II

Paź wszedł... postawił na stół lampę kryształową.

Przy stole siedział korsarz z pochyloną głową

I zadrżał, bo te światło z marzenia go budzi,

Bo te światło natrętne było jak tłum ludzi,

Co widząc blade czoło o szaleństwo woła.

Korsarz długo ze światłem godził rysy czoła,

Twarz jego jakby z kruszcu łamała się twardo,

Malowana na przemian śmiechem, bólem, wzgardą;

A potem się w bezwładną spokójność przybrała;

Jeśli twarz może skonać, twarz Lambra skonała.

I spoczywał bezwładnie na stole oparty,

Przed nim rozwite świata znajomego karty,

Cała ziemia, ramieniem Lambra opasana,

Leżała jak w żelaznych skrętach Lewiatana48.

A te ściany są krwawą powieścią korsarza.

Lampa, co przed nim płonie, zdjęta sprzed ołtarza,

Świeci zbrodni, jak niegdyś przyświecała Bogu.

Tam dalej blask księżyca rzucony na progu

Odbłyska jakby kawał śniegu błękitnawy.

I różne pawilony, z obcej wzięte nawy,

Skarżą się pod stopami korsarza rozdarte.

A tam — lampa oświeca pargaminu kartę,

Firman49 — złotem w sułtańskie ustrojony słowa;

Na nim jak pieczęć z wosku leży trupia głowa,

Od sułtana samego głowy mało mniejsza,

Żółta, lśniąca i może z czaszek najpiękniejsza.

Dalej złotem wybite, krwią rdzawe oręże,

Nad czarami ze spiżu okręcone węże

Zginają kark do czary po szczątki trucizny.

Z tych ścian wyczytaj zbrodnie wygnańców z ojczyzny.

A sumnieniem50 kajuty są ścienne zwierciadła,

Których powierzchnia parą wilgoci pobladła,

I — co dnia zasłonami grubszymi ciemnieją,

I co dnia, na co patrzą, spowiadać nie śmieją. —

Czasem słychać szum morza, czasem cichość głucha.

W ciszy korsarz podnosi blade czoło — słucha.

Jego myślom, w dalekie rzuconym zawody,

Odpowiadają dźwiękiem krople morskiej wody,

Co ze szczelin sączone dźwięk wydają szklanny51,

Jak płacz łzawy dalekiej w cytrynach fontanny.