X
1. Tymi słowy przemawiał do nich Józef, łzami zalany. Ale bynajmniej ich nie zmiękczył, ani też nie zdołał wpoić im przekonania, że z całą ufnością mogą otworzyć bramy miasta. Wśród ludu natomiast zaraz poczęło się zbiegostwo. Za byle co sprzedawano dobytek, cenne klejnoty, otrzymane sztuki złota połykano, aby się uchronić od grabieży rozbójników, uciekano do Rzymian, a kiedy złoto znów z nich wychodziło, zaspakajali nim swoje potrzeby. Albowiem Tytus nie bronił nikomu odejść, dokąd by chciał, skutkiem czego zbiegostwo jeszcze bardziej wzrosło, bo każdy, uchodząc z miasta niedoli, w rzymskie nie popadał niewolnictwo. Tedy ludzie Jana i Szymona bardzo się zaczęli krzątać około tego, aby temu zbiegostwu tamę położyć, i więcej byli teraz tym zajęci niż staraniami, aby Rzymian do miasta nie wpuścić. Na kogo padł tylko jakiś cień podejrzenia, tego bezzwłocznie karano śmiercią.
2. Ludziom zamożniejszym ciężko było z miasta uciekać, ciężej w nim pozostawać; albowiem łakomiono się na ich majątek i zabijano ich pod pozorem, iż chcą zbiec. Wraz ze wzmagającym się w mieście głodem rosła zaciekłość powstańców i były to zaiste dwie klęski, które z każdym dniem coraz bardziej srożyły się nad ludnością. Zboża już nigdzie nie można było dostać na oczy. Powstańcy wpadali do domów, przetrząsali wszystko, a jeśli je gdzie znaleźli, katowali ludzi za ukrywanie, nie znalazłszy, katowali za to, że pewnie je dobrze schowali. Z wyglądu nieszczęśliwych obywateli sądzili, czy jest tam co do jedzenia, czy nie: kto miał wygląd człowieka należycie odżywionego, tego posądzali, że ukrywa zapasy żywności, a ludziom wychudzonym dawali spokój i nie uważali za potrzebne ich zabijać, skoro zapewne z niedostatku wnet sami pomrą. Bogatsi za jedną miarę pszenicy oddawali potajemnie całe swoje mienie, a mniej zamożni czynili to za jedną miarę jęczmienia. Potem, zamknąwszy się gdzieś w najciemniejszym kątku domu, niesłychanie wygłodzeni, pożerali ziarno niezmielone albo też robili wypiek, o ile na to pozwalały okoliczności, a przede wszystkim strach. Nikt już stołu nie nakrywał, potrawy na wpół surowe wyciągano z ognia i pochłaniano.
3. Litość zbierała, jak ci ludzie się żywili, ale bardziej przejmował widok, że mocniejsi opływali w dostatki, kiedy słabszym pozostawała tylko skarga. Głód umie podeptać wszelkie uczucia, żadnego jednak tak nie unicestwi, jak wstydu1188. Człowiek głodny z niczym się nie liczy. I oto żony mężom, dzieci rodzicom, a — co najstraszniejsze — matki swoim niemowlętom z ust wydzierały pożywienie, a kiedy ukochane dzieciny konały im na rękach, miały odwagę zabierać im ostatnią kroplę pokarmu. Ale mimo to nie zdołano ukryć się przed okiem powstańców, którzy bezustannie podglądali, aby im wyrwać z rąk, co się tylko wyrwać dało. Gdziekolwiek postrzegli, że jakiś dom jest zamknięty, uważali to za znak, że ludzie tam coś jedzą; szybko wyłamywali drzwi, wpadali, wyrywając jadło niemal z gardła. Starców, broniących swego kęsa, bito; kobiety, które chciały coś ukryć pospiesznie, wleczono za włosy. Siwizna, dzieci, to ich zupełnie nie wzruszało, przeciwnie, kiedy jakieś maleństwo czepiało się chciwie swej kromki, chwytali je i ciskali o podłogę. A jeśli ktoś zdążył połknąć coś, nim mu to wyrwano, z takim jeszcze srożej postępowali, jak gdyby krzywdy swojej dochodzić musieli. Celem wykrycia żywności obmyślali dla ludzi najstraszniejsze tortury, nieszczęśliwcom tym zatykali grochem otwory wstydliwe i wbijali im w siedzenie ostre paliki. Za ukrytą garść mąki albo kromkę chleba ludzie musieli znosić najokropniejsze katusze. Oprawcy natomiast żadnego nie cierpieli niedostatku, bo ostatecznie gdyby działali pod naporem konieczności, postępowanie ich mniejszą wzbudzałoby ohydę. Im chodziło tylko o samo pastwienie się, a także o takie nagromadzenie zapasów żywności, aby mieli zupełnie zabezpieczoną przyszłość. Kto nocą podkradał się aż pod rzymskie straże celem uzbierania warzyw i ziół, a już mniemał, że uszedł czujności nieprzyjaciela, tego chwytali powstańcy, gdy wracał, wszystko mu odbierali a choćby ich był błagał i zaklinał na groźne1189 imię Boga, aby mu choć odrobinę tego zostawili, co zebrał z narażeniem własnego życia, do cna go ograbiali. Taki człowiek mógł zaiste czuć się szczęśliwy, że go cało z rąk swoich wypuścili.
4. To cierpieli najbiedniejsi ze strony gromad otaczających tyranów. Natomiast obywateli wybitniejszych i zamożniejszych ciągano przed samych tyranów. Tu, aby ich stracić, oskarżano ich kłamliwie o zdradę, o zamiar wydania miasta Rzymianom, a najczęściej o chęć ucieczki. Ludzi ograbionych przez Jana odsyłano jeszcze do Szymona, a ograbionych przez Szymona odsyłano znowu do Jana. W ten sposób ci tyrani przepijali niejako do siebie krwią ludu i dzielili się między sobą jego ciałem. Gdy szło o władzę, to się zawsze ze sobą pokłócili, ale gdy szło o popełnienie jakiejś zbrodni, zaraz między nimi następowała jednomyślność. Kto drugiego nie dopuścił do współgrabieży dokonanej na obywatelu, ten uchodził za nikczemnego samoluba; człowiek od grabieży odsunięty uważał się za pokrzywdzonego, jak gdyby go pozbawiono jakiegoś szczytnego przywileju, a nie sposobności do łupiestwa.
5. Niepodobna opisywać po kolei wszystkich dokonanych przez nich okropności; można tylko powiedzieć, że czegoś podobnego nie wycierpiało żadne miasto, a jak świat światem nie było równie zbrodniczego pokolenia. Na koniec złorzeczyli jeszcze swoje samemu narodowi hebrajskiemu, aby wobec obcych usprawiedliwić niecne postępki, ale tym tylko udowodnili, co odpowiadało w całej pełni rzeczywistości, że była to hołota niewolnicza, zbieranina wyrzutków i gromada bękartów narodu1190. To oni doprowadzili miasto do upadku, to oni zmusili Rzymian do przypisania sobie smutnego zwycięstwa, to oni miotali do świątyni leniwy ogień1191. A kiedy patrzyli z Górnego Miasta, jak płomienie pożerały Przybytek, serce im nie drgnęło, ani jedna łza z oka nie padła, a przecież nawet Rzymianie nie mogli się oprzeć uczuciu grozy. Ale o tym będziemy mieli czas później pomówić, gdy przyjdzie kolej na odnośne wypadki.