X

Zrazu się wahał i myśli przędziwa

Żadnymi na jaw nie śmiał wydać słowy;

Jakby się lękał, aby śmierć skwapliwa

Nie rozwiązała w pół zaczętej mowy;

I widać było, jak na jego czole

Ze snu chmurami łamały się bole.

Chwyta za sztylet złotem wybijany,

A tak był drzący, że go ledwo dźwignął;

I krwi gwałtownym rozigraniem chwiany,

Nad bladym paziem dłoń wzniesioną trzyma.

Palił się cały — potem cały stygnął,

Żelazo z dźwiękiem padło na podłogę.

„Paź błękitnymi ściga mię oczyma,

On ma twarz Idy — zabić go nie mogę!

Idź w świat — tam ludzie wszyscy ciebie godni,

Obłudą w serca wkradaj się tajemnie;

Ty się ode mnie nauczyłeś zbrodni,

Na Boga, szczęścia nie ucz się ode mnie.

Idź — weź te złoto... może nim zapłacisz

Za snu godzinę — za czarę trucizny.

Weź i tę czarę — wśród domowych zacisz

Jeżeli kiedy dożyjesz siwizny,

Niech do tej czary twoje dzieci własne

Cypryjskich jagód nalewają wina;

A może zaśniesz, jak ja teraz zasnę.

Ja nie przeklinam, śmierć ciebie przeklina,

Śmierć od trucizny — bezsławna — i marna,

I nadto wczesna... Głębi mego łona

Bóg tajemnicze dał zarodu ziarna,

Dał samobójczą myśl, ta wykarmiona

Rosła jak bujne głuszące rośliny,

Stała się zmysłem duszy — rozkwitała.

Czekałem tylko szczęśliwej godziny,

A wtenczas dusza rozwiązana z ciała

Mogłaby skończyć pasmo wyobrażeń

Uczuciem dumy i śmiercią bez marzeń.

Wtenczas koło mnie stałyby wokoło

Z grobów wezwane dawnych druhów twarze.

Z uśmiechem gorzkim odwróciłbym czoło,

Niechby widzieli, że śmierć była w czarze!

Bo oni niegdyś niedowiarstwa wzrokiem

Śledzili we mnie męstwa — nie dostrzegli...

I dziś — dziś jeszcze nie wszyscy odbiegli.

Widzę ją — widzę — tam — z błękitnym okiem,

O nie — to szatan ubiera w mgłę ciemną

Takie obrazy. Wściekłość mnie porywa!

To paź... to ona... martwa... jeśliś żywa?

Ja konam! konam! — chodź ze mną! chodź ze mną!”

Paź upadł we krwi. Lambro drzący, blady

Zbył w nim sztyletu — szedł — i niezatarte

Stopami krwawe powyciskał ślady,

Pot miał na czole — usta w pół otwarte.