Rozdział szósty
Po długim i gruntownym wypoczynku, którego wędrowcy niewątpliwie potrzebowali, wyskoczył Feliks żywo z łóżka i poszedł się ubierać. Ojcu zdawało się, że z większą niż dotychczas dbałością — nic nie pasowało dostatecznie i nic nie było dla chłopaka dość eleganckie; życzyłby też sobie mieć wszystko nowsze i świeższe. Pobiegł do ogrodu i po drodze pochwycił coś niecoś z przekąsek, które służący przyniósł dla gości, gdyż kobiety miały dopiero godzinę potem zjawić się w ogrodzie.
Służący przywykł był zabawiać obcych i pokazywać to i owo w domu. Zaprowadził też przyjaciela naszego do galerii, gdzie wisiały i stały same portrety osób, które żyły w wieku osiemnastym — wielkie i wspaniałe towarzystwo; zarówno obrazy, jak popiersia, o ile się dało, ręki znakomitych mistrzów.
— Nie znajdziesz pan — rzekł kustosz — w całym zamku ani jednego obrazu, który by, chociaż tylko z daleka, odnosił się do religii, tradycji, mitologii, legendy lub baśni. Pan nasz chce, żeby wyobraźnia o tyle tylko była rozwijana, iżby mogła sobie uprzytomnić prawdę. „I tak dosyć bajamy — zwykł on mawiać — żebyśmy potrzebowali jeszcze zewnętrznymi, drażniącymi środkami wzmagać tę niebezpieczną władzę”.
Na pytanie Wilhelma, kiedy mu będzie można złożyć uszanowanie, odpowiedziano wiadomością, że pan swoim zwyczajem wyjechał bardzo rano i że zwykł on mawiać: „Uwaga jest życiem!”.
— Te i tym podobne maksymy, w których się on odzwierciedla, zobaczysz pan wypisane na polach ponad drzwiami, jak oto np. zaraz tutaj natrafiamy: „Od pożytku, przez prawdę, ku pięknu”.
Kobiety już przygotowały śniadanie pod lipami. Feliks żartował z nimi i usiłował się odznaczyć wszelkiego rodzaju głupstwami i figlami, aby zdobyć napomnienie czy wyrzut od Hersylii. Siostry szczerością i wywnętrzaniem się usiłowały pozyskać zaufanie milczącego gościa, który im się podobał. Opowiadały o jednym zacnym krewnym, który po trzyletniej nieobecności był właśnie oczekiwany, o godnej ciotce, która niedaleko w zamku swym mieszkając, uważaną być winna za ducha opiekuńczego rodziny. W chorowitym niknieniu ciała, w kwitnącym zdrowiu ducha malowano ją tak, jak gdyby głos niewidzialnej, pierwotnej Sybilli wypowiadał całkiem po prostu czyste, boskie słowa o rzeczach ludzkich.
Nowy gość skierował rozmowę i pytania na czas obecny. Pragnął bardzo poznać szlachetnego stryja w jego stanowczej działalności. Wspomniał o wskazanej drodze od pożytku, przez prawdę, ku pięknu i starał się te słowa wyłożyć po swojemu, co mu się udało dobrze i miało szczęście pozyskać poklask Julisi.
Hersylia, która dotychczas, uśmiechając się, zachowywała milczenie, zauważyła na to:
— My, kobiety, jesteśmy w szczególnym położeniu. Maksymy mężczyzn słyszymy wciąż powtarzane, ba, musimy je widzieć nad naszymi głowami wypisane złotymi literami. A jednak my, dziewczyny, potrafiłybyśmy w cichości powiedzieć coś odwrotnie, co by także wartość miało, jak to właśnie jest w tym wypadku. Piękna znajduje czcicieli, a także starających się, a w końcu i męża. Potem dowiaduje się prawdy, która nie zawsze bywa pocieszająca, i jeżeli jest rozsądna, to się oddaje pożytkowi, dba o dom i dzieci i trwa przy tym. Tak mnie przynajmniej często widzieć się zdarzało. My, dziewczęta, mamy czas obserwować, a wówczas zazwyczaj znajdujemy to, czego nie szukałyśmy.
Nadbiegł posłaniec od stryja z wiadomością, że całe towarzystwo jest zaproszone na obiad do pobliskiego domku myśliwskiego, że można jechać tam konno i powozem. Hersylia wybrała jazdę konną. Feliks prosił usilnie, żeby i jemu dano konia. Zgodzono się, żeby Julisia pojechała z Wilhelmem w powozie, a Feliks, jako paź, miał zawdzięczać pierwszy swój wyjazd na koniu dumie swego młodziutkiego serca.
Julisia jechała tedy z nowym przyjacielem przez szereg miejsc, które wszystkie wykazywały pożytek i użycie. Ba, niezliczone drzewa owocowe wzbudzały wątpliwość, czy wszystkie owoce mogą być spożyte.
— Wszedłeś pan do naszego towarzystwa przez tak dziwny przedpokój i zastałeś tu niejedną rzeczywiście osobliwość i szczególność, muszę zatem przypuszczać, iż pragnąłbyś znać łączność tego wszystkiego. Wszystko polega na duchu i myśli mego zacnego stryja. Lata dzielności męskiej tego szlachetnego człowieka przypadły na czas Beccarii50 i Filangeriego51. Maksymy o wszech-ludzkości działały wówczas na wszystkie strony. Ale tę powszechność ukształtował sobie czynny duch, poważny charakter wedle nastroju, który się całkowicie zwracał do praktyki. Nie skrywał przed nami, jak on po swojemu owo hasło liberalne: „Dla jak największej liczby ludzi co można najlepszego” zamienił na „Dla wielu co pożądane”. Największa liczba ludzi nie da się odnaleźć i nie może ona dojść, co jest najlepsze. Ale wielu zawsze jest wkoło nas; czego oni sobie życzą, dowiadujemy się; czego by życzyć sobie powinni, rozważamy. I tak, bądź co bądź, zawsze można i stworzyć, i zdziałać coś ważnego. W tym duchu wszystko — mówiła dalej — co tu pan widzisz, zostało zasadzone, zbudowane, urządzone; i to dla bliskiego, łatwo zrozumiałego celu. Wszystko to stało się na rzecz wielkiego, pobliskiego łańcucha gór. Zacny człowiek, rozporządzając siłą i majątkiem, rzekł do siebie: „Żadnemu tam w górach dziecku nie powinno zbywać na wiśni, na jabłku, na co oni słusznie tak są łakomi. Gospodyni nie powinno brakować w garnku ani kapusty, ani rzepy, ani innej jarzyny, ażeby nieszczęsnemu spożywaniu kartofli choć jaką taką dać równowagę”. W tym duchu, w ten sposób stara się on świadczyć, do czego mu daje sposobność jego majątek, i tak to od lat kilku wyrobili się roznosiciele i roznosicielki, co do najgłębszych wąwozów górskich dostarczają owoce na sprzedaż.
— Ja sam rozkoszowałem się tym jak dziecko — odrzekł Wilhelm. — Tam, gdziem się czegoś podobnego zastać nie spodziewał, pomiędzy jodłami i skałami, mniej mnie zadziwiła czysta pobożność niż orzeźwiające, świeże owoce. Dary ducha są wszędzie u siebie, dary natury oszczędnie rozdzielono na ziemi.
— Ponadto nasz zacny pan przywiózł wiele potrzebnych rzeczy z odległych miejsc bliżej gór. W tych oto budowlach u ich stóp znajdziesz pan nagromadzoną sól i zapasy korzeni. O tytoń i wódkę pozwala on dbać innym. „To nie są potrzeby — powiada — ale zachcianki, a w tym względzie dosyć się znajdzie pośredników”.
Przybywszy na miejsce wyznaczone, do obszernej leśniczówki, towarzystwo zebrało się razem i zaraz nakryto do małego stolika.
— Siadajmy — rzekła Hersylia. — Stoi tu wprawdzie krzesło stryja, ale on z pewnością nie przyjdzie, jak zazwyczaj. W pewnej mierze miło mi, że nowy gość nasz, jak słyszę, niedługo bawić będzie między nami, gdyż mogłoby mu się sprzykrzyć poznawanie naszej grupy. Jest to rzecz wiecznie w romansach i dramatach powtarzana: dziwaczny stryj, łagodna i wesoła siostrzenica, roztropna ciotka, domownicy znanego rodzaju, a jeśliby jeszcze wrócił krewny, to by poznał fantastycznego podróżnika, który by może przyprowadziłby ze sobą jeszcze osobliwszego towarzysza. I tak by się ułożyła żałosna sztuka i w rzeczywistość zamieniła.
— Dziwactwa stryja winniśmy szanować — odparła Julisia. — Dla nikogo one nie są ciężarem, owszem, dla każdego są wygodne. Ściśle oznaczona godzina obiadu jest mu niemiła, rzadko więc jej dotrzymuje, bo jak zapewnia: „Jednym z najpiękniejszych wynalazków nowszej doby jest jedzenie z karty”.
Pośród innych szczegółów rozmowy doszli i do zamiłowania zacnego męża do umieszczania wszędzie napisów.
— Moja siostra — rzekła Hersylia — umie je wszystkie tłumaczyć. Z kustoszem zakłada się w tej mierze. Ale ja mniemam, że można je wszystkie odwrócić i że wtedy równie będą prawdziwe, a może nawet i prawdziwsze.
— Nie przeczę — odrzekł Wilhelm — są tam rzeczy, które się same w sobie niszczyć zdają. I tak widziałem np., bardzo wydatnie napisane: „Posiadanie i dobro wspólne”. Czyż te dwa pojęcia nie znoszą się wzajem?
Hersylia przerwała:
— Napisy takie przejął, zdaje się, stryj ze Wschodu, gdzie na wszystkich ścianach zdania Koranu52 są raczej czczone niż rozumiane.
Julisia, nie dając się zbić z tropu, odpowiedziała na powyższe pytanie:
— Niech pan określi dokładniej te skąpe wyrazy, a sens natychmiast zajaśnieje.
Po kilku wtrąconych uwagach Julia objaśniała dalej, jak to rozumieć należy:
— Niech każdy stara się to posiadanie, jakiego mu natura lub los udzieliły, cenić, utrzymywać i wzmagać. Niech sięga wszystkimi uzdolnieniami swymi tak daleko, jak tylko dosięgnąć może. Ale niechaj przy tym zawsze myśli, jak też zamierza pozwolić w tym na uczestnictwo innym; gdyż zamożni o tyle tylko bywają cenieni, o ile inni dzięki nim używają.
Kiedy się obejrzano za przykładami, znalazł się dopiero przyjaciel w swoim żywiole. Współubiegano się, prześcigano się, ażeby owe lakoniczne słowa uznać za rzetelną prawdę.
— Czemu — mówiono — czci się panującego, jeśli nie z tej przyczyny, że może każdego zaprząc do działania, dopomagać, ułatwiać mu je i jakby uczynić uczestnikiem swojej władzy absolutnej? Czemu wszyscy spoglądają na bogacza, jeśli nie dlatego, że on, najwięcej potrzeb mający, wszędzie życzy sobie uczestników w swoich zbytkach? Czemu wszyscy ludzie zazdroszczą poecie? Ponieważ natura jego czyni koniecznym udzielanie się. Ba, jest samym udzielaniem się. Muzyk jest szczęśliwszy od malarza: tamten rozdaje pożądane dary osobiście, bezpośrednio, gdy ten daje tylko wówczas, gdy dar się od niego oddzielił.
Potem mówiono w ogólności, że każdy rodzaj posiadania powinien człowiek podtrzymywać; że powinien stać się punktem środkowym, z którego wychodzić ma dobro wspólne. Musi być samolubem, ażeby nie zostać samolubem, gromadzić, ażeby mógł udzielać. Co to ma znaczyć: dawać ubogim posiadanie i dobro? Chwalebniej postępować z nimi jako rządca. Takie jest znaczenie słów: „Posiadanie i dobro wspólne”. Kapitału nikt nie powinien naruszać, procenty w obiegu światowym i bez tego należeć już będą do każdego.
Jak się w rozwoju rozmowy okazało, zarzucano stryjowi, że mu dobra jego nie dawały takiego dochodu, jaki przynosić powinny. Odparł on na to:
— Zmniejszenie dochodu uważam za wydatek, który mi sprawia przyjemność, ponieważ przezeń ułatwiam życie innym, nie zadając sobie nawet trudu, żeby dar ten przechodził przez moje ręce. I tak wszystko powraca do równowagi.
Tym sposobem zabawiały się wcale różnostronnie panny z nowym przyjacielem, a wobec wciąż rosnącego wzajemnego zaufania, opowiadały o spodziewanym lada chwila krewnym.
— Uważamy jego dziwne zachowanie się za umówione ze stryjem. Od lat kilku nie daje nic o sobie słyszeć, przysyła milutkie, pobyt jego alegorycznie wskazujące, podarunki. To znów nagle pisze z bardzo bliska, ale nie chce przybyć do nas wprzódy, zanim mu nie damy wiadomości o naszym położeniu. Zachowanie się takie nie jest naturalne. Co się za tym kryje, musimy się dowiedzieć przed jego powrotem. Dziś wieczorem damy panu zeszyt listów, z których reszty domyślić się można.
— Wczoraj — dodała Hersylia — zaznajomiłam pana z obłąkaną włóczęgą, dziś dowiesz się pan o szalonym podróżniku.
— Przyznaj się wszakże — wtrąciła Julisia — że to zakomunikowanie jest nie bez zamiaru.
Hersylia pytała właśnie niecierpliwie: „A gdzież wety!”, kiedy oznajmiono, że stryj oczekuje na towarzystwo, by z niem spożyć deser w dużej altanie. Po drodze spostrzeżono kuchnię polową, w której bardzo skrzętnie zajmowano się pakowaniem brzęczących i świecących się od czystości rondli, półmisków i talerzy. W obszernej altanie zastano starego pana przy dużym, okrągłym, świeżo nakrytym stole, na który, w czasie gdy się reszta rozsiadała, wnoszono najpiękniejsze owoce, pożądane pieczywo i najlepsze słodycze w wielkiej obfitości. Na pytanie stryja: „Co się stało dotychczas? O czym rozmawiano?”, odpowiedziała Hersylia z pośpiechem:
— Nasz dobry gość nie byłby sobie dał rady z twoimi, stryju, lakonicznymi napisami, gdyby mu nie przyszła na pomoc Julisia ze swym nieprzerwanym komentarzem.
— Masz coś zawsze do Julisi — odparł stryj. — To dzielna dziewczyna, która chce się jeszcze nauczyć czegoś i coś zrozumieć.
— Ja bym wolała o wielu rzeczach zapomnieć, które znam; a co zrozumiałam, także nie wiele to warte — odparła Hersylia wesoło.
Potem zabrał głos Wilhelm i rzekł z namysłem:
— Zwięzłe maksymy wszelkiego rodzaju umiem szanować, zwłaszcza gdy mnie pobudzają do przeniknięcia rzeczy wprost przeciwnych i do pogodzenia ich ze sobą.
— Bardzo słusznie — odpowiedział stryj — toż przecież człowiek rozumny nie miał jeszcze innego zajęcia w całym życiu swoim.
Tymczasem zasiedli się w koło stołu tak gęsto, że spóźnieni ledwie mogli znaleźć miejsce. Przyszli obaj urzędnicy, strzelec, koniuszy, ogrodnik, leśniczy i inni, których zajęcie nie od razu można było odgadnąć. Każdy miał coś z ostatniej chwili do opowiedzenia i oznajmienia, czego stary pan słuchał z zadowoleniem, a nawet wywoływał je pytaniami, świadczącymi o zainteresowaniu. W końcu jednak powstał i pożegnawszy towarzystwo, które się nie miało ruszyć, oddalił się z obydwoma urzędnikami. Owocami nasycali się wszyscy, cukierkami — młodzież (wyglądająca trochę dziko co prawda). Jeden po drugim wstawał, kłaniał się pozostałym i odchodził.
Panny, spostrzegłszy, że na to, co się działo, gość zwracał uwagę z niejakim zdziwieniem, objaśniły tę rzecz w sposób następujący:
— Widzisz pan tu znowu skutki właściwości naszego zacnego stryja. Utrzymuje on, że żaden wynalazek tego stulecia nie zasługuje na większy podziw niż to, że w restauracjach, przy osobnych stolikach, jeść można z karty. Zauważywszy to, starał się to zaprowadzić w swojej rodzinie, tak dla siebie, jak dla innych. Kiedy jest w najlepszym humorze, lubi żywo przedstawiać okropności obiadu rodzinnego, gdzie każdy z członków siada, odrębnymi myślami zajęty, słucha niechętnie, mówi z roztargnieniem, milczy ospale, a jeżeli jeszcze nieszczęście sprowadzi małe dzieci, to chwilową pedagogiką wywołuje najprzykrzejszy rozstrój. „Niejedno złe trzeba znosić, mówił on, od tego potrafiłem się oswobodzić”. Rzadko się ukazuje przy naszym stole i przysiada na krześle, które nań czeka puste, na chwilę tylko. Swoją kuchnię polową zawsze wozi ze sobą; je zazwyczaj sam, a inni niech się troszczą o siebie. Ale kiedy już ofiaruje śniadanie, wety lub jakie ochłody, to się gromadzą wszyscy domownicy i spożywają, co zastawiono, jak żeś to pan widział. Sprawia mu to przyjemność, ale niech nikt nie przychodzi, kto nie przynosi z sobą apetytu. Każdy, co się już nasycił, wstać powinien. Tym sposobem upewnia się, że zawsze jest otoczony przez używających. „Jeżeli się chce zabawić ludzi, słyszałam jego słowa, to trzeba się starać dać im to, czego rzadko albo nigdy nawet dostąpić nie mogą”.
W drodze powrotnej niespodziewany wypadek zmącił nieco nastrój towarzystwa. Hersylia rzekła do jadącego obok niej Feliksa:
— Patrz no tam, jakie to kwiaty? Pokrywają one całą słoneczną stronę pagórka. Nigdym ich jeszcze nie widziała.
Feliks spiął natychmiast konia, skoczył z kopyta i wracając, powiewał z dala całym pękiem kwitnących koron, gdy nagle zniknął wraz z koniem. Wpadł do rowu. Zaraz oddzieliło się od towarzystwa dwóch jeźdźców, pędzących ku owemu miejscu.
Wilhelm chciał wysiąść, ale Julisia nie pozwoliła.
— Pomoc jest już przy nim — rzekła — a prawo nasze w takich wypadkach nakazuje, żeby z miejsca ruszał tylko pomagający.
Hersylia zatrzymała konia.
— Tak jest — powiedziała — lekarzy rzadko się potrzebuje, chirurgów co chwila.
Już Feliks pędził naprzód z obwiązaną głową, trzymając kwitnącą zdobycz i wysoko ją podnosząc. Z zadowoleniem z siebie wręczył bukiet swej pani, a Hersylia dała mu w zamian lekką, różnobarwną chusteczkę na szyję.
— Biała opaska nie jest ci do twarzy — rzekła — ta będzie wyglądała weselej.
I tak wrócili do domu — uspokojeni wprawdzie, lecz czulej nastrojeni.
Było już późno. Rozstano się z przyjazną nadzieją jutrzejszego zobaczenia się. Ale zamieszczona poniżej korespondencja zatrzymała przyjaciela naszego jeszcze parę godzin na rozmysłach i czuwaniu.
Leonard do ciotki
„Na koniec, po trzech latach, odbierasz pierwszy list ode mnie, kochana ciotko — stosownie do naszej umowy, która, zaiste, dosyć była dziwna. Chciałem świat widzieć i oddać mu się i chciałem na ten czas zapomnieć o swym kącie rodzinnym, z którego wychodziłem, do którego wrócić się spodziewałem. Chciałem zatrzymać wrażenie całości, a szczegóły nie miały mnie uwodzić w dal. Tymczasem nieodzowne oznaki życia chodziły w tę i ową stronę. Ja otrzymałem pieniądze, a drobne dary dla moich najbliższych wręczone ci zostały do rozdziału. Po nadesłanych towarach mogłaś widzieć, gdzie i jak przebywam. Po winach wysmakował pewnie mój stryj każdorazowy mój pobyt, a koronki, drobiażdżki, wyroby stalowe oznaczyły dla kobiet drogę moją przez Brabancję53 na Paryż i do Londynu. Tak więc na waszych biurkach, stolikach do roboty i do herbaty, w waszych negliżach i sukniach odświętnych znajdę ślad niejeden, do którego mogę nawiązać opowiadaniem o swoich podróżach. Towarzyszyłaś mi, nie słysząc o mnie, a może nie jesteś nawet ciekawa dowiedzieć się czegoś więcej. Dla mnie natomiast niezmiernie potrzebną jest rzeczą za pośrednictwem dobroci twojej posłyszeć, co też się dzieje w kółku, do którego wejść znowu zamyślam. Chciałbym rzeczywiście z obczyzny przybyć jako obcy, który, aby się stać miłym, wpierw się wywiaduje, czego też w domu chcą i co lubią, i nie wyobraża sobie, żeby go przyjąć należało takim, jak jest, dla jego pięknych oczu albo włosów.
Napisz mi tedy o dobrym stryju, o lubych siostrzenicach, o sobie samej, o naszych krewnych, bliższych i dalszych, a nawet o dawnych i nowych służących. Słowem, pozwól swemu wprawnemu pióru, któregoś dla swego siostrzeńca tak dawno nie zamaczała, pobiegać na jego rzecz po papierze. Twój list informujący będzie zarazem dla mnie wierzytelnym, z którym się zgłoszę, skoro go tylko odbiorę. Od ciebie zatem zależy widzieć mnie w swoich objęciach. Zmieniamy się o wiele mniej, niż sądzimy, a i stosunki pozostają po większej części podobne do siebie. Nie to, co się zmieniło, ale co zostało, co powoli zwiększało się i zmniejszało, chcę poznać od razu i zobaczyć się w znajomym mi zwierciadle. Pozdrów serdecznie wszystkich naszych i wierz mi, że w dziwacznym sposobie oddalenia się i powracania mego tyle zawiera się ciepła, ile go czasami nie ma w ustawicznym współudziale i żywej wymianie uczuć. Tysiąc pozdrowień wszystkim razem i każdemu z osobna!”.
Dopisek
„Nie omieszkaj też, najdroższa ciociu, zamieścić słówka o ludziach zajmujących się naszymi interesami. Co się dzieje z naszymi urzędnikami i dzierżawcami? Co się stało z Waleryną, córką dzierżawcy, którego stryj na krótko przed moim odjazdem wypędził (słusznie wprawdzie, ale, jak mi się zdaje, z pewną szorstkością)? Widzisz, pamiętam jeszcze niejedną okoliczność; wiem jeszcze wszystko. Z przeszłości będziesz mnie egzaminowała, jeżeli mnie o teraźniejszości powiadomisz”.
Ciotka do Julisi
„Na koniec, kochane dzieci, list od trzyletniego milczka! Jakże dziwaczni są dziwaczni ludzie! On mniema, że jego towary i znaki równie są dobre jak jedno dobre słowo, jakie przyjaciel przyjacielowi powiedzieć lub napisać może. Wyobraża sobie istotnie, że dał zaliczkę, i chce, żebyśmy ze swej strony dostarczyli naprzód tego, czego on odmówił tak twardo i nieuprzejmie. Cóż zrobimy? Co do mnie, zaraz bym w długim liście spełniła życzenia jego, gdyby się nie był zjawił ból głowy, który mi tę oto stronicę ledwie do końca dopisać pozwala. Wszyscy widzieć go pragniemy; zajmijcie się, moje kochane, tą sprawą. Jeżeli ozdrowieję, zanim ją skończycie, to dołączę swoją pisaninę. Wybierzcie sobie osoby i stosunki, które byście najchętniej mu opisywały. Podzielcie się nimi. Wy zrobicie to wszystko lepiej ode mnie. Posłaniec przyniesie przecież od was słóweczko?”.
Julisia do ciotki
„Zaraz żeśmy odczytały, rozważyły i przez posłańca ślemy swoje zdania — każda z osobna — zapewniwszy najprzód razem, że nie jesteśmy tak pobłażliwe jak nasza droga ciotka względem zawsze pieszczonego siostrzeńca. Kiedy on przez trzy lata trzymał karty swoje przed nami zakryte i dotąd jeszcze je zakryte trzyma, my mamy swoje rozłożyć i grać w grę otwartą przeciw utajonej. Co wcale nie uchodzi, ale mniejsza z tym, gdyż najzręczniejszy nawet często się oszukuje, właśnie dlatego, że się zanadto ubezpiecza. Nie zgadzamy się jedynie, co i w jaki sposób przesłać mu mamy. Pisać, co się myśli o swoich, jest to, dla nas przynajmniej, dziwne zadanie. Zazwyczaj myśli się o nich tylko w tym lub owym wypadku, jeśli komuś sprawiają szczególną przyjemność lub przykrość. Zresztą pozostawiamy się sobie samym nawzajem. Ty tylko jedna, kochana ciotko, mogłabyś to zrobić, bo masz i rozwagę, i wyrozumiałość. Hersylia, która, jak wiesz, łatwo się zapala, zaraz mi pośpiesznie na poczekaniu skrytykowała całą rodzinę jak najweselej. Chciałabym, żeby to było na papierze, iżby nawet u ciebie, znękanej cierpieniem, wywabić uśmiech, ale nie po to, aby mu to posyłać. Moją zaś propozycją jest zakomunikować mu naszą korespondencję za te trzy lata. Niech sobie ją odczyta, jeśli ma odwagę, albo niech przybywa, by zobaczyć, gdy czytać nie chce. Twoje listy do mnie, kochana ciociu, są w największym porządku i zaraz nimi rozporządzić możesz. Z tym zdaniem Hersylia się nie zgadza. Wymawia się nieuporządkowaniem swoich papierów itd., jak ci to sama opowie”.
Hersylia do ciotki
„Chcę i muszę być bardzo krótka, kochana ciociu, bo posłaniec okazuje się niegrzecznie niecierpliwy. Uważam za nadmierną dobrotliwość — i to całkiem niestosowną — posyłać Leonardowi listy nasze. Po co ma on wiedzieć, cośmy dobrego o nim powiedziały? Po co ma wiedzieć, cośmy złego o nim mówiły? Ażeby z tego drugiego więcej niż z pierwszego wywnioskować, że jesteśmy dobre dla niego! Niech ciocia krótko go trzyma, bardzo proszę! Jest coś wyrachowanego i butnego w tym żądaniu, w tym zachowaniu się, jak to zazwyczaj robią mężczyźni, kiedy z obcych krajów wracają. Uważają pozostałych w domu zawsze za niepełnych. Niech ciocia wymówi się bólem głowy. I tak przybędzie, a jeżeliby nie przybył, to jeszcze trochę poczekamy. Może wtedy przyjdzie mu na myśl zainstalowanie się u nas w jakiś sposób tajemny i osobliwy, by nas poznać niepoznany. Cokolwiek by zresztą weszło w plan tak sprytnego człowieka! Byłoby to ładnie i dziwnie! To by wywołało różnorodne stosunki, które by przy tak dyplomatycznym wstąpieniu do swej rodziny, jakie teraz zamierza, nie mogłyby się wcale rozwinąć.
Posłaniec! Posłaniec! Niech ciocia lepiej pilnuje swoich starych ludzi albo niech przysyła młodych. Temu nie można dogodzić ani pochlebstwem, ani winem. Zdrowia po tysiąc razy!”.
Dopisek do dopisku
„Niech mi ciocia powie, czego chce kuzynek w swoim dopisku z tą Waleryną? Pytanie to zastanowiło mnie podwójnie. Jest to jedyna osoba, którą wzmiankuje imiennie. My, reszta, to siostrzenice, ciotki, zajmujący się interesami — nie osoby, ale rubryki. Waleryna, córka naszego sędziego. To piękne dziecko o blond włosach, co panu kuzynowi zaświeciło w oczy przed jego podróżą. Poszła za mąż, jest dobra i szczęśliwa; tego ci mówić nie potrzebuję. Ale on nie wie o tym, tak samo zresztą jak i o nas. Nie zapomnij więc donieść mu również w dopisku, że Waleryna z dniem każdym piękniejsza się stawała i stąd zrobiła dobrą partię, że jest żoną bogatego właściciela ziemskiego, że piękna blondynka jest zamężna. Opisz mu to dokładnie. No, ale to nie wszystko, ciociu kochana. Jak on mógł tak dobrze zapamiętać piękną blondynkę i pomieszać ją z córką lichego dzierżawcy, nieokrzesaną i hałaśliwą brunetką, co się zwała Nachodyna i nie wiadomo, gdzie się podziała. To dla mnie rzecz zgoła niepojęta i zaciekawia mnie nadzwyczajnie. Bo, jak się zdaje, pan kuzyn, chwalący się swoją dobrą pamięcią, miesza imiona i osoby w sposób zabawny. Może on czuje ten brak i chce odświeżyć sobie za pośrednictwem opisu twojego to, co się zatarło. Niech go ciocia trzyma krótko, bardzo proszę, ale niech się stara dowiedzieć, co się dzieje z Walerynami i Nachodynami i ze wszystkimi zresztą -inami i -trynami, jakie się w jego wyobraźni zachowały, podczas gdy -isie i -ylie z niej znikły. Posłaniec, przeklęty posłaniec!”.
Ciotka do siostrzenic. Dyktowane
„Po co się tak bardzo skrywać przed tymi, z którymi ma się życie spędzić! Leonard ze wszystkimi dziwactwami swymi zasługuje na zaufanie. Posyłam mu oba wasze listy — z nich pozna was, a mam nadzieję, że my, inni, nieświadomie skorzystamy z okazji, by mu się tak samo jak najprędzej przedstawić. Bywajcie zdrowi! Cierpię bardzo”.
Hersylia do ciotki
„Po cóż tak bardzo ukrywać się przed tymi, z którymi się życie spędza! Leonard jest rozpieszczonym siostrzeńcem. To okropne, że mu listy nasze posyłasz. Z nich on nas nie pozna, a ja pragnę jedynie okazji, by mu się jak najprędzej z innej strony przedstawić. Ciocia innym sprawia dużo cierpień, sama cierpiąc i ślepo kochając. Szybkiej ulgi w twych cierpieniach. Miłości twojej uleczyć niepodobna”.
Ciotka do Hersylii
„Ostatni twój bilecik byłabym zapakowała z innymi dla Leonarda, gdybym była w ogóle pozostała przy projekcie, który mi podsunęła nieuleczona skłonność, cierpienia moje i dogodność. Listy wasze nie zostały wysłane”.
Wilhelm do Natalii
„Człowiek jest istotą towarzyską, rozmowną. Wielką mu sprawia rozkosz, gdy posługuje się zdolnościami, któremu są dane, chociażby nawet nic przy tym nie osiągał. Jakże często skarżą się w towarzystwie, że jeden drugiemu nie daje przyjść do słowa, a podobnie można powiedzieć, że jeden drugiemu nie dałby przyjść do pisania, gdyby pisanie nie było zazwyczaj zajęciem, które samemu i samotnie praktykować trzeba.
Ile piszą ludzie, o tym nie ma się zgoła pojęcia. O tym, co z tego bywa drukowane, nie chcę wcale mówić, chociaż i tego już dosyć. Ale ile to listów i zawiadomień, historii, anegdot, opisów współczesnego położenia ludzi poszczególnych w korespondencji dłuższej i krótszej krąży po cichu — o tym można sobie wyrobić niejakie wyobrażenie, kiedy się czas jakiś żyje, jak ja obecnie, wśród rodzin wykształconych. W sferze, w której się teraz znajduję, prawie tyle spędza się czasu na komunikowaniu krewnym i przyjaciołom tego, czym się kto zajmuje, ile się czasu na samo to zajęcie zużyło. Spostrzeżenie to, narzucające mi się od dni kilku, notuję tym chętniej, iż zamiłowanie moich nowych przyjaciół w pisaniu daje mi sposobność szybkiego poznania ich stosunków pod każdym względem. Ufają mi, dają mi paczkę listów, parę zeszytów dziennika podróży, wyznania umysłu, który sam ze sobą nie przyszedł jeszcze do zgody — i tak w krótkim czasie jestem wszędzie jak u siebie. Znam najbliższe towarzystwo, znam osoby, z którymi zawrzeć mam znajomość, i wiem o nich więcej niemal niż oni sami; boć oni przecież są oplątani swoim położeniem, a ja obok nich przepływam tylko, zawsze z tobą za rękę, rozmawiając z tobą o wszystkim. I to jest pierwszym warunkiem, zanim przyjmę jakieś zwierzenie, żebym się mógł nim z tobą podzielić. Tu oto kilka listów, które cię wprowadzą w kółko, w którym się obecnie kręcę, nie łamiąc ani nie obchodząc mego ślubu”.