XLVIII

Xiężna1255 Zofja1256 Witoldowa

Kwitnie, jak róża w ogrodzie,

Jak nad Wilią lilje1257 kwitną.

Nié ma równéj jéj w urodzie.

Złote kosy do nóg płyną,

Niebieskiemi błyska oczy,

Białe liczko zrumienione,

Usta uśmiechem rozwarte,

Ząbki jak kwiateczki białe,

A na czole ojca duma,

A w wejrzeniu dobroć matki.

Sława o niéj zapłynęła

Na moskiewski gród Wasila.

I Dymitrowicz wysyła

Do Witolda posły swoje,

Posły swoje, swaty, dary.

— Daj mi Zofję — ja ci bratem,

Ja ci będę sprzymierzeńcem. —

Xiążę Witold głową wzrusza,

Długo myśli, długo duma;

Aż rzekł posłóm: — Dobrze, zgoda.

Niechaj Wasil przyśle posły.

Dam mu Zofją1258, i przymierze

Zawrzem z sobą na wiek wieków. —

Wstrząsł Jagiełło się na tronie;

Polskim panóm pobielały

Z strachu lica; siwe brody

Wzięli w ręce i dumali;

Powiedzieli Jagiełłowi1259:

— Zwołaj, Panie, brata twego,

Daj Witoldu1260 Wilno, Litwę.

Niechaj Polsce hołd przysięże,

Niechaj wiernie trzyma z nami.

Zły na wroga, dobrym druhem,

Dobrym sprzymierzeńcem będzie. —

I Jagiełło śle Henryka.

Henryk, mazowiecki xiążę,

Witoldowi dawno znany —

Kiejstutową córkę młodą,

Piękną Ryngalę zaswatał1261.

I wesele zgotowano,

Zebrał Witold dla niéj wiano1262;

Ale Henryk w dom powrócił,

Bracia Henryka obsiedli,

Narzucili suknię mniszą,

Serce chłodem obrzucili —

Henryk zabył1263 narzeczonéj.

Teraz ku niéj Jagiełłowe

Znowu poselstwo go wiedzie.

Na malborski gród przybywa.

Tam wesele — Zofja młoda

Z włosem siedzi rozplecionym

Między dziewczęty kraśnemi1264,

Jak w trawie fijołek1265 wonny.

Matka płacze, kryje oczy,

Ojciec usiadł na uboczy1266,

I podparty silną dłonią

Marzy o czémś, ani słucha

Jęku córki, dziewic śpiewu.

Ryngala siostra ponuro

Na wianek patrzy ruciany,

Duma w ciemnym kraju1267 sali.

Wkoło światła jasno gorą1268,

Chodzą krzyżowi rycerze,

Ruskie szepcą cóś bojary1269.

Wtém drzwi na rozcież otwarły,

I wszedł Henryk w sukni mniszéj.

Nikł nie witał, nikt nie poznał.

On do Witolda podchodzi.

Dumném okiem kniaź go zmierzył,

Nie dał ręki, wzgardą wita.

— Cóż na zamek nasz was wiedzie?

Czyli1270 pamięć umów dawnych,

Które dawno potargałeś? —

— Cicho, xiążę! — Henryk rzecze —

Nie tu miejsce, nie w biesiadzie,

O ważniejszych mówić sprawach.

Jestem na Zofij1271 weselu.

Gdy zechcecie wiedzieć więcéj,

Wszak wielki zamek xiążęcy —

Inne miejsce na rozmowę

Znajdziem. Jam poseł Jagiełły. —

Na te słowa tajemnicze

Lica Witolda się palą;

Wstał, radość mu z oczów1272 błyska,

Chodzi, obrzędy przyśpiesza,

Sam córkę sadza za stołem,

Sam przewodniczy biesiadzie.

A mistrz, widząc go wesołym,

Na karb zamężcia1273 to kładzie.

I Anna, postrzegłszy, z cicha

Jego się szczęściem uśmiecha.

I Zofij1274 oczy za łzami

Błysły tęsknemi uśmiechy,

Jakby matce dla pociechy,

Jakby ojcu na zapłatę,

Że szczęście, radość jéj wróży.

Jedna Ryngala nieśmiało,

Smutno siedzi w końcu stoła;

Rzuci okiem na Henryka,

Wzrok odwraca i unika,

By nie spotkać się z wejrzeniem.

On ją postrzegł — w jego sercu

Stary pożar się rozpalił,

Sukni swéj zapomniał mniszéj1275,

Porwał puhar1276, patrzy na nią,

Myśl gdzieś pędzi w młode kraje,

Znowu swaty jéj przysyła.

Lecz Ryngala spuszcza oko,

Łza na ręce z powiek spada.

— Można wiarołomnym wierzyć? —

Ale uczcie koniec szumnéj.

Witold żegna swoich gości,

Zofję w czoło pocałował,

Oddał matce. Matka z łzami

Do swych piersi przytuliła.

A! ostatni raz to może

Na dziewicze wiedzie łoże,

I uśpi ją snem dziecinnym,

Snem młodości, snem niewinnym,

Za którym jasne marzenia

Stoją ze skrzydły złotemi1277,

W których świat w niebo się zmienia,

W których słodziéj niż na ziemi!

Henryk jeszcze stoi w sali,

Witold za ręce go chwyta.

— Chodź, mój gościu! — szepce cicho —

Chodź! chodź za mną! Ja chcę wiedzieć,

Z czém Jagiełło cię przysyła. —

Weszli w Witolda komnatę.

Nagie ściany, twarde łoże,

Skóra niedźwiedzia na ziemi,

Na ścianie na krzyż dwa miecze,

W środku ognisko niezgasłe,

Znicz — litewskim obyczajem,

Żadnych bogactw, ni wygody,

Gliniany kubek do wody,

Trąbka miedzią okowana1278,

A dokoła biała ściana

Dymem ognia okopcona.

Witold drzwi opatrzył, ściany,

Obszedł dokoła komnaty,

W okno wyjrzał, i na czaty

Sługę u sieni postawił.

— Mów! — zawołał — co mi niesiesz?

— Xiążę! jestem posłem zgody.

Dość już wojny, dość zniszczenia.

Jagiełło daje ci Wilno

I wielkoxiążęcą1279 władzę.

Zerwiesz na zawsze z Zakonem,

Na wieczność Polsce przysiężesz1280

Litwa twoja. Ty jéj chciałeś,

Dla niéj krew swoję1281 i cudzą

Strumieniem szérokim lałeś.

Mów, czy poselstwo przyjmujesz? —

Witoldowi głos drży w piersi.

— Xiążę! — rzecze — raz już drugi

Jagiełło takie śle posły.

Raz zerwałem już z Zakonem,

On obietnic nie dotrzymał.

Może znowu mnie uwodzi1282? —

— Słowo jego — słowo moje.

Idź i zabierz. Wilno twoje.

Oleśnicki ma rozkazy.

Dosyć ci zapukać w wrota. —

— Słowo! słowo! — zadumany

Witold wtórzył1283. — Marne słowo,

Kiedy słowa wiatr rozwiewa. —

— A więc karta? — Henryk rzecze —

Oto polskie są pieczęcie. —

— Karta! karta! — Witold znowu —

Kartóm głupcy tylko wierzą.

Trzy-m1284 pieczęcią moją cisnął

Dla Zakonu, trzy zerwałem,

Gdym chciał zerwać, myślał zdradzić.

— Czegóż więcéj możesz żądać? —

— Władzy! Litwy! Wilna mego! —

— A więc śpiesz, i idź po niego. —

— Dobrze — cicho Witold rzecze. —

Słowo biorę, biorę kartę.

Lecz na Bogi nasze stare,

I na nową klnę się wiarę,

Jeśli król zawiedzie słowo,

Ja wskroś Polskę przejdę całą

I powrócę z jego głową,

Choćby mnie kosztować miało

Własną moję! — Pięścią cisnął1285,

Zęby zgrzytnął, okiem błysnął.

Siadł, i rękę Henrykowi

Podał. Długo w noc się czarną

U ogniska ich rozmowa

Ciągnie, zrywa, rozpoczyna,

I rozżarza, i ucina.

Po północy kury1286 piały,

Kiedy Henryk do komnaty

Wszedł i rzucił1287 na posłanie.

Lecz sen powiek mu nie klei,

Bo wciąż przed nim, w wianku ruty,

Snuje się obraz Ryngali;

Zda się, słyszy głos jéj smutny,

I serce żywiéj mu bije.

— Mieć ją mogłem, mieć nie chciałem! —

W marach, mękach, sen żelazny

Ujął go w objęcia swoje.

A wciąż mary mu się snują

W weselnych rucianych wiankach,

Pieśni smutne w uszy biją;

Widzi siebie u ołtarzy,

Od ołtarza gdzieś wysoko

Idzie, idzie w trumnę czarną.

Z lewéj strony pieśń żałoby,

Z prawéj pieśń nócą1288 weselną.

Słońce w okna zaświeciło,

Gdy się widzenie skończyło.

W podwórcu już pełno koni,

Wozy wiodą, znoszą skrzynie,

I wielbłądóm na ramiona

Kładną1289 ciężkie Zofij1290 wiano.

Jeźdźce1291 w podróż się sposobią.

Środkiem Witold się przechadza,

Wszędzie spójrzy1292, powié słowo,

Lud zwołuje i zgromadza.

Wtém mu Anna zajdzie drogę.

— Mężu! Panie! — rzecze cicho —

Czegoż dziecię tak ci prędko

Z twego domu w świat wyprawiać?

Dzień mi jeszcze, dzień daj jeden! —

— Dzień — nie; dwa dni, Anno moja!

My z nią jedziem, ja ją wiodę.

Każ sposobić swéj czeladzi. —

— Lecz tyś wczoraj nie wspominał?

Chciałeś długo posłów wstrzymać. —

— Wczoraj, Anno! wczoraj przeszło,

Przyszło dzisiaj. Rób, co każę. —

Poszła Anna. Mistrz mu drogę

Zaszedł. — Dokądże tak skoro? —

— Chcę me dziecko przeprowadzić.

Pora ciężka. Niech ucieka.

Poźniéj wiatry, poźniéj burze.

A Moskwa, wiész! o! daleka!

Wasyl niecierpliwie czeka.

Posły1293 nawet mnie prosili,

Bym nie zwlekał jednéj chwili.

I wy, mistrzu, wy też z nami?

Dłużéj podzielcie gościnę1294.

Ja na zamki moje jadę. —

— Jedźcie z Bogiem, jedźcie sami.

Mnie w Królewiec trzeba śpieszyć. —

— Cóż! dni kilka? — I dzień drogi. —

— Mamyż rozstać się tak prędko? —

— Prędko, prawda; nie na długo.

Powracajcie — czas nam w Litwę! —

— O! powrócę! jam gotowy!

Ludzi tylko więcéj zbiorę;

Algimunda ślę w Podlasie,

W Litwę wysyłam Małdrzyka;

Na Żmudzi matka żołnierzy

Kupi mi, wyśle tu do mnie.

Czekajcie mnie, mistrzu, zbrojno.

Wkrótce znów wyjdziemy w pole. —