XV

Rozbity obóz w zielonéj dolinie

Śpiéwem zwycięzców i jękami brańców,

Płomieniem stosów smolnych się zażega325.

Kunigas usiadł na niedźwiedziéj skórze,

I wzrokiem rzuca na tłumy Liwonów,

Związanych, krwawych, zgnębionych, wybladłych,

Resztą się życia wlokących — w niewolę!

— Przyjdziesz, rzekł, Mistrzu, z połockiéj wyprawy

Do swego kraju z zwycięztw326 się weselić;

Przyjdziesz i znajdziesz zgliszcza tylko czarne,

I puste sioła, i zwalone grody,

Po drogach strugi czarnéj krwi i trupy!

Bogi nie dały, abyś szydził ze mnie —

Padłem, lecz jeszcze by się mścić, podniosłem!

Wrócę na Połock, kiedy ty usiądziesz

Płakać na zgliszczach swoich siół i grodów!

Wrócę na Połock, Towciwiłła głowę

Zatknąć na wieży, na postrach lennikóm. —

Mówił tak, dumał, znużony pochodem,

Pochylił głowę, usnął kołysany

Zemstą spełnioną i zemsty nadzieją.

Lecz cóż to w dali gęste lasy łamie? —

Czy żubr spłoszony w dalekie ostępy

Ucieka, młode prowadząc za sobą?

Czy niedźwiedź bartnik na sosnę się wdziéra?

Czy nowe pędzą stada niewolników? —

Nikt nie posłyszał, wszyscy śpią w obozie,

Tylko u ognisk brańcy jedni płaczą;

Siedzą podparci na rękach, skurczeni,

Grzeją się zziębli u resztek płomieni,

A po ich twarzy łzy płyną strumieniem.

Oni tam myślą, gdzie zgliszcza ich domów,

Gdzie braci, ojców leżą zimne ciała

Bez mogił, w polu, ptakóm327 pierś bezbronną,

Zranioną mieczem pogan, nastawując.

Oni tam myślą, gdzie były ich chaty,

Pola żółtemi kłosami okryte,

A gdzie dziś stérczą osmalone słupy

I czarna ziemia popiołem zwalana.

Tak płaczą brańcy, a we śnie zwyciężcy328

Do domów swoich, do braci wracają,

I swoich zwycięztw329 piosenkę śpiéwają.

A w lesie szumi! Cóż to lasy łamie?

Czy żubr spłoszony w dalekie ostępy

Ucieka, młode prowadząc za sobą,

Czy niedźwiedź bartnik na sosnę się wdziéra?

Czy nowe pędzą stada niewolników?

Nie; bo nie słychać jęku, ani krzyków,

I sto niedźwiedzi, sto żubrów tak w lesie

Nie chrzęszcze idąc, gałęźmi nie łamie!

Brańcy podnieśli opuszczone głowy,

I gorącemi łzy330 spalone oczy.

Aż z lasu tysiąc głów mignie dokoła;

Za każdym dębem hełm świetny się błyszczy,

Z każdéj gałęzi łuk napięty wstaje,

I białe płaszcze świécą już z krzyżami.

Porwane więzy; rękami, zębami

Szarpią je brańcy, zrywają, zrzucają,

Chwytają głównie z ognisk przygaszonych,

Chwytają oręż od wrogów uśpionych.

Krzyk powstał wielki, puszcza się rozlega;

Wkoło krzyżaccy rycerze z łukami,

Wkoło już ruscy Daniłła wojacy.

Budzi się Litwa w pętach lub w skonaniu,

Z mieczem na gardle, i litości woła,

Brańcy swojemi wiążą ich pętami.

Mindows się porwał, snem to jeszcze sądzi,

Oczóm nie wierzy, krzyczy na bojarów.

Ale w tym zgiełku nikt głosu nie słyszy;

Nad głową strzały gradem polatują,

Walą się drzewa i gniotą zbudzonych,

Świszczą kamienie z procy rozpuszczonych,

Błyskają miecze nad Litwinów szyją,

Konie w ucieczce swych panów tratują,

Ogniska zgasłe wiatr rozwiał széroko,

Palą się jedni, jęcza i konają,

Drudzy na próżno litości wzywają,

Trzeci na próżno na swoich wołają,

Aby ich zgarnąć do poźnéj obrony.

A Mindows dopadł konia, i z bojary,

Tnąc knechtów, lasem przecina się z niemi.

Gonią go strzały, ludzie i kamienie,

Osaczą razem, orężem ich zwali,

Woła na swoich i pomyka daléj.

I gonią znowu, opasują kołem,

Lecz miecz Ryngolda stal jak drzewo płata,

I lecą zbroje i głowy na ziemię,

On znowu wolny, ku Litwie ucieka,

A zanim jeszcze białe płaszcze lecą,

I strzały świszczą. — Na próżno! na próżno!

Mindowsa w polu nie złapiesz, Krzyżaku,

Ani się mieczem dotkniesz jego głowy!

Ale cóż Mindows z bojary swojemi,

Gdy łup i wojsko w zasadzce zostało,

Gdy z tłumów ledwie garstka przy nim ludu,

Brańcy odbici, zdobycze porwane,

A wojsko leży w lesie na dolinie?

I stanął Mindows, i twarz zwrócił smutną

Ku swoim. Jęki uszu doleciały,

Krzyki go jeszcze na drodze dognały.

Nie mógł ich słuchać, mścić się nie miał siły,

Spiął konia, skinął, w Nowogródek leci —

Lecz jak powrócić na Litwę, do swoich?

Gdzie wojsko wielkie, gdzie jego rycerze?

Gdzie łupy mnogie, których wyglądają?

Mindows zsiniałą twarz osłonił szatą,

I nocą wrócił w nowogródzki zamek.

A ruskich brańców, co w pętach siedzieli,

Nazajutrz wszystkich wycięli siepacze.