V

Do ostrokołów50 przyparci, rąbani

Jak pod kowala młotem, pod szablicą,

Cięci i nigdy niepardonowani51,

Choć złożą ręce i żelazo schwycą —

Przez łeb tak cięci, że porozwalani

Na dwie połowy mieczów błyskawicą,

Jęczą. Szlachciców obłok coraz bliższy,

A nad obłokiem pan Potocki wyższy.

Jeszcze mu swoi ludzie są na przedzie,

On się już naprzód zapalony ciska,

Czasem na człeka lub na trupa wjedzie,

I od całego wyższy bojowiska —

Nad głową obuch52, co okuty w miedzi

Zda się, jak piorun Jowiszowy, błyska

I wnet poleci ogniem z rąk Polaka,

A oczy jego w oczach Żeleźniaka.

A wkoło pełno spis, które drużyna

Wkoło, dbająca o hetmańskie zdrowie,

Szablami łamie, odwraca, odcina;

A on — z tym jasnym piorunem na głowie —

Gdy Żeleźniaka ujrzy, to się wspina

I czasem cicho coś do swoich powie,

I znowu wspięty, cichszy, coraz bladszy

Żeleźniakowi w oczy ciągle patrzy.

Wreszcie się zaczął pan Żeleźniak trwożyć,

Bladnąć i cofać się na ostrokoły;

Nim się obuchem mógł Potocki złożyć,

On już przeskoczył i biegł na wądoły53,

By Lachom tabor oporny utworzyć,

Zebrawszy w łańcuch konie, maże54, woły,

Kobiety, popy, wszystko w kupę spędził,

Zwinął, wozami wkoło okrawędził

I siadł na wozie; a tymczasem Lachy

Lecieli — bijąc w trąby, tnąc od ucha.

Tu Kozak, wzięty na dzidy pod pachy,

Podleciał w górę, krew spod ramion bucha,

A pod nim złote proporce i blachy,

A pod nim cała boju zawierucha —

A on w tej chwili za chorągiew służy,

Ten trup, na spisach wyrzucony z burzy...

A tam w taborze wozy płoną, dymią,

Tam zapalone siano wstaje z jaru

Nad ginącemi pochodnią olbrzymią;

Tam świecą resztki tęczowe sztandaru...

Spokojnie tylko trupy... zda się, drzemią —

Na rękach leżą krwawe śród czaharu —

Bez ruchu — zda się, że z wielką rozpaczą

Padli na ziemię i śpią — albo płaczą.

A tam na wzgórzu, patrz, dziwna korona

Tej straszliwości, stoją trzy osoby:

Był to w kolasie pop, sotnicza żona,

I jedna, którą będę od tej doby

Pamiętał, bo mi błysła tak czerwona

Nad polem pełnem jęku i żałoby,

I tak od słońca miała piękne barwy,

Jak najpiękniejsze snów straszliwych larwy.

Rozbójniczka to była, co po drogach

Wprzód rozbijała ludzi nad limanem;

Nigdy na pańskich nie postała progach

I nigdy może nie mówiła z panem.

W czerwonych była butach, przy ostrogach

I wydawała się wielkim draganem55,

To ją to wzgórze oczom powiększało

I koń — i popa przy niej liche ciało.

Hudymą zwana, smagła lecz rumiana —

Widmo malarskich pędzli pewnie godne,

Wesoła, śmiała, niepohamowana,

Wyższa nad wszystkie dziewice dorodne;

Usta jak karmin, oczy jak szatana

Czarne, a piersi krągłe takie chłodne

Jakby z marmuru, a brwi jak dwa łuki,

Czarne, jak piórka zgubione przez kruki.

W uszach dwie wielkie długie z pereł dynie

Wiszą, zdaje się, że łzy rusałczane,

Kapiące cicho po jagód56 karminie,

Zmrużone, białe, świeże i świetlane.

Taka ta była sławna w Ukrainie

Rycerka, widmo straszne, choć rumiane —

Wesołe, chociaż gotowe na szkodę,

Na mord — krew umie rozlewać, jak wodę.

Otóż na górze ta śród kilku cierni,

Na samym grzbiecie, tam gdzie błękit kona,

Stała, a na nią jacyś dwaj pancerni,

Przeciwko słońcu złote niosąc łona,

Jechali. Widząc, że są nie od czerni,

A śmierć jej niosą, wnet się też i ona

Ruszyła, lecąc czarnym jaru grzbietem

Przeciw dwom, z szablą swą i z pistoletem.

I prędzej, niźli wam w oczach to błyśnie,

Nim serca wasze jasne się rozczulą,

Nim je ból po tych podczaszycach ściśnie,

Co się dziś pod płaszcz Chrystusowy tulą,

Pierwszemu, co się naprzód ku niej ciśnie,

W pancerzem złotą pierś uderza kulą;

A on drgającą ręką ściągnął źrebię

Własne i grzbietem wywrócił na siebie.

A ta drugiemu już sięgała grzbietu

Szablą, który już stał prawie oniemion,

Strzaskała jemu ramię z pistoletu,

Tak że nieborak wyleciał ze strzemion,

Swój zgon dając jej do zgonów bukietu,

Jak najpiękniejszy narcyz lub anemon57;

Młody był bowiem syn wdowy, sierota —

Wspomniał o matce i prosił żywota.

I byłaby mu piękna rozbójniczka

Młode i miłe zostawiła życie,

Gdy nagle owa przypadła sotniczka58

W siermiędze59, jak ten strach, co stoi w życie —

A tak ją ona tam w dole potyczka

I hajdamaków mordowanych wycie

Do krwi podżegło, że myśląc niewiele,

Toporem siekła tak, że w Lacha ciele

Został. I właśnie pan Potocki, który

Stanął był wtenczas, czoło swoje chłodził

I patrzał na te trzy widma u góry

I widział topór, jak błysł i ugodził —

Choć był zajęty tabornymi mury60,

Spojrzał na szwadron, co samopas chodził,

I wzgórze szabli ukazawszy krzywcem

Rzekł: „Mój Piwnicki, wziąć te baby żywcem!”

Wnet się Piwnicki, człowiek bardzo żywy,

Wyprawił, z sobą niosąc strach niemały;

Gdy oto nagle owe jaru grzywy

Grzywą się ludzi ogirlandowały —

W kołpaki i w kłos jasnych szabel krzywy

Porosły, w słońca zachodniego strzały,

Co błysły na kształt Mojżeszowych rogów...

Słowem na grzbiecie stanął kureń wrogów.

Stanął, i zrazu jakby w okolicy

Nowo zjawiony — zdawał się zachwiany;

Wtem pokazali się jacyś lirnicy,

Podnieśli ręce na niebieskie ściany...

Widziałeś ich gest — od lir błyskawicy,

Słyszałeś hasło straszne: rezy pany61!

I jako po niem lud straszny zaszumiał —

Potocki widział, słyszał — nie rozumiał.

Wszakże to Sawy kureń leci, spada,

Myśli, że Sawę zobaczy na czele;

O pana Sawę wszystkich pyta, bada —

Nikt nie wie, ani śmie zaręczyć wiele;

Tymczasem kureń ów... zapewne zdrada —

Na Piwnickiego wpada karabele62,

A tak się z góry wielkim pędem toczył,

Ze potratował szlachtę i przeskoczył

I biegł. Żeleźniak także z drugiej strony

Wstaje i zbiera lud, rozpina wozy.

Wtenczas Potocki widzi, że zgubiony,

Że przeciw sobie ma już dwa obozy;

Zwołał więc trąbą goniące szwadrony,

I lejąc prawie z oczu gniewu ślozy63

Wracał na dawne swoje stanowisko,

Na owo smętne przy kapliczce rżysko.

Lecz tam trzeciego widzi wroga! Spity

Lud zbrojny wkoło kapliczkę oblewa;

Z nożami stoją chłopy i kobiéty,

Kapucyn zdjęty i Szmigielski z drzewa,

Z obu odarte szaty, grzbiet odkryty,

Kilku zakłutej szlachty także ziewa,

Słowem — z trzech stron.....

....................................................

Zostawmy teraz tę sądną dolinę,

Niech duch od tego krwawego jeziora

Odleci, jako anioł, we mgły sine,

Ciągnąc za sobą kurz krwi... strach upiora...

Wróćmy, gdzie stoją szyki Waszecine,

Oblane światłem skrwawionym wieczora,

Na pokrwawionej harcujące runi64...

Kapliczka w ręku Gruszczyńskich rzezuni.

Działko kieruje chłop, na szlachtę samą

Obraca, szyki znów Żeleźniak zbiera —

Wkrótce te pole będzie krwawą plamą,

Zwierciadłem, gdzie się śmierci trup przeziera...

Słońce się zdaje wielką dla dusz bramą —

Większeje... zda się, płomienie otwiera

I czeka na bój drugi, jeszcze krwawszy,

Bo poszło... duchy rycerzy zabrawszy...

Potocki szpinką z jasnego brylantu

Przeciwko słońcu czerwonemu błyska

....................................................

....................................................