XLIII

Na zamku swoim znów siedzi Mindowe,

Bezczynny, pieśni słuchając kobiécéj.

Nigdy on w lata swoje dawniéj młode,

U kolan Marti dni tylu nie siedział —

Nigdy jéj pieśni nie słuchał tak długo,

Nigdy tak miło jéj się nie uśmiéchał.

I Marti sługą tylko jego była,

Marti wieczerzę u ognia warzyła,

Dziecię kołysząc, lub przędąc z kądzieli

Złoty len na swą xiążęcą739 namitkę;

Lub w krosnach szyła kraśnemi barwami

Rękawy koszul białych, jak jéj ciało,

Kraśnemi barwy, jak rumieniec lica.

A jeśli kiedy pieśń z ust jéj płynęła,

To smutna, cicha, jako ruczaj w lesie

Szumi samotny, i sercu tęsknemu

Miło jéj słuchać. — Mindows takiéj pieśni

Słuchać nie lubił, uciekał z komnaty,

Tam u swojego ogniska spoczywał.

Inna bo piosnka Doumandowéj żony:

Wesoło, ciągle wesoło świergocze,

I tak jak ona śmieje się, szczebioce;

Staremu uśmiéch na usta wywoła,

Młodemu dumę napędza na czoło.

Inna bo, inna Doumandowa żona:

Dzień cały w nowe stroi się przybory,

Bieży nad strumień, patrzy, czy do twarzy,

I zmienia chustki, zapaski, korale,

I nowém kwieciem coraz skroń ubiéra,

Z któréj nie schodzi uśmiéch i pogoda.

I Mindows dla niéj nieraz dzień przesiedział

Dłużéj niż myślał, i nieraz dniem wrócił

Prędzéj niż przyrzekł. Gdy jechać na wojnę,

To serce jego bije niespokojne,

To stokroć swoim bojaróm nakaże

Strzedz740 jéj jak oka w głowie — I posyła

Gońców z daleka to z darami dla niéj,

To z dobrém słowem, to z troską o zdrowie.

W całéj bo Litwie drugiéj takiéj nié ma,

Z takiemi usty, z takiemi oczyma,

I z taką kosą741, co wstążki jasnemi

Spleciona, jeszcze wlecze się po ziemi;

Z tak białą piersią i z takim uśmiéchem,

Z takiém na ustach i w sercu weselem. —

Gdy Mindows troską czoło swe zachmurzy,

Ona, jak wietrzyk wiejąc przeciw burzy,

Burzę i gromy daleko rozwieje.

Gdy gniew na sine usta mu wystąpi,

Ona uscisków742 i próśb nie żałuje;

Póty na swoich kolanach kołysze,

Póty go usty drobnemi całuje,

Dopóki gniewu nie odpędzi z twarzy,

I innym ogniem serca nie rozżarzy.

Nie darmo Doumand posły za posłami

Śle, żony swojéj do siebie przyzywa,

Nie darmo włosy wyrwał sobie z głowy,

I nocy jednéj nie zasnął spokojnie,

Nie darmo żalu po niéj, gniewu tyle.

— Weź ziemie moje, przez posły powiadał;

Nie tyle ważył, gdybym je postradał.

Ile jéj stratę — boś życia połowę

Wziął mi z nią z domu, bo piersi rozciąłeś,

I z piersi serce zakrwawione wziąłeś. —

Lecz darmo prosił i darmo zaklinał:

Mindows milczeniem zbywał jego posły,

A zamiast żony podarki mu dawał. —

Doumnand podarki nazad mu odsyła,

I milczy teraz, ale milcząc knuje.

Dwakroć do żony słał szpiegi tajemnie,

Dwakroć ich Mindows na zamku wywieszał,

A teraz oba milczą — Mindows myśli,

Że się pocieszył po żony utracie,

I inną z sobą na zamku posadził.

Lecz Doumand w sercu i miłość ma dawną,

I gniew ten samy; lecz je kryje w duszy,

By lepiéj uwiódł i podszedł go skorzéj.

Tymczasem Roman Dubrawski nad Dnieprem

Puścił zagony po Mindowsa kraju,

I pali sioła, i zajeżdża grody,

I łupy bierze, pędzi lud w niewolę. —

Doumand do pana śle swoje pacholę

Z tą wieścią smutną —

— Mam lud z sobą zbrojny;

Każesz mi stanąć, jam gotów do wojny,

I Roman kniaź swe zuchwalstwo przypłaci.

Pójdę na niego i w więzach przywiodę. —

— Pójdziemy razem, Mindows posłóm rzecze;

Długo już siedzę bezczynny u ognia.

Niech kniaź wasz z ludem w mój zamek przybywa.

Ściągnę ja swoich, i razem pognamy.

Odbijem łupy, w Rusi pohulamy. —

I poszli posły z Kniazia odpowiedzią.

Na nowogródzkim zamku stos się pali,

Na górach ognie błysnęły w oddali,

I jak széroka Litwa, lud gromadzą.

Rano Trojnatu znak na wojnę dali —

On od ostatniéj wyprawy, ze Żmudzią

Nie stał ni razu do Mindowsa boku —

Teraz — o dziwo! — słuchają rozkazu —

— Zbiérać się ludzióm i wojskom gromadzić —

Sam na koń siędzie i ludzi powiedzie.

Gdzie? — W Nowogródek — burtynikas stary

Szepcze, wyprawie nie chcąc dawać wiary.

Ale już Trojnat na siwego743 wskoczył,

I z swemi ludźmi gościńcem potoczył.

— Kto u wrót zamku? — pyta się Mindowe.

— Trojnat! — bojary powiedzieli z cicha.

— Pożno przypomniał posłuszeństwo swoje —

Mindows rzekł z gniewem; lecz gniew pohamował,

Bo właśnie Trojnat w próg izby wstępował,

I pochyliwszy ubieloną głowę,

Naprzód powitał Kobole zamkowe,

Potém Mindowsu744 bił czołem w milczeniu.

Mindows się dziwił pokorze, w spójrzeniu745

Szukał zuchwalstwa, wymówek, i z gniewem

Wybuchnąć pragnął, czekając rozmowy.

Trojnat zimnemi powitał go słowy,

O dawnych zajściach nie wspomniał Mindowie,

I pytał tylko — Gdzie z wojną pójść mają? —

— Roman Dubrawski nad Dnieprem plądruje,

Rzekł Mindows dumnie. Bez pomocy waszéj

Zniósłbym garść jego — Dawnoście już z nami

Na wojnę razem, Trojnacie, chodzili,

I dziś my się was widziéć nie spodzieli. —

— Z Zakonem walka ustała do czasu,

Rzekł Trojnat, w lackie sam nie pójdę ziemie,

Wojny zachciałem i do was przybyłem.

Pewniście bez nas; — nie zawadzi siła,

A łupów nie chcem, Mindowsie, od ciebie,

Dosyć nam swoich łupów i zdobyczy —

I siadł na skórze, u ognia się grzeje.

Milczą obadwa, obadwa z niewiarą

Patrzą na siebie z pode746 łbów, to znowu

Wiodą rozmowę, a słowa ich z sobą

Sieką się, jako w wojnie miecze wrogów.

Wtém wrzawa w zamku, wojenne odgłosy —

Doumand z swém wojskiem przybywa wezwany.

Mindows się podniósł i smerdę z rozkazy

Do Doumandowéj wysłał potajemnie.

On wszedł, a Mindows nie poznał po twarzy,

Tenli747 to, co go, gdy z Rusią wojował,

Widział na wojnach, nieraz biesiadował

U jednych ogniów, u jednego stoła?

Nie ten to Doumand; choć go wiek nie schylił,

Choć włosa lata nieliczne nie wzięły,

Ale go troski zjadły i tęsknota.

Zagasłe oczy głęboko gdzieś wpadły,

Policzki suche, zmarszczone, pobladły,

Usta się sine scisnęły, zacięły,

Na czole zmarszczki, jak bróźny748 na polu,

A w każdéj siedzi i wzrasta cierpienie.

A z każdéj widać i nocy749 bezsenne,

I długie żale, i tęsknicy wiele.

— Doumand! — rzekł Trojnat, i — Doumand! — powtórzył

Mindows zdziwiony, podchodząc ku niemu.

Stanęli. Doumand dziki wzrok ponurzył,

I nagiął karku, i panu swojemu

Czołem bił kornie, a gdy schylał czoło,

To krwią się zlało i oczy nabrzmiały,

Płomień z nich buchnął, a usta mu drżały.

Jak liść osiny od jesiennéj burzy.

— Cóż Roman? — Roman, Doumand mu odpowié,

Wciąż idzie daléj, wciąż pustoszy ziemie!

Śpieszyć na niego, biedz przeciw potrzeba.

Daléj z łupami, gdy pogoń usłyszy,

Gdzieś się ukryje w puszczach i przypadnie. —

— Jutro — rzekł Mindows. — Jutro — Trojnat wtórzył,

A mówiąc — Jutro — wzrok w Doumanda wnurzył,

I pchał głęboko, aż do jego duszy.

Skinęli sobie. Mindows nic nie widzi.

Ognia poprawił i usiadł na skórze,

Wyciągnął rękę do Doumanda dłoni.

— Tyś druh mój wierny, rzecze mu z uśmiéchem,

I gniewu w sercu twojém wszak już nié ma?

Wszakżeś po żonie pocieszył się twojéj?

Jedna kobiéta wartaż tyle żalu? —

A Trojnat dodał — Jam siwy i stary,

Ale za młodu takżem nie miał żony.

Człeka zepsuje łatwo głos pieszczony,

Łatwo mu wojnę odradzi, gdy w domu

Jest go zabawić, jest przytrzymać komu. —

Stradałeś750 żony, dobrze ci, Doumandzie!

Teraześ wolny, do boju gotowy;

I nie żal czasu, i nie żal ci głowy,

Nie żal ci życia. Kiedy wróg napadnie,

Ty od dnia do dnia nie będziesz odwlekać,

Rano znać dadzą, wieczór na koń siędziesz.

A Mindows troskę wziął na stare lata,

Ot patrz, jak dawno u kolan jéj leży,

Ruś go wyzywa, na Lachów nie bieży,

I przędzie z żoną u złotéj kądzieli,

I piosnką babską tylko się weseli.

O, nie wojakom w dom kobiétę wwodzić;

Jest bez nas komu wojowników rodzić.

A nasze wojny, to są dzieci nasze,

Pożyją one dłużéj niż my, panie!

Z niejednéj jeszcze potomstwo powstanie,

Co nasze imię po świecie rozsławi. —

Mówił, a Mindows zwrócił się ku niemu,

I szydząc z niego — Myślicie, Trojnacie,

Że sami tylko wojować umiécie,

I sami tylko w pole wyciągacie

Wieczorną dobą, lub o rannym świcie!

Ale i Mindows nie zapomniał jeszcze

Oszczepem władać i lud swój prowadzić;

Ani go pieśnią przykuła do domu

Kobiéta, ani starość, ani trwoga.

Mindowsa znają széroko sąsiedzi,

Że nie z kądzielą, nie u krosien siedzi. —

A Doumand milczał, wciąż mu usta drżały,

To blednął, znowu czerwienił się cały,

To niespokojny rzucał się po skórze.

Już kury piały — za dębowym stołem

Siedzieli jeszcze, jeszcze ucztowali,

A róg przechodził od ręki do ręki.

Mindowsa czoło jaśniało pogodą,

Usta nadzieją zwycięztwa751 się śmiały,

Już liczył łupy, już jeńców związywał,

Kniazia Romana zamykał w ciemnicę.

A Trojnat patrzał i potrząsał głową,

I wzgardą każde wtórzył jego słowo.

— O Kniaziu! rzecze na koniec, jest u mnie

Stary burtynik; on i wróżyć umié,

I pieśni śpiéwać o ojców przygodach,

I prawić dzieje dawniejszego świata.

Nieraz on mówił o strzelcu, co w bory

Szedł na niedźwiedzia i spotkał bojara,

A bojar spyta — Dokąd to? mój bracie! —

— Na łowy idę; niedźwiedź upatrzony,

Pójść go wziąć tylko. — Nuż bojar o skórę

Niedźwiedzia mówić. A strzelec za srébra

Sztukę ja sprzedał. I w bór. — A coż w borze?

Niedźwiedź go rozdarł. Nie chełp się przed czasem,

Kniaziu! Alboż wiész, kto z nas żyw powróci

Z wyprawy naszéj? co z niéj przyniesiemy? —

Mindows się śmieje z wróżby i powieści.

— A złe wam myśli, to wróćcie do domu;

Będzie i bez was zadławić go komu. —

Wtém powstał z ławy, idzie do świetlicy,

A słudzy świeżą słomę kniazióm niosą,

I ogień niecą, i skóry miękkiemi,

Wysłali łoże szérokie na ziemi.

Ale im do snu nie kleją się oczy.

Zaledwie Mindows z izby, oni oba

Stanęli, radzą, ludzi swych zwołali,

Długo rozkazy tajemne dawali,

I mieczów ostrzy ręką probowali752;

A Trojnat, straże ustawiwszy wkoło.

Odesłał sługi i u ognia siedzi.