XI
Nazajutrz po tej nocy, gdy Marger się podkradł pod Wejdalotek zagrodę, matka jego z rana do odjazdu oddziałowi swojemu gotować się kazała. Zaledwie niepostrzeżony wrócił do szałasu z Rymosem, już budzili się ludzie, konie do wody wiedli, ognie rozpalali i Reda sama, odziawszy się, wyszła spod namiotu, aby przynaglać do pośpiechu. Rymos po kilkakroć siedzącemu nieruchomie, na wpół odzianemu panu przypominał, że czas było sposobić się do podróży. Marger nie zdawał się chcieć słyszeć, ani rozumieć.
Z głowę spartą na ręku, namarszczony, nie poruszał się wcale. Szwentas, który więcej doń śmiałości miał, targnął go za suknią.
— Kunigasiku — rzekł wesoło — czas się odziewać. Matka na was czeka i ogląda się. Hej!
Marger się ani odwrócił.
Z dala przypatrująca się temu od namiotu swojego Reda, nie mogąc zrozumieć nieruchomości syna, poczęła iść ku niemu. Wlepiła oczy w niego; on nie spojrzał na nią; dziki jakiś wyraz miał w twarzy.
— Czas w drogę, czas! — zawołała do niego.
Milczał, nie zwróciwszy nawet oczu ku niej. Nawykła do posłusznych, Reda zarumieniła się, głos jej stał się nakazujący, groźny.
— Wstawaj! konie za chwilę będą gotowe; jedziemy.
Marger dopiero z wolna głowę ku niej podniósł i głosem, w którym tyle siły było i woli, co w mowie matki, odparł:
— Ja nie ruszę się stąd.
Na chwilę Reda straciła mowę; gniew w niej wrzał, choć ten, co się jej sprzeciwiał, był jedynym jej dziecięciem.
— Co to jest? — zawołała. — Ty?
Marger, nie ruszając się z miejsca, milczał, patrzał w inną stronę. Ludzie, dokoła zgromadzeni, którzy świadkami byli, poczęli się cofać strwożeni. Reda ciągle podchodziła do siedzącego, wreszcie, stanąwszy przy nim, szarpnęła go za ramię.
— Słyszysz, ty? rozkazuję ci! Wstawaj!
— Nie wstanę.
Niewieście krew buchnęła do twarzy; mimowolnie ręką uderzyła po mieczu; mowa ta zuchwała, niemiecko jej i obco brzmiąca, niemal pamięć zatarła na to, że chłopak był synem jej własnym.
— Mów! — krzyknęła — czegoś się przeciwko matce zbuntował?
Po chwili namysłu, Marger ponuro, groźno wyjąknął:
— Chcę narzeczonej mojej; bez niej stąd kroku nie stąpię. Zrobili ją Wejdalotką; muszą mnie uczynić Wejdalotą.
Rozśmiał się szydersko.
— Nie pójdę stąd; albo z nią razem do Pillen, albo... bodaj nazad do Krzyżaków.
Reda stała bezsilna a gniewna. Gdyby nie był dzieckiem jej, już by się była pomściła. Przez myśl jej przeszło związać go kazać i gwałtem uprowadzić; lecz, jakby odgadł to, Marger miecz zza siebie, na ziemi leżący, porwał, z pochew go obnażył i ścisnął w ręku. Twarz mu też krwią nabiegła.
— Siłą cię wziąć każę! — zawołała.
— Ale martwego chyba! — krzyknął chłopak. — Nie dam się żywym wziąć. Tyś nie matka moja! nie! Gdybyś nią była, dziecku byś nie odmówiła tego, o co cię pierwszy raz w życiu prosiło.
— Czar mu rzuciła ta bezecna dziewka! — zawołała Reda — bodaj ją spalił ten ogień, którego ma pilnować.
Marger, nie słuchając, poprawił się na siedzeniu, miecz swój opatrzył, plecami się przyparł do szałasu i jakby do obrony gotował.
Redzie gniew i ból niewieście łzy spod powiek wycisnął.
— Gdybyś nie miał znamienia na szyi — krzyknęła — i ja bym cię za syna nie znała. Psy te niemieckie serce w tobie przemienili. Krew ci swą wleli. Śmierdzisz nimi!
— Więc rzuć mnie tu — rzekł Jerzy — ja z tobą iść nie chcę; zostanę tu; zginę marnie, a nie pójdę. Kobieta, choćby matka, rozkazywać mi nie będzie.
— A ty dla obcej wszetecznicy porywasz się na nią? — przerwała Reda, rzucając się w miejscu i miecz cisnąc w ręku.
— Ta mi nie obca! nie! ja z nią głodem marłem, poślubiłem ją i nie dam, choćby Perkunasowi waszemu.
Na tę wzmiankę, lekceważącą Boga, którego dąb i ołtarz stał w pobliżu, ludzie z przestrachem popadali na ziemię; Reda się cofnęła.
Marger urągająco się poglądał; wszystko, co słyszał niegdyś o bałwanach i fałszywych bóstwach, na myśl mu przyszło. Oczy skierował na kloc, który stąd widać było, i plunął.
Matka już nie wiedziała, co począć.
Szczęściem żadnego z kapłanów nie było w pobliżu.
W ciągu tej chwili milczenia, Szwentas, który także na pół już tylko wierzył w Perkunasa, odwykłszy od niego, przysunął się do siedzącego, za rękaw go pociągnął i szeptać począł żywo:
— Kunigasiku, co wam? Zginiecie marnie. Dlaczego? dla głupiej dziewczyny? co wam? co wam?
Odepchnął go Marger groźnym spojrzeniem.
— Precz! — zawołał. — Matki nie słucham, a ty byś mnie miał uczyć, niedźwiedziu głupi!
Parobek zgarbił się, pochylił i wycofał.
Kunigasowa poruszyła się, żywo chodząc po małej przestrzeni, która przed nią wolną była; spojrzała na swoich ludzi. Przez myśl znowu przejść jej musiało — kazać go porwać gwałtem; ale z oczu czytała ludzi swych, że mogą się jej stać nieposłusznymi. Nawykli byli ślepo pełnić jej rozkazy póty, póki pana nie mieli; teraz ten wydawał się im prawowitym wodzem. Niewiasta nie miała praw męża, który był głową i panem.
Reda na zamku rozkazywała może więcej, jako córka Walgutisa, jako zastępczyni jego.
Zwróciła się powolnym krokiem do syna, ostygła już i prawie złamana; głos jej drżał. Złagodniała.
— Marger! dziecko ty moje! — poczęła — nie maszże ty dla matki serca? nie ulitujesz się ty nade mną?
— Litujcie się wy wprzódy — odparł surowo syn.
— Nie w mojej mocy jest ci dać tę dziewkę — dodała. — Ty nie wiesz, co u nas Wejdaloci znaczą. My z nimi walczyć nie możemy, ani ich tknąć; a na czym oni położyli rękę, to już do nich i do Bogów należy.
— Ja nic nie wiem! — zawołał Marger — ani ich, ani waszego obyczaju; ale bez Baniuty stąd się nie ruszę.
Siłą ją weźcie, wyproście, wykupcie, zamieńcie, na wagę złota ją im zapłaćcie; a ja muszę ją mieć. Nie, to i życia nie chcę!!
Mówił tak stanowczo, tak męsko, z taką siłą potężną, iż Reda zamilknąć musiała. Wiedziała już, że go nie pokona.
Stała, wpatrzywszy się w ziemię; z wodza i pani przed chwilą, zmieniła się w słabą i nieszczęśliwą niewiastę.
Marger głowę podniósł i dorzucił:
— Baniuta ognia jeszcze nie pilnowała, ani skałki nań nie rzuciła. Jeszcze ona do nich nie należy.
Reda, posłyszawszy to, spojrzała ku zagrodzie i poczęła iść do niej, nie odpowiadając synowi.
We wrotach widać było gromadę Wejdalotów w bieli, którzy z dala się przypatrywali sporowi temu między matką a synem, nie wiedząc, o co chodziło.
Konis piękny, jakby przeczuwał coś, stał na przedzie.
Widać było, jak Reda szybkim krokiem się zbliżyła ku niemu, mówić doń poczęła i razem z nim znikła w zagrodzie. Chłopiec tymczasem, jak wrosły, pozostał na swym siedzeniu. Pilleńscy ludzie, co wczoraj jeszcze lekce sobie ważyli młokosa, teraz nań z poszanowaniem patrzali. Nie myśleli o tym, o co szło między nim a matką; czuli, że siłę okazał i rozkazywać umiał. Serca mu to jednało u tych, co, słuchać zmuszeni, chcieli przynajmniej móc szanować tego, kto rozkazywał.
Szeptali między sobą, pokazując na niego; on miecz swój opatrywał. Skinął na Rymosa, aby mu wody zaczerpnął, a chłopak domyślny, zamiast niej, miodu mu z beczułki utoczył.
Wtem ze drzwi zagrody wystąpiła Reda, żywo ręką ku sobie syna wołając. Marger się wahał. Czuł się tu może bezpieczniejszym, lecz i obawy okazać nie chciał.
Na ramię więc wziąwszy swój miecz, szedł powoli na zawołanie.
Z dala już matka wołała do niego głosem podniesionym:
— Nie ma jej tu! odesłano ją gdzie indziej.
— Jest! — zagrzmiał Marger, stając — jest, bom ją widział przed słońca wschodem. Kłamią!
Wejdaloci, którzy usłyszeli kłam zadany sobie, krzyk ogromny podnieśli. Wrzawa około zagrody powstała groźna, jakby na zuchwalca się rzucić chcieli.
Posługacze Krewuli chwytali już za włócznie i pałki.
Przestraszony tym staruszek, który nie wiedział o niczym, kazał się prowadzić ku wrotom.
W tej chwili Konisowi zdało się może, iż cały ten zamęt i poróżnienie z Kunigasami dla marnego dziewczęcia był niebezpiecznym. Wychowaniec Krzyżaków mógł nie poszanować świętości i zgorszenia przyczynić. Na ostatek i okup nie był do pogardzenia. Przysunął się do Redy i szeptać coś z nią począł.
Marger stał dumny, oczekując końca. Pozostał tu przed zagrodą sam jeden, bo matka, Krewule, Wejdaloci, wszyscy się wcisnęli na jakiś znak dany do środka zagrody i wrota za nimi zaparto z trzaskiem.
W dolinie wszyscy bliżsi i dalsi, którzy wiedzieli, co się działo, lub domyślali się tylko, czekali końca. Od ognisk widać było bieżącą starą Jargałę, zdyszaną, która oczyma Margera szukała. Powiedziano jej, że ten się o córkę jej upominał.
Spod dębu głuchy szmer tylko słychać było długo. Reda nie powracała.
Wtem na wysokim stosie, z którego się zwykł był do ludu odzywać Krewe lub Krewule, ujrzano z boku powiewające białe ręczniki Wejdalotów. Szli na górę, wiodąc między sobą starego, wszyscy w szatach odświętnych, w wielkich wieńcach na głowach, z laskami w ręku.
Krewule zmęczony pokazał się na wierzchołku stosu, sparł trochę na balasach i dyszał. Lud z całej doliny cisnął się, pędził, jak fala wielka, płynął do stóp dębu i stosu.
Co żyło, śpieszyło posłyszeć słowo, które wyrocznią było, gdy je stąd głoszono.
Stało się milczenie wielkie.
Krewule podniósł głos, lecz długo, długo, posłyszeć go nikt nie mógł, bo starcowi w piersi tchu brakło. Podnosił tylko rękę jednę i obie, laskę do góry dźwigał, w niebo patrzał.
Trafem szczególnym, właśnie gdy się to działo, jedna z tych niespodzianych chmur wiosennych, które się prawie w oczach zbierać umieją, nadciągnęła nad dolinę, zasłoniła słońce i głuchy grzmot daleki rozległ się po lesie.
Niektórzy z ludzi z krzykiem popadali na kolana.
Zamilkli Wejdaloci, stróżki podrzuciły ognia, słup dymu się wzniósł nad drzew wierzchołki i wtem odsłoniło się słońce, pogoda wróciła, jakby cudem.
Konis powtarzał słowa Krewuli, który uwalniał wziętą dziewczynę na usługę Perkunasa, bo już wprzódy innemu ślubowała, a bóg tylko dziewicze serca na służbie swej mieć może.
Marger, słuchając, podniósł ręce obie i czapkę do góry.
Wrota zagrody otwarły się szeroko i Reda ukazała się w nich, za sobą wiodąc jak ofiarę, w bieli już i sukni Wejdalotki, z kosami złotymi, idącą Baniutę. Zamiast dębowego wieńca stróżek, miała ruciany na czole. Szła i uśmiechała się do narzeczonego, który do niej biec chcieć się zdawał.
Stało się z nim coś, czego on sam może nie pojął, aż gdy ostygnął, do matki naprzód pośpieszył i do kolan jej się schylił. Schwyciła go za głowę.
Pierwszy to był uścisk macierzyński, w którym i synowskie serce zabiło. Od tej chwili poczuli się — ona matką, on dziecięciem.
Baniuta, też upadłszy na kolana, kraj szat jej całowała, a tuż stara Jargała na ziemi się położyła, stóp Kunigasowej szukając.
I płakali a radowali się. Wtem Reda poczęła wołać, odzyskawszy władzę:
— Na koń! do Pillen! do Pillen! lada dzień przyciągną Niemcy i zamkną tam nas; idą już może. Do Pillen!
Lud cały powtórzył ten okrzyk, rzucając się do koni.
Wprędce dolina na pół opustoszała, a cały orszak Kunigasowej w porządku dobrym, skupiony, wpośrodek wziąwszy panią, syna jej i narzeczoną, i starą jej matkę, pośpiesznie gnał znanymi drogi do zamku.
Co dzień na zaraniu posyłano ludzi na zwiady i powracających słuchano.
Krzyżacy gotowali się całą siłą na Pilleny — powtarzali wszyscy. W pół drogi dano znać, że ów straszny statek olbrzymi, którym od rzeki oblegać gród miano, stał już prawie gotowy, że go tylko smolono i żywność doń zwożono.
Strach jakiś opanowywał wszystkich, nawet mężną Redę, na słuch o tej budowie, która twierdzą przeciwko twierdzy być miała.
Nie obawiano się tyle nagromadzonych wojsk krzyżackich, co bajecznego statku tego, o którego ogromie prawiono straszne rzeczy. Reda w nim widziała zgubę swą, on jeden był dla niej najgroźniejszy.
Przybywający opisywali wielkie jego rozmiary, grube drzewo, z którego był mocno zbudowany, przygotowane na nim kłody, kobylice, proce do ciskania kamieni i ognia.
Jednego wieczora, gdy znowu nadbiegłe szpiegi prawiły o nim w obozie Redy, Marger się nagle porwał z siedzenia, jakby go myśl jakaś wielka natchnęła.
— Bezpieczni są — zawołał — nie spodziewają się niczego, nam trzeba łódki wziąć, ludu trochę zwołać, smoły i ognia nagotować, spalimy tę potworę.
Szwentas, który słuchał, oświadczył się nocą do przystani doprowadzić.
Lecz nazajutrz okazało się, że statek był już na rzece.
Marger od myśli swej nie odstępował.
— Spalić go musimy — wołał — to im ochotę odejmie, a nim drugi zbudują, czas zyskamy, i goście się ich rozjadą.
Reda godziła się na podpalenie statku, lecz gdy syn oświadczył się, że sam poprowadzi tych, których wyprawić miano, puszczać go nie chciała.
Chłopak obstał przy swoim.
— To moja pierwsza próba — mówił — czuję, że mi się powiedzie. Muszę iść. Ze Szwentasem nie boję się niczego. Ten, co mnie tu potrafił przyprowadzić, będzie wiedział, jak począć, byśmy cali uszli.
Uradowany Szwentas w piersi się bił i przysięgał, że dokażą tego, iż statek zapalą, a sami wrócą do Pillen nietknięci.
Musiała się Reda zgodzić na prośby i nalegania syna, dumna tym będąc, iż mężnym się okazywał, a przeciw Niemcom zajadłym.
Obawiała się tego, aby ich potęga nie odjęła mu odwagi.
Z zapałem niezmiernym rzucił się drugiego dnia Marger ze Szwentasem i ludźmi w bok lasami ku miejscu, gdzie się statek miał znajdować. Na wyjezdnym tylko, żegnając narzeczoną, przyprowadził ją do matki i w ręce jej oddał.
— To mój skarb — rzekł — strzeżcie go dla mnie, bo bez niego życie mi niemiłe, a dla niego jam je dać gotów.
Reda przycisnęła do piersi dziewczynę, z którą się już w drodze pojednała i pokochała ją. Zmiękło jej serce. Od czasu, jak syn poczuł się dowódcą i głową rodu, ona więcej matką być chciała. Wracała na to stanowisko, do którego była zrodzoną, z którego ją zemsta za krew męża i za syna wyrzuciła.
Oddział jeden z nią skierował się wprost ku Pillenom, drugi gąszczami lasów, przez niedostępne dla innych trzęsawiska i błota, sunął się ku Niemnowi, coraz rosnąc i powiększając się po drodze. Marger też w ciągu tej wyprawy z wyrostka i chłopięcia na męża i dowódcę dojrzewał. Biło w nim serce, paliła się głowa, gorączka młodzieńcza dawała mu jasnowidzenia, a ludzie się wydziwić nie mogli, a Szwentas radował się Kunigasikowi, ręce jego całując.
Długo musiano wypatrywać chwili dogodnej. Kupka ich w trzcinach i sitowiach, ze skrytymi czółnami, stała tuż pod bokiem Niemców niepostrzeżona, aż Szwentas przybiegł dnia jednego i oznajmił, że czas był statek podpalić, bo przy nim ludzi zostawiono niewielu, a dno jeszcze smolono.
Napad nagły powiódł się szczęśliwie, a nim Krzyżacy opamiętali się, by chwytać i ścigać napastników, którzy na nich jak z obłoków spadli, ich już nie było. Maleńkimi czółenkami, pieszo, wpław potrafili ujść pogoni, spoglądając na łunę, która za nimi gorzała.
Marger stąd wprost popędził do Pillen, do których pilno mu było.
Matka, już się mu w niczym nie sprzeciwiając, obiecała wesele. Tam było gniazdo jego, tam stała kolebka, tam on obiecywał sobie panować.
W głowie snuły się już dumne myśli. Chciał z wielkim Kunigasem na Wilnie sojusz zawrzeć mocny, stać przy nim, aby go też bronił. To, co widział i czego się nauczył u Krzyżaków, pragnął u siebie mieć i zaprowadzić. Zbroje żelazne, miecze stalowe, kusze daleko sięgające, tarcze kowane...
W Pillenach co dzień na wieżycę wchodziła Baniuta i patrzała po dolinie, po rzece, na lasy, czy przybywających nie zobaczy.
Jednej nocy stróże przybiegli, dając znać, iż z dala łunę pożaru widać było. Reda odgadła, iż potwór ów niemiecki, co miał zgubę przynieść Pillenom, płonąć musiał.
Na gródku radość była wielka.
Baniuta wdrapała się na wieżę, aby ogniem tym napaść oczy. Nazajutrz się go spodziewała. Nazajutrz od rana przez cały dzień stała na górze i patrzała, a serce jej biło i każdego ptaszka, co przelatywał, pytała:
— Widziałeś ty miłego? Niesiesz mi słówko od niego? Czy je na zielonym liściu wyrył, czy ciebie odśpiewać nauczył??
A ptaszki leciały i nic nie mówiły do stęsknionej.
I nic widać nie było długo, aż do wieczora.
W wieczór rzeka od słońca jak ognisty potok świeciła cała, a na złotej jej wstędze czarne sunęły robaczki czy czółna — rybki czy ptaki wodne?
Baniuta w ręce plasnęła. — To oni! — I zbiegła w dół do matki, a na dachy powłazili ludzie, spojrzeli i śmieli się, mówiąc, że nikogo nie było.
Baniuta u wrót stała, bo czuła, iż Marger przybywał. Serce mówiło, że był coraz bliżej; mierzyła nim przestrzeń; słyszała, jak czółna przybiły do brzegu i ludzie na ląd skoczyli.
I róg się odezwał. Wybiegli strażnicy pana swojego na zamek wprowadzić.
Walgutis sam został na posłaniu; opuścili go wszyscy, zapomnieli o starym, bo dawno znaku życia nie dawał.
Teraz coś w nim zagrało. Krew?... Powiało nań wiosną i młodością, jakby własną.
Krzyknął rozpaczliwie. Sam był! Nikogo!
Dopieroż tym jękiem zbudzeni nadbiegli doń. Starzec, niemowa, co spał jak bobak od dawna, chciał wstawać. Śmieli się z niego.
Wyciągnął ręce chude, kościste nogi obnażył, pięścią kamienną bił, rozkazując się prowadzić.
Musieli.
Skórę niedźwiedzią zarzucili mu na ramiona nagie. Słaniał się na nogach, lecz szedł. Szedł dysząc, pchał do wrót, kazał się nieść, dźwigał. Twarz wybielała i martwa, trupia, odżyła, tylko ust tych, wiecznie otwartych, zamknąć nie mógł. Jak widmo z drugiego świata, stanął za Redą w progu, właśnie, gdy Marger z otwartymi ku niej i narzeczonej biegł rękoma.
Z piersi starca jęk się wyrwał niezrozumiały a potężny; wołał go do siebie. Chude obrosłe ręce wyciągnął, pochwycił chłopca w objęcia, głowę siwą położył na jego ramieniu — i skonał.
Ostatni oddech starca, co życie całe walczył z wrogami i nienawiścią ich konał lat tyle, wstąpił w piersi wnuka.
Gdy Reda obejrzała się na to straszne zjawisko, Walgutisa musieli już ludzie podnieść na rękach, stężałego, zimnym trupem.
I co wracać mieli na gródek z pieśnią radosną, wszyscy zanucili raudę, boleści pełną i łez, starą raudę, z którą od wieków Litwę na stos wiedziono.
Szli wszyscy za zwłokami do domu, a wielka radość obróciła się w łzy i smutek. Z całego grodu zbiegali się ludzie, dopytując o starego, który choć tyle lat konał, zawsze go czuć było, zawsze jeszcze z niego czasem życie jak płomień buchało jasny.
Począł się więc obrzęd pogrzebowy, wedle prastarego obyczaju.
Złożono zwłoki na zwykłej pościeli, która się teraz stała — śmiertelną (patałas) — wtoczono beczkę alusu i otwarto drzwi, aby wszyscy nieboszczyka mogli raz ostatni pozdrowić.
Stare niewiasty poczęty obmywać ciało i wdziały na nie długą koszulę, z dawna przygotowaną, włożono mu wiżos (chodaki) na nogi i posadzono trupa na ławie, w rogu izby, ostawiwszy pałkami, których dawniej w boju używał, a dziś one go podtrzymywały.
Tłum ludu stał dokoła starca, czerpał z beczki, przepijał do nieboszczyka i śpiewał:
— Pijemy do ciebie, panie miły, dlaczegóżeś umarł? czemuś nas osierocił?
Każdy po swojemu pozdrawiał, nucił i zwrotkę kończył jednakowo:
— Dlaczegoś umarł? czemuś nas osierocił?
— Nie miał żeś co pić, co jeść? nie byłoż dostatku w domu? nie było ci służyć komu? Dlaczegoś umarł? czemu żeś nas osierocił?
— Nie miałżeś odzienia, sprzętu, pełnych skrzyń i zasieków? na czym ci w domu zbywało? Dlaczegoś umarł? czemuś nas osierocił?
— Nie miałżeś dzieci ukochanych, żony w domu? sług dostatkiem, druhów i braci, co cię kochali? Dlaczegoś umarł? czemuś nas osierocił?
Marger, który po raz pierwszy przypatrywał się pogrzebowi litewskiemu, stał zdumiały i poruszony. Przypominał sobie czarne trumny i żałobne śpiewy chrześcijańskie. Tu wszystko wyglądało i odzywało się inaczej.
Z tamtymi umarłymi rozstawano się, oddając ich Bogu, na sąd jego; tu żegnano jak odjeżdżających do ojczyzny i praojców.
Izba cały ten dzień, całą noc i jeszcze jednę dobę stała otworem, a w niej pito, śpiewano, wchodzili i wychodzili ludzie, przypatrując się nieboszczykowi i płacząc u zwłok jego. Blady trup, z usty otwartymi, których i śmierć już zawrzeć nie mogła, siedział, jakby uśpiony. Niewiele się zmienił od żywego.
Tymczasem wszystko przygotowywano do pogrzebu. A że co chwila spodziewano się napadu Krzyżaków, musiano na wzgórzu obok zamku stos ułożyć.
Rano weszły niewiasty znowu i obmyły ciało raz jeszcze, włożyły odzież białą; przypasano mu miecz, za pas zatknięto siekierę, szyję obwinięto ręcznikiem, w którego węzeł grosz był wetknięty na drogę, i zaczęto, płacząc, pić na pożegnanie.
Tuż u drzwi stał wóz pogrzebowy, na którym posadzono trupa, i gromada, dokoła stojąca, zaczęła duchy złe odpędzać krzykiem i miotaniem włóczniami.
Zanuciły płaczki, rwąc rozpuszczone włosy. Niedaleki pochód był ze zwłokami, bo tuż gotowy stał stos śmiertelny, ale przy nim brakło gromady kapłanów i dwaj ubogo odziani Tilussoni z bliskiej osady musieli sami służyć za innych, i raudy na cześć Walgutisa wyśpiewywać.
Marger, który przy pogrzebie dziada powinien był rej wieść, nie umiał mu oddać ostatniej posługi. Wszystko tu dlań nowym było, obcym, dziwnym, niezrozumiałym.
Gdy Walgutisa na wierzchołek stosu dźwignięto i posadzono na tym tronie, który wkrótce płomienie objąć miały, musiał Marger pójść go pocałunkiem pożegnać i naówczas dopiero Tilussoni ogień w czterech rogach podłożyli.
Reda, której rozpacz i żal po ojcu były do szału posunięte, jękiem napełniała powietrze, rwała włosy, miotała się, śpiewała, padała na ziemię i wszystkim płaczkom przewodziła.
Gdy płomienie się podniosły ku górze, poczęli słudzy nieść wszystko, co na stosie z umarłym spłonąć miało: całymi koszami wleczono oręż, odzież, sprzęty, kosztowne naczynia, łupy wojenne. Wszyscy rwali i ciskali w rozżarzone ognisko drogie te skarby, aby duch Walgutisa zabrał je z sobą na drogę, na Anafiel wysoki.
Czwartego dnia, gdy jeszcze nie ostygło żgliszcze128, z którego kości zebrano i pochowano w kamiennej mogile na zamku, nadbiegły wieści, że wyprawa krzyżacka już na Pilleny ciągnęła.
Reda, pogrzebem znużona, leżała chora i znękana. Marger teraz był głową rodu i wodzem. Ona pierwsza, ściągnąwszy się z łoża, pochyliła mu się do kolan.
— Wczoraj byłam matką i panią, dzisiajem129 sługą! Rozkazuj ty.
Zawołała starszyznę.
— To pan wasz! — rzekła, wskazując, i powróciła płakać na swe łoże, a Baniuta siadła u nóg, wtórując tej boleści.
Marger znalazł się nagle wodzem, panem, i zadrżał w duchu. Ci ludzie patrzali nań i czekali; on nie wiedział, co miał rozkazywać. Miłość dla dziewczęcia, które chciał poślubić, smutek, postrach, potrzeba było otrząsnąć z siebie; na nie czasu nie miał; bronić się musiał.
Z głową jakby upojeniem zmęczoną, wstąpił na najwyższy szczyt, na wieżę, aby się obejrzeć dokoła i poznać swoje Pilleny. Stały jak wrosłe w pagórek, silne, groźne, obronne; a ludzie, co się u nóg jego mrowili, byli i liczbą, i siłą, i odwagą do osadzenia grodu starczący.
Kunigas przypomniał sobie Malborg, mury jego rozległe, ściany kamienne, wieżyce potężne, baszty, w których ścianach izby się mogły pomieścić. Pilleny drewniane wydały mu się jakby wielką chatą na rozdrożu.
Przypomniał krzyżackie zastępy, lik knechtów, oręże ich, zbroje, kusze, machiny, wojenną wprawę i siłę, i zadrżał. Stanęła mu przed oczyma przyszłość, mordercza walka i bohaterska śmierć, nieuchronna.
Albo potrzeba było uchodzić stąd, ocalając ludzi i siebie, gdzieś w lasy, i otworem zostawić granicę lub na niej w obronie paść.
Marger dumał; na oczach mu stała Baniuta, szczęście, spokój, dwór gdzieś w puszczy i ognisko domowe.
Wtem, gdy stał tak zatopiony w sobie, ta, którą porzucił płaczącą na pościeli, Reda, z rozpaloną twarzą, z włosami jeszcze rozpuszczonymi, w sukni poszarpanej, wdrapała się na wieżycę. Stała chwilę niepostrzeżona, patrząc z dala na syna — coś wyczytać musiała z twarzy chmurnej, targnęła go za ramię.
— Tyś tu wodzem teraz — rzekła — co myślisz czynić?
I wzrok w nim utopiła.
— Niemiec silny jest — rzekł Marger — my się tu tak jak Walgutis na tym stosie spalimy.
Reda czekała milcząca.
— Nie obronimy się — dodał Kunigas.
— Milcz! — przerwała mu matka. — Nie obronimy się! zginiemy! Tak: ale się bronić musimy do kropli krwi ostatniej.
Duch dziada i ojca wstałby z mogiły przekląć cię, i ja bym cię przeklęła, gdybyś gniazdo opuścił ze strachu!!
Gdym na łożu leżała, ogarnęła mię trwoga. W matce i synu jedna jest dusza; coś ty pomyślał, tom ja odczuła. Kochasz dziewczynę, chce ci się szczęścia, porwałbyś ją i zbiegł, a tę dziada mogiłę dał wziąć bez kropli krwi wrogom?! Ty?!
Marger zadrżał i pobladł; duma rycerska wstąpiła w piersi jego, duch dziadowski.
— Nie — zawołał Marger — zobaczysz; obronić nie potrafimy, ale umrzeć potrafim.
Rozśmiał się uśmiechem nie krzyżackiego wychowańca, ale dzikiego człowieka.
Reda spojrzała mu w oczy.
— Mój syn jesteś! — szepnęła.
Nie obracając się już ku niemu, poczęła szybko schodzić z wieży, samym go tu zostawiając.
Marger w duszy wydał już był wyrok na siebie.
— Dzień szczęścia, a potem... śmierć!!
Wpół wschodów siedział skurczony Szwentas i zaparł mu drogę.
— Kunigasiku — odezwał się — zamek twój niczego; ale to kupa chrustu, nas tu upieką Krzyżacy. Szkoda ludzi i nas szkoda. Co mówisz, Kunigasiku?
— Z drogi! — krzyknął Marger.
Szedł wprost na podwórce. Tu stali Bajorasowie jego i dowódcy, czekając nań, posępni. Zobaczywszy pana, odsłonili głowy.
— Krzyżacy ciągną — rzekł młody, przybierając powagę starą. — Pilleny bronić się im będą. Mówcie: macie męstwo? Komu go brak, niech stąd idzie precz; kto zostanie ze mną, na śmierć się musi gotować.
Stary Wiżunas okiem potoczył po swoich i rzekł głosem spokojnym.
— Raz człek umiera.
Żaden się nie ruszył, o wyjście prosząc, nie zadrżał nikt.
Marger z nimi razem obszedł okopy dokoła. Wszystek lud przyjmował go radośnie i każdy mu powtarzał:
— Raz człek umiera.
Gotowali się na śmierć wesoło, choć wiedzieli, że pogrzebu i stypy, i pieśni mieć nie będą.
Posłano do osady ściągnąć tych, co się schronić chcieli, a innym dać znak, by uszli w lasy.
Marger sam obszedł wnijścia, bramy, przechody tajemne i rusztowania na ścianach.
Gotowym było wszystko, choćby dziś walka rozpocząć się miała. Cały tak wieczór zszedł na tych oglądach, na radzie, na stawianiu straży i badaniu ludzi.
Wiżunas pod Margerem wziął dowództwo osady. Starzec był żelazny: małomówny, bezsenny, surowy do okrucieństwa.
W nocy ostrzono topory i osadzano siekiery. Czuwali wszyscy.
Gdy późno do izby wielkiej powrócił Marger, z dala już śpiewy go zaleciały. Świeciło w niej wesoło.
Gdy się drzwi otwarły, obraz niespodziany oczom się jego przedstawił. Reda odziana świątecznie, Baniuta w wianku dziewiczym i stroju narzeczonej, a dokoła dziewczęta nucące pieśni dziewiczego wieczora.
Matka podeszła do progu.
— Przystrójże się na wesele — rzekła. — Wczoraj pogrzeb, dziś gody, jutro może śmierć! Pilno ci było: będziesz ją miał.
Marger spoglądał na Baniutę. Siedziała jak na tronie na wywróconej dzieży, z rozpuszczonymi kosami, w wianku, a dziewczęta udawały płacz i śmiejąc się splatały i rozplatały jej włosy. Ona sama, nie, jak zwyczaj był, smutna, rozpromieniona była i wesoła, z uśmiechem tryumfu na ustach. Oczyma rzuciła ku niemu.
Chłopak pozdrowił ją tylko wejrzeniem; nie godziło mu się w sukni zszarzanej wnijść do izby; zniknął.
Pieśni żałośliwe brzmiały dalej wedle obyczaju. Ognisko płonęło wesoło. Reda krzątała się ze łzami w oczach, a uśmiechem na ustach.
Żałobę miała jeszcze w piersi, a ledwie czas na wesele. Krzyżaków jeszcze nie było.
I prześpiewano noc całą, a kto nie szedł słuchać pieśni i zapijać na szczęście nowożeńców, ten siedział i ostrzył topory.
Nazajutrz nie było Swalgona, co by im błogosławił, stary Wiżunas przepasał się biało i wianek wziął na siwe włosy.
Baniuta siedziała na dzieży znowu, na kolanach jej stał kubek piwa i chleb biały, drużki cztery kosy złote przeciągnęły przez cztery złociste pierścienie i płacząc je obcięły.
Wstała Baniuta i, kubek do ust poniósłszy, resztę wylała na progu. Marger czekał jej u stołu. Trzy razy oprowadzono młodą około ogniska, nim ją przy nim posadzono. Spojrzała wesoło ku niemu. On siedział smutny.
— Panku mój — szepnęła do niego — rozmarszczże czoło, wszak ci to wesele nasze. Mnie by płakać przystało, tobie się cieszyć; aż mi wstyd, że smutną być nie mogę.
— A mnie, że wesołym być nie umiem.
— Dlaczego? — zapytała Baniuta.
— Posłuchaj — westchnął Marger. — Gdyby pieśń nie głuszyła, może by nas tętent krzyżackich koni doleciał.
— Zawtórowałby naszej pieśni.
Spojrzała mu w oczy.
— Panku mój! czegoś ty smutny? Ja wiem! ja wiem! Wojna idzie na nasze wesele.
Cicho westchnąwszy, rzekł młody:
— Wojna, to nic...
Słowo ostatnie na ustach mu skonało. Baniuta się uśmiechnęła doń.
— Panku mój! — odezwała się. — Wszak to obyczaj jest taki, że pan młody za wianuszek podarek daje. I ja od ciebie chcę daru jednego, wielkiego daru, ale mi przysiąc musisz, że ja go będę miała.
— Dam ci, co zechcesz! — zawołał Marger żywo.
— Przysiąż mi! — powtórzyła Baniuta.
— Na kogo przysięgać mam? — smutnie odezwał się młody — na obcego Boga mi się nie godzi, a swoi mnie nie znają.
— Przysiąż mi na słońce i księżyc — przerwało dziewczę — na co chcesz! ale ja chcę przysięgi!
Marger rękę położył na piersi.
— Czego chcesz ode mnie? — spytał — Wszystko będziesz miała.
Wtem Baniucie zaświeciły oczy, zagorzały płomieniem; dawne owo dziewczę, w którym męczeństwo Niemców wykołysało ducha, wróciło. Widział ją taką, jaką była, nucąc litewskie pieśni na drzewach ogrodu Gmundy.
— Pamiętaj — szepnęła. — Ja wiem, ja widzę!!
Krzyżacy nasz gród zdobędą. Wy, szczęśliwi, padniecie w jego obronie, a ja? ja sobie życia wziąć nie potrafię. Gdy przyjdzie ostatnia godzina, panie mój! nim sam im dasz życie, weź moje!
Zbladł Marger.
— Przysiągłeś mi na słońce i na księżyc — dodała, ściskając rękę jego — razem pójdziemy na jasny świat drugi, a tam! tam musi być wieczne wesele, bo tu była wieczna męka. A bogi, jeśli są, sprawiedliwymi być muszą.
Rozlegająca się pieśń zgłuszyła rozmowę.
Szwentas stary, przebrany za wesołego błazna, Keleweże, wtoczył się na czworakach do izby.
— Hej! hej! — wołał — to mi wesele! gości na nie zjechało bez liku. Chodźcie, patrzcie, czy stanie130 piwa dla nich na przyjęcie. Goście wkoło, postrojeni, błyszczą na nich szaty żelazne, świecą czapki złocone, rżą ich konie we zbrojach.
Ogromny okrzyk za wałami Krzyżaków zwiastował.