List CLXV
Piątek wieczór, grudzień 1775
Czy to prawda, że dziś wieczór los Domu Królewskiego ma być postanowiony i ogłoszony? Czy zawsze jesteś równie zadowolony? Czy twój zapał nie ostygł? Czy nic nie musiałeś opuścić ze swoich nadziei i pragnień? Słowem, drogi mój, czy jesteś rad? Czyś już poczynił zarządzenia co do Hetmana? Masz loże, bilety dla siebie? Czy zawsze jutro rano jest próba? Czy znajdziesz wśród tylu spraw chwilkę dla mnie?
Odpowiedź na to ostatnie pytanie nie jest dla mnie najmniej interesująca: potrzebuję widzieć ciebie, dusza moja omdlewa; jest to, zdaje się, owo usposobienie, które pobożni nazywają momentem oschłości, i trzeba całej miłości Bóstwa, aby je można było znieść. Wyobraź sobie, najważniejszą sprawą mego dnia był wyborny obiad, z którego wyszłam udręczona wyrzutami i przeniknięta żalem, iż miałam zarazem za wiele słabości i za wiele siły. Czy nie znasz przyjemności jedzenia, posuniętej aż do namiętności? Otóż ja jestem w tej fazie od jakich dwóch tygodni, a lekarze — nieuki albo barbarzyńcy — twierdzą, że to zły znak dla moich piersi. Gdybym zdołała uśmierzyć kaszel, anibym dbała o ich prognostyki.
W obiedzie tym uczestniczyli sami niepospolici ludzie; nie wyróżniali się niczym od pierwszych lepszych dudków. Nawet sam ambasador nie uniknął popadnięcia w „rodzaj nudny”. Wyobraź sobie, co to jest czytać wiersze włoskie przez godzinę. Bądź co bądź, jeżeli oni mnie znudzili, oddałam im wet za wet: nie przestałam ani przez chwilę kaszleć.
Dobranoc, miły. Pamiętam, że cię kocham, ale nie czuję tego.
Ale, ale, zupełnie serio trzeba mi szukać mieszkania, dowiedziałam się dziś rano, że nie mogłabym zatrzymać mego, gdybym nawet chciała. Może byś się rozejrzał w pobliżu?