Hymn anioła

Gdzie kilka palm pustyni, gdzie wrące powietrze

Drży przebiegane falą żółtawą płomyków,

Tam ja byłem na spiekłym urodzony wietrze,

Tam jak szakal pilnuję gryzących się szyków.

A kiedy trupami pustynię pokryją,

Nim księżyc się w niebie wyśrebrzy dwa razy,

Szakale nocami pieśń sławy im wyją,

Ja mszczę się umarłych — jam anioł zarazy60,

I lecę ich żony zabijać i dzieci,

Ażeby niedługo umarłych płakały.

A moje skrzydło krwi plamami świeci,

Ani ich w morza opłucze kryształy.

I lecę miasta zamieniać w pustynie;

A w miastach ludzie czują, że ja lecę

W srebrnobłękitnej — w nadpowietrznej rzece,

Co nad krętymi ulicami płynie.

Z sułtana powracam ja grodu,

Sto głów dziś sułtański ściął miecznik:

A każda na postrach narodu

Z bram miasta jak żółty słonecznik

Spogląda za słońcem zachodu.

I oczy wlepiły w mgłę białą,

Co kraj im rodzinny zakrywa;

I każda się zda jakby żywa,

Krwią płaczą, gdy łez im nie stało.

Zemsty natchnąłem je duchem,

„Mścijcie się” — rzekłem — „dam broni...”

Czarnym zarazy łańcuchem

Sułtańskie grody związały,

W meczetów zakradły się woni.

Za bramy wybiegł lud cały,

Na bramach była zaraza;

Lud martwe dał jej pokłony.

Głowy — jak królów korony

Świecą na słupach z żelaza

I mają poddanych — trupy.

Z syryjskimi łupy,

Ja okręt przez wały

Po morza błękicie

Do portu zawiałem.

I stał oniemiały,

Nie spuścił szalupy,

A na żaglu szczycie,

Nad cichymi trupy,

Ja, anioł, siedziałem.

Lud widząc bitny

W grobów popiele,

Chciałem, by groby otwarli.

„Złoty aniele!” —

Rzekli umarli —

„Weź z naszych grobów płomyk błękitny

I mścij się za nas”... Duch grobów wziąłem

I lecę mściwy,

Bo lud nieżywy

Nazwał mnie zemsty aniołem.

Skonały dzikie dwóch aniołów pienia.

Lambro je we snach gorączkowych składał.

Hymn ostatniego tak rymami spadał,

Jak gdyby w piersi marzeń brakło tchnienia.

Wstał — chciał się zbudzić — lecz padł na dywany.

Usta mu tylko drżały blade, sine,

Jakby chciał mówić — i wzrok obłąkany

Przebiegał marzeń zamgloną krainę.

A jego twarzy powleczonej w bieli

Nawet szatani marzeń się przelękną.

I rzekł: „O duchy! — o ciemni anieli!

Wyście mi zemstę malowali piękną,

Jak najpiękniejszą ze wschodnich odalisk61;

Bo w moim sercu miłość zapaliła.

Choć sny wygasną — ona będzie żyła,

Dla niej utworzę — pośród myśli zwalisk

Krainę czucia, brylantowy Eden...

I nie sam będę... choć klasztorna krata

Już mię na wieki rozdzieliła z Idą...

Szalona zemsta!... burzę świat sam jeden;

Mamże być znowu piekieł Danaidą62

I krew lać wiecznie do tej czary świata,

Co się krwią nigdy napełnić nie może? —

Czyż się beze mnie sam nie zemścisz, Boże?

To są anieli twoi... ci... przede mną,

Przynieśli na świat myśl wielką i ciemną,

Całą na czołach ogniem wypisaną,

Ale nie mogę wyłamać z niej słowa...

Słuchajcie, ludy... mścić się nie za rano...

Nie... dziś nie mogę — dziś mi cięży głowa...

Jutro — dziś w marzeń upływam potopie...

Jutro. — Lecz dzisiaj sennym wydrę cudom

Myśl wielką... potem tę myśl zmartwychwstania

Jak Kleopatry perłę w krwi roztopię

W czarze z kryształu i dam czarę ludom...

A one może w chwili obłąkania

Odepchną czarę... wieczna im mogiła!

Jeżeli czarę od siebie odrzucą,

Jeżeli usta dlatego odwrócą,

Że się w krwi ludzkiej myśl ta roztopiła,

Chociaż tak była bezcenna i droga,

Że o niej dotąd nie śnił nikt — prócz Boga...

Lecz niech ją pojmę — niech przeniknę jasno,

Niech mi z posianych rozkwitnie zarodów

Zemsta człowieka i zemsta narodów...

Jest w sercu... w myślach... moje myśli gasną...

Znów mię ogniste porywa marzenie;

Widzę je sercem i okiem zamkniętem,

Powietrze zda się wielkim dyjamentem,

W którym kolory grają i płomienie.

Szatani! o ciemni szatani!

Jak płyną wirem obrazy!

To mój okręt korsarski na ciemnej otchłani

W skrzydlate widmo się mieni;

A z prawej strony anioł zarazy,

A z lewej anioł ognisty,

Liny z promieni...

I morza obrus błękitno szklisty

Nie łamie się w pianę pod statku piersiami,

I okręt białymi nie szumi żaglami;

I tylko czuję, że płynę

Jak duchy w północną godzinę,

Posępny, okryty mgłami.

I mgła błękitna pobiela

Uciekające wstecz brzegi,

Topią się, nikną jak śniegi.

Znów widne... tam palma drząca

Jako kapłan Izraela

Do cichej twarzy miesiąca

Wznosi dłonie — twarz odwraca

I mówi modlitwy szmerem.

Anioł zemsty kieruje okrętowym sterem,

Odbłyskiem swego lica ciemny brzeg pozłaca.

Palmy się zamieniają w ogniste kolumny

I brzeg cały przeraża pożarów ogromem,

Tylko czarne cyprysy nie dotknięte gromem

Stoją, zmarłego świata pilnujące trumny...

A tam... Kolonny wybrzeże,

Białe posągów narody.

Wśród kolumn tureckie wieże,

Na gmachach las ostów szumi

Jak babilońskie ogrody,

I szmerem głos modlitwy Mahometa tłumi,

Głos, co się smutnym dźwiękiem po fali rozlewa.

A tam, gdzie laur różowy, gdzie oliwne drzewa,

Wybłysła jedna — druga i czwarta kolumna,

Szczęty63 gmachów Jowisza64 ściętą mają głowę.

Jakaż to jaskółka dumna

Na te gzymsy marmurowe

Zaniosła gniazdo? — Skonała

W tych gmachach wiara i chwała,

A ta jaskółka nie skona?

O nie... to chata Santona65

Na gzymsów zawisła szczycie.

Posępna wokoło cisza...

Przed chatą postać derwisza

W nieba skreślona błękicie,

Jako posąg nieruchoma...

Modli się... depcąc świątynie”.

Lambro marzył... a w twarzy zgryzota widoma

Czerni się i łza wstydu po licach mu płynie.

Patrzał w anioła zemsty, w anioła zarazy,

I oba stali cicho — posępnie jak głazy,

I w ich postawach ogień potępieńców bladnie.

„Gdy cały kraj powstanie, ta chata upadnie” —

Rzekli... i okręt płynął na błękitne morze.

„Tam z dala okryta mgłami

Turków stolica w Bosforze.

Tysiące gmachów — meczetów

I tysiące minaretów

Jakby złotymi głoskami

Jakiś napis Alkoranu66

Pisały w nieba błękicie.

„Zemstę będziemy winni przedwiecznemu Panu,

Anioł zarazy siada na sofijskim szczycie

I patrzy na stolicę... Gdzież sen mój? — ciemnieje. —

Paziu, ty rozbić musiałeś zwierciadło,

W którym czytałem wszystko na te oczy.

Rozbić musiałeś — bo wszystko tak mgleje,

Czerni się — pierżcha — rozbija — pobladło,

I coraz grubiej wzrok mi się zamroczy,

Tak że nie widzę nic, prócz myśli własnych...

O męka! męka z tych obrazów jasnych

W ciemność myślenia nagle wpaść oczyma!

O jak głęboko pośród myśli tłumu

Wzrok mój zabiega — jeszcze dna nie trzyma,

To wzrok ocknienia... to promień rozumu

Budzi się z marzeń piekielnych rozkuty...”

Tu korsarz zamilkł — sam w sobie zamknięty,

Długo na łożu leżał rozciągnięty,

Potem się zerwał, krzyknął: „Jam otruty”.