Rozdział piąty

W drodze do zamku nie znalazł przyjaciel nasz, ku swemu zdziwieniu, nic, co by podobne było do dawnego wirydarza45 lub nowoczesnego parku. W prostej linii zasadzone drzewa owocowe, grzędy warzywne, wielkie kawałki zajęte przez zioła lecznicze i co tylko mogło być poczytywane za użyteczne, objął on jednym spojrzeniem na łagodnie pochylającej się płaszczyźnie. Plac, ocieniony wysokimi lipami, rozciągał się wspaniale jako przedsionek okazałego gmachu. Długa, przytykająca do niego aleja, o jednakiej drzew wysokości i piękności, dawała o każdej dnia godzinie możność przebywania i przechadzania się na świeżym powietrzu. Wchodząc do zamku, znalazł ściany sieni pokryte w sposób szczególny; wielkie karty geograficzne czterech części świata wpadły mu w oko. Pyszne ściany przy schodach były ozdobione również zarysami państw poszczególnych, a wpuszczony do głównej sali znalazł się otoczony widokami miast najważniejszych, ujętymi z góry i z dołu krajobrazowymi odtworzeniami okolic, w których miasta te leżały. Wszystko wykonane artystycznie, tak że szczegóły wpadały wyraźnie w oczy, a zarazem dawała się dobrze zauważyć łączność nieprzerwana.

Pan domu, mały, żywy człowieczek w latach podeszłych, powitał gościa i zapytał, bez żadnego wstępu, wskazując ściany, czy mu które z tych miast nie jest znane i czy kiedyś się w nich nie zatrzymywał. O niejednym mógł przyjaciel nasz zdać teraz dostateczną relację i dowieść, że wiele miejsc nie tylko widział, ale umiał nadto zauważyć ich stosunki i właściwości.

Pan domu zadzwonił i rozkazał dać pokój obu przybyszom, a potem sprowadzić ich na wieczerzę. Tak się też stało. W dużej sali parterowej spotkały Wilhelma dwie kobiety, z których jedna rzekła do niego z wielką wesołością:

— Spotykasz tu pan małe, ale dobre towarzystwo: ja, młodsza siostrzenica, mam na imię Hersylia, a ta, starsza moja siostra, to Julka. Dwaj panowie są to ojciec i syn. Urzędnicy, których pan już znasz, to przyjaciele domu, używający wszelkiego zaufania, na jakie zasługują. Siadajmy!

Dwie kobiety wzięły Wilhelma między siebie, urzędnicy usiedli na obu rogach, a Feliks po drugiej stronie, skąd zaraz przesunął się naprzeciwko Hersylii i oka z niej nie spuszczał.

Po wstępnej rozmowie ogólnej pochwyciła Hersylia sposobność mówienia, powiadając:

— Żeby obcy tym prędzej się z nami spoufalił i wtajemniczył w naszą rozmowę, wyznać powinnam, że się u nas dużo czytuje i żeśmy się, czy to przypadkiem, czy z zamiłowania, czy nawet z ducha przeciwieństwa, podzielili na rozmaite literatury. Stryj jest za włoszczyzną, ta tu dama nie bierze za złe, gdy się ją ma za skończoną Angielkę, ja zaś trzymam się Francuzów, o ile są weseli i zabawni. Tu amtman-papa rozkoszuje się starożytnością niemiecką, a syn, słusznie, zwraca swe zainteresowanie do nowszej, młodszej. Według tego będziesz pan sądził, według tego brał udział, zgadzał się lub spierał; pod wszelkim względem będziesz pan pożądany.

I w tym też duchu potoczyła się ożywiona rozmowa.

Tymczasem kierunek ognistych spojrzeń pięknego Feliksa nie uszedł bynajmniej uwagi Hersylii. Czuła się zdziwiona, pochlebiało jej to, więc mu przesyłała najsmaczniejsze kąski, które on przyjmował z radością i wdzięcznością. Wtem, gdy przy wetach46 spojrzał ku niej ponad talerzem jabłek, zdało się jej, że w powabnych owocach dostrzega tyluż rywali. Co pomyślała, to zrobiła! Wzięła jabłko i przez stół podała je dorastającemu awanturnikowi. Ten, pośpiesznie je chwytając, zaraz zaczął obierać. Stale jednak wpatrując się w czarującą sąsiadkę, zaciął się głęboko w wielki palec. Krew silnie popłynęła, Hersylia przyskoczyła, zakrzątnęła się koło niego, a krew zatamowawszy, zakryła rankę plastrem angielskim. Ale chłopak objął ją i nie chciał puścić. Ruszono się gromadnie od stołu, który został sprzątnięty, i zabierano się do rozstania.

— Czytasz pan pewnie przed zaśnięciem? — rzekła Hersylia do Wilhelma. — Przyślę panu rękopis, tłumaczenie mojej ręki z francuskiego, a pan mi powiesz, czyś spotkał kiedy coś wdzięczniejszego. Występuje tu dziewczyna obłąkana! To zapewne nie byłoby szczególną zaletą, ale gdybym kiedykolwiek miała się stać wariatką, jak na to niekiedy bierze mnie chętka, to bym nią była w taki sposób.

Pielgrzymująca wariatka

Pan Revanne, człowiek bogaty, jest posiadaczem najpiękniejszych majątków w prowincji swojej. Wraz z synem i siostrą zamieszkuje na zamku, który by godny był księcia. I rzeczywiście, kiedy jego park, wody, folwarki, rękodzielnie47, gospodarstwo domowe wyżywiają połowę mieszkańców na sześć mil wokoło, to on — dzięki poważaniu i temu dobru, jakie czyni — prawdziwym jest księciem.

Przed kilku laty przechadzał się wzdłuż murów swego parku po gościńcu i podobało mu się wypocząć w gaiku, w którym podróżny chętnie przebywa. Wysokopienne drzewa wznoszą się ponad młodymi, gęstymi zaroślami; ma się tu zabezpieczenie od wiatru i słońca. Czysto utrzymane źródło rozsyła swą wodę po korzeniach, kamieniach i murawach. Przechadzający się miał ze sobą, jak zazwyczaj, książkę i strzelbę. Starał się tedy czytać, często śpiewem ptaków, niekiedy wskutek kroków wędrowca, mile odrywany i zabawiany.

Piękny poranek daleko już był posunięty, gdy jakaś młoda i miła dziewczyna ku niemu się zbliżała. Opuściła gościniec, obiecując sobie zapewne wypoczynek i orzeźwienie w chłodnym miejscu, w którym on się znajdował. Pielgrzymka o oczach najpiękniejszych w świecie i o twarzy przyjemnie ożywionej ruchem, tak dalece się odznaczała budową, chodem i przystojnością48, iż on mimowolnie wstał ze swego miejsca i wyjrzał na gościniec, by zobaczyć orszak, jakiego się za nią spodziewał. Potem sama postać, która mu się szlachetnie ukłoniła, ściągnęła znów na siebie jego uwagę; z uszanowaniem oddał jej ukłon. Piękna podróżna usiadła na skraju źródła, wzdychając, lecz słowa nie mówiąc.

— Dziwne działanie sympatii! — zawołał pan Revanne, opowiadając mi swoją przygodę — westchnieniu jej zawtórowałem po cichu. Stałem, nie wiedząc, co mam mówić lub robić. Oczu mi nie starczyło, by objąć te doskonałości. Wyciągnięta wzdłuż i wsparta na łokciu, była najpiękniejszą postacią kobiecą, jaką sobie wyobrazić było można! Trzewiki jej dały mi pochop do osobnych rozmyślań; całkowicie zakurzone wskazywały daleko przebytą drogę, a jednak jej jedwabne pończochy były tak błyszczące, jakby dopiero co wyszły spod żelazka. Podkasana suknia nie była pomięta. Włosy jej, zdało się, układane były dziś rano. Cienka bielizna, cienkie koronki; tak była ubrana, jakby na bal iść miała. Nic w niej nie wskazywało włóczęgi. A jednak była nią, ale godną pożałowania, zasługującą na uszanowanie. Na koniec skorzystałem z kilku spojrzeń, jakie na mnie rzuciła, by ją spytać, czy podróżuje sama. „Tak, panie, odrzekła, sama jestem na świecie”. „Jak to, miałabyś pani być bez rodziców, bez znajomych?”, zapytałem. „Tegom nie chciała właściwie powiedzieć. Rodziców mam i dosyć znajomych, ale nie mam przyjaciół”, odpowiedziała. „Temu, mówiłem dalej, nie możesz pani z pewnością być winna. Masz pani postać, a zarazem i serce pewnie, którym daje się wiele wybaczyć”.

Poczuła ten rodzaj zarzutu, jaki krył w sobie mój komplement, a ja nabrałem dobrego wyobrażenia o jej wychowaniu. Otwarła na mnie parę niebiańskich oczu o najdoskonalszym, najczystszym błękicie, przejrzystych i błyszczących. Potem mówiła tonem szlachetnym, że nie może mieć za złe człowiekowi honorowemu, jakim się wydaję, gdy młodą dziewczynę, którą spotyka na gościńcu samą, uważa za nieco podejrzaną; że się to jej już nieraz przytrafiło, ale, chociaż jest obca, chociaż nikt nie ma prawa wypytywać jej, prosi, by wierzyć, że cel jej podróży może się pogodzić z najskrupulatniejszą uczciwością. Przyczyny, z których nikomu nie potrzebuje zdawać sprawy, zmusiły ją obnosić swe cierpienia po świecie. Zauważyła, że niebezpieczeństwa, jakich się obawiają dla płci jej, są urojone, i że cześć kobiety, nawet wśród rozbójników, wystawiona jest na szwank tylko wobec słabości serca i zasad. Zresztą chodzi tylko w tych godzinach i po takich drogach, gdzie się uważa za bezpieczną, mówi nie z każdym i bawi niekiedy dłużej w stosownych miejscach, gdzie by mogła zarobić na życie, oddając usługi, do których ją wdrożyło wychowanie.

Tu głos jej się załamał, powieki opadły. Ujrzałem kilka łez, staczających się na jej policzki.

Odparłem na to, że bynajmniej nie wątpię o dobrym jej pochodzeniu, jak i postępowaniu godnym szacunku; że żałuję tylko, iż jakaś konieczność zmusza ją do służenia, gdy się wydaje tak godna mieć służących, i że pomimo żywej ciekawości nie myślę na nią dalej nalegać. Owszem, pragnę się przekonać, zapoznając się z nią lepiej, iż wszędzie równie dbała o swą sławę, jak i o cnotę.

Słowa te zdawały się ją znowu dotykać, gdyż odpowiedziała: „Ukrywam nazwisko i ojczyznę właśnie dla sławy, która przecież, bądź co bądź, po większej części mniej zawiera rzeczywistości niż przypuszczeń. Jeżeli ofiaruję swe usługi, to pokazuję świadectwa ostatnich domów, gdzie cośkolwiek robiłam, i nie ukrywam, iż nie chcę być wypytywana o ojczyznę i rodzinę. Według tego muszą się ludzie kierować i pozostawić niebu albo słowom moim niewinność mego całego życia i mojej rzetelności”.

Tego rodzaju oświadczenia nie pozwalały wcale przypuszczać zboczenia umysłowego u pięknej awanturnicy. Pan Revanne, który nie mógł dobrze zrozumieć postanowienia biegania po świecie, przypuszczał, że ją może chciano wydać za mąż wbrew jej skłonności. Potem wpadł na myśl, że może to i rozpacz z miłości. I w dość dziwny sposób, chociaż zdarzający się nierzadko, domyślając się u niej miłości dla kogoś innego, sam się zakochał i bał się, by nie odeszła dalej. Nie mógł oczu oderwać od ślicznej twarzy, którą upiększało zielone półświatło. Jeżeli istniały kiedy nimfy, to nigdy się nie ukazała piękniejsza, wyciągnięta na murawie, a romansowy trochę charakter tego spotkania taki rozsiewał urok, iż mu się oprzeć nie zdołał.

Nie rozważając tedy rzeczy dokładniej, skłonił pan Revanne piękną nieznajomą, by się dała zaprowadzić do zamku. Nie robi wcale trudności, idzie razem z nim i przedstawia się jako osoba, której wielki świat jest znany. Przynoszą ochłody, które spożywa, bez fałszywej uniżoności z najczarowniejszym podziękowaniem. W oczekiwaniu obiadu pokazują jej dom. Zwraca uwagę na to tylko, co zasługuje na wyróżnienie — czy to w meblach i malowidłach czy też w stosownym rozkładzie pokojów. Znajduje bibliotekę, zna dobrze książki i mówi o nich ze smakiem, a skromnie. Ani paplaniny, ani zakłopotania. Przy stole równie szlachetne i naturalne zachowanie się oraz najmilszy ton w rozmowie. Aż dotąd wszystko jest rozsądkiem w jej rozmowie, a jej charakter wydaje się równie przyjemny jak jej postać.

Po obiedzie piękniejszą jeszcze uczynił ją pewien rys swobodny; zwracając się z uśmiechem do panny Revanne, rzecze:

— Jest moim zwyczajem płacić za obiad jakąś pracą i jeżeli brak mi pieniędzy, żądam igieł od gospodyń. Pozwól mi, pani — dodała — żebym na krosienkach pani zostawiła kwiat, byś potem, spoglądając nań, raczyła przypomnieć sobie biedną nieznajomą.

Panna Revanne odparła na to, iż jej bardzo przykro, że nie ma rozciągniętego tła i że musi odmówić sobie przyjemności podziwiania jej uzdolnienia. Wówczas pielgrzymka zwróciła wzrok na klawikord.

— To spłacę dług swój — rzekła — monetą wietrzną, jak to od dawna już było zwyczajem wędrownych śpiewaków.

Spróbowała instrumentu w dwu czy trzech przygrywkach, które zapowiadały rękę bardzo wprawną. Już nie wątpiono, że jest panną wysokiego rodu, obdarzoną wszystkimi przyjemnymi talentami. Z początku gra jej była żywa i świetna. Potem przeszła do tonów poważniejszych, do tonów głębokiej boleści, którą równocześnie spostrzeżono w jej oczach. Zalały się one łzami, twarz jej zmieniła się, a palce zatrzymały. Lecz nagle zadziwiła wszystkich, wyśpiewując najpiękniejszym w świecie głosem wesoło i śmiesznie pustą piosenkę. Ponieważ potem miano powód do mniemania, iż ta komiczna romanca49 cokolwiek bliżej ją obchodzi, to wybaczą czytelnicy, iż zostanie tu załączona.

Cóż to tam w płaszczu tak się rucha,

Kiedy na wschodzie ledwie brzask?

Czyżby druh, gdy dmie zawierucha,

W zbożnej pielgrzymce szukał łask?

Któż go to kapelusza zbawił?

Miałżeby z chęci bosy bieg?

Jakże się on tu w lesie zjawił

Po górach, które kryje śnieg?

Dziwne! Z cieplutkiego siedliska,

Gdzie lepiej bawić się chciał,

Gdyby nie wziął płaszcza z leżyska,

Jakżeby to od wstydu drgał!

Tak go ów łotr stamtąd wyprztykał

I zawiniątko mu zdjął!

Biedny druh tedy rączo zmykał

Niby Adam nagi i goł.

Po cóż szedł po takiej drożynie,

Po owo jabłko pełne zła!

Co pięknie wzrastało przy młynie,

Jako w raju jabłonka ta.

Nieprędko żart go znowu zbodzie;

Umknął z domu, bo tam mu źle;

Wybuchając na swobodzie,

Głośne i gorzkie skargi śle:

„Zdrady w spojrzeniach jej ognistych

I głoskim nie dojrzał, o, nie;

Kochać się zdała w ogniach czystych,

A serce miała takie złe!

Czyż bo mogłem śnić w jej objęciach,

Jaki to rozbój w piersi jej!

Amora miała w swych zaklęciach,

Co nam nie skąpił łaski swej.

Miłością moją się cieszyła

Nocą, której niewidny kres,

Aż gdy ranku chwila wybiła,

Matki wezwała pośród łez.

Wtedy się tuzin wdarł pokrewnych,

Prawdziwy zalew ludzkich głów,

Więc braci i cioteczek rzewnych,

Kuzynów i stryjów też znów!

Toż było wrzasku i ryczenia!

Każdy się zdawał niby zwierz.

Żądali wieńca ukwiecenia

Z krzykami i groźbami też.

«Czegóż jak wariaci godzicie

W młodzieńca, co niewinnym jest!

Boć skarbów takowych nabycie

Większej zręczności daje chrzest.

Toż Amor z tego przecie słynie,

Iż wczas igraszek szukać rad;

I nie pozwoli stać tam w młynie

Kwiatom szesnaście długich lat!...»

I chwycili mi me ubranie

I płaszcz mój chcieli zabrać też;

Tyle plugastwa wpadło na nie

W tym ciasnym domku wzdłuż i wszerz!

Skoczyłem pewien, że przede mną

Wszystkich ich poroztrącam tam!

Spojrzałem jeszcze na nikczemną,

Ach taką piękną! — głowę łam!

Wszyscy odbiegli przed mą złością,

Wrzeszcząc niejedno słowo złe;

Z piorunną więc głosu gromkością

Porzuciłem jaskinię tę.

Jak dziew miejskich tak i wioskowych

Unikanym winien być próg;

Lecz spuśćcież dla dam pałacowych

Rozkosze rozbierania sług!

A jeśliście spomiędzy szczwanych,

Nie znając powinności cnych:

Zmieniajcież swoich ukochanych,

Ależ bo nie zdradzajcie ich”.

Tak śpiewa on w porze zimowej,

Gdy zielonego nie ma źdźbła;

Śmiech mię bierze z rany sercowej,

Boć zasłużona rana ta;

Tak niech z każdym, co okłamuje

Szlachetną swą kochankę w dzień,

W nocy zaś zbyt śmiałym się czuje,

Włażąc w Amora zdrożną sień.

Zastanawiało to mocno, iż się w taki sposób zapomnieć mogła, a wybryk ten mógł uchodzić za oznakę problemów z głową, która nie zawsze była jednakowa.

— Ale — mówi mi pan Revanne — i myśmy zapomnieli o wszystkich uwagach, jakie żeśmy zrobić byli mogli. Nie wiem, jak się to stało. Musiał nas przekupić nieopisany wdzięk, z jakim te żarty wypowiadała. Grała nęcąco, ale rozważnie. Palce słuchały jej w zupełności, a głos był istotnie czarujący. Skończywszy, okazała się tak pewna siebie jak przedtem. Sądziliśmy, że chciała tylko rozweselić chwile trawienia.

Wkrótce potem prosiła o pozwolenie puszczenia się w dalszą drogę, ale na moje skinienie rzekła siostra, że jeżeli nie potrzebuje się śpieszyć, a ugoszczenie nie wywołuje w niej nieupodobania, to będzie dla nas świętem widzieć ją u nas dni kilka. Myślałem o zaproponowaniu jej jakiegoś zajęcia, gdy się skłoniła do pozostania. Ale tego pierwszego i następnego dnia oprowadzaliśmy ją tylko. Ani na chwilę nie zaprzeczyła sobie. Była ona rozumem, obdarzonym wszelkimi wdziękami. Duch jej był subtelny i dobitny, pamięć tak dobrze uposażona, a serce tak piękne, że bardzo często wzbudzała w nas podziw i utrzymywała uwagę naszą w naprężeniu. Przy tym znała prawidła dobrego zachowania się i stosowała je względem każdego z nas, jak nie mniej względem kilku przyjaciół, którzy nas odwiedzali, tak doskonale, że już zgoła nie wiedzieliśmy, jak zjednoczyć owe dziwactwa z takim wychowaniem.

Rzeczywiście, nie odważyłem się już poddawać jej projektu służenia domowi naszemu. Siostra moja, która ją polubiła, uważała również za obowiązek oszczędzać wrażliwość nieznajomej. Obie razem krzątały się około spraw domowych, a tu nieraz poczciwa dziewczyna zniżała się aż do pracy ręcznej i potrafiła zaraz potem zorientować się we wszystkim, co wymagało wyższego ładu i rachunku.

W krótkim czasie zaprowadziła tu porządek, którego żeśmy do dziś dnia w zamku nie pożałowali. Była bardzo rozsądną gospodynią, a że od początku samego siadywała razem z nami i przy obiedzie, nie wycofała się bynajmniej z fałszywej skromności, ale bez skrupułu jadała z nami i dalej. Lecz nie ruszyła ani karty, ani instrumentu, póki nie pokończyła wziętych na siebie zatrudnień.

Muszę wyznać, że mnie los tej dziewczyny serdecznie zaczął wzruszać. Żałowałem rodziców, którym prawdopodobnie bardzo brakło takiej córki. Wzdychałem nad tym, że tak łagodne cnoty, że tyle przymiotów miało zmarnieć. Żyła już z nami kilka miesięcy, a ja miałem nadzieję, że zaufanie, jakim ją przejąć staraliśmy się, wywoła wreszcie tajemnicę na jej usta. Jeśli to było nieszczęście, mogliśmy dopomóc. Jeśli to był błąd, to można się było spodziewać, że pośrednictwo, że świadectwo nasze, mogłyby jej wyjednać przebaczenie chwilowego omamienia. Ale wszystkie nasze zapewnienia przyjaźni, prośby nawet, okazały się nieskuteczne. Kiedy spostrzegła zamiar, iż chcemy wydobyć od niej jakieś wyjaśnienie, to się kryła poza ogólnikowe maksymy moralne, aby się usprawiedliwić, w niczym nas nie pouczając.

Na przykład, kiedyśmy mówili o jej nieszczęściu, ona odpowiadała: „Nieszczęście pada na dobrych i złych. Jest to skuteczne lekarstwo, które działa zarówno na dobre soki, jak i na złe”. Kiedyśmy usiłowali odkryć przyczynę jej ucieczki z domu rodzicielskiego, ona mówiła z uśmiechem: „Jeżeli sarna ucieka, to nie ona temu winna”. Kiedyśmy pytali, czy doznała prześladowań, odpowiadała: „Jest to losem wielu panien dobrego rodu doznać i wycierpieć prześladowania. Kto płacze z powodu obrazy, tego spotkają inne”. Ale jak się mogła zdecydować, by życie swe wystawiać na grubiaństwo tłumu albo co najmniej zawdzięczać je niekiedy jego litości? Na to śmiała się znowu, mówiąc: „Biednemu, który pozdrawia bogatego przy obiedzie, nie brak rozsądku”.

Raz, gdy się rozmowa skłaniała ku żartom, mówiliśmy jej o kochankach i zapytaliśmy, czy też nie zna zmarzniętego bohatera swojej romancy. Słowo to, pamiętam jeszcze doskonale, zdało się ją przeszywać. Wpatrzyła we mnie parę swych oczu tak poważnie i surowo, że moje nie mogły wytrzymać takiego spojrzenia. I w ogóle ilekroć potem mówiło się o miłości, to można było oczekiwać, iż się zobaczy zmącenie wdzięku w jej zachowaniu się i żywości jej ducha. Zaraz wpadała w zamyślenie, które poczytywaliśmy za objaw gniewu, a które zapewne bólem tylko było. Pozostała jednak ogólnie pogodna, tylko bez wielkiej żywości, szlachetna bez ubiegania się o wyraz dostojności, prosta bez otwartości, zamknięta w sobie bez trwożliwości, raczej cierpliwa niż łagodna i bardziej niż serdeczna, wdzięczna za pieszczoty i grzeczności. Z pewnością była to kobieta wykształcona na to, by przewodniczyć wielkiemu domowi. A przecież nie wydawała się starsza niż lat dwadzieścia jeden.

Tak się przedstawiała ta młoda, nieodgadnięta osoba, która mną całkiem zawładnęła w ciągu dwóch lat, jakie podobało się jej u nas zabawić. Aż skończyła głupstwem, które o wiele bardziej jest osobliwe, niż były jej zalety zaszczytne i świetne. Syn mój, młodszy ode mnie, będzie się mógł pocieszyć. Co do mnie, to lękam się, czy nie będę na tyle słaby, by mi jej brakło na zawsze.

Opowiem tedy o głupstwie rozsądnej kobiety, aby okazać, że głupstwo często nie bywa niczym innym, jak rozumem pod inną powierzchownością. Prawda to, że łatwo zauważyć szczególną sprzeczność pomiędzy szlachetnym charakterem pielgrzymki i komicznym podstępem, jakim się posłużyła. Ale znamy już przecież dwie jej nierówności: samo wędrowanie i piosenkę.

Jasną jest rzeczą, że pan Revanne zakochał się w nieznajomej. Zapewne nie mógł już polegać na swej pięćdziesięcioletniej twarzy, chociaż wyglądał tak świeżo i rześko jak trzydziestolatek, ale spodziewał się może podobać swoim czystym, dziecięcym zdrowiem, swoją dobrocią, pogodą, łagodnością, szlachetnością swego charakteru, a może nawet majątkiem swoim, lubo dosyć tkliwy był na to, by odczuć, że się nie kupuje tego, co nie ma ceny. Z drugiej atoli strony syn — przyjemny, czuły, ognisty — nie namyślając się dłużej od ojca, bez opamiętania rzucił się w awanturę. Z początku starał się oględnie pozyskać nieznajomą, która mu dopiero wskutek pochwał i przyjaźni ojca oraz ciotki stała się droga naprawdę. Szczerze się ubiegał o łaskę kobiety, która namiętności jego wydała się o wiele wyższa ponad obecny stan niewiast. Jej surowość, bardziej niż jej zalety i piękność, rozpłomieniała go. Odważył się mówić, zabiegać, obiecywać.

Ojciec mimo woli dawał swojemu staraniu się zawsze pozór nieco ojcowski. Znał siebie, a poznawszy swego współzawodnika, nie spodziewał się go zwyciężyć, jeśliby się nie chwycił środków, które nie przystoją mężowi rządzącemu się zasadami. Mimo to szedł swoją drogą, chociaż wiedział, że dobroć, a nawet majątek, są to powaby, którym się kobieta oddaje z rozwagą, ale które są zgoła nieskuteczne, skoro się ukaże miłość z urokiem i w towarzystwie młodości. Przy tym popełnił pan Revanne inne błędy, których potem żałował. Obok przyjaźni pełnej uszanowania, mówił o trwałym, tajemnym, prawowitym związku. Uskarżał się nawet i wypowiedział słowo „niewdzięczność”. Z pewnością nie znał tej, którą kochał, gdy razu pewnego rzekł do niej, że wielu dobroczyńców otrzymywało zło za dobro. Ona odpowiedziała mu po prostu, że wielu dobroczyńców chciałoby swoim pupilom odebrać wszystkie prawa za soczewicę.

Piękna nieznajoma, uwikłana w starania dwóch przeciwników, kierowana nieznanymi pobudkami, nie miała, zdaje się, innego zamiaru nad oszczędzenie sobie i innym głupstw niesmacznych, chwytając się wśród tych przykrych okoliczności dziwnego wybiegu. Syn nalegał ze śmiałością swego wieku i groził, jak zazwyczaj, że życie swoje poświęci dla nieubłaganej. Ojciec, mniej trochę nierozumny, był przecież równie natarczywy. Szczerzy byli obaj. Ta miła istota mogłaby tu była zapewnić sobie zasłużone stanowisko, gdyż obaj panowie Revanne zapewniają, iż ich zamiarem było pojęcie jej za żonę.

Atoli na przykładzie tej dziewczyny niech się nauczą kobiety, że chociażby umysł był omamiony próżnością albo rzeczywistym obłędem, to serce uczciwe nie drażni ran serdecznych, których uleczyć nie chce. Pielgrzymka czuła, że się znajduje na samym skraju, gdzie jej niełatwo będzie bronić się długo. Była w mocy dwóch kochających, którzy wszelką natarczywość mogli usprawiedliwić czystością zamiarów swoich, ponieważ chcieli zuchwalstwo swoje uprawnić związkiem uroczystym. Tak było i tak to ona zrozumiała.

Mogła się była oszańcować za panną Revanne. Zaniechała tego, bez wątpienia oszczędzając i szanując dobroczyńców swoich. Nie traci jednak pewności siebie, wymyśla środek, by każdy cnotę swą zachował, gdy ona o swojej wątpić pozwala. Obłąkana jest z wierności, na którą kochanek z pewnością nie zasługuje, jeżeli nie odczuwa tych wszystkich poświęceń, chociażby miały mu pozostać nieznane.

Dnia pewnego, kiedy pan Revanne trochę nazbyt żywo odwzajemnił przyjaźń i wdzięczność, jaką mu okazywała, nagle przybrała minę naiwną, która go zdziwiła.

— Dobroć pańska — rzekła — trwoży mnie. Niech pan pozwoli szczerze wyjawić dlaczego. Czuję to dobrze, że panu tylko wszelka ode mnie należy się wdzięczność, ale doprawdy...

— Okrutna dziewczyno! — rzekł pan Revanne — rozumiem cię. Syn mój wzruszył serce twoje.

— Ach, panie! Na tym nie koniec. Mogę tylko zmieszaniem swoim wyrazić...

— Jak to, panno, byłaż byś...

— Myślę, że tak — odrzekła, głęboko się kłaniając i łzę upuszczając, bo nigdy nie brak łez kobietom przy ich podstępach, nigdy nie brak uniewinnienia ich niewłaściwego postępku.

Jakkolwiek zakochany był pan Revanne, musiał przecież podziwiać ten nowy sposób niewinnej szczerości pod czepeczkiem matczynym i uznał ukłon za zupełnie stosowny.

— Ale, proszę pani, to dla mnie nie do pojęcia...

— I dla mnie także — odpowiedziała, a łzy popłynęły obficiej.

Płynęły póty, aż pan Revanne, w zakończeniu bardzo przykrego rozmyślania, ze spokojniejszą miną zabrał głos na nowo, mówiąc:

— To mnie oświeca! Widzę, jak śmieszne są moje wymagania. Nie robię pani żadnych wyrzutów, a jako jedyną karę za ból, jaki mi sprawiasz, obiecuję pani z jego dziedzictwa tyle, ile potrzeba, ażeby się dowiedzieć, czy on tak mocno kocha panią jak ja.

— Ach, panie! Zlituj się pan nad moją niewinnością i nic mu o tym nie mów.

Prosić o milczenie nie jest środkiem otrzymania go. Po tych krokach oczekiwała tedy piękna nieznajoma, że ujrzy swego kochanka pełnego złości i w najwyższym stopniu na nią oburzonego. Wkrótce też ukazał się ze spojrzeniem, które zapowiadało druzgocące słowa. Ale się zająknął i nie mógł nic więcej wymówić nad to:

— Jak to? Pani, czyż to możliwe?

— Cóż takiego, panie? — odrzekła z uśmiechem, który w takim położeniu może doprowadzić do rozpaczy.

— Jak to co? Dajże pani pokój, piękna mi istota. Ale przynajmniej nie należałoby wydziedziczać dzieci prawowitych, wystarcza już oskarżyć je. Tak, pani, przenikam spisek jej z ojcem moim. Oboje dajecie mi syna, a to przecież mój brat, jestem tego pewny.

Z tak samo spokojnym i pogodnym czołem odpowiedziała mu piękna nieroztropna:

— Niczego pewien pan nie jesteś. To ani syn, ani brat pański. Chłopcy są złośliwi, nie chciałam ich wcale, to biedna dziewczynina, którą poprowadzę dalej, dalej, bardzo daleko od ludzi, od złych, od głupców i od niewiernych.

Potem, sercu swojemu mówić pozwalając, ciągnęła dalej:

— Bywaj pan zdrów! Bywaj zdrów, kochany panie Revanne! Z natury masz serce prawe, zachowaj zasady szczerości. One nie są niebezpieczne przy ustalonym bogactwie. Bądź pan dobry względem biednych. Kto pogardza prośbą zasmuconej niewinności, sam kiedyś prosić będzie i nie zostanie wysłuchany. Kto sobie nie robi skrupułu, gardząc skrupułem bezbronnej dziewczyny, ten stanie się ofiarą kobiet bez skrupułów. Kto nie czuje, czego doznawać musi uczciwa dziewczyna, kiedy się o nią starają, ten nie zasługuje, by ją osiągnął. Kto wbrew rozumowi, wbrew zamiarom, wbrew planowi rodziny swojej kuje projekty na rzecz swych namiętności, zasługuje na to, by nie miał owoców swej namiętności i obchodził się bez szacunku swej rodziny. Wierzę, że pan kochałeś mnie uczciwie, ale, mój kochany Revanne, kot wie dobrze, komu liże brodę. A jeżeli kiedyś będziesz ukochanym zacnej kobiety, to sobie przypomnij młyn niewiernego. Naucz się pan na moim przykładzie poprzestawać na stałości i milczeniu swojej ukochanej. Pan wiesz, czy jestem niewierna, i pański ojciec wie także. Zamierzyłam przebiec świat i wystawić się na wszelkie niebezpieczeństwa. Z pewnością największe są te, które mi grożą w tym domu. Ale ponieważ jesteś pan młody, mówię więc samemu tylko panu i to w zaufaniu: mężczyźni i kobiety są niewierni tylko z własnej woli. I tego właśnie chciałam dowieść przyjacielowi z młyna, który może mnie jeszcze zobaczy, jeżeli serce jego stanie się dość czyste, by mógł się obejść bez tego, co utracił.

Młody Revanne słuchał jeszcze, gdy ona mówić już przestała. Stał jakby rażony błyskawicą. Łzy na koniec popłynęły mu z oczu i wśród tego wzruszenia pobiegł do ciotki i do ojca, by im powiedzieć, że panna odchodzi, że panna jest aniołem, a raczej demonem, włóczącym się po świecie, by dręczyć serca wszystkich.

Pielgrzymka atoli tak dobrze wszystko zaplanowała, że jej nie znaleziono. A kiedy ojciec z synem złożyli sobie wzajemne wyjaśnienia, nie wątpiono już o jej niewinności, o jej talentach i o jej obłąkaniu. Jakkolwiek pan Revanne dużo sobie od tego czasu zadawał trudu, nie powiodło mu się jednak zasięgnąć choćby najmniejszego objaśnienia co do tej pięknej osoby, która się tak ulotnie jak anioł i tak uroczo ukazała.