VI
1. Spomiędzy zbrojnych gromad powstańczych, jakie zebrały się w mieście, dziesięć tysięcy, nie licząc Idumejczyków1140, stało pod rozkazami Szymona, mając pięćdziesięciu przywódców, nad którymi jedynym panem był on sam. Idumejczycy, którzy z nim trzymali, stanowili zastęp około pięciu tysięcy. Pomiędzy nimi do najwybitniejszych należeli Jakub, syn Sozasa i Szymon, syn Katlasa. Jan natomiast, siedząc w świątyni, miał sześć tysięcy hoplitów pod dwudziestoma przywódcami. Po zakończeniu dawnych walk przyłączyli się byli do niego gorliwcy w liczbie dwóch tysięcy czterystu pod dotychczasowymi dowódcami Eleazarem i Szymonem, synem Arinosa1141. Stronnictwa te, jak wiadomo, wciąż się ze sobą ścierały, a ofiarą tych walk padał lud, bo ta część obywateli, która nie brała udziału w ich bezprawiach, była przez obie strony plądrowana. Szymon władał Górnym Miastem i wielkim murem aż do Kedronu, a także częścią starego muru od zakrętu na wschód przy źródle Siloa aż do pałacu Monobazosa, króla Adiabeny, za Eufratem leżącej; a także należało do niego samo źródło, Akra, czyli Dolne Miasto i cała dzielnica aż do pałacu Heleny, matki Monobazosa. Jan natomiast był panem nad świątynią, nad znaczną częścią przyległej dzielnicy, nad Oflą i Doliną Kedronu. Przez spalenie domów leżących pomiędzy zajętymi przez nich dzielnicami znowu znaleźli sobie boisko wolne do walki. Bo nawet wtedy, gdy Rzymianie stanęli już obozem pod murami miasta, nie zaprzestali wzajemnie na siebie napadać. Ledwie bowiem po owym pierwszym wypadzie nieco się opamiętali, a już, w dawne popadając błędy, toczyli ze sobą walki zacięte i jednym słowem właśnie to wszystko robili, czego tylko wróg miasto oblegający mógł sobie życzyć. Zaiste Rzymianie niezdolni byli wyrządzić im większych krzywd nad te, które oni sami sobie wzajem wyrządzali, ani też na miasto większa nie mogła już była spaść klęska. Miasto przed upadkiem najsroższą przecierpiało niedolę, że zdobywca mógł już tylko w jego położeniu jakąś przynieść mu ulgę. Powiem tak: jako wojna domowa położyła kres istnieniu miasta, tak Rzymianie położyli kres zatargom, które wrzały jeszcze, kiedy już mur pękał. Przeto odpowiedzialnością za całą niedolę, jaka spadła, trzeba obarczyć obywateli, a słuszność z konieczności1142 przyznać Rzymianom. Ale niech każdy, rozpatrując się w zdarzeniach, własny sobie sąd o tym wszystkim wytworzy.
2. Kiedy się to w mieście działo, Tytus objeżdżał mury na czele doborowego zastępu jeźdźców, aby wypatrzeć stosowne miejsce do wykonania napadu. Takiego miejsca jednak nigdzie znaleźć nie mógł, gdyż dostęp do wąwozów był niemożliwy, a dalej mur zewnętrzny zbyt tęgi, aby go można było tłuc taranami. Aż nareszcie postanowił spróbować napadu około grobowca arcykapłana Jana. Tu bowiem pierwszy mur był niższy, a mur wtóry nie łączył się z nim, gdyż dzielnica nowomiejska była w tej stronie mniej zaludniona, więc zaniedbano dokonać obwarowań. Stąd łatwo też było zdobyć mur trzeci. Tytus mniemał, że tędy wtargnie do Górnego Miasta, a potem przez Antonię do świątyni. W czasie tego objazdu jeden z przyjaciół jego imieniem Nikanor, zbliżywszy się wraz z Józefem do muru, by ludziom tam stojącym, których dobrze znał, rzec słowo o pokoju, został ugodzony strzałą w lewe ramię. Wypadek ten przekonał Cezara, do jakiego stopnia powstańcy są zaciekli, skoro nawet nie oszczędzali tych, którzy się do nich zbliżali w najlepszej myśli. Dlatego też zaraz usilniej wziął się do oblegania miasta, żołnierzom pozwolił plądrować okolicę, a także kazał gromadzić drzewo do wzniesienia wałów oblężniczych. Celem dokonania tych robót podzielił wojsko na trzy części; między szańcami ustawił procarzy i łuczników, przed nich kazał zawlec skorpiony, balisty i katapulty, aby nieprzyjaciel nie mógł wykonywać napadów na roboty oblężnicze, a także aby z murów pociskami nie przeszkadzał. W dość krótkim czasie ogołocono z drzew całą okolicę, biorąc je do budowania wału, nad czym pracowało całe wojsko. Ale i Żydzi nie byli bezczynni. Lud, żyjący ciągle wśród rabunku i mordu, nabrał ducha; sądził bowiem, że gdy gnębicieli pochłonie walka z wrogiem, odetchnie swobodniej, a jeśli w dodatku Rzymianie zwyciężą, będzie mógł wywrzeć zemstę na winowajcach.
3. Jan w obawie przed Szymonem nie ruszał się z miejsca, aczkolwiek jego ludzie rwali się na Rzymian. Natomiast Szymon, któremu do okopów nieprzyjacielskich było bliżej, nie spoczywał, ale ustawił na murach machiny zabrane swego czasu Cestiuszowi i załodze Antonii. Wszelako niewielki z tych machin odnosił pożytek, bo nikt właściwie nie umiał się z nimi obchodzić z wyjątkiem tych, którzy się tego trochę poduczyli od zbiegów. Miotali tedy z owych machin pociski, ale z nieszczególnym skutkiem. Natomiast lepiej doskwierali rzymskiemu żołnierzowi pracującemu około wałów, czy to wypuszczoną z łuku strzałą, czy kamieniem miotniętym z procy, czy wreszcie gromadnym wypadem w szyku bojowym, staczając zacięte utarczki. Rzymianie jednak dla ochrony pracujących rozpięli na słupach wiklinowe plecionki, a przed wypadami najskuteczniej zabezpieczały ich kusze. W te sposoby obrony wszystkie legie były doskonale zaopatrzone, zwłaszcza legia dziesiąta posiadała potężne skorpiony i duże balisty, za pomocą których nie tylko odpierała napady, ale płoszyła Żydów z muru. Pociski bowiem miały wagę jednego talentu1143, a padały na odległość dalszą niż dwa stajania, skutkiem czego niepokoiły nie tylko pierwsze rzędy nieprzyjaciół, ale zmuszały do odwrotu także rzędy najdalsze. Z początku Żydzi unikali zręcznie tych pocisków, albowiem głaz był biały1144, więc nie tylko słychać go było, jak leciał przez powietrze, ale i z daleka już widać. Tedy strażnicy na wieżach stojący, ilekroć z naładowanej machiny taki pocisk wylatywał, dawali powstańcom znać, wołając w języku ojczystym: „Pocisk leci!”. Natychmiast ci, przeciwko którym był wymierzony, szybko ustępowali, a jeśli tylko dobrze się pilnowano, pocisk prawie zawsze padał na ziemię, żadnej nie wyrządzając szkody. Ale niebawem Rzymianie spostrzegli się i kamienie czernili. Tedy nie można już było widzieć ich z daleka1145, pocisk trafiał, a jeden taki głaz od razu powalał kilku Żydów. Lecz pomimo strat nie dawali Rzymianom spokoju przy robotach, dniem i nocą na różne śmiałe wpadając pomysły, ustawicznie czynili im wstręty.
4. Gdy wał był skończony, rzemieślnicy odmierzyli jego odległość od muru w ten sposób, że rzucili w tamtą stronę kawałek ołowiu na sznurze; innego też sposobu nie mieli ze względu na pociski, które z góry miotano. Skoro się przekonano, że tarany sięgną muru, natychmiast je ustawiono. Celem ich osłony Tytus kazał zaraz bliżej podsunąć kusze. Następnie polecił tłuc mur. Zaledwie rozległ się potężny łoskot trzech równocześnie puszczonych w ruch machin i echem odbił się po mieście, ludność krzyknęła na trwogę, a nawet powstańców ogarnęło przerażenie. Widząc nareszcie, że grozi im wspólne niebezpieczeństwo, pomyśleli o wspólnej obronie. Jęli tedy wołać ku sobie powaśnieni, że działają właściwie tylko na korzyść Rzymian, a gdyby im Bóg nawet nie miał dać trwałej zgody, to powinni przecież bodaj tymczasowo pojednać się i razem walczyć z nieprzyjacielem. Toteż Szymon obwieścił tym, co się kryli w świątyni, że mogą bezpiecznie wyjść na mury, a Jan, choć jeszcze nie dowierzał, przecież go posłuchał. Zapomniano o nienawiści, zapomniano o niezgodzie, działali teraz jak jeden mąż, a obsadziwszy mur, miotali bezustannie gorejące głownie na rzymskie machiny, wypuszczali chmury strzał na wroga krzątającego się około taranów, śmielsi całymi kupami wypadali za mur, zrywali osłony, siekli, zwyciężając nie strategią, ale odwagą. Tytus nie odstępował swych legionistów, wciąż niósł im pomoc, po obu stronach machin ustawił jeźdźców i łuczników, ci pociskami spędzali z murów tych, co miotali głownie gorejące, a także tych, którzy z wież strzałami razili; dzięki tym jego zarządzeniom tarany mogły działać bez przerwy. Ale mur wcale się nie kruszył; zaledwie taran legii piętnastej zdołał nieco uszkodzić róg wieży. Mur natomiast pozostał nietknięty, a i dobrać się do niego porządnie było bardzo trudno, bo wieża wystawała i jej uszkodzenia samego muru nie osłabiły.
5. Żydzi na pewien czas powstrzymali się z wypadami. Wtem pewnego dnia zauważyli, że Rzymianie rozproszyli się po okopach i po obozie, mniemali bowiem, że Żydzi wyczerpani i zastraszeni wypadów nie wznowią. Tedy Żydzi nagle wylegli wielką gromadą przez skryte wyjście koło wieży Hippikos, zapalili zabudowania oblężnicze i uderzyli na wojsko. Wskutek wrzawy, jaką podnieśli, Rzymianie poczęli szybko zbierać się w szeregi, nadbiegając z różnych stron. Wszelako śmiałość Żydów wyprzedziła sprawność Rzymian. Żydzi szybko przełamali zastęp, który im stawiał opór, rzuciwszy się następnie na tych, co dopiero stawali do szeregu. Wokół kusz zawrzał zaciekły bój: ci podkładali ogień, tamci bronili, z obu stron niesłychana powstała wrzawa, a w czołowych szeregach gęsto padał trup. Wreszcie Żydzi w swoim rozpaczliwym naporze wzięli górę nad Rzymianami, urządzenia ogarnął ogień, w którym przepadłyby nie tylko machiny, ale srodze byłby ucierpiał żołnierz, gdyby nie opór doborowego wojska aleksandryjskiego, które wykazało męstwo, jakiego może samo po sobie się nie spodziewało. W tej bitwie prześcignęli najsławniejszych. Wreszcie Cezar rzucił się na Żydów ze swymi wybranymi jeźdźcami. Sam własnoręcznie powalił trupem dwunastu1146 z przedniego szeregu. Tłum, zobaczywszy to, zachwiał się i począł uciekać. Tytus ścigał ich, zapędził do miasta i tym sposobem uratował urządzenia oblężnicze od zupełnego zniszczenia. W bitwie tej jednego Żyda pojmano żywcem. Tytus kazał go przed murem rozpiąć na krzyżu, aby widokiem tym rzucić strach na miasto. Po dokonanym odwrocie także Jan1147, wódz Idumejczyków, który wdał się w rozmowę z pewnym znajomym żołnierzem, przez łucznika arabskiego został w pierś trafiony i zmarł natychmiast ku wielkiej żałości zarówno Idumejczyków, jak i powstańców, albowiem męstwem i rozwagą wielką był sobie zyskał sławę.