec woskowych umieściłem obok, jak mi to również zaleciła. Zamknąłem pokój, urządziłem się w nim i pozwoliłem sobie odpocząć.

Czas jakiś chętnie się zajmowałem wspomnieniem o niej, ale bardzo rychło zacząłem się nudzić. Nie przywykłem żyć bez towarzystwa. Znalazłem je niebawem, według swej myśli, przy stołach w gospodzie i w miejscach publicznych. Pieniądze przy tej sposobności zaczęły topnieć, a pewnego wieczoru znikły zupełnie z mego woreczka, kiedym się nieoględnie wdał w grę namiętną. Przyszedłszy do pokoju, byłem prawie nieprzytomny. Pozbawiony pieniędzy, przy pozorach bogatego człowieka oczekując porządnego rachunku, niepewny, czy i kiedy pojawi się znowu moja piękna — znajdowałem się w największym kłopocie. Podwójnie tęskniłem za nią i sądziłem, że już odtąd nie będę mógł żyć bez niej i bez jej pieniędzy.

Po wieczerzy, która mi wcale nie smakowała, gdyż musiałem ją spożyć sam tym razem, chodziłem żywo po pokoju w tę i ową stronę, mówiłem sam do siebie, przeklinałem się, rzuciłem się na podłogę, targałem sobie włosy i zachowywałem się całkiem nieprzyzwoicie. Nagle słyszę w zamkniętym pokoju obok lekkie poruszenie, a wkrótce potem stukanie do drzwi dobrze zatarasowanych. Zrywam się, chwytam klucz generalny, ale skrzydła odskakują same przez się, a w blasku owych świec palących się wychodzi ku mnie moja piękna. Rzucam się jej do nóg, całuję jej suknie, ręce, ona mnie podnosi. Ja nie śmiem jej uściskać, ledwie na nią spoglądam, ale szczerze i ze skruchą wyznaję jej swe błędy.

— Są one do przebaczenia — odrzekła — tylko że opóźniacie, niestety, swoje szczęście i moje. Musicie znowu odjechać kawał drogi w świat, zanim się zobaczymy. Tu macie więcej jeszcze złota — dodała. — Wystarczy ono, jeżeli będziecie choć trochę gospodarni. Ale jeśli tym razem wprawiło was w kłopot wino i gra, więc się strzeżcie wina i kobiet i pozwólcie mi się spodziewać wesołego spotkania.

Przeszła za swój próg, drzwi się zamknęły. Stukałem, prosiłem, ale nic już słychać nie było. Kiedym nazajutrz zażądał rachunku, rzekł kelner, uśmiechając się:

— Wiemy już, dlaczego zamykacie drzwi swoje w tak sztuczny i niepojęty sposób, że żadnym kluczem otworzyć ich nie można. Spodziewaliśmy się u was wiele pieniędzy i kosztowności, ale teraz widzieliśmy, jaki skarb zbiegał ze schodów i doprawdy wydał się ze wszech miar godny, aby go dobrze strzeżono.

Nic na to nie odpowiedziałem, zapłaciłem rachunek i wsiadłem wraz ze skrzyneczką do powozu. Pojechałem tedy w świat znowu z tym najmocniejszym przekonaniem, że będę na przyszłość baczył na przestrogi mojej tajemniczej przyjaciółki. Atoli, zaledwiem się znowu dostał do wielkiego miasta, zaznajomiłem się zaraz z milutkimi kobietami, od których się nie mogłem zgoła oderwać. Zdawało się, że łaski swoje każą mi drogo opłacać, bo trzymając mnie ciągle w pewnej odległości, pobudzały mnie do wydatku jednego po drugim. A ponieważ starałem się jedynie o sprawienie im przyjemności, nie myślałem i teraz o swoim woreczku, tylko wciąż płaciłem i wydawałem, jak się zdarzyło. Jakież zatem było moje zdziwienie i rozkosz, kiedym po kilku tygodniach zauważył, że pełnia woreczka nie tylko się nie zmniejszyła, lecz była równie okrągła i napchana jak z początku. Chciałem się lepiej upewnić o tej pięknej własności — wziąłem się do liczenia, zapamiętałem sobie dokładnie sumę i zacząłem znowu żyć z towarzystwem swoim wesoło jak przedtem. Nie brakło tam wycieczek lądem i wodą, tańców, śpiewu i innych rozrywek. Ale nie trzeba było zbyt wielkiej uwagi na to, aby spostrzec, że woreczek zmniejszał się rzeczywiście, jak gdybym odebrał mu przez swoje przeklęte liczenie zaletę niezliczoności.

Tymczasem, ponieważ życie wesołe się rozpoczęło, cofnąć się nie mogłem, a wkrótce gotówka moja wyszła zupełnie. Przeklinałem swoje położenie, gniewałem się na przyjaciółkę, że mnie wodziła na pokuszenie, brałem jej za złe, że mi się znowu nie ukazywała. Wyparłem się w złości wszelkich względem niej obowiązków i postanowiłem otworzyć skrzyneczkę, badając, czy tam czasem nie znajdę jakiej pomocy. Bo chociaż nie była tak ciężka, iżby miała zawierać złoto, ale mogły w niej być klejnoty, a te byłyby mi także wielce pożądane. Miałem właśnie zamiar wykonać to postanowienie, ale je odłożyłem do nocy, ażeby czynność tę odbyć zupełnie spokojnie, i pośpieszyłem na ucztę, jaka została zapowiedziana. Bawiono się tutaj bardzo wesoło i byliśmy mocno podnieceni winem i dźwiękiem trąb, gdy mi się zdarzył niemiły wypadek, iż przy wetach, wróciwszy z podróży, wszedł niespodziewanie dawniejszy przyjaciel mojej najdroższej piękności, usiadł przy niej i bez ceremonii starał się korzystać z poprzednich praw swoich. Powstała stąd niebawem niechęć, sprzeczki i kłótnie. Dobyliśmy szpad i mnie, na wpół martwego i licznymi pokrytego ranami zaniesiono do domu.

Chirurg zrobił opatrunek i odszedł. Było już późno w nocy; posługacz mój zasnął. Drzwi bocznego pokoju otwarły się, weszła moja tajemnicza przyjaciółka i usiadła przy mnie na łóżku. Zapytała, jak się czuję. Nic nie odpowiedziałem, gdyż byłem wyczerpany i gniewny. Nie przestawała mówić dalej z wielkim współczuciem. Potarła mi skronie jakimś balsamem, tak żem mógł wybuchnąć i wyłajać ją. Gwałtownymi słowy zrzuciłem całą winę nieszczęścia mego na nią, na namiętność, jaką mnie przeniknęła, na jej zjawianie się i znikanie, na nudy, na tęsknotę, jakiej musiałem doznawać. Stawałem się coraz to gwałtowniejszy, jakby mnie napadła gorączka, i przysiągłem jej wreszcie, że jeżeli teraz nie zechce być moja, do mnie należeć, ze mną się połączyć, to żyć już dłużej nie pragnę — i na to zażądałem stanowczej odpowiedzi. Kiedy, wahając się, zwlekała z wyjawieniem myśli, wpadłem we wściekłość. Zerwałem podwójną i potrójną przewiązkę z ran ze stanowczym zamiarem śmierci z upływu krwi. Ale jakżeż się zdumiałem, gdym ujrzał wszystkie rany swoje zagojone, ciało moje piękne i błyszczące i ją w objęciach moich!

Byliśmy tedy najszczęśliwszą parą w świecie. Prosiliśmy się wzajem o przebaczenie, a nie wiedzieliśmy naprawdę dlaczego. Obiecała mi podróżować odtąd wraz ze mną i niebawem siedzieliśmy obok siebie w powozie ze skrzyneczką naprzeciwko — jako trzecią niby osobą. Nie wspomniałem o niej przed nią nigdy, a i teraz nie przyszło mi na myśl mówić o niej, chociaż stała przed oczyma; milczącą umową dbaliśmy o nią oboje, jak się nadarzała sposobność, tylko że — jak przedtem — ja wynosiłem ją z powozu i wnosiłem. I jak dawniej zajmowałem się zamykaniem drzwi.

Dopóki było coś jeszcze w woreczku, płaciłem ciągle, ale kiedy się gotówka moja wyczerpała, dałem to poznać towarzyszce.

— Na to łatwa rada — odrzekła, wskazując dwie małe torebki zawieszone u boku powozu, które dawniej widziałem wprawdzie, ale się nimi nie posługiwałem.

Sięgnęła do jednej i wydobyła kilka sztuk złotych, a z drugiej kilka monet srebrnych i wskazała mi tym sposobem możność robienia dalej wydatków do woli. Jechaliśmy tak od miasta do miasta, z kraju do kraju. Weseliliśmy się ze sobą i z innymi i anim pomyślał o tym, że ona może mnie znowu opuścić, a to tym bardziej, że od niejakiego czasu czuła się stanowczo przy nadziei, dzięki czemu radość nasza i miłość jeszcze się zwiększyły. Atoli pewnego poranku nie znalazłem jej, a że pobyt bez niej przykry był dla mnie, puściłem się znowu wraz ze skrzyneczką w drogę. Próbowałem siły obu torebek i wciąż się o jej istnieniu przekonywałem.

Podróż odbywała się pomyślnie, a jeżelim dotychczas nie chciał się głębiej zastanawiać nad moją przygodą, gdyż spodziewałem się całkiem naturalnego rozwoju dziwnych wydarzeń, to teraz spotkało mnie coś takiego, co mnie napełniło zdziwieniem, troską, a nawet obawą. Ponieważ dla pośpiechu przywykłem podróżować dniem i nocą, więc bywało tak, żem częstokroć jechał po ciemku i w powozie moim, jeśli przypadkiem zgasły latarnie, był mrok zupełny. Razu pewnego, wśród ponurej nocy zasnąłem, a obudziwszy się, ujrzałem połysk światła na przykryciu powozu. Przypatrzyłem mu się i nabrałem przekonania, że się ono wydostawało ze skrzyneczki, w której był jakby ślad pęknięcia, wywołanego ciepłem i suchą pogodą letniej pory, jaką wówczas mieliśmy. Ożywiły się we mnie znowu myśli o kosztownościach. Przypuszczałem, że w skrzyneczce leży karbunkuł179, i pragnąłem nabrać pewności pod tym względem. Nachyliłem się, o ile mogłem, tak, żeby okiem bezpośrednio dotknąć szpary. Ale jakież było moje zdumienie, kiedym zajrzał do pięknie oświetlonego, umeblowanego z wielkim smakiem, a nawet kosztem pokoju, właśnie tak, jakbym przez otwór w sklepieniu spojrzał na wnętrze sali królewskiej. Co prawda mogłem widzieć tylko część przestrzeni, ale z niej wyciągałem wnioski o reszcie. Zdawało się, że na kominku pali się ogień, a przy nim stoi krzesło poręczowe. Wstrzymałem oddech i przyglądałem się dalej. Tymczasem z drugiej strony sali nadeszła jakaś kobieta z książką w ręku. Poznałem w niej zaraz moją żonę, chociaż jej obraz zmniejszony był w jak najdrobniejszej skali. Piękna usiadła na krześle przy kominku, chcąc czytać, poprawiła węgle śliczniutkim pogrzebaczem — przy czym wyraźnie zauważyć mogłem, że i ta milutka osóbka jest również przy nadziei. Ale wtedy zmuszony byłem trochę zmienić swoje niewygodną pozycję, a chwilę potem, gdym znowu chciał zajrzeć i przekonać się, że to nie był sen, światło znikło, a ja patrzyłem w mrok pusty.

Łatwo pojąć, jak byłem zdumiony, ba, przerażony. Tysiąc myśli przebiegało mi o tym odkryciu, a w gruncie wcale myśleć nie mogłem. Z tym zasnąłem, a obudziwszy się, sądziłem, żem śnił tylko. Poczułem się jednakże w pewnej mierze obcym mojej pięknej pani, a tym staranniej niosąc skrzyneczkę, nie wiedziałem, czy mam pragnąć czy się obawiać ponownego ukazania się jej w całkowitym wzroście ludzkim.

Po niejakim czasie, wieczorem, moja piękna weszła rzeczywiście w białej sukni, a ponieważ mrok był właśnie w pokoju, wydała mi się wyższa, niż ją dotąd widywać przywykłem, i przypomniałem sobie, żem słyszał, iż wszyscy z rodu syren i gnomów znacznie się wydłużają przy zapadającej nocy. Padła jak zazwyczaj w moje ramiona, ale ja nie mogłem jej zupełnie swobodnie przycisnąć do mej niespokojnej piersi.

— Najdroższy — rzekła — czuję po twoim przyjęciu, co już wiem, niestety. Widziałeś mnie w tym czasie, znasz stan mój, w jakim się niekiedy znajduję. Przez to przerywa się twoje i moje szczęście, a nawet w tym jest punkcie, iż może być całkiem zniszczone. Muszę cię opuścić i nie wiem, czy cię kiedykolwiek jeszcze zobaczę.

Jej obecność, wdzięk, z jakim mówiła, odpędziły natychmiast wspomnienie owego widzenia, które mi do owej chwili jak sen się ukazywało. Uścisnąłem ją ogniście, przekonywałem o swej namiętności, upewniałem o mej niewinności, opowiedziałem, jak przypadkowo zrobiłem to odkrycie — słowem, tylem dokazał, że wydawała się uspokojona sama i mnie uspokoić się starała.

— Zbadaj się dokładnie — rzekła — czy odkrycie to nie zaszkodziło twojej miłości. Czy możesz zapomnieć, iż się obok ciebie znajduję w dwojakiej postaci? Czy zdrobnienie mojej osoby nie zmniejszy także twego przywiązania?

Spojrzałem na nią. Piękniejsza była niż kiedykolwiek. Rozmawiałem tedy sam ze sobą: „Czyż to tak wielkie nieszczęście mieć żonę, która kiedy niekiedy staje się karlicą, tak że ją można obnosić w skrzyneczce? Nie byłoż by gorzej, gdyby się stawała olbrzymką i swojego męża pakowała do skrzynki?”.

Pogoda ducha wróciła mi. Za nic w świecie nie dałbym jej odejść.

— Najukochańsza! — odparłem. — Pozostańmy i bądźmy tak, jak byliśmy. Czyż moglibyśmy znaleźć oboje coś wspanialszego? Rób, jak ci wygodniej, a ja ci przyrzekam tym troskliwiej obchodzić się ze skrzyneczką. Jakżeby mogła na mnie wywrzeć złe wrażenie najśliczniejsza rzecz, jaką w życiu widziałem? Jakże szczęśliwi byliby kochankowie, gdyby mogli posiadać takie miniaturki! A wreszcie, toć przecież był tylko obraz, maleńkie kuglarstwo. Doświadczasz mnie i drażnisz, ale zobaczysz, jak ja się trzymać będę.

— Rzecz jest poważniejsza, niż sądzisz — rzekła piękna. — Tymczasem jestem zadowolona, że bierzesz to lekko, gdyż dla nas obojga może to mieć najweselszy skutek. Zaufam ci i ze swej strony zrobię, co mogę. Tylko mi przyrzecz, że odkrycia tego nie wspomnisz nigdy w formie wyrzutu. Do tego dołączam jeszcze jedną usilną prośbę: strzeż się więcej, niż kiedykolwiek, wina i gniewu.

Obiecałem, czego żądała. Wciąż bym tylko obiecywał, ale ona sama zwróciła rozmowę na inne rzeczy i wszystko poszło dawniejszą koleją. Nie mieliśmy powodu zmieniać miejsca pobytu naszego — miasto było duże, towarzystwo liczne, a pora roku dawała sposobność do niejednej zabawy na wsi i w ogrodach.

Na wszystkich takich zabawach żona moja chętnie była widziana, ba, wielce upragniona przez mężczyzn i kobiety. Zachowanie się dobre i przymilne, w połączeniu z pewną wyniosłością, czyniło ją każdemu miłą i szanowną. Prócz tego grała prześlicznie na lutni i śpiewała, a wszystkie wieczory towarzyskie musiał wieńczyć jej talent.

Winienem atoli wyznać, żem nigdy muzyką wielce się nie napawał, że mi, owszem, dawała ona wrażenie nieprzyjemne. Moja ukochana, spostrzegłszy to rychło, nie starała się tedy zabawiać mnie tym sposobem, gdyśmy byli sami. Natomiast w towarzystwie zdawała się wetować to sobie i znajdowała w nim wielu wielbicieli. Ale po cóż mam się zapierać? Ostatnia nasza rozmowa, pomimo najlepszych chęci moich, nie zdołała przecież załatwić całkowicie u mnie tej sprawy; owszem, nastroiła tylko bardzo dziwnie moją wrażliwość, chociaż nie miałem o tym zupełnej świadomości. Otóż pewnego wieczoru, wśród licznego towarzystwa, wybuchło powstrzymywane niezadowolenie, a dla mnie wynikła stąd nader wielka strata.

Kiedy się teraz należycie zastanawiam, to po owym nieszczęsnym odkryciu kochałem daleko mniej moją piękną, a stałem się o nią zazdrosny, co mi przedtem na myśl nawet nie przychodziło. Wieczorem, przy stole, gdzieśmy siedzieli skośnie naprzeciw siebie w dość znacznym oddaleniu, bawiłem się bardzo dobrze z obu swymi sąsiadkami, które mi się od niejakiego czasu wydawały powabne. Wśród żartów i słów miłosnych nie szczędzono wina. Tymczasem po drugiej stronie dwóch przyjaciół muzyki opanowało moją żonę i potrafiło zachęcić i popchnąć towarzystwo do śpiewów — solowych i chóralnych. Z tego powodu wpadłem w zły humor. Dwaj amatorzy sztuki wydali mi się natrętami, śpiew mnie rozgniewał, a gdy ode mnie zażądano zwrotki solowej, wpadłem istotnie w pasję, opróżniłem puchar i postawiłem go bardzo hałaśliwie.

Wdzięk sąsiadek moich natychmiast mnie wprawdzie ułagodził, ale zła to sprawa z gniewem, gdy już raz wybuchnie. Gotowało się we mnie wciąż, chociaż wszystko powinno mnie było usposabiać do wesołości, do wyrozumiałości. Na odwrót — stałem się jeszcze gniewniejszy, gdy przyniesiono lutnię, a moja piękna wtórowała na niej swemu śpiewowi, ku podziwowi wszystkich innych. Na nieszczęście proszono o ciszę ogólną. A więc i gadać już nie mogłem! A tony sprawiały mi ból zębów. Nie dziw przeto, że w końcu maleńka iskierka podpaliła minę.

Śpiewaczka, ukończywszy piosnkę wśród ogromnych oklasków, spojrzała właśnie ku mnie i to nadzwyczaj mile. Niestety, spojrzenie to nie oddziałało na mnie. Zauważyła, żem wychylił puchar wina i na nowo go napełniałem. Wskazującym palcem prawej ręki pogroziła mi ślicznie.

— Pamiętaj pan, że to wino! — rzekła na tyle tylko głośno, żebym mógł usłyszeć.

— Woda jest dla karłów! — zawołałem.

— Moje panie — powiedziała ona do moich sąsiadek — uwieńczcie z całym powabem puchar, ażeby się zbyt często nie opróżniał.

— Nie pozwolisz pan przecież rozkazywać sobie! — szepnęła mi jedna z nich do ucha.

— Czego chce ten karzeł? — zawołałem, gwałtownie się poruszywszy, czym przewróciłem puchar.

— Tu za dużo się leje! — zawołała cudnie piękna, uderzając w struny, jakby chciała uwagę towarzystwa odciągnąć od tego zamieszania ku sobie.

Udało się jej rzeczywiście, zwłaszcza gdy wstała — po to jakoby, iżby grę sobie udogodnić — i ciągnęła dalej preludia.

Zobaczywszy czerwone wino, spływające po obrusie, doszedłem do siebie. Uznałem wielki błąd, jaki popełniłem, i byłem naprawdę w duchu skruszony. Po raz pierwszy przemówiła do mnie muzyka. Pierwsza zwrotka, przez nią śpiewana, była przyjaznym pożegnaniem towarzystwa, kiedy się jeszcze czuło zgromadzone w pełni. Przy zwrotce następnej towarzystwo niby się rozpływało, każdy czuł się samotny, rozłączony, nikt nie uważał się już za obecnego. Ale co mam powiedzieć o zwrotce ostatniej? Była ona wyłącznie do mnie zwrócona — był to głos zranionej miłości, która żegna się z niechęcią i zuchwalstwem.

W milczeniu poprowadziłem ją do domu, nie spodziewając się niczego dobrego. Atoli zaledwie żeśmy się dostali do swego pokoju, okazała się ona nadzwyczajnie miła i powabna, a nawet figlarna, i uczyniła mnie najszczęśliwszym ze wszystkich ludzi.

Nazajutrz powiedziałem z zupełną otuchą i miłością:

— Nieraz, uproszona przez wesołe towarzystwo, śpiewałaś, jak na przykład wczoraj wieczorem, wzruszającą pieśń pożegnania. Zaśpiewaj też i dla mnie ładne, wesołe powitanie w tej rannej godzinie, ażebyśmy tego doświadczyli wrażenia, jak byśmy się poznali po raz pierwszy.

— Tego nie mogę, mój przyjacielu — odrzekła poważnie. — Pieśń wczorajszego wieczoru odnosiła się do naszego rozstania, które natychmiast nastąpić musi. Gdyż mogę ci tyle jedynie powiedzieć, że obraza przyrzeczenia i przysięgi pociąga najgorsze dla nas obojga skutki. Ty lekkomyślnie marnujesz wielkie szczęście, a i ja także muszę się wyrzec najmilszych pragnień moich.

Kiedym następnie natarczywie ją prosił, żeby się wypowiedziała jaśniej, ona odparła:

— Zrobić to, niestety, mogę, boć już się skończyło moje przebywanie z tobą. Posłuchaj więc tego, co bym wolała ukryć przed tobą aż do czasów najdalszych. Postać, w jakiej ujrzałeś mnie w skrzyneczce, jest mi rzeczywiście wrodzona i naturalna. Jestem bowiem z rodu króla Eckwalda, potężnego króla karłów, o którym prawdziwe dzieje tyle opowiadają. Lud nasz jest jeszcze wciąż, jak przed wiekami, czynny i pracowity; i dlatego łatwo daje się rządzić. Nie powinieneś atoli wyobrażać sobie, iżby karły w pracach swoich były zacofane. Dawniej najsławniejszymi ich wyrobami były miecze, które ścinały wrogów, kiedy się je za nimi rzuciło, niewidzialnie i tajemniczo wiążące łańcuchy, nieprzebite tarcze i tym podobne rzeczy. Teraz zaś zajmują się one głównie przedmiotami wygody i stroju i przewyższają w tym wszystkie inne narody na ziemi. Zdumiałbyś się, gdybyś mógł obejrzeć nasze warsztaty i składy towarów. Wszystko to byłoby dobre, gdyby w całym narodzie w ogóle, szczególnie zaś w rodzinie królewskiej, nie zachodziła pewna dziwna okoliczność.

Ponieważ milczała przez chwilę, prosiłem ją o dalsze objawienie tych cudownych tajemnic — w czym też natychmiast uczyniła mi zadość.

— Wiadomo — rzekła — że Bóg po stworzeniu świata, kiedy cała ziemia wyschła, a góry wznosiły się potężnie i wspaniale, Bóg, mówię, stworzył zaraz przed wszystkimi innymi rzeczami karzełków, ażeby istniały także rozumne istoty, które by cuda jego mogły podziwiać i czcić we wnętrzu ziemi, wśród parowów i przepaści. Wiadomo dalej, że mały ten ród wzmógł się potem i zamyślał przywłaszczyć sobie panowanie nad ziemią. Dlatego stworzył Bóg smoki, żeby drobiazg ten zapędziły w góry. Ale ponieważ smoki przywykły się gnieździć w dużych jaskiniach i jamach i tam mieszkać, a wiele z nich ogniem zionęło i popełniało niektóre inne okropności, miały stąd karzełki dużo biedy i strapień tak dalece, że w końcu nie wiedziały, gdzie się podziać. Zwróciły się tedy do pana Boga z pokorą i błaganiem, wzywając go w modlitwie, żeby ten niegodziwy naród smoków wytępić przecież raczył. A lubo w mądrości swojej nie mógł on postanowić zguby stworzenia swego, to jednak wielka nędza biednych karzełków tak mu trafiła do serca, że niebawem stworzył olbrzymów, którzy mieli zwalczać smoki i jeżeli ich nie wyniszczyć z kretesem, to przynajmniej uszczuplić ich liczbę. Atoli, gdy olbrzymy załatwiły się już jako tako ze smokami, opanowała ich także zarozumiałość i zuchwalstwo, tak że dokonywali niejednego przestępstwa, zwłaszcza względem dobrych karzełków, które znowu w biedzie swojej zwróciły się do Boga. A ten z mocy swojej stworzył następnie rycerzy, ażeby zwalczali olbrzymów i smoki, a z karzełkami żyli w dobrym porozumieniu. Tym się zakończyło dzieło stworzenia w tej mierze. A stąd poszło, że potem olbrzymy i smoki, jak też rycerze i karzełki, zawsze ze sobą trzymali. Z tego widzieć możesz, mój przyjacielu, że jesteśmy z najstarszego rodu w świecie, co nam wprawdzie cześć zapewnia, ale też prowadzi ze sobą wielki uszczerbek. Mianowicie, ponieważ nic na świecie wiecznie trwać nie może, ale wszystko, co kiedyś było wielkie, musi się umniejszać i drobnieć, tak też i my jesteśmy w tym wypadku, że od stworzenia świata ciągle żeśmy maleli i drobnieli, a przed wszystkimi innymi rodzina królewska, która, z powodu czystości krwi swojej, najpierw podległa temu losowi. Z tego powodu mądrzy mistrzowie nasi od wielu już lat obmyślili wybieg, iż od czasu do czasu wysyłana była księżniczka z domu królewskiego na ziemię, aby wyjść za mąż za jakiegoś uczciwego rycerza, odświeżyć znowu ród karłów i uratować od całkowitej zguby.

Kiedy moja piękna wypowiadała te słowa całkiem szczerze, patrzyłem na nią z niedowierzaniem, bo mi się zdało, jakby ona miała ochotę wywieść mnie w pole. Co się tyczyło jej szczuplutkiego pochodzenia — o tym żadnej już nie miałem wątpliwości. Ale że mnie się chwyciła zamiast rycerza, to mnie przejmowało niejaką nieufnością. Znałem — i owszem — siebie zanadto dobrze, ażebym mógł wierzyć, że przodkowie moi stworzeni zostali bezpośrednio przez Boga.

Zataiłem zdziwienie i wątpliwości, zapytując ją uprzejmie:

— Ale powiedz mi, kochane dziecko, jakim sposobem nabywasz tak wysokiej i okazałej postaci? Mało bowiem znam kobiet, które by z tobą porównać się mogły co do wspaniałej budowy.

— Dowiesz się tego — odparła moja piękna. — Z dawien dawna ustanowiono na radzie królów karlich, żeby się, jak można najdłużej, wystrzegać każdego nadzwyczajnego kroku, co też uważam za naturalne i słuszne. Długo by się jeszcze może ociągano z wysłaniem księżniczki znowu na ziemię, gdyby brat mój, który się po mnie urodził, nie był tak mały, że go niańki z pieluszek zgubiły i nie wiadomo, gdzie się podział. Wobec tego niesłychanego w rocznikach państwa karłów wypadku zgromadzono mędrców i, jednym słowem, zapadło postanowienie, ażeby mnie wysłać na poszukiwanie męża.

— Postanowienie! — zawołałem. — Wszystko to pięknie i dobrze. Można zrobić postanowienie, można coś zadekretować, ale jak zdołali mędrcy wasi nadać karlicy ten kształt boski?

— Przewidzieli to już — odrzekła — nasi przodkowie. W skarbcu królewskim leżał olbrzymi, złoty pierścień. Mówię teraz o nim, jakim mi się wydał, kiedy mi jako dziecku pokazano go na swoim miejscu, gdyż jest to ten sam, który obecnie mam na palcu. Zabrano się tedy do dzieła w sposób następujący: zaznajomiono mnie ze wszystkim, co zamierzano, i nauczono mnie, co mam robić, a czego unikać. Zbudowano pyszny pałac na wzór najmilszej letniej siedziby rodziców moich; budynek główny, oficyny i czego tylko życzyć sobie można. Stał on przy wejściu do wielkiej pieczary skalnej i zdobił ją wielce. W dniu oznaczonym udał się tam dwór oraz rodzice moi wraz ze mną. Wojsko paradowało, a dwudziestu czterech kapłanów niosło w pysznej lektyce, nie bez trudu, cudowny pierścień. Złożono go na progu budynku, w tym miejscu, gdzie się przezeń przestępuje. Odprawiono niektóre ceremonie, a po serdecznym pożegnaniu wzięłam się do roboty. Przystąpiłam, położyłam rękę na pierścieniu i zaczęłam zaraz znacznie rosnąć. W kilka chwil doszłam do obecnej mojej wielkości, po czym natychmiast włożyłam pierścień na palec. W mgnieniu oka zamknęły się okna, drzwi i bramy, oficyny weszły w budynek główny. Zamiast pałacu stała obok mnie skrzyneczka, którą zaraz podniosłam i wzięłam ze sobą, nie bez przyjemnego uczucia, żem taka duża i silna; wprawdzie wciąż jeszcze karlica w porównaniu z drzewami i górami, ze strumieniami i przestrzeniami lądowymi, ale olbrzymka przecież wobec trawy i ziela, a zwłaszcza wobec mrówek, z którymi my, karły, nie zawsze się znajdujemy w dobrych stosunkach i stąd często przez nie jesteśmy trapione. Jak mi się powodziło w wędrówce, zanim ciebie spotkałam, byłoby dużo do opowiadania. Dość, że niejednego wystawiałam na próby, lecz nikt od ciebie nie wydał mi się godniejszy, by odnowić i uwiecznić ród wspaniałego Eckwalda.

Wobec tych wszystkich opowiadań chwiała mi się głowa, chociaż nią właściwie nie potrząsałem. Zadawałem różne pytania, na które jednak nie otrzymywałem konkretnych odpowiedzi. Dowiedziałem się tylko, ku największemu zasmuceniu, że po tym, co zaszło, musi koniecznie wrócić do rodziców. Spodziewała się wprawdzie powrócić do mnie, ale teraz musiała nieodwołalnie się stawić, gdyż w przeciwnym razie wszystko byłoby zarówno dla niej, jak i dla mnie stracone. Woreczki przestałyby niebawem płacić i mogłyby stąd inne jeszcze wyniknąć rzeczy.

Usłyszawszy, że pieniądze skończyć się nam miały, nie pytałem już, co jeszcze więcej stać się mogło. Wzruszyłem ramionami, umilkłem, a ona zrozumiała mnie, jak się zdało.

Spakowaliśmy się i wsiedliśmy do powozu ze skrzyneczką przed sobą, w której atoli nie mogłem jeszcze dojrzeć nic z pałacu. Tak minęliśmy kilka stacji. Opłatę pocztową i napiwki wygodnie i hojnie opłacałem z torebek na prawo i lewo. W końcu dostaliśmy się do okolicy górzystej, a ledwie żeśmy wysiedli, moja piękna poszła przodem, ja zaś na jej rozkaz szedłem za nią ze skrzyneczką. Po dość stromych ścieżkach zaprowadziła mnie do wąskiej dolinki, przez którą jasny strumień to pryskał, to biegł wężykiem. Ukazała mi wtedy płaszczyznę na wzniesieniu, kazała złożyć skrzyneczkę i rzekła:

— Bywaj zdrów! Drogę łatwo odnajdziesz. Pamiętaj o mnie, mam nadzieję, że cię ujrzę jeszcze.

W tej chwili takiego doznawałem uczucia, jakbym nie mógł jej opuścić. Miała właśnie znowu swój piękny dzień albo — jeśli chcecie — swoją piękną godzinę. Być samemu z tak milutką istotą, na zielonej murawie, wśród trawy i kwiatów, w otoczeniu gór, przy szmerze wód — czyjeż serce pozostałoby wtedy nieczułe! Chciałem ją ująć za rękę, uścisnąć, ale ona mnie odepchnęła i zagroziła, lubo wciąż jeszcze przyjaźnie, wielkim niebezpieczeństwem, jeżeli się nie oddalę natychmiast.

— Czyż nie ma wcale możności — zawołałem — żebym został przy tobie, żebyś mogła mnie przy sobie zatrzymać?

Słowa te wypowiedziałem z tak bolesnymi ruchami i takim tonem, że się wydała wzruszona i po niejakim namyśle wyznała, że trwanie naszego związku nie jest całkiem niemożliwe. Któż był szczęśliwszy ode mnie! Natarczywość moja, stając się coraz żywsza, zmusiła ją w końcu do wypowiedzenia się i do oznajmienia, że, gdybym się zdecydował stać się wraz z nią tak mały, jak ją już widziałem, to bym mógł pozostać z nią i teraz, wchodząc do jej mieszkania, do jej państwa, do jej rodziny. Propozycja ta nie bardzo mi się podobała, alem w tej chwili nie mógł się po prostu oderwać od niej. A przywykłszy już od niejakiego czasu do cudowności, zaprawiony do szybkich postanowień, przystałem na to, mówiąc jej, żeby robiła ze mną, co zechce.

Natychmiast musiałem wyciągnąć mały palec prawej ręki; ona oparła swój o niego, ściągnęła sobie bardzo powoli lewą ręką złoty pierścień i przesunęła go na mój palec. Ledwie się to stało, uczułem gwałtowny ból w palcu — pierścień zwęził się i torturował mnie okropnie. Wydałem krzyk straszny i mimo woli rwałem się do mojej pięknej, która tymczasem znikła. Jak mi było wtedy na sercu, na to nie potrafiłbym znaleźć wyrazu. Toteż nie pozostaje mi nic innego do powiedzenia, tylko tyle, żem się niebawem znalazł w drobnej postaci wraz z moją piękną w lesie źdźbeł trawy. Radość ujrzenia się znowu po krótkim, a tak dziwnym, rozłączeniu lub też — jeśli chcecie — ponownego zjednoczenia bez rozłączenia przechodzi wszelkie pojęcie. Rzuciłem się jej na szyję, ona odpowiedziała na moje pieszczoty, a mała para czuła się równie szczęśliwa jak duża.

Z pewnym trudem weszliśmy potem na pagórek, murawa bowiem stała się dla nas prawie nieprzebytym lasem. Dostaliśmy się przecież w końcu na miejsce odkryte i jakże się zdziwiłem, zobaczywszy tam duży, regularny gmach, w którym niebawem poznałem skrzyneczkę w tym stanie, w jakim ją postawiłem na wzniesieniu.

— Wejdź, mój przyjacielu, i zastukaj tylko pierścieniem, a zobaczysz cuda — rzekła moja ukochana.

Przystąpiłem i ledwiem zastukał, ujrzałem rzeczywiście cuda wielkie. Rozwinęły się dwie ogromne oficyny, a równocześnie opadły, jakby łuski i wióry, części rozmaite — oczom moim ukazały się nagle drzwi, okna, krużganki i wszystko, co należy do całości pałacu.

Kto widział kunsztowne biurko Röntgena180, gdzie za jednym naciśnięciem działa wiele sprężyn, ukazują się od razu lub rychło po sobie pulpit i kałamarz, przedziałki na listy i pieniądze, ten będzie mógł wyrobić sobie niejakie wyobrażenie o tym, jak się rozwijał ów pałac, do którego mnie teraz wciągnęła moja słodka towarzyszka. W sali głównej poznałem zaraz kominek, który dawniej widziałem z góry, i krzesło, na którym ona siedziała. A gdym spojrzał ponad siebie, zdawało mi się, że dostrzegam jeszcze coś z pęknięcia w sklepieniu, przez które wtedy zaglądałem. Oszczędzam wam opis reszty — dość, że wszystko było obszerne, bogate i pełne smaku.

Ledwiem ochłonął ze zdziwienia, kiedym usłyszał z dala muzykę wojskową. Moja piękna połowa podskoczyła z radości i zapowiedziała mi z zachwytem przybycie swego ojca. Stanęliśmy we drzwiach i patrzyliśmy, jak się z okazałej pieczary skalnej wydostawał świetny orszak. Żołnierze, lokaje, domownicy i wspaniała świta dworska szli jedni za drugimi. Na koniec ujrzeliśmy złocistą ciżbę, a w niej samego króla. Kiedy cały orszak ustawił się przed pałacem, przystąpił król z najbliższym otoczeniem swoim. Czuła jego córka pośpieszyła na jego spotkanie i porwała mnie ze sobą. Rzuciliśmy się mu do nóg; podniósł mnie bardzo łaskawie, a gdym stanął przed nim, dopiero zauważyłem, że w tym małym światku miałem zaiste wzrost najokazalszy. Poszliśmy razem do pałacu, gdzie król wobec całego dworu swego raczył mnie powitać dobrze wystudiowaną mową, w której wyraził zdziwienie, że nas tu znajduje. Uznał mnie za zięcia i na jutro naznaczył ceremonię zaślubin.

Jakże strasznie zrobiło mi się na sercu, kiedym usłyszał o małżeństwie. Dotychczas bowiem bałem się go więcej prawie niż samej muzyki, która mi przecież dawniej wydawała się najwstrętniejszą rzeczą na świecie.

Ci, co muzykę robią, zwykłem był mawiać, wyobrażają sobie przynajmniej, że są w zgodzie wzajemnej i działają harmonijnie. Bo strojąc dosyć długo instrumenty i rozdzierając nam uszy mnóstwem tonów fałszywych, mocno i uparcie są przekonani, że już doprowadzili rzecz do doskonałości i że jeden instrument doskonale pasuje do drugiego. Sam kapelmistrz jest w tym szczęśliwym obłędzie. I oto radośnie brzmi muzyka, a nam, pozostałym, wciąż uszy puchną. W stanie zaś małżeńskim nie ma nawet tego. Bo chociaż jest on duetem tylko i można byłoby mniemać, że dwa głosy — a nawet dwa instrumenty — powinny przecież móc się dostroić, zdarza się to jednak rzadko. Bowiem kiedy mąż zaczyna jednym tonem, to go żona bierze zaraz wyżej, a mąż znowu wyżej — i wówczas z kamertonu przechodzi się do tonu chóralnego. I tak ciągle dalej, aż w końcu dmące instrumenty już nastarczyć nie mogą. I tak, ponieważ muzyka harmonijna jest wstrętna, to tym mniej za złe brać mi należy, iż zgoła znieść nie mogę dysharmonijnej.

O wszystkich uroczystościach, na jakich dzień minął, nie chcę i nie mogę opowiadać, gdyż mało na nie zważałem. Pyszne jedzenie, świetne wino — nic mi jakoś nie smakowało. Myślałem i rozważałem, co mi zrobić wypada. Niewiele wszakże można było wymyślić. Postanowiłem sobie, za nadejściem nocy, wyjść, uciec i skryć się gdziekolwiek. Istotnie, dostałem się do jakiejś szpary w skale, dokąd żem się wcisnął i ukrył się, jak można było najlepiej. Pierwszym moim następnie usiłowaniem było zdjąć z palca nieszczęsny pierścień, ale to mi się jakoś nie udawało. Owszem, czułem, że się zwężał coraz bardziej, jak tylko zamierzałem go ściągnąć, co mi sprawiało gwałtowne bóle, znikające atoli natychmiast, gdy odstępowałem od przedsięwzięcia.

Nazajutrz rano budzę się — mała moja osóbka bowiem spała bardzo dobrze — i chcę się rozejrzeć, gdy zaczyna padać na mnie niby deszcz. Spadało to przez trawę, liście i kwiaty w wielkiej ilości jak piasek i żwir. Atoli jak żem się przeraził, gdy się wszystko wkoło mnie ożywiło i niezliczone wojsko mrówek zwaliło się na mnie. Ledwie mnie spostrzegły, zaraz się na mnie ze wszech stron rzuciły, a chociaż się broniłem dosyć mężnie i dzielnie, tak mnie w końcu pokryły, pokąsały i udręczyły, iż się ucieszyłem, gdym usłyszał wołanie, żebym się poddał. Poddałem się rzeczywiście i natychmiast, po czym jakaś mrówka okazałej postawy zbliżyła się do mnie grzecznie, a nawet z uszanowaniem, i poleciła się mojej łasce. Dowiedziałem się, że mrówki zostały sprzymierzeńcami mego teścia i że on w obecnym wypadku powołał je i zobowiązał do dostarczenia mnie. I tak ja, mały, byłem w ręku jeszcze mniejszych. Oczekiwałem ślubu i dziękowałem Bogu, że mój teść się nie gniewał, że moja piękna w złość nie wpadła.

Pozwólcie mi zamilczeć o wszystkich ceremoniach — dosyć, że zostaliśmy zaślubieni. Jakkolwiek wesoło i dziarsko wszystko się u nas odbywało, mimo to znalazły się godziny samotności, w których ciągnęło coś do namysłu, a mnie spotkało coś, co jeszcze nigdy się nie zdarzyło. Ale co i jak, to posłyszycie.

Wszystko wkoło mnie było zupełnie odpowiednie dla obecnej postaci mojej i potrzeb. Butelki i puchary proporcjonalne do małego biesiadnika — ba, może nawet lepszej miary niż u nas. Małemu podniebieniu memu smakowały delikatne kąski doskonale, pocałunek usteczek małżonki mojej był doprawdy uroczy i nie przeczę, że nowość uczyniła mi nadzwyczaj miłymi wszystkie te stosunki. Ale, niestety, nie zapomniałem przy tym o swoim poprzednim stanie. Czułem w sobie miarę poprzedniej wielkości, co mnie uczyniło niespokojnym i nieszczęśliwym. Teraz dopiero pojąłem, co rozumieją filozofowie przez swe ideały, którymi ludzie tak dręczą się podobno. Miałem ideał siebie samego i ukazywałem się sobie niekiedy we śnie jako olbrzym. Słowem, żona, pierścień, postać karła, tyle innych więzów — uczyniły mnie całkiem nieszczęśliwym, tak żem zaczął serio rozmyślać o wyswobodzeniu.

Przekonanym będąc, że cały czar kryje się w pierścieniu, postanowiłem go przepiłować. W tym celu ukradłem jubilerowi nadwornemu parę pilników. Na szczęście byłem mańkutem i nigdym w życiu nic prawą ręką nie zrobił. Mężnie siedziałem przy pracy — nie była ona mała, gdyż złota obrączka, chociaż wyglądała tak cienko, stała się grubsza w miarę tego, jak się skurczyła w pierwotnej wielkości swojej. Wszystkie wolne godziny obracałem niepostrzeżenie na to zajęcie i miałem dość roztropności, by stanąć przed drzwiami, kiedy metal został przepiłowany. To mi się udało, gdyż nagle złota obręcz gwałtownie odskoczyła z palca, a postać moja rosła w górę z taką szybkością, żem istotnie myślał, iż o niebo uderzę, a w każdym razie byłbym przebił sklepienie naszego pałacu letniego — ba, cały nawet ten budynek — swoją świeżą niezaradnością.

I oto znów stałem sam — zapewne większy, ale, jak mi się zdawało, o wiele głupszy i bezradny. A ochłonąwszy ze swego oszołomienia, ujrzałem leżącą obok mnie szkatułkę, którą uznałem za dosyć ciężką, gdy ją podniosłem i dźwigałem, idąc ścieżką pieszą ku stacji, gdziem kazał zaprzęgać i jechać dalej. Po drodze zrobiłem zaraz próbę z torebkami po obu stronach. Zamiast pieniędzy, które widocznie skończyły się, znalazłem kluczyk. Należał on do szkatułki, w której było dostateczne wynagrodzenie za brak w torebkach. Dopóki starczyło, używałem powozu. Potem sprzedałem go, aby móc jeździć pocztą. Szkatułki pozbyłem się na ostatku, bo wciąż przypuszczałem, że się jeszcze napełni. I tak przyszedłem w końcu, chociaż znacznie nadłożywszy drogi, do ogniska kucharki, gdzieście mnie najprzód poznali.