XLIV

Już kury pieją raz drugi, noc bieży,

Jeszcze się ogień w świetlicy Trojnata

Pali, i jeszcze nie spoczęli oba.

Cicho na zamku, tylko szmer stłumiony,

Jak szepty ludzi, to z wiatrem się wznosi,

To milknie znowu, i cisza głęboka.

A na podwórcu migają się cienie,

Po dwa i po trzy; już zamku przedsienie

Pełne Żmudzinów, już straże u bramy

Zabite leżą na zamkowym wale.

I straż Doumanda osadziła wrota;

Bojar Trojnata do świetlicy wpada.

Kunigas! czas już; zamek nasz, dokoła

Naszych już ludzi opasany strażą.

Dwóch tylko u drzwi Mindowsa wartuje,

Reszta z Poklusem753 w Pragarze754 na godach.

Nim ranek wejdzie, powrócą bojary,

Za resztą ludu wysłani po siołach,

I Mindows jeszcze może walczyć z niemi.

Teraz czas, panie! Gdy zdradę wywietrzy,

Uciec nam może, zna kryjówki grodu.

Idźmy. — I Doumand porwie się z pościeli,

— Idźmy! zawoła; dościeśmy czekali,

Dosyć kłamali, dosyć przecierpieli;

Idźmy! — I Trojnat za miecz swój pochwycił,

Rozwarli wrota, a zdrajca prowadził.

Pod drzwi komnaty podstąpili z cicha;

Na progu straże rozciągnione spały,

Lecz pochwycone krzyku nie wydały,

I jęk stłumiony zgon tylko zwiastował.

Doumand szedł naprzód, bo zemstą wrzał cały,

Słowa rzec nie mógł, a usta mu drżały,

Ręce się trzęsły i serce mu biło

Miłości siłą i rozpaczy siłą.

Przeszli komnatę jedną — cisza wkoło,

Drugą — i u drzwi sypialnéj świetlicy

Stanęli. Ucho chciwe Doumand wkleił —

Dwa słychać tylko, dwa tyłko oddechy,

Jedno westchnienie długie, w śnie zrodzone.

I wpadli nagle. Na miękkiéj pościeli,

Mindows na piersiach Domnandowéj żony

Leżał w śnie piérwszym; jéj ręce na szyi

Jego związane, a usta na czole

Leżą różane. Obok szaty zdjęte,

Kraśne odzieże, błyskotki przeklęte,

Któremi serce przekupił kobiéce.

Ujrzał to Doumand, i nim Mindows oczy

Rozkleił, mieczem rozpłatał mu głowę.

Zraniony jeszcze porwał się, i z rykiem

Padł jak zwierz dziki. Kobiéta zbudzona

Krzycząc się zrywa, na kolana rzuca.

Wtém Trojnat skoczył i poprawi razu.

Mindows krwią spłynął, zatoczył się, pada,

A Doumandowa przed mężem swym blada,

Wyciąga dłonie, pełznie do nóg jego.

— Panie! — zawoła. On nie słuchał głosu,

Za włosy porwał, miecz w piersi utopił.

— Kraśne ci szaty uszył twój Mindowe,

Kraśniejsze Doumand daje ci na drogę!

Dobrze wam było żyć razem na ziemi,

Idźcież we dwojgu do jednéj mogiły. —

Mówił, i oczy w twarz żony utopił.

Ujrzał ją Doumand, poznał ukochaną,

Zemsty zapomniał, miłość przypomina,

I miecz wyrywa, i siebie przeklina,

Z piersi przebitéj krew usty wysysa,

Woła, na ręce bierze i podnosi,

U martwéj jeszcze przebaczenia wzywa.

Na próżno! — oczy zagasły, śmiertelny

Całun na bladéj rozesłał się twarzy,

Głowa opadła. Jednym znakiem życia

Krew, z białéj piersi płynąca potokiem.

Ale już Doumand na trupa Mindowy

Upada, zemstą pragnie się napoić.

A Trojnat stoi, spójrzał755, z myślą nową

W dalsze świetlice szalony poskoczył.

Wtém Mindows wstaje, za nim się potoczył,

Cały krwią zlany, z najeżonym włosem,

Z wzniesioną pięścią; — Doumanda obalił,

Dognał Trojnata, za szyję u proga

Chwycił i jego na ziemię wywrócił.

Depcze nogami; — chce mówić, — nie słowa,

Głos tylko jakiś z piersi się dobywa,

Głos niewyraźny, stłumiony, warkliwy,

Jak zwierza, kiedy pod myśliwca strzałą

Padłszy, chce jeszcze raz tchnąć piersią całą.

Ale nierówna walka ich i siły;

Powstaje Trojnat, trzeci raz ciął mieczem,

A jeszcze ducha nie wypędził z ciała.

Ostatkiem życia Mindows nań się rzucił,

I skonał, cisnąc w bezsilném objęciu.

— Dzieci swych bronisz, wilcze, Trojnat woła:

Nie — nie! ja życia szczenięciu twojemu

Nie dam jednemu! wszystkie wymorduję! —

Słuchaj mnie: z tobą ród twój ginie cały —

Słuchaj! jam długo zemstę w piersi chował,

Nie żebym w końcu słaby ją darował! —

Mówi, i ręce rozrywa, i bieży.

Gdzie na posłaniu dwoje dzieci leży;

One z przestrachu powtulały głowy,

I cicho płaczą; i ojca, i matki,

I swych służebnych na próżno wołają.

Wywlókł ich Trojnat z posłania za włosy,

Rzucił na ziemię i zdeptał nogami,

Rozkrwawił mieczem, aż z rozdartéj piersi

Dziecięce dusze w mękach uleciały.