XI
1. Tytus tymczasem naglił żołnierzy, aby spieszyli z budową szańców, choć Żydzi z murów czynili wojsku znaczne szkody. Równocześnie też rozsyłał oddziały jazdy dla chwytania Żydów, którzy się z miasta opuszczali w wąwozy celem poszukiwania żywności. Do tych wąwozów schodzili już także i powstańcy, którym rabunek w mieście nie zapewniał strawy w dostatecznej ilości; wszelako przeważnie zjawiała się tutaj biedota ludowa. Ta nędza byłaby dawno zbiegła do Rzymian, gdyby nie troska o rodziny, bo uchodząc razem z nimi, nie mogli omylić czujności straży, nie mieli zaś serca pozostawiać ich na mściwą rzeź owych zbójców. Wszelako głód tych i owych ośmielał do ucieczki; ale choć z miasta uszli niepostrzeżenie, w ręce wrogów *1192 wpadali. Zaskoczeni, bronili się, a gdy się już walczyło, nie pora było błagać o łaskę. Najpierw ich biczowano, następnie w przeróżny sposób torturowano, a wreszcie rozpinano na krzyżach w pobliżu murów. Tytusowi było ich wprawdzie żal, zwłaszcza że dziennie chwytano do pięciuset takich, a nieraz i więcej; wszelako nie uważał za rzecz bezpieczną wypuszczać na wolność ludzi pojmanych w walce, strażować zaś takiej liczby także nie było można, bo wnet liczba strażowanych przerosłaby liczbę straży. Ale głównie dlatego skazywał ludzi tych na śmierć, bo żywił nadzieję, że ten groźny widok nakłoni oblężonych do poddania miasta, albowiem gdyby tego nie uczynili, to zobaczą, co ich czeka. Legioniści, pałając gniewem i nienawiścią, przybijali tych nieszczęśników do krzyży dla urągowiska w najrozmaitszych położeniach, a było ich tylu, że niebawem zabrakło miejsca na krzyże, a krzyży do rozpinania ciał.
2. Ale ów przerażający widok nie skruszył powstańców, przeciwnie, zdołali nawet wpoić wylękłemu ludowi swoje na to zapatrywanie. Ściągali na mur rodziny ukrzyżowanych, a także tych, którzy się oświadczali za poddaniem, aby na swoje oczy widzieli, na jakie męki zostali wydani ci, co szukali zbawienia u nieprzyjaciela; a także mówili im, że ludzie owi dostali się na krzyż nie jako jeńcy, którzy stawiali opór, ale jako błagający łaski rzymskiej. To było też powodem, że znaczna część takich, którzy nosili się z zamiarami ucieczki, teraz zaniechała tego, dopóki nie poznano prawdy. Ale i takich nie brakło, którzy właśnie natychmiast zbiegli do nieprzyjaciela na pewną śmierć, bo woleli zaraz z jego ręki zginąć, niż powolnie zamierać z głodu. Wielu pojmanym Tytus kazał uciąć ręce, żeby nie uchodzili za zbiegów i żeby co innego gadać nie mogli, i w takim stanie odesłać do Szymona i Jana z upomnieniem, żeby nareszcie zrzekli się daremnego oporu, żeby nie zmuszali go do zburzenia miasta, że to już ostatnia chwila do namysłu, niechaj dbają o ratowanie samych siebie, o ratowanie miasta tak pięknego, o ratowanie Przybytku, który przecież dla nikogo innego nie stoi, tylko dla nich. A tymczasem objeżdżał szańce, wzywał żołnierzy do pośpiechu, aby móc groźbę poprzeć szybkim czynem. Ale Żydzi za całą odpowiedź poczęli z murów złorzeczyć Cezarowi i jego ojcu; krzyczeli1193, że stokroć wolą śmierć od niewoli, że do ostatniego tchu będą się starali wedle mocy i możności czynić szkody Rzymianom, że już im nawet na mieście nic a nic nie zależy, skoro, jak Tytus powiada, ma być zburzone; a co do Przybytku, to Bóg ma od niego lepszy, a jest nim świat. Wszelako, skoro w nim zamieszkał, to i siedzibę swoją obronić potrafi, a oni, lud z nim sprzymierzony, gardzą wszelakimi pogróżkami, bo od pogróżek do czynu droga jeszcze dość daleka. A jak się to wszystko ma skończyć, Bóg jeden rozstrzygnie. Oto co w połączeniu z urąganiem jako odpowiedź wykrzykiwali.
3. W tym czasie między tymi, co oblegali Jerozolimę, był także Antioch Epifanes1194 ze swoim silnym zastępem hoplitów i oddziałem straży przybocznej, Macedończykami zwanych. Wszyscy byli jednego wieku, rośli, młódź zaledwie z chłopięcych lat wybujała, na modłę macedońską uzbrojona i wyćwiczona, przeto i tak też nazywana, aczkolwiek większość ich wcale sławie narodu swego nie dorównywała. Aż do czasu Kommageńczyk był zaiste najszczęśliwszym spomiędzy wszystkich królów podlegających rzymskiemu berłu. Ale i na nim, choć w starości, ujawniła się słuszność twierdzenia, że nikogo przed śmiercią szczęśliwym nazwać nie można1195. Syn, który tu z nim bawił, a ojciec był właśnie u szczytu swego powodzenia, wyraził zdziwienie, dlaczego Rzymianie tak długo zwlekają z szturmowaniem muru. Sam zaś był wojownikiem tęgim, we wszelkich przedsięwzięciach zbrojnych zuchwałym, mężem siły niepospolitej, że rzadko kiedy nie osiągał tego, co był sobie śmiało zakreślił. Na to jego twierdzenie Tytus odparł z uśmiechem: „Wspólny kłopot!”1196. Zaraz tedy Antioch rzucił się ze swymi Macedończykami do muru. Silny był i zręczny, przeto umiał się uchylać przed pociskami Żydów, ale młodzieńczy jego zastęp tak został przetrzebiony, że nieliczna garstka już się tylko trzymała, wszelako ze względu na nieopatrzne słowo walczyła dalej; aż nareszcie, gęsto ranami pokryci, odstąpili, tę naukę mając, że nie wystarcza wywodzić się z rodu Macedończykiem, ale trzeba posiadać szczęście Aleksandra.
4. Po siedemnastu dniach trudów niemałych Rzymianie ukończyli nareszcie budowę wałów, pracując od dwunastego do dwudziestego dziewiątego dnia miesiąca Artemizjos1197. Z wielkich wałów zbudowali cztery, jeden na wprost Antonii, dzieło legii piątej, który przecinał Wróbli Staw1198, drugi zaś, dzieło legii dwunastej, wzniesiony o jakie dwadzieścia łokci dalej; wał trzeci, całkiem gdzie indziej, bo od strony północnej, dzieło legii dziesiątej, został wydźwignięty koło Stawu Migdałów1199, stąd zaś dalej o jakie trzydzieści łokci, koło grobowca arcykapłana, był wał czwarty, przez legię piętnastą wzniesiony. Ale gdy te roboty zostały dokonane1200, tedy Jan kazał spodem od Antonii pod owe wały przeprowadzić chodnik podziemny, podeprzeć go palami, pale należycie wysmarować smołą i asfaltem, a wreszcie zapalić. Skoro podparcie spłonęło, chodnik się zapadł, a zarazem zapadły się z wielkim trzaskiem wzniesione nad nim wały. Z początku buchnął tylko kurz i dym, bo płomień dusił się w zapadlinie, ale gdy się przeżarł do zwalonych belek wału1201, uderzył słupem jasnego ognia. To nagłe zdarzenie przeraziło Rzymian i wobec tego podstępu całkiem stracili ducha. Już się byli uważali za zwycięzców, gdy tymczasem teraz nawet w przyszłe powodzenie zwątpili, a wcale się już do gaszenia ognia nie brali, bo i tak wały leżały w gruzach.
5. Po upływie dwóch dni ludzie Szymona uczynili napad także na drugie wały, bo tam Rzymianie, przystawiwszy tarany, mocno poczęli tłuc mur. Niejaki Tefteos1202 z galilejskiego miasta Garis1203, także Magassar1204, dworzanin Mariammy, wreszcie pewien Adiabeńczyk, syn Nabatajosa, z powodu swego kalectwa zwany Agiras1205, co się wykłada „Kulawy”, chwyciwszy pochodnie rzucili się na te machiny. Miasto w ciągu trwania całej wojny nie posiadało istotnie śmielszych i groźniejszych nad nich wojowników. Szli naprzód jak gdyby w uścisk przyjaciół, a nie w objęcia zwartego zastępu wrogów, gdzieby się tam zalękli albo zawahali, prosto przez sam środek nieprzyjaciela biegli z ogniem ku machinom. Ze wszystkich stron padały na nich strzały, błyszczały miecze, a oni nie pierwej się cofnęli z tej paszczy nieprzyjacielskiej, zniszczeniem ziejącej, aż ogień dobrze się chwycił machin. Kiedy płomień buchnął do góry, Rzymianie poczęli nadbiegać z obozów na pomoc, ale Żydzi odparli ich od wału, z tymi, co się rzucili do gaszenia ognia, zwarli się w ręcznym boju, a w tym wszystkim nawet nie pomyśleli, że mogą zginąć. Kiedy Rzymianie wyciągali tarany spod płonących osłon, Żydzi ani do tego dopuścić nie chcieli, usiłowali zawładnąć machinami, choć rękoma chwytać musieli rozpalone żelazo. Ogień z machin przerzucił się na wały, nim straże mogły temu przeszkodzić. Rzymianie, widząc dokoła płomienie i straciwszy całkiem nadzieję uratowania machin, cofali się do obozu. Żydzi natomiast, których liczba wciąż wzrastała, bo tłumnie przybywały im posiłki z miasta, zagrzani powodzeniem, z niesłychaną siłą rzucili się na szańce i zwarli się w boju z rzymskimi strażami. Rzymianie bowiem przed obozem zawsze ustawiają straże i zmieniają je co pewien czas, a kto z jakichkolwiek powodów opuści takie stanowisko, tego wedle prawa karzą śmiercią. Tedy straże mężnie stawiały opór, bo każdy wolał ginąć jako bohater niż jako skazaniec; wielu też żołnierzy już uciekających, spostrzegłszy towarzyszy w pogrążonych ciężkiej walce, zawstydziwszy się, zawróciło im na odsiecz. Ustawili szybko skorpiony i za pomocą tych narzędzi powstrzymali napór tłumu wyległego z miasta, który to tłum dla swego bezpieczeństwa nie przedsięwziął żadnych środków ostrożności. Bo Żydzi zmagali się tylko z każdym, kto stanął im w poprzek drogi, ciężarem swego ciała przygniatając wroga, na którego włócznie nabijali się nieopatrznie. Nie sztuką wojenną, ale śmiałością wzięli górę nad Rzymianami, a ci cofali się nie tyle z powodu strat, jakie ponieśli, ale z powodu szalonego męstwa tych ludzi.
6. Tymczasem Cezar już się był wrócił od Antonii, gdzie się rozglądał za odpowiednim miejscem do wzniesienia nowych wałów; wyrzucał tedy żołnierzom, iż zawładnąwszy murami nieprzyjacielskimi, dali sobie odebrać własne szańce, że zamiast oblegać, sami stali się niejako przez Żydów oblężonymi, że wypuścili ich na siebie niby z zamkniętego szczelnie więzienia. Sam też zaraz na czele swoich doborowych zastępów natarł z boku na wroga. Żydzi, od czoła napadnięci, mimo to i jemu stawili dzielny opór. Szeregi obu stron zmieszały się ze sobą w boju, w kurzawie nic nie było można widzieć, krzyk całkiem ogłuszał, nikt też już nie był w stanie odróżnić wroga od swego. Żydzi dobywali rozpaczliwie resztek sił. Rzymian bodła naprzód ich sława bojowa i myśl, że Cezar w niebezpiecznej walce im przoduje. Zdaje się też, że w roznamiętnieniu byliby wysiekli cały ów zastęp Żydów, gdyby ci, ostatecznego obrotu bitwy nie czekając, nie byli wycofali się do miasta. Swoją drogą wskutek zapadnięcia się wałów Rzymianie całkiem upadli na duchu, bo istotnie to, co z takim mozołem zostało wydźwignięte, Żydzi w ciągu jednej godziny zdołali całkiem zniszczyć. Wielu też utraciło nadzieję, czy za pomocą zwykłych machin da się w ogóle zdobyć miasto.