XII
Tejże nocy weselnej zerwał się Marger z pościeli, pocałował śpiącą Baniutę i stanął zadumany.
Wyszedł z izby; stary Wiżunas na progu siedział, czoło trzymając w dłoni.
Odeszli obaj w podwórze.
— Tych psów nastraszyć potrzeba — odezwał się Marger. — Patrzałeś ty z góry, gdzie namiot wodza stoi?
Wiżunas ręką wskazał stronę.
— Nieprawdaż? tam jest wyjście nasze podziemne, kamieniem zawalone?
Skinął głową stary.
— A co po nim?
— Gdy się pośpią — rzekł Marger — oni i ich czaty, łatwo po nocy dostać się do obozu.
Porwał miecz, wiszący u pasa.
— Wodza im zamordować trzeba!
Wiżunas niedowierzająco spojrzał ku niemu. Oczy starego pytały:
„Któż to potrafi??”
Marger po chwili szepnął:
— Ja znam ich obyczaj, umiem ich mowę... pójdę.
— Wy?
— Ja — potwierdził chłopiec, prostując się — kto wie: popłoch ich może ogarnie; odstąpić mogą.
Starzec ze zwieszoną głową dumał.
— Szkoda was — rzekł — a gdy wy zginiecie, któż zamek obroni?
— Ty! — rzekł krótko Marger, rękę mu kładnąc131 na ramieniu. — Nikomu słowa! milcz...
Obejrzał się dokoła: noc była; przysłuchał: obóz Krzyżaków spał cały; nic się w nim nie poruszało.
Wziął miecz swój do ręki i na palcach ostrza jego spróbował; ku komnacie weselnej powiódł oczyma. Chciał zajść na pożegnanie; ale potem czy miałby siłę z niej wynijść?
— Chodźmy, Wiżunas — rzekł.
Posłuszny starzec doprowadził go do jamy drzwiami zapartej. Tu do nóg mu padł i jęknął.
Marger znikł w ciemnościach. Wiżunas pozostał na straży. Gdyby mu lata łez nie wypaliły, byłby płakał — nie mógł.
Cisza długa staremu się wiekiem wydawała. Nie było jej końca.
Nagle krzyk straszny usłyszał i padł na ziemię u wnijścia. W obozie tysiące głosów go powtórzyło dokoła; z głębi milczenia wstała burza okrutna, jakby ziemia rozwarła się pod nogami Niemców. Konie rżały, oręż szczękał, biegały oddziały, tętniło i grzmiało.
Wiżunas, z uchem przyłożonym do ziemi, leżał. W jamie nic słychać nie było; potem zaszumiało w niej, jakby wąż się sunął ku niemu. Starzec uląkł się Niemców i nóż ujął w rękę. Wtem Marger ukazał się z twarzą ziemią osypaną, tchnął, odprostował się i padł znużony obok Wiżunasa.
Gdy go stary otrzeźwił i spytał, nie umiał mu nic odpowiedzieć. Wskazał tylko na miecz swój, który powrócił suchy — i westchnął.
Nie zabił nikogo.
Tegoż dnia przejście zasypano podziemne.
Rano beczki wytoczono w podwórze.
Załodze sprawiono wesele; ale głośnych pieśni zawodzić nie było wolno. Jedni stali poza ścianami, czatując; drudzy obsiadali konwie i wiadra, czerpali i pili.
— Raz człowiekowi umierać! — śpiewali.
Marger to do żony szedł i na ławie przy niej przysiadał, to na okopy się drapał i w obóz patrzał. Znał w nim tam wszystkich i mógł nazwać każdego z rycerzy po imieniu; poznawał ich po zbroi i chodzie, po czeladzi i koniach.
Niektórzy z nich nosili go na rękach. Ojciec Antoniusz mówił mu o Bogu, Bernard pilnował go, gdy na koń siadał i toczył się z włócznią w podwórzu.
Byli między nimi ludzie dobrzy; teraz wszystkim on złym być musiał.
Wyrzucał sobie, że nie zabił Bernarda; lecz gdyby raz wtóry znalazł się tak z nim oko w oko, z mieczem w dłoni, znów by mu ręka zadrżała.
Przy żonie siedząc, zabijał ich wszystkich w myśli; wpatrzywszy się z dala, słabnął.
Krzyżacy, jakby naumyślnie, ociągali się ze szturmem; dni kilka leżeli, nie poczynając nic. Śpiewali jedni pieśni pobożne, drudzy piosnki wesołe. Lud na wałach rwał się do walki. Kto ma śmierć przed sobą, temu pilno raz skończyć z życiem.
— Głodem nas chcą wziąć! — mówił Wiżunas — trzeba szczędzić strawy, a nuż Kunigas Wielki w pomoc przyjdzie i z tyłu na nich uderzy?
Niemcy zwozili susz i bełty oblewali smołą.
Jednego dnia pod zatkniętym w polu krzyżem stanęli dokoła. Ołtarz było widać w pośrodku. Ojciec Antoniusz mszę odprawiał. Marger, stojący na wieży, jakimś ruchem mimowolnym za czapkę pochwycił, chciał ją zdjąć według dawnego nawyknienia i wbił na powrót ze złością na głowę.
Rozległa się pieśń, znał ją dobrze, wtórował jej nieraz w kościele.
Z dołu, od podnóża wieży, słychać było piosenkę Baniuty.
Obie pieśni mieszały mu się w sercu, w głowie; zacisnął uszy, zbiegł z góry.
— Ludzie, na wały! — zawołał.
Nie mylił się: Krzyżacy szturm przypuszczali.
Dokoła opasali gród, jakby łańcuchem żywym. Szli, śpiewając. Knechty niosły susz na głowach, drudzy dymiące pochodnie w rękach, inni topory błyszczące.
Co żyło, przyparło się do zagrody. Niewiasty niosły wodę w cebrach; ludzie kamienie dźwigali; słabsi naciągali łuki.
Wiżunas nakazał milczenie. Walki nie miał poczynać nikt, aż by ją Niemcy sami otwarli.
Tuż pod parkanami słychać było zrzucane drzewo, dym pochodni dochodził do nich. Niemców za chrustem widać nie było. Z góry posypał się deszcz strzał i grad kamieni, a na rozpalony susz lunęła woda. Chwilę wstrzymali się Niemcy, zawahali; padło kilku z krzykiem i stoczyło się.
Z tyłu wołano do szturmu i gęsty zastęp znowu ku parkanom się cisnął.
Był to pierwszy dzień walki, lecz od razu zajadle rzucono się ze stron obu.
Marszałek, który stał na pagórku i patrzał, u boku mając Brandeburczyka, głową poruszył i rzekł:
— Niełatwo im podołamy.
Sarganty stanęli z jednej strony, gdzie ściany drewniane i dachy najbliższe im się zdawały, z kuszami i bełtami.
Każdy z nich bełt zapalał u pochodni i puszczał go ku grodowi. Płonące strzały leciały, świszcząc w powietrzu, rozpaloną kapiąc smołą, gasnąc w pół drogi lub niosąc płomień na dachy.
Spodziewano się pożaru: na próżno. Ognisty deszcz pocisków oślizgiwał się po twardych ścianach, gasł na nich lub tonął gdzieś na grodzisku.
Lecz i litewskie pociski niewielu raziły: Niemcy byli osłonięci żelazem, ponakrywani nim, kamienie odskakiwały od zbroi, strzały się kruszyły na stali albo w drucianych koszulach więzły bezsilne.
Rzadka strzała, w pachwinę lub między blachy trafiwszy, kaftan przedarłszy, skosztowała krwi niemieckiej.
Pożar też nie imał się parkanów, gliną pooblepianych, pozlewanych wodą. Susz płonęła na próżno, napastnikom samym zagradzając drogę.
Walka trwała tak do południa, słońce dopiekało, ludzie do rzeki zbiegali wodę chłypać, starszyzna do namiotów popowracała, knechty też odstąpili na strzał i na ziemi się pokładli.
Nie uczyniono nic.
W namiocie Marszałka zasiedli goście dostojni. Jednym śmiać się chciało, drugim gniewać.
— Nie ma wątpliwości — odezwał się Komtur z Balgi, że nareszcie tę chałupę weźmiemy i obrócimy w jarzynę; jednakże za czas, który tu stać przyjdzie, nie śmiałbym ręczyć. Może oblężenie trwać tak długo, że naszego trudu nie będzie warte.
— Jak to! — sprzeciwił się Marszałek. — Nie wiecież, że to jest klucz do tej ziemi, że stąd oni wycieczki na nas czynią, że samo opanowanie trwogę na nich rzuci?
Radźcież, co poczynać, aby je przyśpieszyć! — odezwał się stary Siegfried. — Przyjdzie pora dżdżysta, ogniem ich wziąć będzie trudniej, a szturm ludzi wielu życia pozbawi.
Hrabia Namur odezwał się, że oni oręża dobrego nie mają, a tym mniej uzbrojenia, więc się ich wielce lękać nie potrzeba. Liczbą też nie zastraszają, bo gródek mały i wielu ich by się tam nie mogło pomieścić.
Bernard, na uboczu siedzący, milczał.
— Bracie Bernardzie — odezwał się Marszałek. — Wychowanek ów wasz nieszczęsny, jeśli nie dowodzi, to pewnie się znajduje na gródku. Ten rozumniejszy by powinien być od innych. Wezwać go na rozmowę; życiem darujemy, niech się poddadzą.
Siegfried się uśmiechnął.
— Pierwszego bym go powiesić kazał — rzekł. — Ale nie szkodzi nic życie obiecać, bo słowo poganom dane nie waży. Ponieważ ochrzczony był, ojciec Antoniusz wyspowiada, a potem na gałąź. Duszę ocalimy: to najważniejsza.
Bernard wstał z pniaka, na którym siedział, lecz nic nie odpowiadał.
— Bracie Bernardzie — powtórzył Marszałek — spróbujcie rozmowy. Oszczędzić możemy krwi naszej.
— Próbować można — odparł Bernard — lecz wątpię, by się zgodzili, a bardziej jeszcze, aby się to zdało na co.
Bernard wyszedł, z białą chorągwią i gałęzią zieloną; herold Marszałka zbliżył się ku twierdzy, trąbiąc i wołając po litewsku...
— Na spokojną rozmowę.
Krzyżak stał i spoglądał z dala, czekając.
Nikt z grodu nie odpowiadał długo. Herold wolnym krokiem objeżdżał dokoła na próżno, a Bernard z wolna się za nim posuwał. Ponad parkanami, na wyżkach, pokazał się wreszcie Marger z mieczem w ręku.
Stanęli naprzeciw niego.
On i Bernard zmierzyli się wejrzeniem. Marger milczał.
— Znacie siłę naszę — odezwał się Krzyżak, podnosząc głowę — widzicie, że osaczony gródek wasz utrzymać się nie może. Żal mi was; możecie ocalić życie swoje i rodziny. Obrona próżna: poddajcie się.
Marger wzruszył ramionami pogardliwie.
— Jam tu przyszedł z moimi ginąć, a nie ratować się bez nich — rzekł dumnie.
— Chrześcijanin, walczycie przeciw chrześcijanom — dodał Bernard.
— Nie jestem już chrześcijaninem, nie! — zawołał Marger.
Wyrazy te na chwilę Krzyżakowi usta zamknęły.
— Śmierć więc ciebie i was wszystkich czeka — zagroził Bernard — ani jeden z was nie wyjdzie stąd żywym.
— Myśmy na to gotowi! — chmurno zawołał Marger — ale nie z waszej zginiemy ręki. Co nas zostanie po boju, tym gród za stos posłuży.
— Marszałek wam życie daruje! — raz jeszcze powtórzył Bernard.
Marger uśmiechnął się.
— Bądźcie zdrowi, Bernardzie! — zawołał. — Źle byście mnie wychowywali, gdybym dziś męstwa w obliczu śmierci nie miał i sprzedał braci za mizerne życie; zdrów bądź, bracie Bernardzie.
Poza Margerem już ludzie jego niecierpliwi szemrali, wzburzeni niemiecką rozmową; okrzyki słyszeć się dawały z dala:
— Po co ich szczekania słuchać. Bić się i umierać!
Wiżunas nawet krzyczał na młodego Kunigasa:
— Nie gadajcie z nimi.
Inni wołali, by do Krzyżaka strzelać.
— Nie chcemy nic od nich! Bić się, bić się i ginąć.
Marger zeszedł z rusztowania spokojny. Skinął ręką, dając znak, aby ludzie biegli do parkanów. Początek walki we wszystkich ducha rozżarzył do wściekłości i szaleństwa. Im mniej było nadziei ocalenia, tym rozpacz stawała się dzikszą. Ludzie podsycali ją jeszcze u stojących otworem beczek.
— Bić się i ginąć! — śpiewano.
Szał ogarniał dzieci, niewiasty, starców. Każdy chwytał, co mógł podźwignąć, i chciał biec przeciw nieprzyjacielowi.
Gród, dotąd milczący, napełnił się wrzawą i gwarem, które z dala słychać było.
Gdy Bernard do namiotu powrócił, rada wojenna, która wiedziała, że z niczym przychodził, już była o losie oblężonego zamku postanowiła.
Ponieważ sił miano więcej, niż ich na niewielki gródek potrzebowano, wniósł Wielki Komtur, aby oblegający mieniali się w ten sposób, by na chwilę nie dać spoczynku oblężonym.
Dzień i noc bez ustanku miano szturmować, podpalać, parkany rąbać i nie przerywać napaści, nacierając ze stron wszystkich.
Spodziewano się tym sposobem przyśpieszyć poddanie się albo zawładnięcie gwałtowne gródkiem, który inaczej długo by opór mógł stawić.
Wydawano już rozkazy i siły niemieckie, podzielone na dwa oddziały, natychmiast znowu z wrzawą przypadły do parkanów.
Pozostali mieli przygotować kobylice i tarany do obalenia zagrody, którą podpalić było trudno.
Z obu stron zapał do boju zdawał się równym. Niemcy chcieli okazać, że dzicz długo się im opierać nie będzie mogła.
Gdy zastęp nowy przysuwać się zaczął ku tynom, Litwa, wytrzymawszy, dopóki nie przypadli bliżej, cisnęła kamieniami i kołami.
Lecz Krzyżacy i ciżba idąca z nimi, na którą odpoczywający i starszyzna patrzała, nie dali się odepchnąć tym razem.
Padali niektórzy, lecz żaden nie ustępował; jedni drugim drapali się na ramiona, aby zasłoniętych ścianą drewnianą Litwinów razić z góry pociskami. Bój się zawziął wściekły, źwierzęcy, zapamiętały.
Niemcom zdawało się, iż gródkowi ludzi na obronę ze wszystkich stron nie starczy: opasali go więc dokoła, lecz wszędzie znaleźli gęste zastępy naprzeciw sobie.
Nie był to żołnierz; nie wszędzie z mężczyznami potykać się im przyszło. Gdzieniegdzie stały wiedźmy z włosy rozpuszczonymi, z rękoma chudymi, i rzucając, co napadły: piasek, kamienie, garnki i głownie rozpalone.
Dzieci się wdrapywały na częstokoły i do oczu skakały napastnikom, a choć ranne i skrwawione, nie przestawały walczyć, miotać się, kąsać.
Straszny ten bój dokoła, poczęty z południa, nieprzerwanie trwał do nocy. Trupy padały z obu stron, nogami je tratowano. Zdało się, że na Pillenach mnożył się lud cudem jakimś. Nie brakło go nigdzie.
Oporem znużeni, wreszcie Krzyżacy ustąpili drugiemu oddziałowi, który z nową zawziętością pierwszych zastąpił.
Ranni poszli się obwiązywać, powyciągano trupy; noc nadeszła. Stosy rozpalono w dolinie. Walka trwała ciągle.
Wiżunas z jednej, Marger dowodził z drugiej strony.
Stary miał dwie strzały w piersi, które z mięsem wyrwał razem i krew gliną zatamował. Marger postrzelony był w ramiona i głowę.
Baniuta stała przy nim z płachtą do obwiązania rany, blada, przytomna, z zakąszonomi wargami, niekiedy jak szalona spod nóg chwytając kamienie i rzucając nimi bezsilnie.
Reda w podwórcu poiła ludzi i gnała na wały.
Poszłaby była sama, gdyby się docisnąć mogła. Lecz około parkanów lud się gromadził, tak gęsto stojąc, iż trupy nawet paść nie mogły na ziemię. I one walczyły, piersiami zasłaniając żywych.
Stały się tarczami dla nich.
Nie słyszano piania kurów, nikt nie miał czasu spojrzeć na gwiazdy, aż zaświtała na wschodzie jutrzenka.
Walka trwała.
Zatrąbiono na zmianę nową. Pierwszy oddział Krzyżaków i gości powracał znowu.
Ci, co wczoraj w obozie zimno i obojętnie z dala patrzali na to krwawe ścieranie się dwóch sobie nienawistnych plemion, teraz, ogarnięci, upojeni, zarażeni wyziewami krwi pobojowiska, biegli, nie mogąc zostać bezczynnymi.
Starszyzna, wczoraj jeszcze trzymająca się opodal, dziś bez rozkazów parła się razem z innymi, aby skosztować boju.
Dotąd pasowanie się było bezskutecznym.
Dzień wschodził.
Nie zmieniło się nic, rósł tylko zapał i potęgowało się z obu stron szalone pragnienie boju.
Wiżunas, który stał na wyżynie, a trwożnym okiem oglądał się dokoła, bladł i trwożyć się zaczynał. Żywy mur trzymał się zawsze, lecz parkany i tyny trzeszczały i obaleniem się groziły.
W wielu miejscach topory knechtów podrąbały je, w kilku obito nalepę glinianą i ogień się imał szczap suchych. Całymi połaciami chwiały się ostrokoły. Starzec już widział chwilę, gdy Krzyżacy wtargną do gródka. Lecz poza tym pierwszym opasaniem stało drugie, grubsze, wyższe, silniejsze jeszcze.
Pierwszego obronić nie było można.
Pod wieczór, gdy znowu się oddziały mieniać przyszły, nagle pod naciskiem ludzi runęły z trzaskiem zapory, i ci, co przy nich stali, padli pod nogi Litwinom.
W mgnieniu oka rzucili się na nich oblężeni, siekierami rąbiąc głowy, głazami waląc ramiona. Z krzykiem dzikiego zwycięstwa pastwili się chwilę tylko. Wiżunas dał wcześnie umówiono hasło; co żyło posypało się, śpiesząc się ukryć za drugą ścianą grodową. Ta była ostatnią.
Ale zdobycie jej daleko stawało się trudniejszym.
Krzyżacy, którzy się nie spodziewali, aby parkany padły tak rychło i nagle, runąwszy z nimi na ziemię, nim zdołali się opamiętać i powstać, część ich znaczna trupem padła, niezmierna liczba z ranami się podniosła, do boju niezdolna.
Starszyzna z pozostałymi ludźmi rzuciła się na pomoc za późno. Litwini wszyscy potrafili się ocalić i ujść za drugą zagrodę.
Bój musiał być na czas przerwany.
Marszałek, który patrzał na tę klęskę, będącą razem zwycięstwem, sam podbiegł na wały, aby natychmiast skorzystać z zamieszania, z otwartych bram i uchodzenia załogi.
Lecz po trupach i po palących się belkach przedrzeć się nie było łatwo, i nim świeże siły krzyżackie dopadły do ścian, już się wrota pozawierały i zawalone zostały kupami kamienia.
Strata Niemców była dość znaczna, a przynajmniej większa, niż się kiedykolwiek spodziewać mogli.
Powiększyła ona zapalczywość ich przeciwko nieprzyjacielowi, który się bronił z taką zajadłością niezmożoną.
Marszałek, na nic nie zważając, wołał i nalegał, ażeby natychmiast szturm przypuszczać nowy i nie dać się poganom opamiętać.
Noc tymczasem nadeszła.
Wnętrze gródka obraz przedstawiało okropny zarazem i tragiczny. Ludzie ci szli w stanie ducha jakimś, w którym się rzadko człowieka widzi. Śpiewali jedni, płacząc; śmieli się drudzy; szał ogarniał wszystkich. Twarze były przemienione, siły podwojone, głosy nieludzkie.
Ci, co leżeli ranni, zrywali się gwałtem do walki; okrwawieni, zdali się nie wiedzieć, że z nich życie uchodzi.
Ci, co nigdy nie zanucili pieśni, znajdowali ją na ustach, przyleciała skądciś, z niebios — wylęgła się w krwawych tych zapasach.
Mężowie, niewiasty, dzieci — wszyscy się stali bojownikami. Jakaś radość i gniew razem rzucały nimi.
Ojcowie patrzali obojętni na trupy synów; matki zapominały o dzieciach.
W pośrodku, oblany krwią, z podniesioną głową, z mieczem obnażonym, stał Marger. Za nim matka, jak niegdyś, odziana po męsku, zbrojna, w hełmie na głowie; obok Baniuta w świeżej namitce niewiastki, w białej koszuli, na której plamy krwi czerniały, ze sznurami porwanych bursztynów na szyi, z dyszącą piersią, podobną była do młodej wilczycy, którą w gnieździe myśliwcy napadli.
Wiżunas krew tamował jedną ręką, drugą ku parkanom wskazywał.
Ludzie się sypali ku nim, wyprzedzając jedni drugich z krzykiem i wrzawą.
Marger skinął, aby ich powstrzymać.
— Jeszcze dzień, jeszcze dwa — począł wołać — zdobędą i tę zaporę!
Krzykiem mu odpowiedziano.
— Ale żywcem nie wezmą nikogo i łupu im nie damy — wołał coraz potężniejszym głosem.
Ręką w podwórce wskazywał.
— Kłaść stos, stos, tu niech będzie gotowy. Spalimy na stosie do koszuli ostatniej, a co żywe zostanie dobijemy sami; niech trupy biorą i żgliszcza...
Okrzykiem, jakby z jednej piersi, odpowiedziano wodzowi.
Wiżunasowi twarz się rozjaśniła; wyrósł stary, rękę do góry podźwignął.
— Na Niemców! — wrzasnął. — Baby i wyrostki, do stosu!
Baniuta spojrzała z dumą na Margera, chwyciła okrwawioną rękę jego i pocałowała.
Chciała potem biec z innymi, ale Reda ją za koszulę wstrzymała.
— Nam tu być! nam wodę nosić i rany obwiązywać! — poczęła. — Kubek mu daj! nic nie miał w ustach.
Lecz już głosu jej, ani żadnego innego, rozeznać nie było można we wrzawie. Zza ściany słychać było śpiew krzyżacki, tu pieśń litewską i wycie jakby dzikie.
Niemcy wdzierali się już ku wierzchołkowi zagrody i padali pod ciężarem belek, kłód i kamieni.
Bój, na krótko przerwany, toczył się znowu noc całą.
Tymczasem w podwórcu, czarodziejską siłą dźwignięty, już się stos olbrzymi układał. Kobiety i wyrostki odzierały dwór z pułapów i dachów, rozwalały ściany, wlokły bierwiona i miotały na łożysko pogrzebowe.
W słabych siła wstępowała nadludzka. Ręce niewieście dźwigały potężne belki, ramiona chude nie uginały się pod strasznym ciężarem, dłonie drobne chwytały kłody grube. Drzewo zdawało się też żyć, poruszać, jak gdyby, posłuszne człowiekowi, samo szło na rozkazanie.
Cudem podnosił się książęcy ów stos pogrzebowy, taki że prawie głową sięgał wieżycy.
Teraz, co kto miał, poczęli zwlekać wszyscy; odzież, broń, żywność, kruszec, bursztyny, kożuchy i dokoła miotali na kupy.
Śmieli się, patrząc na te bogactwa, które ogień miał pożreć, aby się wrogom nie dostały. Dzieci skakały koło nich. Starsze kobiety zdzierały z siebie zawczasu, co droższego miały, aby całym nie zostało.
Baniuta znikła, pobiegła żywo do domostwa, którego stał węgieł jeszcze. Tu już skryć się gdzie nie było. Szyja tylko do lochu, od której drzwi oderwano, otworem stała.
Siedziała na wschodach, podparła się, myślała.
— Przysiągł mi na słońce i księżyc: dotrzyma. O! nie da mi wpaść w ręce tych zbójców, na straszną męczarnią sromu. Ale miecz ma stępiony, ale nóż ma wyszczerbiony; może mu zabraknie żelaza?
Wzdrygnęła się. Wybiegła z lochu i wpadła do izb, których ściany na stosu podpałkę rozbierano. Widziała miecz Walgutisa, który stoi w kącie. Stare żelezce obsunęło się i na podłodze w śmieciu leżało; porwała je z radością, do ust przyciskając, śpiewając — bo ból wielki jak radość śpiewa.
— Nieprawdaż, mieczu kochany? ty śmierć mi dasz lekką z jego ręki! Rozedrzesz serce na poły i duszyczka z niego uleci...
Spojrzała: miecz rdzą czy zaschłą krwią był okryty; poruszyła główką nad nim. Oburącz wzięła go, jakby dziecię piastowała, i poniosła.
Miała osełkę za pazuchą. Siadła w progu.
— Stary ty mój — nuciła, schyliwszy się nad nim. — O tobie ludzie zapomnieli, nikt cię nie otarł, nikt cię nie obmywał, ostrze ci stępiało. Czekaj!
Zaczęła ostrzyć osełką. Stary miecz nabywał blasku, świecił jak niegdyś.
Schylona nad nim Baniuta zobaczyła słabo odbitą twarz własną. Z miecza na nią niebieskich dwoje oczu patrzało.
— Patrzysz na mnie, stary! tak, dobrze, pokochaj mnie i daj śmierć lekką z jego ręki.
Pocałowała żelazo, piosnka mimowolnie wybiegła znowu na usta.
— A! umierać mi młodo, umierać!! Ale czegóż mi brakło? co mi życie dać miało? Może łzy na powieki, może sierocą dolę, może wrażą niewolę? Wszakżem miłość już znała; wszak miłegom ściskała132, i on pójdzie wraz ze mną, i krew nasza się zmiesza.
Łza z ócz na miecz kapnęła, prędko ją otarła Baniuta, postawiła żelezce, wybiegła.
Z dala Marger wiódł ludzi; zaczerpnęła wody w kubek jeden, miodu w drugi i pośpieszyła za nim.
Krzyżacy, teraz rozjuszeni, pieśń jakąś śpiewając grobową, całą siłą na drugi parkan się naciskali.
Z wrzawą i wyciem odpierali ich Litwini; a co padł który w żelazo okuty, okrzyk się jeszcze głośniejszy podnosił.
Znowu ogniste strzały Niemcy puszczać zaczęli. Padały one wśród gródka, ale nikt nie zważał na nie. Kilka szczęśliwiej ciśniętych uwięzło w ścianach wieżycy.
Wiżunas ni Marger nie mieli obejrzeć się czasu; ściany płonąć zaczęły. Płomyk się po nich ślizgał nieśmiało, zrazu gasnąć się zdawał, wciskał w szczeliny, potem jaśniejszy wyrastał.
Z dwu małych zlewał się jeden. Po wieżycy pełzały jak węże; latały jak ptaki.
Noc bladła, dzień nadchodził znowu, dym już tylko widać było. Wieżyca stała, jak wczora, cała, nietknięta, ale we wnętrzu szumiało i sykało, i pryskało.
Krzyżacy szturmowali.
Drugi parkan wyższy był i mocniejszy, ale i ten już podcinać zaczynano i podkładano ognie pod niego. Litwini leli wodę, gdzie posłyszeli syczenie płomieni; walił się na oblegających ostatek kamieni z podwórca, spod ścian budowli powyrywanych. Rzucano trupy, gdy nic innego nie było.
Głos tej walki, zamiast słabnąć, rósł przeraźliwiej coraz; niekiedy, słuchając go, Marszałek drżał ze zgrozy; coś było w nim przejmującego śmiercią do kości. Ludzie, co taką pieśń nucili, ani się poddać, ni żywymi wzięci być nie mogli.
Niemcom, którzy się drapali na zagrody, serce w piersiach bić przestawało chwilami. Ogarniała ich trwoga przed tą rozpaczą. Lecz wstyd było odstąpić; napierano ich, nowi biegli.
Dzień cały nie ustawał bój.
Wieżycę objęły płomienie do szczytu, opasały ją jak szatą purpurową; stała tak długo niespożyta, jasna, straszna, potem nagle z trzaskiem wielkim runęła, kłęby dymu rozprysły się z iskrami dokoła.
Na gródku krzykiem zawtórowano.
Wiżunas się obejrzał.
— Nie zabraknie głowni na podpalenie stosu.
Nie wiedział, że od niesionych iskier stos sam już powoli płonąć zaczynał.
Marger bił się. Pot i krew ciekły razem z jego czoła, strumieniami płynęły po piersi białej. Z wysokiej kłody, na której stał, oglądał się.
— Czas li było walki zaprzestać, a rzeź rozpocząć??
Z niebios gwiazdy patrzały ciekawe. Tam także niepokój był jakiś; bogowie litewscy słali na ziemię posłańców, czy rzucali strzały ogniste, bo na czarnym sklepieniu wciąż polatywały gwiazdy i drogi jasne kreśliły.
Wiżunas mówił cicho:
— Ojców duchy schodzą po nas na ziemię!
— Czas nam do nich!!
Na dzień się zbierać zaczęło.
Zapora druga za chwilę już runąć miała. Ludzie siły tracili; trupów leżały kupy ogromne.
Niewiasty kołem, śmierci czekając, siadły przy stosie i raudę śpiewały.
Stos, jakby na rozkaz bogów, z wolna płonąć zaczynał.
Gwiazda ranna, jak diament, poczęła na niebie błyskać.
Wiżunas i Marger spojrzeli na siebie.
Ci, co walczyli jeszcze, na dany znak odstąpili od zagrody, szli spokojni ku stosowi. Wiżunas im przodował, Marger szedł ostatni.
Niewiasty pieśń nuciły.
Zaczęło się, czego świat nie widział nigdy i nigdy może nie zobaczy.
Bracia ściskali się i całowali, jeden obnażał pierś, drugi ją przebijał mieczem. Ojcowie, płacząc, mordowali dzieci i trupy rzucali do stosu. Mężowie zadawali śmierć żonom, które się im na szyi z pocałunkiem zwieszały.
I nikt nie wydał jęku, i nie słychać było krzyku, ani płacz się odezwał.
Trupami uściełała się ziemia dokoła stosu szeroko.
Marger z mieczem w dłoni stał i patrzał. Oczyma szukał Baniuty.
Ona w loszku na progu siedziała, łzy jej biegły z oczu, całowała miecz, czekała.
— Przysiągł mi na słońce i księżyc: przysięgi swojej dotrzyma.
Wiżunas nasłuchywał ku zagrodzie.
— Śpieszcie się — wołał — śpieszcie! kto nie chce ginąć od ich miecza. Parkany trzeszczą. Wpadną rychło: niech nas żywych nie zastaną.
Co żyło jeszcze, w płomień rzucało dostatki swe, zwłoki drogie, i nastawiało piersi lub karku. Szał opanowywał ostatnich. Okrwawieni, wbijali sobie miecze w piersi i padali.
Reda syna pocałowała w czoło: nie było zabić jej komu.
Wiżunasowi ręka drżała.
— Nie mogę! — rzekł.
Rzuciła na czoło białą zasłonę i śmiałym krokiem w ogień weszła.
Objęły ją płomienie; siadła na węglach rozżarzonych, zakryła oczy i drzewo zawaliło się pod nią.
Z tyłu krzyżacką pieśń coraz głośniej słychać było.
Wiżunas i Marger zostali tylko sami. Około stosu kałużą ogromną krew stała, powoli w piasek wsiąkając.
Stary pokłonił się panu do kolan. Kolej przyszła na niego. Pan, Kunigas, musiał pozostać ostatni i sam śmierć sobie zadać.
Margerowi ręka zadrżała, siwej głowy dotknąć nie śmiał.
Wiżunas żelazo oparł na ziemi, koniec w pierś wraził i rzucił się na nie.
Gdzie była Baniuta??
Wstała właśnie i biała jej koszulka świeciła w ciemnym otworze lochu. Wyciągnęła ręce ku Margerowi.
— Nas dwoje zostało! — zaśpiewała — chodź do mnie.
On patrzał za siebie ku zagrodzie, jakby mu życia żal było i chciał uratować go choć odrobinę.
Przez krew i trupy szedł do niej, brocząc po kostki i stąpając po piersiach zastygłych.
— Baniuto! jeszcze ich nie ma! — wołał głosem drżącym.
Zbliżył się do niej. Objęła go rękoma i głowę złożyła mu na ramieniu.
— Patrz — rzekła — nagotowałam miecz ostry. Tyś przysiągł!
Marger słuchał.
Stos tylko płonął, skwarcząc i sycząc, a poza parkanem hałasowali Niemcy, drapiąc się nań, rąbiąc, przystawiając drabiny.
Na jeden uścisk czas został jeszcze, ale na słowo nie było już czasu.
Oczy Margera wlepione były w tę stronę, z której najpewniej wpaść mieli Krzyżacy.
Z łoskotem padły wrota ogromne i białe płaszcze ukazały się w podwórzu.
Pierwszym, który wpadł, był brat Bernard — któż wie, może wychowańca chcąc ocalić.
Baniuta, na ramionach Margera wisząca, białe piersi odsłaniała.
— Drogi mój! już czas.....
Osunęła się na progu, skrwawiona.
Marger wściekły wyskoczył i, gdy Bernard się zbliżał, na miecz dobyty z piersi Baniuty, padł, nie wydawszy jęku.
Tłoczyli się zwyciężcy.
Obraz, który się im przedstawił, nawet rozgorzałych długą walką, pijanych i oszalałych, osłupił. Wszyscy stanęli, zaledwie na podwórze wtargnąwszy, jakby ich siła jakaś niewidzialna wstrzymała.
Bernard widział, jak Marger, żonę uścisnąwszy, miecz w jej pierś pchnął i sam się nań rzucił.
Był to ostatni żywy człowiek w Pillenach.
Ogromnym stosem płonęły one całe, twierdza, domy, szałasy, wszystko. Morze płomieni chłonęło trupy i pożerało konających.
Marszałek, wjeżdżający konno jako zwyciężca, za nim Brandeburczyk, hrabia Namur i cały orszak dostojnych gości, oniemieli, zatrzymali się u progu.
Spoglądali na siebie; oczom własnym wierzyć się im nie chciało. Najdzikszym nawet, co się tu mordować i pastwić gotowali, serce w piersiach uderzyło.
Na żadnych ustach nie znalazło się słowo, by wyrazić podziwienie i zgrozę.
Stali tak w osłupieniu długo, patrząc na stos, na żgliszcza, na trupy, na siebie.
Brat Bernard tylko postąpił kroków parę i pochylił się nad ciałem Margera. Do skrwawionej piersi, z której krew płynęła jeszcze, przyłożył dłoń: martwą i stężałą była. Wargi jego zdawały się szeptać modlitwę.
— Zaprawdę — odezwał się głosem słabym Brandeburczyk — warto było odbyć długą pielgrzymkę i wyprawę przedsięwziąć, aby widok mieć taki, którego do zgonu człowiek nie zapomni.
— Dzicz! dzicz! — trochę szydersko zamruczał hrabia Namur — przecież, gdyby133 starzy Rzymianie jacy, umrzeć umiała. Heroizm to, jakiego w dziejach nie znam przykładu, godzien, aby go uwieczniła pieśń poety.
Marszałek dumał.
— Widzisz, mości książę — odezwał się — z kim tu Zakon ma do walczenia. Ci, co własnego życia nie żałują, przekładając śmierć nad niewolę, strasznymi są dla nas. Dlatego wy wszyscy pomagać nam powinniście, bo, jakkolwiek potężny Zakon, nie podoła zrozpaczonym.
Stary Siegfried pierwszy odzyskał zupełną swobodę myśli i humor swój zwykły.
— Oszczędzili nam roboty — odezwał się pogardliwie — sami sobie wymierzając sprawiedliwość.
Zsiadł z konia stary i dając innym przykład, za którym jednak nikt nie poszedł, śmiało wkroczył między trupy, rozglądając się i uśmiechając.
W progu loszku leżał trup Baniuty, twarzą do góry, z usty otwartymi, jak do uśmiechu. Ręką trzymała się za pierś skrwawioną, odemknięte zaszklone oczy patrzały już w światy inne.
Siegfried stanął nad nią.
— Służka pani Gmundy tu także! — odezwał się — na Boga! i ta się tu znalazła. Wychowaniec Bernarda wziął ją z sobą w drogę, aby mu nietęskno uciekać było.
Szyderstwo to na cmentarzu i żgliszczach nie znalazło odgłosu, czym stary Krzyżak wcale się nie zdawał dotkniętym.
Rozpatrywał się w niedogorzałych trupach, jakby je chciał liczyć.
— Podobno — rzekł — i łupem się tu żadnym nie pożywimy. Nie dosyć, że się pozabijali, jeszcze mienie swe na stos z sobą pościągali. Widać resztki niedopalone. A! to żmije są, nie ludzie.
Wszystek tłum, który się na gródek wdarł, pozostał w dali, przypatrując się i iść dalej nie śmiejąc; na każdym ta rzeź okrutna, dobrowolna, czyniła wrażenie przygnębiające. Byliż to ludzie?? Jakież uczucie w piersiach ich mieszkało, które taką obojętność na życie zrodzić mogło? Jakaż nienawiść pałała na tym wielkim stosie ofiarnym!
Wśród milczenia ogólnego stary Siegfried spojrzał ku obozowi.
— A co, mili panowie — rzekł — ja sądzę, że nam tam stoły już musiano pozastawiać. Taki widok pieczonego mięsa pogańskiego zaostrza apetyt. Idźmy się pokrzepić.
I siadł na koń, zawracając ku wrotom. W milczeniu Marszałek, Wielki Komtur, goście pojechali za nim.
Pilleny gorzały jeszcze.
Gdy wszyscy opuścili gródek i ogień tylko w nim gospodarzył, z jamy dobyła się głowa człowieka i dwoje oczu krwawych poczęło się rozglądać dokoła.
Jeden Szwentas umrzeć nie miał odwagi.
Przypisy:
1. szyderski — dziś: szyderczy. [przypis edytorski]
2. sparł się — dziś: wsparł się, oparł się. [przypis edytorski]
3. stalle — ławki ustawione najbliżej ołtarza, po jego bokach, w prezbiterium; poszczególne siedziska były od siebie oddzielone, posiadały wysokie oparcie, niekiedy z baldachimem (lub rodzajem daszka) oraz klęczniki zabudowane z przodu; często wszystkie elementy stall były bogato rzeźbione, a niekiedy ozdobione malowidłami; stalle służyły wyższym przedstawicielom władzy duchownej lub świeckiej, względnie zakonnikom; najczęściej budowano je w kościołach katedralnych, klasztornych i kolegiatach, w okresie od średniowiecza do baroku. [przypis edytorski]
4. napiętnowaną rysy mnogimi — dziś popr. forma N.lm: (...) rysami (...). [przypis edytorski]
5. pasy — dziś forma N.lm: pasami. [przypis edytorski]
6. włosy — dziś forma N.lm: włosami. [przypis edytorski]
7. knecht — żołnierz piechoty, piechur; tu raczej: giermek rycerza zakonu. [przypis edytorski]
8. instynktowo — dziś: instynktownie. [przypis edytorski]
9. słonić się — zasłaniać się; chować się. [przypis edytorski]
10. przeciwieństwo — tu: sprzeciwianie się; sprzeciw. [przypis edytorski]
11. zawsze — tu: wciąż. [przypis edytorski]
12. żywy — tu o usposobieniu: porywczy, gwałtowny, żarliwy. [przypis edytorski]
13. zżymać się — gniewać się, niecierpliwić się. [przypis edytorski]
14. miałżeby — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że-; znaczenie: czyżby miał. [przypis edytorski]
15. infirmeria — sala a. część budynku przeznaczona dla chorych w instytucjach takich jak klasztory, internaty, koszary itp. [przypis edytorski]
16. ku chłopcowi — dziś: ku chłopcu. [przypis edytorski]
17. przysłuchywał się — dziś: przysłuchiwał się. [przypis edytorski]
18. skórznie — rodzaj obuwia. [przypis edytorski]
19. gderze — dziś 3 os.lp: gdera; gderać: zrzędzić, marudzić, narzekać, robić ustawiczne wymówki. [przypis edytorski]
20. jednę — dziś: jedną. [przypis edytorski]
21. wejdalota — zwykle: wajdelota; zarazem kapłan, wróżbita i pieśniarz w kulturze pogańskiej Litwy. [przypis edytorski]
22. osyp — danina z ziarna. [przypis edytorski]
23. moję — dziś forma B.lp r.ż.: moją. [przypis edytorski]
24. łęg — podmokła łąka porośnięta kępami krzewów a. wikliną; także: las liściasty o gęstym poszyciu i bujnym runie. [przypis edytorski]
25. podziemnymi schody — dziś forma N.lm: (...) schodami. [przypis edytorski]
26. wnijście — wejście. [przypis edytorski]
27. głownią — dziś forma B.lp r.ż.: głownię. [przypis edytorski]
28. sporzyć się — tu: toczyć spór. [przypis edytorski]
29. swoję — dziś forma B.lp r.ż.: swoją. [przypis edytorski]
30. fantazją — dziś forma B.lp. r.ż.: fantazję. [przypis edytorski]
31. zwolniony — tu: rozluźniony, mniej ściśle przestrzegany. [przypis edytorski]
32. anachoreta — pustelnik; samotnik i asceta. [przypis edytorski]
33. nie znacież wy — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czyż mnie nie znacie. [przypis edytorski]
34. Albom to (...) nie chodził — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: albo to nie chodziłem; znaczenie: czyż nie chodziłem. [przypis edytorski]
35. Przecieżem się (...) oddał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: przecież się oddałem. [przypis edytorski]
36. moję — dziś forma B.lp r.ż.: moją. [przypis edytorski]
37. po tom szedł — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: po to szedłem. [przypis edytorski]
38. leciech — dziś forma Ms.lm: latach. [przypis edytorski]
39. zełgę — dziś forma 1.os.lp cz. przysz. dok.: zełgam; od: łgać: kłamać. [przypis edytorski]
40. prawić (daw.) — mówić, opowiadać. [przypis edytorski]
41. mąż — tu: mężczyzna. [przypis edytorski]
42. stawając — dziś: stając. [przypis edytorski]
43. suknią — dziś B.lp r.ż.: suknię. [przypis edytorski]
44. jednę — dziś B.lp r.ż.: jedną. [przypis edytorski]
45. okrom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
46. krucy — dziś: kruki. [przypis edytorski]
47. wynijść — wyjść. [przypis edytorski]
48. wyrzecze — dziś: wyrzeknie. [przypis edytorski]
49. apostata — odszczepieniec, heretyk. [przypis edytorski]
50. prawić (daw.) — mówić, opowiadać. [przypis edytorski]
51. siędzie — dziś: siądzie. [przypis edytorski]
52. numa — chata na Litwie i Żmudzi. [przypis edytorski]
53. potrząsła — dziś: potrząsnęła a. potrzęsła. [przypis edytorski]
54. stęporowaty — z grubsza ciosany, jak kłoda; od stępor: młot drewniany, ubijak. [przypis edytorski]
55. gdyby — tu: jakby, niby. [przypis edytorski]
56. nie stało — nie starczyło. [przypis edytorski]
57. chudoba — dobytek (zwykle skromny); bydło; tu: zwierzęta domowe a. wszyscy mieszkańcy domostwa. [przypis edytorski]
58. ałus (z lit.) — kwas chlebowy. [przypis edytorski]
59. wstrząsł — dziś: wstrząsnął. [przypis edytorski]
60. statek a. statki (daw.) — naczynia. [przypis edytorski]
61. kosa (daw., gw.) — warkocz. [przypis edytorski]
62. ławą (daw.) — tu: szeregiem. [przypis edytorski]
63. odstawując — dziś: odstawiając. [przypis edytorski]
64. miąższy (daw.) — gruby. [przypis edytorski]
65. kraśny — piękny, strojny. [przypis edytorski]
66. zabyty (daw.) — zapomniany. [przypis edytorski]
67. więcierz — pułapka na ryby w kształcie cylindra, zrobiona z obręczy drewnianych, na których rozpięta jest wiklina lub sieć. [przypis edytorski]
68. szczeznąć właśc. sczeznąć — umrzeć, zniknąć. [przypis edytorski]
69. niejednę — dziś B.lp r.ż.: niejedną. [przypis edytorski]
70. prawić (daw.) — mówić, opowiadać. [przypis edytorski]
71. wiedrze — dziś Ms.lp: wiadrze. [przypis edytorski]
72. junosza — młodzieniec. [przypis edytorski]
73. z nimże — konstrukcja zaimka z partykułą wzmacniającą -że. [przypis edytorski]
74. opatrywać — tu: opiekować się, zajmować się. [przypis edytorski]
75. naszę — dziś B.lp r.ż.: naszą. [przypis edytorski]
76. sparty — dziś: wsparty. [przypis edytorski]
77. tylkom co powrócił — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: tylko co powróciłem; znaczenie: dopiero powróciłem. [przypis edytorski]
78. szparko — szybko, energicznie. [przypis edytorski]
79. mógłżeby — konstrukcja z partykułą -że-; znaczenie: czyżby mógł; czy mógłby. [przypis edytorski]
80. uporny (daw.) — dziś: uporczywy a. uparty. [przypis edytorski]
81. wczas (daw.) — wypoczynek. [przypis edytorski]
82. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]
83. byłli — konstrukcja z partykułą -li; znaczeni: czy był; czyżby był. [przypis edytorski]
84. rychło li wszystko uśnie — konstrukcja z partykułą li; znaczenie: czy rychło wszystko uśnie; czy szybko (...). [przypis edytorski]
85. zbogacać się — dziś: wzbogacać się. [przypis edytorski]
86. patrzeć na coś przez szpary (daw.) — dziś: patrzeć na coś przez palce; traktować pobłażliwie. [przypis edytorski]
87. przyprawny — przyprawiony, zaprawiony. [przypis edytorski]
88. warcab — dziś D.lm: warcabów. [przypis edytorski]
89. dozierać — doglądać; dozorować. [przypis edytorski]
90. manela (z wł.) — bransoleta. [przypis edytorski]
91. obrukany — zabrudzony. [przypis edytorski]
92. zabywać — zapominać. [przypis edytorski]
93. apatią — dziś forma B.lp r.ż.: apatię. [przypis edytorski]
94. za pierwszą razą (daw.) — dziś: za pierwszym razem. [przypis edytorski]
95. mianoż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy miano, czyż miano. [przypis edytorski]
96. osłoniony — dziś: osłonięty. [przypis edytorski]
97. targowica (daw.) — targowisko; targ. [przypis edytorski]
98. schwycić się na nogi — dziś: zerwać się na nogi; gwałtownie wstać. [przypis edytorski]
99. gotówem — skrócone: gotów jestem. [przypis edytorski]
100. do dnia (daw.) — przed świtem. [przypis edytorski]
101. suszyć (daw.) — pościć; powstrzymywać się od jedzenia. [przypis edytorski]
102. okseft — daw. miara objętości cieczy, „wielka beczka”, licząca od 200 do 400 litrów; okseft pruski wynosił 206 l. [przypis edytorski]
103. frymark — handel. [przypis edytorski]
104. ablucja — oczyszczenie; często w formie obrzędu rytualnego. [przypis edytorski]
105. przysłuchywali się — dziś popr.: przysłuchiwali się. [przypis edytorski]
106. zdradny (daw.) — zdradziecki. [przypis edytorski]
107. przysłuchywał — dziś: przysłuchiwał. [przypis edytorski]
108. uważać — tu: zauważyć, spostrzec. [przypis edytorski]
109. mieniać się — dziś: wymieniać się. [przypis edytorski]
110. ich — dziś B.lm r.ż.: je. [przypis edytorski]
111. dostrzec było można poskładanych ofiar różnych, poprzynoszonych — dziś z B.: dostrzec było można poskładane ofiary, poprzynoszone. [przypis edytorski]
112. razem — tu: zarazem, naraz. [przypis edytorski]
113. kolce — koło, kółko; tu: pierścionek. [przypis edytorski]
114. mu (...) patrzał — dziś: wyglądał mu na (kogoś: szpiega itp.). [przypis edytorski]
115. zżymać się — gniewać się, okazywać zniecierpliwienie. [przypis edytorski]
116. z półtora soroka — około sześćdziesięciu; por. ros. sorok: czterdzieści. [przypis edytorski]
117. przeważny — przeważający, większy, mający przewagę. [przypis edytorski]
118. w jednych ręku (daw.) — dziś: w jednym ręku. [przypis edytorski]
119. powolny (daw.) — posłuszny, postępujący zgodnie z czyjąś wolą. [przypis edytorski]
120. nieledwie — prawie, niemal. [przypis edytorski]
121. przytomny (daw.) — obecny przy czymś. [przypis edytorski]
122. cale — zupełnie, całkiem. [przypis edytorski]
123. przytomny (daw.) — tu: obecny. [przypis edytorski]
124. brunświcki — właśc. brunszwicki. [przypis edytorski]
125. zapaśny — tu: zapasowy. [przypis edytorski]
126. zaparty (daw.) — zamknięty. [przypis edytorski]
127. kobylica — tu: potężna deska; drąg. [przypis edytorski]
128. żgliszcze — dziś: zgliszcze. [przypis edytorski]
129. dzisiajem — skrócone: dzisiaj jestem. [przypis edytorski]
130. stanie (daw.) — wystarczy. [przypis edytorski]
131. kładnąc — dziś: kładąc. [przypis edytorski]
132. wszakżem (...) znała; (...) miłegom ściskała — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: wszakże znałam, miłego ściskałam. [przypis edytorski]
133. gdyby — tu: jakby, niby. [przypis edytorski]