SCENA TRZECIA

JAN, IDALIA.

IDALIA

Poszła!... O! cudowna scena!

JAN

kładzie się i śpiewa, Idalia słucha, postępując zwolna i cicho naprzód.

Hej! hej! — Kaukaz nasz!

Hej! hej — kopalnia cyn!

Hej! matka gorzałka!

Hej! kochanka mi pałka!

Hej ojczyzny ja syn!

Kto idiot? — Swoj! — Ty mój? ja nie wasz! —

— Dobrze ta straszna pieśń tu z echem wyje. —

Jeszcze raz niechaj mi jaka Kamena

Da głos i schwyci mnie razem za szyję,

Abym zacharkał i wył jak hyjena. —

Hej! hej! trzymaj straż!

Hej! hej! zabębnił grzmot!

Hej! hej! siostra gorzałka!

A śmierć generałka!

Hej na konia, taj wlot!

Kto idiot? — Swoj! — Ty mój? ja nie wasz!

Jaka cudowna pieśń! — szczekają skały,

Jakby stu wilków otworzyło paszcze

I razem z głosem czarną krwią rzygały.

Po pieśni jęczy powietrze i klaszcze,

Jak czarownica...

IDALIA

niepostrzeżona przez Jana.

A on u strumienia

Niby cudowny rycerz z Ariosta:

Głowę mu srebrny kołczan opromienia,

I zda się, ciepłe to powietrze chłosta

Energią głosu. Sylaby ostatnie

Jeszcze grzmią. — Ach! to jedna z dusz ranionych,

Jedna z dusz, które są mi dawno bratnie...

Znam go — ach! i tych wyłogów czerwonych

Dotknę się — nie tak, jak ten świat francuski,

Ale się dotknę, jak relikwi świętych...

Podchodzi ku niemu.

JAK

Kto takoj?

IDALIA

Polka!

JAN

Nu tak szto?! ja Ruskij!

IDALIA

Czy wielu takich jest na Sybir wziętych,

Jak ty? — Przebacz mi, że cię prosto tykam,

A nie obrzucam cię światowym „Panem”.

W tem „ty” ja wiele — ja wiele zamykam!

I więcej daję ci nad ludzi stanem

Wyższości, niż świat da Jaśnie Wielmożnym.

JAN

Nu — ja nie znaju szto!... ja z moim Chanem

Z majorem... tak my tu za podorożnem

Zjechali pocztą.

IDALIA.

Biedny ty, człowieku,

Że się wystrzegać musisz własnej mowy!

I ciągle być za serce — na tym ćwieku

Twojego krzyża! Jam mniejszej połowy

Historii twojej wysłuchała, w grocie

Ukrytą będąc: — domyślam się reszty.

JAN

Jeśli tak, powiem Pani, że w istocie

Śpiewałem z bolu i z męki.

IDALIA

A wiesz ty,

Że ja słuchając przysięgłam na ciernie

Chrystusa, że tej boleści pół biorę,

I będę tobie tutaj służyć wiernie

Sercem, co we mnie także bolem gore,

Także ranione. — Nie pytaj o więcej,

Ale wiedz, że tu jedne mamy cele:

Ty ustępujesz — bo kochasz goręcej,

Boś jest mężczyzną, bo masz mocy wiele

I szlachetność ci męska nie pozwala

Za prawo serca przeciw prawom ziemi

Bunt podnieść. Lecz ja — ja — mnie tu krwi fala

Na brzeg rzuciła, żaglami złotymi

Płynącą; tu ja próchnieję — ja, dawniej

Różanym gwiazdom i kwiatom kochanka,

Ja, rozgłoszona już miłością sławniej,

Niźli niejedna Neapolitanka

Sztyletem romans kończąca — a przecie

Tak porzucona, jak Basia lub Rózia,

W której się cała palestra w powiecie

Kocha i wierszem dzwoni, że jej buzia

Jest pełna cukru!... Horor! mówię tobie.

Bo że ojczyzna ta mrze, to się zdaje,

Że wszystkie kwiaty więdną na tym grobie

I wszystko państwo ginie — a lokaje

W panów ubrawszy się, wiodą romanse,

Serca zdobyte czepiąc u zegarka;

Potem poezje piszą i bilanse

Handlowe... Taka wielka gospodarka

W głowie tych ludzi teraz, że na wszystko

Jest czas i miejsce: to też wszystko blade;

Każdy jest panem, paniczem i chłystką,

Każdy od kuchty swego bierze radę,

A gdy co czyni, to siebie się pyta,

Czy kamerdyner się tam gdzie na boku

Nie śmieje. — Słuchaj! ja jestem kobieta:

To co mam w sercu, to widzisz i w oku —

Wzgardę, ogromną wzgardę, błyskawicę!

Otóż tą wzgardą... z tą wzgardą, o Boże!

Z tą wzgardą ja to wpadłam w nawałnicę

Nieszczęścia — i coś rzucam w mgłę — coś tworzę —

Coś — sama nie wiem; ale jestem pewna,

Że przyjdzie jaki wypadek, zdarzenie,

Które tonącej mi jak kawał drewna

Pomoże. A nie? — ha! to mam schronienie

Nie między ludźmi!...

JAN

Darujesz mi Pani,

Lecz jeśli tutaj jest jaka kobieca

Zemsta...

IDALIA

z śmiechem szydersko-bolesnym.

To ona się nie ukołczani! —

Co? — to ty, rycerz, nie spadniesz z księżyca

Na Ariostowym koniu, i kochanki

Jak sokół sobie nie weźmiesz z dziedzińca?

To za mnie bić się ty nie pójdziesz w szranki?

Cha! cha! cha! — ludzie myślą, że prócz sińca

Nic ofiarować nie można kobiecie!

Jeżeli nie dasz ręki — daj modlitwę,

Daj serce, sercem mi pomagaj skrycie!

Myśl twoją zawieś tak jako rybitwę

Nade mną — sercem bijącą, krzykliwą!

Niechaj mnie broni, niech wiem, że nade mną

Jest kto mój — z parą skrzydeł sprawiedliwą,

Z szalą, która tu przez rękę nikczemną

Pofałszowaną nie była. I więcej,

Więcej żądałabym jeszcze od ciebie —

Ale to ledwo za kilka tysięcy

Lat człowiek będzie mógł dać zaraz z siebie

Na pierwszą prośbę, anielską a szczerą...

JAN

Cóż to za taka prośba?

IDALIA

O pokorę...

JAN

A! to jest dla mnie, Pani, wielkie zero!

Ja, który teraz z kazny co rok biorę

Na żołd pół rubla, a resztę u chłopa

Muszę wyżebrać, mam pokory tyle...

IDALIA

Nie masz jej dosyć!

JAN

Patrzaj: moja stopa

Wygląda z buta...

IDALIA

Słuchaj: ja się schylę

I pocałuję tę krzyczącą ranę

Twojego buta — jeśli mi dasz słowo...

JAN

Że...?

IDALIA

Słuchaj! — wioski te są zrujnowane,

Połową jedną szlachcie, a połową

Skarbowi dłużne; — słuchaj! ślub Diany

Jest oto takiem buta załataniem.

JAN

A więc jest święty!

IDALIA

Towar z niej nie tanny

Zrobiono długiem bardzo targowaniem!

Na pól miliona zbito panny cenę

I teraz idzie z domu w pół-milionie!

JAN

Niedrogo!

IDALIA

Prosto idź na targu scenę

I mów, że siostra ci jedna po zgonie

Na zagranicznym banku zostawiła

Tyle, ile ci ludzie chcą za córkę...

Ja jestem twoją siostrą!

JAN

Pani miła!

To przypomina mi „Z gorki na gorkę”,

Piosenkę ruską...

IDALIA

Oko moje śledzi

Twe czoło — i twarz zda się nieczłowiecza.

JAN

Nie, nie! — Coś w sercu to polskiego siedzi,

Coś w sercu siedzi tutaj i zaprzecza

Takiego czynu — jakieś straszne „veto”,

Przeciw któremu nic — świat cały! — Nawet

Gdybyś nie była, o Pani, kobietą;

Czuję, że musiałbym zaraz wet-za-wet

Na twoją złotą kulę odpowiedzieć

Ciężką, żebracką kulą — ołowianą...

Co to los! — Można nad strumieniem siedzieć

I kwiatów wonią oddychać różaną

I mieć w boleści ulgę od natury,

Co wszystkie, zda się, części zna bolące

I wie, gdzie dotknąć kości, a gdzie skóry.

Lecz człowiek, choćby wyższy nad tysiące

Ludzi, choć z chęcią najlepszą się zbliży,

Choć, jak ty, Pani, od róż weźmie woni

W słowach: — to zaraz czemś albo poniży,

Albo łzę taką nad człekiem uroni,

Że ona jemu pali na wskróś czoło

I czerni wstydem.

IDALIA

Ha! widzisz, jak trudno

Wejść w czarodziejskie tych aniołów koło,

Dla których taki czyn nie byłby trudną

Pokorą brata...

JAN

Na Boga! na Boga!

Opuść mnie, Pani — to jest dar szalonej!...

IDALIA

Bo ja szaloną jestem; bo złowroga

Gwiazda świeciła wcześnie urodzonej

Pomiędzy ludźmi, którzy jeszcze rosną,

Nie śmiejąc kroku zstąpić z bitej drogi.

Tak! — twa szlachetność jest cudowną wiosną

Dojrzalszych twych lat: każdy dziś ubogi —

Nie lokaj, ani piszczyk, wierz mi, Panie —

Tak jak ty, rzuciłby mi złotem w oczy!...

Nie idzie za tem, by to odrzucanie

Było boskością: ono tak się toczy

Po bitej drodze ludzkiego zwyczaju,

Juk stara Państwa Rzecznickich kareta...

JAN

Tego już, Pani, ja nie panimaju

I śmiech mnie bierze —

IDALIA

Śmiech? że ja, kobieta,

Moim majątkiem rzucam tak jak błotem,

A sama choćbym poszła za klucznicę?...

JAN

Kto Pani jesteś?!

IDALIA

Jestem tu przelotem

Przelatujący anioł: błyskawicę

Rzuciłam w oczy tobie — i znikniona

Jestem dla oczu twych, jak błysk na niebie...

JAN

Stój!

IDALIA

Nie idź za mną!...

Odchodzi.

JAN

To jakaś szalona!

Ale oddałaby, widzę, w potrzebie

Duszę — choć diabłu! Co do mnie, to może

Złoto więc rzucić swoje — — i do stawu,

Bo mnie jak więźnia karmią ręce boże...

Jednak — ja nie wiem — ona mi wszczepiła

W to serce jakiś gniew na tego człeka,

Który tu... który, jak pieniężna siła,

Jak wódz od swych wojsk dukatowych czeka

Zwycięstwa, a sam spokojnie i cicho —

Nic wytężywszy żadnej serca władzy —

Weźmie ją... Pójdę — bo jakieś mi licho

Ubrązowane, jak ja, trochą sadzy,

Wściekle, jak Baszkir gdzieś odzwierciedlony —

Pokazuje swe zęby zgrzytające.

O! co bym nie dał za plac rozmierzony

W dziesiątek kroków, a w ręku gorące

Dwa pistolety! — O! gdyby nie słowo,

Które ode mnie Major wziął, że będę

Jako baranek i nic własną głową

Nie przedsięwezmę, ale na komendę

Jako machina będę się obracał

I wszystko czynił, co mi on rozkaże; —

O! jakżebym dziś te lalki wywracał

I tym światowym ludziom zajrzał w twarze

Spokojnie — ale marmurowo, krwawo,

Jak niegdyś w gardło harmat pod Warszawą...

Siada i czyści broń.