XXIII

Kędy był Witold? Na wileńskim zamku

Tydzień on siedział, pozostał na drugi.

Milczał, a patrzał to w Jagiełły serce,

To w twarz Wojdyłły. I dowodów zdrady

Szukał na próżno. Zdaje się, wróciła

Przyjaźń mu dawna. Brat uśmiechem wita,

Wiedzie na łowy, przyjmuje gościnnie,

Szepce do ucha tajemne swe myśli,

Które zpod571 serca ukryte dobywa.

Witold się dziwi, raduje, i śpieszy

Do Trok powracać. Nie puszcza stryjeczny.

— Jutro — mu rzecze — Marii wesele.

Marię druhowi daję serdecznemu. —

— Komu? — rzekł Witold — xiążęciu572 zapewne?

Z Rusi któremu? z Mazowsza Lachowi?

Z Litwy naszemu? Pruskiemu? ze Żmudzi?

— O! nie! — z uśmiechem Jagiełło odpowié.

Przy nim mi za nic pany i kniaziowie.

Brat to mój. Choć się rodził na niewolę,

Ja go wywiodłem, osłodziłem dolę,

Jam go uczynił równym mojéj braci.

On mi wiernością, on mi sercem płaci

Za wszystko. Jemu ja wierzę jednemu. —

— Bracie! — rzekł Witold — we mnież nie masz wiary?

Czyż i ja niżéj od Wojdyłły stoję?

Zabyłeś573 starą dla mnie przyjaźń swoję. —

— Pomnę — Jagiełło zimno mu odpowié. —

Czyż dwóch przyjaciół nie znaleźć na świecie?

Czyż ty i on się zgodzić nie możecie? —

A Witold dumnie twarz spłonioną zwrócił,

Zamilkł, nie czekał wesela, powrócił.

Smutne to było na Wilnie wesele!

Wojdyłły duma przez nie urość574 miała,

A krew Olgierda okryć się sromotą.

Maria w zamku świetlicy odludnéj

Ciężko nad brata rozkazem płakała.

Niewolnik, dawniéj na zamku był sługą,

W komnacie xiężnéj575 posługiwał długo,

I nieraz wzgardą popchnięty lub nogą,

Na dumnéj duszy przebolał on srogo,

A nie zapomniał, co cierpiał za młodu!

Nad wszystkich srożéj Marij576 go bolały

Wzgardliwe słowa. Żadnego nic stracił,

Wszystkie pamiętał, by za nie zapłacił.

Maria na ciężką szła jemu niewolę,

Płacząc, się bratu rzucała pod nogi.

— Chcesz mnie ukarać? komu chcesz daj, panie!

Wyszlij577, na łódce puść w nawalne578 morze,

W puszczę każ źwierzóm579 rzucić na pożarcie,

Ale nie dawaj w nienawistne ręce!

On zemsty szuka we mnie, a nie żony! —

Jagiełło zimny, stał nieporuszony,

I nic jéj nie rzekł, wzrok tylko odwrócił,

Ręce odepchnął, a jęku nie słuchał.

Marija słała do braci, pomocy

Wzywając. Próżno! bo bracia daleko,

Bo pod Jagiełły została opieką.

Matki nie było, żeby się użalić,

Żeby od dziecka tę burzę oddalić.

I w dzień Perkuna weselni kapłani

Wiedli płaczącą w komnaty Wojdyłły.

Gdy mu obówie580 żona zdejmowała,

Spójrzał581, uderzył, i rozśmiał582 się gorzko.

— Patrz, xiężno! — wołał — przyszłaś mi na ręce!

Za wszystko dawne teraz ci zapłacę.

Jam był niewolnik; teraz tyś poddana.

Na Bogi! Xiężno! poznasz we mnie pana!

Pomnisz583, gdy nieraz, zgięty pod ciężarem,

Wszedłem w świetlicę i biłem ci czołem,

Tyś urągała obliczem wesołém,

Tyś nieraz słowem bolesném mnie w serce

Wbiła pogardę; i ode drzwi twoich

Nieraz mnie gnali za twemi rozkazy,

Krwawemi znacząc plecy moje razy.

Teraz ja prawo mam popchnąć cię nogą,

Duszę twą dręczyć, dręczyć twoje ciało,

Pastwić nad tobą i oddać ci setnie

Urągowisko, szyderstwo i pletnie584.

Na łożu mojém tyś spocząć niewarta.

Idź u drzwi leżeć na twardéj pościeli.

Wojdyłło z tobą łoża nie podzieli,

A milcz! bo jęków uszy nie posłyszą.

Jękami sroższéj doprosisz się kaźni. —

Takie wesele Olgierdowéj córy!

We łzach, na słomie Marija spoczęła.

On popchnął nogą, drzwi zamknął za sobą,

I do Jagiełły poszedł się weselić.

Ona nie spała, ona łzy gorzkiemi585

Wianek dziewiczy swój opłakiwała.

Nie taką dolę wróżyła jéj matka,

Nie takiéj ojciec spodziewał się stary,

Nie takiéj młodość świeciła jutrzeńką586!

A teraz ona zeszła587 na służebną

Niewolnikowi! Olgierdowej córce

Serce się wzdęło, jak morze na burzę;

Płakała, miecza szukając dokoła,

A nic nie było, tylko garstka słomy

Na pośmiewisko u progu rzucona;

Płakała biedna. Aż do drzwi któś kroczy.

Ona wybiega, i patrzy ze łzami,

Komu się skarżyć, przed kim żal pokazać!

Stary to bojar Gierdo; przeszedł mimo

I zniknął w mroku. Marija go woła.

Zwrócił się, stanął, patrzy, nie pojmuje,

I oczóm swoim, choć widzi, nie wierzy —

Olgierda córka we łzach, stoi w progu,

Ręką na słomy garść u drzwi wskazuje.

— Mariam588! ja Maria! ale nie Olgierda,

Nie pana Litwy córka ulubiona!

Podłego sługi, niewolnika żona,

Co na krwi pana mści się swéj niewoli.

Patrzaj, o Gierdo, lituj się méj doli!

Próżno Jagiełły prosić, jemu żalić,

Jedź do Kiejstuta, niech Kiejstut ratuje;

On krwi braterskiéj może pożałuje,

Nie da się słudze pastwić nad swym rodem.

A Gierdo stoi i duma głęboko;

I jemu nieraz dojadł już Wojdyłło;

On pałał zemstą, tylko strach starości

Odebrał siły. Na widok się xiężnéj

Oburzył znowu, cóś mruknął i znika.

I znowu do Trok któś po nocy bieży,

Gdzie Kiejstut z synem na naradzie siedzą,

Nowemi wieści do serc ich uderzy.

Oni cóś radzą tajemnie, szeptają;

Posła słuchali, spójrzeli589 po sobie;

Co czynić mają? nikomu nie mówią.

A noc spłynęła, oni nie usnęli,

Starszych wołają, cóś knują po cichu,

I gońców kilku do Wilna posłali.

Jeden powraca, i takie im wieści

Przynosi: w Wilnie gród pusty, wojsk nié ma;

Wszystkie w połocką ruszyły wyprawę;

Na zamku mieszczan kilkuset straż trzyma;

Wojdyłło szali590, i wszelką obawę,

Widać, przymierze z Krzyżaki591 odjęło,

Przymierze, którém kupiono spokojność,

Wyjąwszy z niego Kiejstutowe xięztwo592.

— Czas, kniaziu, jechać, bratanka odwiedzić,

I ... — Czas! — rzekł Kiejstut. — Zaraz lud gromadzą,

Witold niech idzie w podlaskie swe włości,

Ja sam z Jagiełłą i Wilnem poradzę. —