I

Widzieliście Pana Sawę2

Pośród stepów ze Swentyną...

Burzanami szyki płyną

Jak brąz czarne, słońcem krwawe,

I proporce wieją złote

I czerwone z Archaniołem3...

Przyjechali poprzed grotę,

Wyszli z tłumu dwaj lirnicy,

Uderzyli Sawie czołem,

Uśmiechnęli do dziewicy...

— „Bóg nam ciebie, bohatéra,

Niechaj chowa po wsze czasy!

Przysłał tobie pan Kozyra,

Hetman Siczy... pułk kozacki,

Szczob4 ty z Rusią szedł w zapasy,

Hulał jak syn hajdamacki5...”

II6

Przybył więc Sawie gdzieś sponad limanów7

Kureń8 kozacki... i wnet się przed grotą

Rozłożył; sotkę9 zawiesił saganów10,

Ogień zapalił piramidą złotą.

Tysiąc spis11, tysiąc szabel i majdanów12

Łyska na słońcu; lecz jakąś tęsknotą

Zafarbowane niebiosa nad niemi,

I także jakaś tęsknota na ziemi.

Lirnicy siedli na wyższym kamieniu,

Bajda i Znachor... lecz nie dzwonią w liry;

Konie się włóczą i szukają cieniu13...

Wysokich orłów dolatują skwiry14.

Swentyna stoi przy jednym płomieniu,

Rzęsami oczu nakryła szafiry —

Duma... jak kwiaty wpół zwiędłe — jesienne —

Na jej ramionach dwa gołębie senne.

Wszystko ponure; choć bliska wyprawa,

Choć pójdą bić się... wszyscy zadumani.

Na krzywej szabli oparty pan Sawa

Rozmawia cicho, ważnie — ze starcami.

„Gdzież nas powiedziesz? — mruczą — to rzecz krwawa

Bić się z naszemi braćmi rzezuniami15...

Co za nagroda? co za przyszłość nasza?

Wiśniowieckiego16 pomnij Jeremiasza!

„Oj! ta mogiła kiedyś się otworzy,

Gdzie zasnął stary kat, i miecz wykinie17;

Na naszych głowach się ten miecz położy

I naszą znowu krwią gorącą spłynie.

Gdy wychodziły pułki, to na zorzy

Cztery świeciły słońca w Ukrainie

Pozadnieprzańskiej! — wojna będzie krwawa,

A tobie w głowie co? — grób czy buława?

„Jeśli mogiła... to dobrze! — pójdziemy,

Z janczarek18 hukniem Lachom19 i z moździerzy;

My chcemy ginąć z tobą — i bić chcemy,

Każdemu serce w pałaszu20 uderzy!

Mieczami tobie kurhan wykopiemy,

Jeśli chcesz spać, jak wódz, co we krwi leży...

Lecz może lepiej krwawej czekać doby,

A tobie przyjdzie kłaść... na ziemi groby.

„Z mohiły na mohiłu21, taj zalecisz

Aż na Hetmaństwo! — Ej, podumaj, Sawa!

Komu ty szablą pod okiem zaświecisz,

Ten na trybunał nie pójdzie do prawa;

Rozkaż — a pożar ty taki zaniecisz,

Że go zobaczy z okien — aż Warszawa!

Stepowy ty król!” Tutaj na kolano

Klęknął — i z ognia dobywszy polano,

Podał je Sawie... gdy z płonącej głowni

Szły skry — i mruknął: „Weź, niech Lachy giną!”

Słysząc, jak byli Kozacy wymowni,

Sawa ze smutną pogadał Swentyną;

Ta szła do groty zaraz — i z lodowni,

Kędy Calińskich było stare wino,

Dawny zabytek szlacheckiego mienia22,

Dostała spoić czem głowę kurenia —

To jest poetów i starszynę23. Potem

Poszła osiadłać rumaka Sawynie24.

Grzywę mu białą przeplatała złotem

Oraz kwiatkami, co na eglantynie25

Kwitną. — Pod żadnym Araba namiotem

Żaden koń taką lotnością nie słynie,

Jak ów koń srebrny Sawy, koń jedyny,

Zmyślny jak człowiek, drugi brat Swentyny.

Z grzywy mu polne róże, pełne rosy

Spadają, parska jak płomień czerwono;

Zna różne dźwięki i rozumie głosy,

Wie, kiedy głowę spuścić zamyśloną.

Teraz wargami wziął Swentyny włosy

I niby gryzie, lecz gryzienie ono

W kolory usta ubrało dziewicze...

I przeszedł przez nią dreszcz... Są tajemnicze

Błyski, szmery krwi, nieznane szelesty

W głębi dziewiczych ciał, i te się budzą

Bóg wie jak — są to anielskie incesty26

Dusz bratnich. — Ale rymy znów marudzą

I znów się ze strof tych robią Oresty27

Szalone, z włosem rozczochranym, z cudzą

Krwią na obliczu, znów jestem gotowy...

Lecz wróćmy lepiej nad kureń stepowy.

Potem na konia wskoczył Sawa rzesko,

Rycerskie bardzo zamyślając czyny...

A był pod nieba otchłanią niebieską

Jako archanioł Michał, Ukrainy

Patron — choć młody — z powagą królewską

Przemówił do tej kozackiej starszyny

Tak dobrze, że miał echo w setnych głosach

I widział w szablach step — jak w złotych kłosach...

O matko Polsko, jak dawno nie grzmiało

Na twoich stepach takie dzikie hasło!

Jak dawno ludziom na stepie nie dniało

Krwawo — i słońce na szablach nie gasło!

Co dnia się mijasz z twoją dawną chwałą,

Zło się na twoich obszarach rozpasło; —

Zaledwo chłopek dawną wiarę chowa

I serce... A ty się już rodzisz nowa,

W żłobku serc naszych biednych położona

Na zwiędłym kwiecie marzeń i popiołów;

Matki my biedne... bo z naszego łona

Płynie ci ogień — roztopiony ołów,

A ty tak jesteś karmi28 upragniona29,

Że ci za matki my — i za aniołów

I za obrońców, za dom — i za szańce

Musimy dziś być... my — sami wygnańce...

....................................................

....................................................