SCENA TRZECIA

Ci sami i Andrea.

ANDREA

we fraku, w palcie i kapeluszu na głowie, ściska w drzwiach rękę Ernesta.

No i cóż, przyjacielu, czyś kontent16 z dzisiejszego wieczora? Czy praca posunęła się naprzód?

ERNEST

Nic, wcale. Właśnie wyspowiadałem się przed żoną. Podarłem wszystko, com dziś napisał. Widocznie mierzę za wysoko.

ANDREA

Tego nie mów, mój drogi. Wiesz zapewne, co powiedział Goethe17: „Tych lubię, co chcą niepodobieństwa!”. Tylko śmiało, tylko odważnie! Nie zrażaj się, ale i nie przymuszaj. Nie idzie ci — porzuć robotę i idź się rozerwać. Szkoda, żeś nie był w teatrze, wszyscy się bardzo o ciebie dopytywali.

ERNEST

A wiem! Pani Julia mi właśnie opowiadała, jak się zadziwiająco nami świat interesuje.

ANDREA

Mój Boże, to bardzo naturalne. Ludzie przyzwyczaili się widzieć nas troje zawsze razem. Razem chodzimy na spacer, razem jeździmy za miasto, razem jesteśmy w teatrze lub na koncercie, razem mieszkamy. Jesteśmy nierozdzielną trójcą; gdy jednego z nas brak, dziwią się wszyscy. Mój Boże, ileż już razy musiałem im tłumaczyć nasz stosunek. Że nie jesteś moim synem, jakkolwiek mógłbyś nim być, to już wiedzą wszyscy. „To musi być brat szanownej małżonki?” „Nie, panie”. „To zapewne bliski krewny?” „Nie, moja pani, ani krewny. Jest to tylko syn mego serdecznego przyjaciela. Nic więcej, ale i nic mniej także. Syn starego przyjaciela, którego kocham jak własnego syna i który, mam nadzieję, nam obojgu odpłaca się pewnym przywiązaniem”.

ERNEST

Zacny panie Andrea!

ANDREA

Andrea tout court18.

ERNEST

A więc, kochany Andrea. Twoja dobroć i względy...

ANDREA

Ale dajże spokój! Nie dziękuj mi za nic; cokolwiek bym dla ciebie uczynił, będzie zawsze... za mało. Wszystko, co mam, czym dziś jestem, zawdzięczam twemu szlachetnemu ojcu, a i z tobą rachunek jest czysty zupełnie. Nie zapominaj, że ślepo wierzę w twój talent i ufam, że pomagając ci w jego rozwinięciu, przysługuję się prawdziwie ogółowi. Nie mów więc o żadnej wdzięczności, tylko pisz dalej — to będzie dużo mądrzejsze. Jakże daleko zaszedłeś?

ERNEST

Niedaleko jeszcze, niestety!

ANDREA

Jak to?

ERNEST

Główna idea mojej sztuki bardzo nadaje się do dramatycznego rozwinięcia, ale cóż? Ile razy chcę ją ubrać w kształty dotykalne, ucieka mi i... znika.

siadają

Pierwsza trudność leży w tym, że główna osoba, która jest całą sprężyną działania, która wszystko ożywia i sprowadza katastrofę, nie może wcale pokazać się na scenie.

JULIA

Czy to osoba tak brzydka, wstrętna, czy tak niegodziwa?

ERNEST

Nie jest ona ani brzydsza, ani gorsza od wielu, na które codziennie patrzymy, jest to osoba... przeciętna, a zanadto szanuję opinię publiczną, abym tę osobę śmiał bezwarunkowo potępiać.

ANDREA

Na czymże trudność polega?

ERNEST

Nie ma tak wielkiej sceny, która by tę osobę mogła pomieścić.

ANDREA

Sprawiedliwe bogi! Więc dramat mitologiczny z tytanami19, potworami, a miejscem działania zapewne Ossa albo Pelion20!

ERNEST

Tytani są, ale nowożytni. Miejsce działania: tu lub w innym mieście, słowem, wszędzie.

ANDREA

Jeśli chcesz, abym cię zrozumiał, musisz się cokolwiek jaśniej wyrażać. Któż więc jest tą główną osobą?

ERNEST

Tłum, ogół, opinia publiczna — nazwij to jak chcesz.

ANDREA

potrząsając głową

A więc świat cały! No to masz rację, dla takiego bohatera i największe sceny będą za ciasne, ale dlaczegóż nie możesz zamiast całego świata obrać kilku „typów”?

ERNEST

Bo u mnie bohaterem nie jest ten lub ów, ale istotnie „cały świat”. Tu wszyscy tworzą sztukę, wszyscy są współpracownikami! Małe słówko rzucone na wiatr, uśmiech przelotny na twarzy, spojrzenie zamienione ukradkiem — to wszystko należy do akcji. I to dzieje się bez namiętności, bez celu, bez planu! Te wszystkie zaś drobne spojrzenia, uśmiechy składają się na potworną obmowę, krzywdzą na honorze, zatruwają szczęście i spokój rodzinny. Jeślibym połączył te pojedyncze rysy w jedno, powstałby obraz istotnego zbrodniarza. Rozdzielone, wydają się one rzeczą zwykłą, naturalną, ale doprowadzają do tego przekonania, że to społeczeństwo całe, prawie bezwiednie, jest tym zbrodniarzem.

ANDREA

do żony

Czy rozumiesz to?

JULIA

Po trosze...

ANDREA

No, to jesteś szczęśliwsza ode mnie. Osoba, która ma sto tysięcy głów, która nie jest zła, a zbrodnię popełnia, tego pojąć moja głowa nie jest w stanie. Ale być może, że zrozumiem, skoro zobaczę to na scenie. Pozostawiając więc na boku twoją filozofię, zrozumiem przecież, co w twoim dramacie będzie ogólnoludzkie, i z pewnością zabawię się wybornie, jeżeli tam będzie ładna historyjka miłosna.

ERNEST

Właśnie w tym leży nowa trudność: w moim dramacie miłości nie ma wcale.

ANDREA

No to go lepiej nie pisz.

ERNEST

A jednak miłość i zazdrość są właściwie sprężynami dramatycznej akcji.

ANDREA

powstając

A to się chyba świat kończy! Miłości wcale nie ma i miłość gra główną rolę?

ERNEST

Nie inaczej. Nie ma u mnie młodego człowieka, który by kochał młodą panienkę czy mężatkę, jednak miłość jest osią sztuki.

ANDREA

Muszą być chyba jakieś wyjątkowo skomplikowane sytuacje?

ERNEST

Najprostsze. Tu wszystko jest codzienne, zwyczajne. A jednak z tych codziennych, niewinnych wypadków splata się akcja w najwyższym stopniu dramatyczna.

ANDREA

To jakieś metafizyczne zadania. Ale to nie temat do dramatu.

ERNEST

Przeciwnie, to może być bardzo dramatyczne i bardzo sceniczne.

ANDREA

A więc musisz węzeł bardzo zręcznie zawiązywać i rozplątywać.

ERNEST

Nie rozplątuję go wcale. W chwili gdy jest zawiązany, zapada kurtyna.

ANDREA

Inaczej mówiąc, tam się kończy, gdzie się zaczynać powinno.

ERNEST

Właśnie.

ANDREA

Wiesz, co ci poradzę? Napisz lepiej ten drugi dramat, który się dopiero zaczyna, kiedy się twój kończy. Jakiż tytuł?

ERNEST

I tytułu jeszcze nie ma.

ANDREA

zdziwiony

No to mój kochany, jesteś skończonym marzycielem! Sztuka bez bohatera, bez miłości, bez akcji, dająca sytuacje codzienne i wreszcie kończąca się tam, gdzie się sprawa zaczyna — i nawet bez tytułu! Wiesz, że cię kocham, że wierzę w twój talent, ale tym razem jesteś widocznie na błędnej drodze. Odłóż na stronę swój wielki dramat, pójdź do nas na szklankę herbaty, połóż się spać spokojnie, a jutro rano chodź ze mną na polowanie: ustrzelimy parę bekasów21 i all right22. Nieprawdaż, Julio?

JULIA

Mój mąż ma rację. I ja zaczynam być zdania, że pan się wysilasz na coś... niemożliwego.

ERNEST

Nie, nie, nie! To wy, moi państwo, jesteście w błędzie. Właśnie teraz jestem pewny swego i im więcej o tym przedmiocie rozmawiam, tym jaśniej mi się on rysuje. Dziś jeszcze, zaraz, siadam do pisania.

ANDREA

A więc bądź zdrów. Niechaj cię Minerwa23 wspiera i oświeca — my ci nie przeszkadzamy.

JULIA

Dobranoc, Erneście.

Odchodzą po przyjaznym pożegnaniu.