AKT II

Plac w Barze ubrany jak na Zielone Świątki w brzozy, klony i jarzębiny. Wchodzą: Ksiądz Marek, Judyta i Starościc z Barku.

KSIĄDZ MAREK

do Judyty

Wracaj, Izraelitanko,

I bądź o ducha spokojną,

Niedługo będziesz wygnanką.

Na to się toczy ta wojna,

Na to ja moję64 siwiznę

Ofiarowałem, kość złożę,

Aby silne duchy boże

Miały na ziemi ojczyznę

I sztandar sercom zatknięty.

Więc manele, dyamenty65,

Któreś ty Bogu złożyła,

Przyjmę... A ty, duchom miła,

Już miłości nauczona,

Chociaż przez krwawe ramiona

Chrystusa i boskiej Matki

Jeszcze nie obcięta z cierni,

Ale jako polne kwiatki

W słońca jasnego farbierni

Umalowana sowicie

W izraelowej purpurze,

W polskich bławatków błękicie;

Jeszcze nie biała lilija

A już pachnąca jak róże;

Strzeż serca, co się rozwija,

I łez wiszących, nad rzęsą,

Bo mówię ci, przyjdą burze

I duchem twoim zatrzęsą;

Z drogi cię może zawrócą

I trupem pod nogi mi rzucą

Jak garstką przeklętych kości...

Idź, córko — i trwaj w miłości!

Błogosławi klęczącą Judytę, która wstaje i w milczeniu odchodzi.

STAROŚCIC

Panie, Klemens Kosakowski

Po całem cię mieście szuka.

KSIĄDZ MAREK

Nad tym człowiekiem gniew boski.

STAROŚCIC

Księże, lecz to śmiała sztuka!

Głowa zła, lecz serce złote.

KSIĄDZ MAREK

Otóż obaczysz, jak zgniotę

Tę głowę, tę czaszkę całą,

Aby serce ocalało.

STAROŚCIC

Jak to?

KSIĄDZ MAREK

Z miasta go wygonię.

STAROŚCIC

Lecz on ku miasta obronie

Potrzebny... wódz tego steku...

KSIĄDZ MAREK

przerywając

Bóg tylko potrzebny, człowieku.

STAROŚCIC

On ma partyzantów wielu...

KSIĄDZ MAREK

Posłuchaj mnie, przyjacielu.

Zaprawdę, że ludziom łatwo

Mówić grzeczności wzajemne,

Rozrzucać słowa przyjemne,

Obchodzić się z ludźmi jak z dziatwą

Przynęconą na łakocie,

Albo dawać cięgi mocne

Jak palmy przedwielkanocne,

Umoczone całe w złocie,

Owite kwiatki złotymi...

Tak, że wchodzą do kościołów

Jakby z krainy aniołów

Inne drzewa, nie z tej ziemi...

Toteż zwyczaj u nas żyje,

Że wierzbą z kwietnej niedzieli

Bijesz własnych przyjacieli,

Mówiąc, że wierzba je bije

A tyś nie winien, że boli...

Raz w rok żart jest pozwolony,

Uświęcono kłamstwa tony,

Aby się duch tej swawoli

Dorwawszy, znalazł spoczynek

I z pod66 niańki się wyłamał,

Objadł się cukru, rodzynek,

A potem rok cały nie kłamał

I z prawdą już nie swawolił.

Więc jeżeli w prawdę wierzysz,

A Bóg ci miecza pozwolił,

Bić kazał, a nie uderzysz,

Choćby serce własne krając,

Ale uderzysz igrając

Jak arlekin, nie jak człowiek;

Jeżeli prawdy piorunem

Nie spalisz grzesznika powiek,

Nie jesteś wtedy piastunem

Boskiej powagi i chwały.

STAROŚCIC

Słuchałbym ciebie dzień cały,

Ojcze Marku.

KSIĄDZ MAREK

Przed wieczorem

Z harmat będę miał słuchaczy,

Bo z całą szlachtą, z nieszporem67,

Wiodąc nawet tłum żebraczy,

Pójdę na wroga.

STAROŚCIC

Dziś, panie?

KSIĄDZ MAREK

Dzisiaj, w dzień Zielonych Świątek68.

STAROŚCIC

A tu w mieście któż zostanie?

KSIĄDZ MAREK

Ot, ta gromada dzieciątek,

Która się na piasku bawi,

Młynki na kałużach stawi

I cieszy się, że drzewiny

Ścięte na ulicach więdną.

Polsko, nie jesteś oszczędną!

Te klony, te jarzębiny,

Te brzozy, las cały młody

Przyniosłaś sobie do miasta;

Prawdziwie jak ta niewiasta

Między judzkimi narody,

Sławna, że flaszeczkę całą

Bardzo drogich aromatów

Wylała na Zbawcę światów,

O której rzekł, że mu ciało

Uprzedziła na pogrzeb pomazać.

I któż by jej śmiał zakazać

Tej rozrzutności?... niewieście,

Która Zbawcy śmierć przeczuła

I cały słoik zepsuła,

I roztłukłszy alabastry,

Rozlała po całem mieście

Woń tego balsamowania.

Więc i dla naszej hałastry

Ostatniego pomazania

W tych drzewach pachną oleje!...

I zaprawdę! nasze dzieje,

Gdy nas srogi los połamie,

Pachnąć będą w tym balsamie

Długo w umarłej krainie;

Szczególnie małej dziecinie,

Co się zbudzi i obaczy

Las cały z kalin czerwienią,

Stojący przed domu sienią;

Gdy jej dziadek wytłómaczy69

I pod cieniem tych drzew powie,

Że tak czynili ojcowie,

Którzy już dawno są w grobie,

To dziecko poczuje w sobie,

Przejęte smutkiem i strachem,

Patrząc w smętne oczy dziada,

Że i tym nawet zapachem

Ojczyzna do niego gada...

błogosławiąc plac

Czy słyszysz, jak ten las śpiewa,

Listeczków tracąc ostatki?

Błogosławione wy, drzewa!

Błogosławione wy, dziatki

Rosnące przy kraju męczeństwie...

STAROŚCIC

Panie, dzwonią na nieszpory.

KSIĄDZ MAREK

Idę... a po nabożeństwie,

Choć starości krok nie spory,

Wycieczkę Pańską prowadzę,

Bo mam na to rozkaz boży

I taką nad ludem władzę,

Że Kosakowski mi złoży

Komendę... i stąd wyleci

Jak czarny szatan nieczysty,

Bo mi anioł promienisty

Rozkazał, abym z tych dzieci,

Które mam, nie stracił żadnego.

Wychodzi.

STAROŚCIC

Chciałbym gdzie Kosakowskiego

Ostrzec, że burza go czeka.

Szkoda byłoby człowieka!

I strach... ach, strach, gdyby zorze

I to słońce już czerwone,

Na morderstwo zapatrzone

Zachodziło po nieszporze.

Gdyby smętna twarz księżyca

Ujrzała pod cerkwi ścianą

Szarą szlachtę porąbaną

Za ksiądza70 i za szlachcica.

Gdyby znów nocne pojawy,

Ten Chrystus strasznej bladości,

Z dziurami na wylot w kości,

Ubiczowany i krwawy,

Jak kometa, co z podróży

Powraca, pokazał miecze

We krwi, co z grobów się kurzy

I po mogilniku ciecze.

I odleciał z tymi mgłami,

Zostawiwszy nas trupami.

GŁOS ZA SCENĄ

Aj! wej!

STAROŚCIC

Krzyków pełno w mieście.

Słyszę wrzask i szlochanie niewieście.

Wpada Judyta z nożem w ręku, za nią Kosakowski i Bojwił.

JUDYTA

do Kosakowskiego

Nu! ja cię nożem przebiję,

Ja nie twoja nierządnica.

do Starościca

Panie! od tego szlachcica

Ratuj! skoczył mi na szyję

Jak wąż, jak płomień, z pod ziemi,

Wyskoczył do mnie w alkierzu.

Patrz! on cały w prochu, w pierzu,

Z oczyma zapalonymi

Jak Edomit71.

KOSAKOWSKI

Milcz, szatanko!

JUDYTA

Patrzaj ty na mnie, człowieku,

Jestem Izraelitanką.

Mój Bóg nie wisiał na ćwieku,

Nie pił octu i piołunów,

Ale stał na wielkiej górze

Pośród dwunastu piorunów,

W czarnej i ognistej chmurze,

I rozbłyskał się na całe niebiosa.

Otoż ten Bóg teraz broni

Każdego mojego włosa,

A pioruny trzyma w dłoni

Bóg Izraela i Judy,

Pioruny nad twoją skronią!

A jak spojrzy, to się góry pokłonią!

A jak błyśnie, to ślepota na ludy!

A jak zagrzmi, to się groby odsłonią!

A jak ścichnie, świat się cały odmieni,

A skrę rzuci, to świat będzie z płomieni

I w słoneczne się ognie roztrzaśnie;

A brwi zmarszczy na czole, to zgaśnie

Jako węgiel pod wodą i syknie;

A gdy rękę podniesie, świat zniknie

I nie będzie ani mnie, ani ciebie,

Tylko ciemność i sam Pan Bóg na niebie.

I któż jesteś ty, gwałtowny goimie?

I któż jesteś ty, chrześcianinie?

Że chcesz Bogiem być judzkiej dziewczynie

Jak ten drugi, co w Jerozolimie,

Choć poselstwa do Judy nie mając,

Zaćmił księżyc i słońce, konając.

Któż ty jesteś? nu, że chodzisz cieniem,

Jak duch jaki za owczem gdzieś runem?

I dotykasz się piersi piorunem?

I z rąk chwytasz za szyję płomieniem?

Nu, ty zginiesz jak duch w błyskawicy!

I przy lampie, co stoi przy łożu,

Łba twojego w żydowskiej miednicy

Twoi słudzy obaczą przy nożu,

I przelękną się łóżka i ciała.

Nu, ja sama, gdy to rzekła, zadrżała,

A ty nie drżysz? któż ty jesteś, człowieku?

KOSAKOWSKI

Na twe czoło wykąpane

W ptasiem gołębicy mleku!

Na twoje usta różane,

Których łuk napięty drży!

Na ten szprejtuch, który skrzy

Niby złoty jaki kruż,

W środku pełen białych róż!

Na twe oczy, z których bije

Razem żar i noc, i dzień!

Na twoję łabędzią szyję!

I na ten błękitny cień

Twoich rzęsów, który spada

Aż na rubin twoich lic!

Na tę głowę, gdzie gromada

I brylantów, i rubinów

Pali się jak tysiąc świec,

Lub nad głową Cherubinów

Z różnych gwiazd uwity kłąb!

Na każdy z perełek ząb,

Co jak skrzydełko gołębie,

Bieląc czepca aksamity,

Spuszcza się na skroń błękity!

Na każdą perłę w tym zębie,

Co jakoby grochy duże

Zwinęły się w srebrną różę

I twoję głowę oblały!

Na ten, mówię, skarbiec cały

I klejnotów, i piękności!

I na królestwo miłości

Przysięgam.

JUDYTA

Co?

KOSAKOWSKI

urągając

Miłość wieczną.

Bojwile, pod straż bezpieczną

Wziąść mi tę synogarlicę.

Bojwił chwyta Judytę i unosi ją do karczmy.

STAROŚCIC

do Kosakowskiego

Puść waćpan tę Żydowicę.

KOSAKOWSKI

Co? czy chcesz się rąbać o nią?

STOROŚCIC

Zgoda...

Dobywają szabli i biją się Starościc pada.

Dostałem śmiertelnie.

KOSAKOWSKI

Sam się przebiłeś tą bronią.

STAROŚCIC

Rana pali mię piekielnie.

Księdza!

KOSAKOWSKI

Trzymaj że za brodę

Duszę, aby nie uciekła.

A ja ci księdza przywiodę.

Odchodzi.

STAROŚCIC

W tej krwi, co ze mnie wyciekła

Więdnie moja blada skroń.

Jezu! Jezu! ty mię broń

Przed skonaniem od rozpaczy!

Cóż tam będzie, gdy zobaczy

Matka moja starościna,

Że na marach niosą syna

Przez posępne z lip aleje,

A z mar syna krew się leje,

A służący trupa kryją.

Cóż tam będzie! gdy zawyją

Moje psy u moich bram?

Gdy mój stary dziadek sam

Przyjdzie, klęknie w czarnej sali,

Oczy wlepi w moje oczy

I na nogach się zatoczy,

I na ciało się powali,

I na piersiach mi zaryczy!

Jezu! Jezu!

Wchodzi Kosakowski, wiodąc Księdza Marka w ubiorze mszalnym z monstrancyą — w głębi pokazują się zbrojne tłumy konfederatów ze sztandarami.

KSIĄDZ MAREK

Kto tu krzyczy,

Kto tu z jękiem woła Pana?

STAROŚCIC

Moje serce, moja rana

Bolesne usta otwiera,

Jęcząc w śmierci i w tęsknocie.

KSIĄDZ MAREK

Kto ufa, ten nie umiera.

STAROŚCIC

Mówisz o wiecznym żywocie!

Zamyka oczy i kona.

KSIĄDZ MAREK

Zaprawdę, kto nie doczeka

Na jasny męczeństwa wieniec,

A krew rzuca jak szaleniec

Pod miecz drugiego człowieka

I drogie utraca ciało;

Gdy tej krwi biednej tak mało

Tutaj na obronę bożą,

Wart, że go w trumnie położą

Ludzie, przy bladym świeczniku;

I zapomną o nim na ziemi

Jak o zdrajcy, niewdzięczniku,

Niewartym nawet powszedniej

Modlitwy, jednego krzyża,

Niewartym nawet łzy jednej!

Lecz Chrystus, co się przybliża

Do twych ust pełnych rozpaczy,

Które go wołały z jękiem,

Człeku, niechaj ci przebaczy.

I niech twój grobowiec młody

Ukraińskich kwiatów wdziękiem

Okwitnie. O Boże! Boże!

Jakie to matkom zawody!

Jakie dla ich serca noże!

Jakie za miłość wypłaty,

Takie wczesne dziatek straty!

Takie śmierci z marnych sprzeczek

Wynikłe, zgony gwałtowne,

A zaś równie nieodzowne

Jak tamte, co są dla Boga.

O! jak te garstki kosteczek,

Które śmierć odnosi sroga,

Drogie im w dzieciństwie były!

Ile mleka, łez wypiły!

Ile za nimi pacierzy

Pobiegło w złote niebiosa!

zamyka mu oczy

Umarł.... Trup przed wami leży.

Młodzieniec złotego włosa

Wczoraj jeszcze kwiat młodzieży!

Oto zszedł ze świata tego

Syn Jaśnie Oświeconego,

Dziedzic Barku i Ladawy,

Na wejściu w związki książęce. —

Weźcie ten pierścionek krwawy

I oddajcie go panience.

A nad trupem, co tu leży,

Zaśpiewajcie Anioł Pański.

pokazuje na Kosakowskiego

A to służalec szatański,

Człowiek mordu i grabieży,

Gwałtownik i pijanica,

Pusty jak djabła kaplica,

Krzykun jak wojna kokosza.

Złodziej publicznego grosza,

Obdzierca domów, kapituł,

Chodząca jakaś szkarada:

Do którego nie przypada

Żaden dawny polski tytuł.

Starosta? Lecz on na głowie

Nie ma zasług, ani lat!

Podskarbi? sam niechaj powie.

Niechaj publicznie obwieści,

Ile grosza wczoraj skradł;

Cześnik? ale on bez cześci!

Miecznik? ale on jest kat!

Nawet nie człowiek! bo oto

Leży jego jeden brat,

Z którego krew szczerozłotą

Tak czystą, młodą, rumianą,

Ojczyźnie ofiarowaną

Ten człowiek wytoczył z serca.

Więc nie człowiek, lecz morderca

Stoi pod nami i zgrzyta.

Otóż mówię w imię boże,

Że odtąd jako banita

Pójdzie na świata bezdroże,

Jako szatanowie czarni,

Pędząc gdzieś pod błyskawice,

Do mglistej w deszczu latarni,

Przez krwią zbryzgane ulice,

Śród zgiełku i tarabanów;

Z odwagą w sercu umarłą

Bez sądu położyć gardło.

Proszę więc wielmożnych panów,

Abyście go od tej chwili

Jako zdrajcę opuścili,

Jak Moskala się wyrzekli,

Jak od choroby uciekli,

Zamknęli sąd jak nad ściętym,

Jak dla węża łez nie mieli,

Jak o zmarłym zapomnieli;

A myśląc jak o wyklętym,

Żegnali się i truchleli.

A ty, na twój koń czerwony

Siadaj... bo drżysz jak niewiasta.

A jeśli dla swej obrony

Nie masz wyrzec nic? precz z miasta!

SZLACHTA

wyprowadzając Kosakowskiego

Oczy jego obłąkane

Milczy i z ust toczy pianę.

KSIĄDZ MAREK

Posadźcie go na rumaka,

Dajcie w rękę szablę gołą

I połóżcie ją na czoło

Jak miesiąca w półpromieniach.

Śniła mi się postać taka

W przenajświętszych objawieniach.

Żem ją Duchem bożym cisnął,

I gnał w ciemność krzyża znakiem.

A za nim i za rumakiem

Cztery razy piorun błysnął.

Królowo świętych! proroków!

Najświętsza panno Maryo!

Każ, niech mi pioruny biją,

Proszę o salwę obłoków

I grzmoty: Salve Regina72!

SZLACHTA

Niebo się łyskać zaczyna,

Koń rycerza na kieł bierze.

KSIĄDZ MAREK

Gwałty, morderstwa, grabieże

Precz z Polski!

SZLACHTA

Grzmot już tu bije...

KSIĄDZ MAREK

Wszemu duchowi, co żyje,

I tym, którzy przyjdą nowi,

Czyści, stać przy bożem prawie,

Tym kielichem błogosławię.

błogosławi chmury śród ognistych trzaskawic

Chwała Ojcu i Synowi

I Duchowi świętemu, chwała!

SZLACHTA

Niebo od piorunów pęka,

Z wałów biją wszystkie działa.

Kto żyw niech przed Bogiem klęka!

Pan zwycięża! Narody giną!

KSIĄDZ MAREK

śród najmocniejszych piorunów

Gloria in excelsis Domino73!

SZLACHTA

na klęczkach

Pioruny trzęsą biegunem!

Panie! proch z nas i ofiara,

Lituj się naszego jęku!

KSIĄDZ MAREK

Wstańcie! teraz wasza wiara

Zapalona jest piorunem,

A ja ten piorun mam w ręku.

Chwyta sztandar i wychodzi na czele szwadronów.

SZLACHTA

Idźmy, prowadzi na wały...

Dzień to zwycięstwa i chwały!

Dalej z działkiem za rajtaryą74!

CECHOWY

Naprzód sztandar z Panną Maryą,

Naszą świętą z Poczajowa...

Słyszycie? to Suwarowa

Baterya gra posępnym basem,

Kantyczce naszej do wiersza.

Odezwała się najpierwsza

Pod hawryszowieckim lasem...

GŁOS Z POZA SCENY

Cud! cud!

CECHOWY

Co tam?

GŁOS Z POZA SCENY

Jedna ruska

Baterya z ziemi porwana.

A na płomieniach wulkana

Zjawienie!... I wał konnicy,

Której koń we krwi się pluska,

W samo morze z błyskawicy

Jak wał żelazny się wali...

CECHOWY

Wszelki duch Chrystusa chwali!

Bez harmat my, bez oręża,

Lecz Pan Bóg za nas zwycięża!

Wychodzi z sztandarem i z resztą ludu.

Scena oświecona posępnie błyskawicami, pusta, przez cały ciąg słychać odgłosy dalekiej walki. Kosakowski wlatuje, waląc się z konia, z drugiej strony z poza75 karczmy wychodzi Bojwił.

KOSAKOWSKI

Zwierzgnął mię rumak przelękły,

Popręgi u siodła pękły.

Wyleciałem stąd jak śpiąc,

Obelżony, duchem złaman.

Gdzie ten ksiądz? Gdzie ten czart ksiądz?

Każę ćwiczyć po ulicach,

Będzie bity tak jak Aman76.

BOJWIŁ

Ktoś tutaj przy błyskawicach

W ognistej ulewy skrach

Stoi jak upiorny strach,

Co to jest? to rotmistrz nasz?

KOSAKOWSKI

Obelgami zlał mi skronie,

Piorunami dał mi w twarz,

Przed nim siedział duch mój w łonie,

Jako robak w trupie siedzi,

Bo głos księdza jak dzwon z miedzi,

W który kula uderzyła,

A twarz jako słońce była,

A w źrenicach mocy sto.

Czy jest tam kto? czy jest tam kto?

Stuka do karczmy.

BOJWIŁ

W tej karczmie nie ma nikogo,

Tylko żydowska dziewczyna

A na belce — trup rabina.

KOSAKOWSKI

Otwórz! otwórz!

BOJWIŁ

Jakąś trwogą

Wskroś przejęty, nie śmiem, panie,

Trup ci przed oczyma stanie,

Trup rabina się pokaże.

KOSAKOWSKI

Otwórz! otwórz! ja ci każę!

Niech widokiem tym ohydzę

Moje oczy...

BOJWIŁ

W oczach ćmi się

Od błyskawic... drzwi nie widzę.

KOSAKOWSKI

Oczy moje jasne, rysie,

W oczy tego Żyda wszczepię,

Na bladościach je oślepię

I na strachu zahartuję.

Tysiąc trupów mi się snuje

Przed oczyma, widma same!

I ja widmo... Otwórz bramę!

Choćby ją sam szatan kuł

I przed piekłem ją postawił,

Szablą ją rozetnę w pół.

Bije we drzwi szablą — i brama się odmyka, ze środka rozepchnięta... w bramie pokazuje się Judyta w worku szarym ubrana, z bosymi nogami.

Jakiż mi się szatan zjawił?

JUDYTA

Nu!... Czemu bramę rozbito,

Gdzie ja odprawiam bosiny

Po ojcu?

KOSAKOWSKI

To ja, Judyto.

JUDYTA

Ach... czemu ty taki siny

Jak zabójca? oczy w słup?

KOSAKOWSKI

Daj wody, pragnę jak pies.

JUDYTA

Nu... ja ci dam moich łez,

Nie chodź tu, bo w karczmie trup.

A ja sama siedzę boso

Na popiele w szarym worze.

Póki trupa nie wyniosą,

Żaden goim wejść nie może,

Gdzie Żydówka na bosinach,

A przed nią trup na drabinach

W śmiertelnej leży koszuli.

KOSAKOWSKI

Judyto...

JUDYTA

Nu... co?

KOSAKOWSKI

Chcę wody.

JUDYTA

Nu... czy ty żebrak na kuli?

Ty możesz robić — ty młody;

Młode jeszcze twoje lata,

Możesz być hyclem u kata.

KOSAKOWSKI

dobywając szabli

Jezu!

JUDYTA

Ha... ty przy orężu?

KOSAKOWSKI

Kobieto! szatański wężu!

Co świszczesz urągowiskiem

A nie drżysz przed szabli błyskiem,

Spokojna i blada jak kreda.

Wiedz, że z mojego rozkazu

Powieszono tego Żyda,

Bo mię zdradził...

JUDYTA

przez ciąg jej mowy słychać ciągle odgłos dalekiej walki

Nu, do razu

Ja to zgadła i wiedziała,

Że się to przed Bogiem wyda.

Ty okradł i zabił Żyda,

I z jego martwego ciała

Zostawił posag Żydówce;

A sam poprowadził hufce,

Jak wiatr, co się w polu miota,

Jako Polak patryota,

Jako rycerz krwią czerwony,

Jak pan wielki oświecony,

Jak twej ojczyzny dobrodziej;

Choć ty zabójca i złodziej

Brzęczysz od mojego złota;

A ja przez ciebie sierota,

Przy okradzionym kantorku

Siedzę w popiele, na worku,

A przede mną z trupem drabina.

Nu, czy ty wiesz? jak rabina

Trup po śmierci straszny, srogi?

Jak do wschodu leży głowa?

A z drabiny sterczą nogi?

Czy ty wiesz, co się nazywa

U chłopów noc rabinowa?

Co dęby w puszczach porywa,

Domy znosi jak namioty

I całą noc sypie grzmoty

Głośne jak Jehowy słowa:

A dlaczego rabinowa?

Nu?... a czemu piorun głuchy

Taki jasny? a świat drżący?

Bo to są rabinów duchy,

Nu... i trup się ten modlący,

Co siedzi wtenczas w bożnicach

Przy wichrze i błyskawicach,

Pod czarnym kahałów dachem,

I z pacierzem i z rejwachem,

I z płaczem aż do niebiosów,

I z jękiem, i z rwaniem włosów,

I z żałobliwymi słowy,

Modlący się do Jehowy,

Aby zdjął już z Izraela

Przekleństwo... A gdy Jehowa

Piorunami wtenczas strzela

I sprawuje taki zamęt;

To widać, że płacz i lament

Panu Bogu się podoba.

Że biednych Żydków żałoba

Pioruny jego zapala.

słucha grzmotu dział

Nu, tam teraz u Moskala

Wielki strach Chrystusa Pana:

Ksiądz wziął krzyże, zdjął ornaty,

Duchem rozrywa harmaty

I w białym świeci habicie

I krwi ma aż po kolana;

A ja tu, żydowskie dziecię,

Sierota w waszej krainie,

Siedzę przy trupiej drabinie,

Przy wietrze, co wieje od trupa,

A pode mną popiołów kupa,

A na mnie wór podły szary;

A ja podobna do mary

Z twarzą bielszą od miesiąca,

Z zabójcą rozmawiająca,

Z szczęścia jak kwiat oberwana,

W żałości jak obłąkana,

O zabójstwie jakby śniąca,

A we śnie łzami zalana,

A w strachu jak wiedźma blada,

A zemstą w niebo porwana,

A w przekleństwach jak piorun, co spada!

w najwyższej exaltacyi, przy odgłosie dział

Nu, więc teraz ja się zrywam

I o ściany tłukę głową.

Ja przekleństwem się nazywam

I nazywam się zagubą,

Krwią i burzą rabinową,

Wichrem, deszczem, nocą grubą,

Duchem, gwiazdą, trumną, trwogą!

Bo w tem sercu są wichrzyce,

Co was i rozerwać mogą!

Nu, bo w puchu błyskawice,

Co świat cały mogą spalić!

Bo oto ja tchnęła na pole

I chorągwie zaczęły się walić,

I wasz duch leży na dole

Podobny wężowej chmurze;

A ja tu stoję na górze

I podnoszę zemsty ramię,

I nogami go depcę i łamię,

I odpędzam precz z pola do miasta!

strzały harmatnie ustają nagle

Abyś wiedział, że judzka niewiasta,

Będąc w usprawiedliwieniu

Przed Bogiem swego zakonu

Zemstą ojcowskiego zgonu,

Jest jak noc, cała w płomieniu,

Jest jak burza, cała w mocy,

Jest jak siła, cała w ciszy,

Jest jak głaz w Dawida procy,

Jest jak płacz, który Bóg słyszy,

Jest jak grad, co bije w twarze,

Jest jak strach, co serca napełnia,

Jest jak miecz, którym Bóg karze,

Jest jak sąd, który Bóg spełnia.

Ten sąd macie chrześciany,

Ja go na was trzęsę z rąk!

W największej furyi trzęsie ręce nad głową i rzuca garściami przekleństwa na pole.

KOSAKOWSKI

Żydówko, ja twoich mąk

Nie winien... bo obłąkany,

W zupełnej nieprzytomności

Dałem znak chustą czerwoną

I mój rozkaz wypełniono,

Wypełniono bez litości.

A jam tu powracał po to,

Bym Żydowi oddał złoto,

A porwał córkę żydowską.

JUDYTA

Kogo, powiadasz, goimie?

KOSAKOWSKI

Przysięgam na Matkę Boską,

Ciebie samę.

JUDYTA

Powiedz imię?

KOSAKOWSKI

Judytę.

JUDYTA

O! wielki Boże!

Kiedy wczora ja w komorze

Całowała twoje nogi

A ty jak pan wielki szumiał,

Ty ust moich nie zrozumiał!

Ty mię nogą pchał z podłogi,

Jak człek, co gałganem miota!

A dziś, czy ja tobie droższa

Przez to, że dziś ja sierota?

I od Żydów najuboższa,

I od kobiet niegodziwsza,

I od wszystkich węży mściwsza;

Śmiertelniejsza od żelaza!

Że ja?... Nu, ja... jak zaraza

Dmuchnęła i wiatr popsuła?!

Nu, ja... prawda, co mówicie,

Igiełkami dzieci kłuła

I wieszała na suficie

I robiła ze krwią ciasto.

Nu, a teraz wasze miasto,

Chociaż wiem, że sama zginę,

Tak zakłułam jak dziecinę,

Aż krwią skapie purpurowe.

Jeśli ty kat, to nie czekaj,

Lecz mi szablą zetnij głowę,

Rzuć za siebie i uciekaj

Pełny trwogi i popłochu,

Bo tam w karczmie, patrzaj! z lochu

Widma, co zagaszą słońce!

KOSAKOWSKI

Wielki Boże! w karczmie Dońce!

I piechotny bagnet świta!

Ty zdrajczyni!

JUDYTA

Ja, Judyta!

Wchodzi do karczmy.

KOSAKOWSKI

Bojwile! miasteczko wzięte!

Czyńmy to, co jeszcze można.

A ty, coś wydała święte

Kościoły, furyo bezbożna!

Przysięgam ci, że powrócę,

Za włosy ciebie pochwycę

I w żar płomienisty rzucę,

I spalę jak czarownicę,

I strzaskasz się jak suchy pień...

Gdzie mój koń?... to sądny dzień!

Bojwił i Kosakowski wychodzą.

Z karczmy wychodzi Kreczetnikow, jenerał moskiewski, Suwarow oficer, Adjutant i moskiewskie wojsko.

KRECZETNIKOW

Tak się przez Żydów każde miasto bierze.

Suwarow, weźmij z sobą sotko ludzi

I od klasztoru postaw tak żołnierze,

Aby schwytali księdza cudotwórcę.

Ten mózg, co twoje dziś rękawy brudzi,

Krew, koralowej podobna paciórce,

Którać na czole błyszcy, bestyo dzika!

Zrobiły z ciebie dzisiaj pułkownika.

SUWAROW

Sława Rosyanom77!

Odchodzi.

KRECZETNIKOW

Gdzie jest pan Branecki?

ADJUTANT

Gada z karczmarką.

Wychodzi.

Wchodzi Branecki, prowadząc za rękę Judytę już ubraną jak poprzednio, w pięknym Żydowicy stroju.

BRANECKI

Na honor szlachecki!

Nigdy piękniejszej nie widziałem jędzy.

Dałem jej kiesę pieniędzy,

Rzuciła na ziemię złoto,

Zdjęła worek, z bladej twarzy

Obtarła popiołów błoto

I stoi cała w klejnotach

Jak paw, kiedy rozwachlarzy

Ogony.

JUDYTA

Nu, wy w namiotach

Mieli od mojego sługi

Pokazany ten loch długi,

Idący tu do piwnicy.

Teraz wy, jak na gościnie

U rabina Żydowicy,

Szanujcie ludzkie żywoty,

Niech tu żadna krew nie płynie,

Niech tu nie grzmią żadne grzmoty,

Bo...

BRANECKI

Bo i cóż?

JUDYTA

Bo ja proszę.

BRANECKI

Na twoję instancyę wnoszę

Tę prośbę do jenerała,

Aby wiatrem nabił działa

I kul nie dawał harmatom;

A manifestami z lawet

Walił w tył konfederatom,

Oddawszy im to wet za wet,

Co nam niosła ich wymowa,

Za wiatr — wiatr, za słowa — słowa.

JUDYTA

Nu, kto ty, co im urągasz?

Czy ty pies, że ludzkie kości

Na polu zębami ciągasz?

I nad trupem jesteś w złości?

BRANECKI

Co, najpiękniejsza z karczmarek?...

Wziąść78 ją, ręce związać sznurem...

Niech czeka.

Moskale wiążą Judyty ręce w tył i krępują powrozami. Adjutant wchodzi, prowadząc Księdza Marka pod strażą.

ADJUTANT

Oto ksiądz Marek!

Pod samym klasztornym murem

Z szablą w ręku wzięty w plen.

BRANECKI

Co? ksiądz Marek? oszust ten?...

Czy to ty jesteś, mój klecho?

KSIĄDZ MAREK

Ja sam.

BRANECKI

Bądźże nam pociechą

I grzesznych orędownikiem.

Księże, tęgim jesteś ćwikiem,

Oszukiwałeś rok cały

Wszystkich nabożnych i głupich;

Biłeś się jak jenerały

I chciałeś sobie z głów trupich

Wybudować kazalnicę,

Skąd byś mógł do króla gadać...

Czas ci na osiołka siadać,

Przejechać się przez stolicę,

Gdzie już nie podolskie mózgi

I szlachecka cię głupota

Przyjmą, ale kat i rózgi;

Bo ta twoja tu robota,

Te bunty i te powstania

Warte tylko wysmagania.

KSIĄDZ MAREK

Czegokolwiek one warte,

Pokornie proszę Waćpana,

Abyś me piersi rozdarte

Lekarzom opatrzyć kazał.

BRANECKI

A gdzież ty tak habit zmazał?

A gdzież wzięta owa rana?

KSIĄDZ MAREK

Na polu, z ręki Moskala.

BRANECKI

Jak to? więc Pan Bóg pozwala,

Że i święci noszą blizny?

KSIĄDZ MAREK

Tak, mospanie, dla ojczyzny

Pozwala Pan Bóg i świętym...

BRANECKI

A rózgami być ociętym?

KSIĄDZ MAREK

I to zniosę.

BRANECKI

Kreczetnikow,

Daj mi, proszę, dwóch burłaków

Z sekty twoich biczowników,

Bo w całym hufie Polaków

Nie ma ludzi... a ten klecha

Zna się na bicia dobroci.

Patrz, jak się na to uśmiecha,

Że Moskal mu kość wymłóci...

Hej! bić go tak, aż krwią się spluszcze.

Stają żołnierze przy księdzu.

KSIĄDZ MAREK

pokazując przed sobą palcem na ziemię, do Judyty

Upadnij tu na kolana,

Córko, niechaj ci odpuszczę.

Idę do mojego Pana.

JUDYTA

rzuca się na kolana, szlochając

Przeklnij! przeklnij!...

KSIĄDZ MAREK

Ja, Judyto?

Oto naród mój zabito!

Oto, patrzaj! tam w oddali

Płomień... Dom się boży pali

Nad ognistej krwi strumieniem

I niebo kole płomieniem,

Jak miecz archanioła kręty,

Już na brusie79 pociągnięty,

Ostrzem postawiony w górę,

Miecz gotów karać naturę!

Ludzi, że są przeciw cnocie,

Braci, że rwą serca bliźnie,

Polaków, że przeciw ojczyźnie,

Niewinnych, że są w ciemnocie,

Winnych, że w jasności ślepi.

Oto miecz z płomieni różnych,

Co wkrótce niebo rozszczepi,

Potem się na domach próżnych

Powali, świszcząc jak żmije,

I powali, i nakryje

Gwałty, płacz, mordy rumiane

I to miasto wyrzynane

Jak anioł ognia pochłonie.

I podobny jest koronie

Z hyacyntu, z chryzolitu,

Śród gwiazd białych i błękitu

Przez duchy boskie trzymaną;

Aż naród zegnie kolano,

O Bogu pomyśli w burzy

I na to ogniste wiano

Męczeństwem ducha zasłuży.

I jest jeszcze jako kręta

Burza, co płomieni ręką

Porwała tam sakramenta.

Krzyże, hostye z pańską męką,

Obrazy przeświętych wzorów,

I grobowce fundatorów,

I podłogi, które rosi

Ludu łza, nawet kamienie;

Zawinęła je w płomienie

I Panu Bogu odnosi.

Więc i te drzewa żałobne,

W Zielone Świątki sadzone,

Których pnie takie czerwone,

Listki jak iskierki drobne

W rubin na nitki zniżane,

Jak struny wichrem odwiane,

Ogniem zajęte przy korze;

Te drzewa, to harfy boże,

Od kościelnego krawędzia

Idące rzędy długimi,

To Dawidowe narzędzia

Hymnów, które tu na ziemi

Śpiewają mi z tryumfalnych

Pieśni długie litanije,

Od aniołów niewidzialnych

Duchową ręką trącane.

Widzę Boga! któż mi oczy zakryje?

Chwały niewypowiedziane

Widzę! głosy wielkie słyszę!

Boga, co mi ogniem pisze

Nowy rozkaz, nowe prawo!

Oblewa mnie swoją sławą!

Ogniami męczeństwa złoci!

Pan Bóg mój pełny dobroci!

Którego mię rany bolą

A wola jest moją wolą.

I ja przez tych świateł krocie

Oświecony, miałbym, córo,

Nie przebaczać tu ślepocie?

Lecz we krwi umoczyć pióro?

Ja, którego Bóg dziś słucha,

Wydać mam na twego ducha

Wyrok na wieki tracący?...

Owszem, węgiel gorejący

Na bladych ci ustach kładę;

Zmazuję wszelką szkaradę,

Wszelkie jady, co je ślinią,

Abyś była prorokinią

Przyszłą między twoim ludem,

Nawrócenia żywym cudem,

Jedną z tych, co w kraju jęczą,

Jedną z tych, co boleść dzielą,

Jedną z tych, co go weselą,

Jedną z tych, co w przyszłość wierzą;

Świecącą przymierza tęczą,

Świecącą, aż pioruny uderzą

I z chmur spędzą jak ostatnią pochodnię.

Bo wiedz, córko, że wszystkie ci zbrodnie

Odpuszczone są na wieki wieków.

obraca się do Moskali

A teraz krzyża i ćwieków,

A co macie czynić, czyńcie prędzej.

Wyprowadzają go straże.

JUDYTA

On przebaczył, bo ja w nędzy,

Bo on wie, co ja cierpiała...

Puśćcie mnie do jenerała,

Do ruskiego wojownika.

Nu... niech on księdza nie tyka,

Bo straci całe obozy,

Piorun mu spadnie na ramię.

rwąc na sobie powrozy

Bo tak... jak ja rwę powrozy,

Tak ja mu wojsko połamię!

Spalę lud jak błyskawica!

MOSKALE

Czarownica! czarownica!

JUDYTA

Nu, ja wolna przed grabieżą

I przed ogniem i przed katem.

Jeśli tam księdza uderzą

Jednym tylko, jednym drutem,

Tak wy padli z całym światem!

Ta krew wasza jednym łutem

Nie zaważy przed krwią Judy!...

Nu, tam patrzcie! oto cudy!

Oto w pożarach wychodzi

Ksiądz męczony.

BRANECKI

Co to znaczy?

Kto nam tu stracha przywodzi?

To ksiądz!... tysiąc sto kartaczy!...

Widmo po pas obnażone

Z katowskiej wychodzi chaty.

A za nim wloką się katy,

Niby dwa słońca czerwone.

Niby dwa czerwone duchy,

Zgięci jak żebracy na kulach

I biją się po koszulach.

A koszule markietanów

Od czarnej smagalnej pluchy,

Są jak skrzydła u szatanów,

Oczy przenikają zgrozą,

Powietrze całe czerwienią...

Wchodzi Ksiądz Marek.

KSIĄDZ MAREK

Lub się serca w katach mienią,

Lub Pan oczy zaćmi ślozą80...

A ciemna to była chata,

Gdzie mię po pas obnażono.

Więc zamiast bić w moje łono,

To kat się rzucił na kata

I we krwi się oba pluszczą...

Rozłączcie ich, bo się nie puszczą,

Aż skonają.

KRECZETNIKOW

do katów za sceną

Precz, sobaki81!

Wziąść82 ich, zanieść do szpitala.

Branecki, cudownik taki

Harmaty nam pozapala.

Zrobi bunt w moskiewskiej armii.

Ach! tam Katarzyna karmi

Tyle mnichów ruskiej wiary;

A wszystko chłopy do miary,

Poszczą chlebem i jesiotrem

A żaden cudów nie umie.

BRANECKI

Poślij jej Żydówkę z tym łotrem.

KSIĄDZ MAREK

Cokolwiek w twoim rozumie

Ułożysz, to nie pomoże,

Bo ja tu ciało położę

Pierwsze dla kraju i wiary.

I mój kopiec jak sztandary

Będzie trwał — aż wiek przeminie,

Aż ludzie z jasnymi skrońmi

Pokażą się w tej krainie,

Wchodząc ducha mego bramą.

Więc nie porwiesz mię stąd końmi!

Ani nawet śmiercią samą!

Mój duch wiecznie tu i ciało

Przyszłego kościoła skałą.

KRECZETNIKOW

Hej, z kibitką kapitana!

KSIĄDZ MAREK

Patrz, kogo wysyłasz ze mną,

Bo na drogach pańskich ciemno,

I często jest krwią zbryzgana

Ta ciemna i nocna droga,

Krwią szaleńców roztrąconych o Boga.