SCENA III

MARIA, PAŹ.

MARIA

Poszedł... Nie wstrzymałam...

Czuję, że mogłam wstrzymać... Czarne moje serce!

Mogłam go jednem słowem wstrzymać — i nie chciałam.

Niech teraz dla nas ślubne rozścielą kobierce...

O! Nie! Nie dla mnie szczęście. Paziu, powiedz szczerze,

Ja okropną być muszę?...

PAŹ

Pani! Jesteś blada.

MARIA

Klęknij tam, przed ołtarzem, mów za mnie pacierze...

Paź odchodzi przed ołtarz, lecz niespokojny patrzy na królową.

Na moje oczy jakiś sen trudzący spada,

Marzę i czuwam... barwę przybrały marzenia...

Tron i świateł tysiące... ja siedzę na tronie...

Teraz wszystko ciemnieje... w purpurze, w koronie

Idę — o Boże! Boże! To mury więzienia...

Któż mnie wtrącił w te mury, żywą zamknął w grobie.

Wokoło jeszcze wiernych przyjaciół drużyna,

Dlaczegóż płaczą? Czemu ubrani w żałobie?

I ksiądz nade mną czarne grzechy przypomina,

Jakież grzechy?... dzisiejszą noc... dzisiejsze zbrodnie!...

Teraz... wszyscy odeszli, kapłan się oddala,

Wchodzę do jakiejś sali? To tronowa sala.

Posępnym blaskiem płoną tysiączne pochodnie,

Na moim tronie obca zasiadła kobieta...

Boże! Sala tronowa, a kirem wybita?

Zamiast kwiatów, ubrana w żałobne cyprysy...

Klękać mi każą — po co?... modlić się do Boga?

Ach!!!

PAŹ

przybliżając się.

Pani! W tych marzeniach widzę główne rysy

Przepowiedzeń dziwacznych twego astrologa.

MARIA

Lecz czemuż w tej godzinie stają mi na myśli?

Umysł je przybrał w jasne obrazu kolory,

Postaci ich odbija, wszystkie twarze kreśli.

PAŹ

Pani moja! Masz umysł obłąkany, chory.

MARIA

Czy nic nie słyszysz, paziu?

PAŹ

Wkoło głuche cisze,

Tylko echo pałacu słowom odpowiada,

Tylko wiatr gałęziami modrzewiów kołysze,

I przez gotyckie okna blady księżyc pada.

MARIA

Co? Księżyc świeci? Jaka blada przy księżycu

Musi być twarz Botwela? Na ponurym licu

Głęboki zamysł zbrodni uśpiony spoczywa;

Za nim księżyc na trawie długie kładnie32 cienie;

Błąka się — w dłoniach lampy ognisko ukrywa,

Aby jej nie zgasiło silne wiatru tchnienie...

O! Tak, bogdaj by zgasła! Wróci z twarzą ciemną,

Lecz przynajmniej nie ujrzę zbrodni na tej twarzy.

Nie, nie, lampa nie zgaśnie, sam wiatr ją rozżarzy.

Henryk zginie!... O Boże! Zmiłuj się nade mną!

Po chwili, z wzrastającym przerażeniem.

To Rizzia! Rizzia słowa! Czyż ta noc wróciła?...

Patrzcie — on się w te szaty królewskie otula...

Nigdy krwi nie widziałam!. .. szat mi nie splamiła...

Stój, Duglasie! Patrz, paziu! Patrz tam za mnie, w cieniu,

Czy tam kto stoi za mną?...

PAŹ

Kto?

MARIA

Nia ma tam króla?...

PAŹ

To mara utworzona w twoim przywidzeniu...

MARIA

Słyszysz, powtarza: — jestem! Jestem tu przy tobie!

Jest przy mnie? Tu, w tej sali, jeszcze w takiej porze?

Lękam się spojrzeć za mnie... powinien spać w grobie

A on jest teraz przy mnie! Nie, to być nie może!

Lecz jeszcze czas! O paziu! On żyje! Król żyje!

Śpiesz! Zatrzymaj Botwela, śpiesz, mój paziu drogi!

O Paziu! Ty zadrżałeś? Z radości? Czy z trwogi?

Śpiesz! Śpiesz! Ja nieszczęśliwa! On króla zabije...

Na miłość Boga! Śpiesz się...

PAŹ

Botwel nie posłucha.

MARIA

Prawda... Nieś mu ode mnie, nieś ten pierścień złoty...

Wszak jeszcze czas! Czas jeszcze. Wszędy cichość głucha.

Nie, król umrzeć nie może, nie zniosę zgryzoty.

PAŹ

Śpieszę...

Biegnie do drzwi, lecz nagle chwieje się i drży u progu.

MARIA

O Boże! Boże! Śpiesz, mój paziu miły!

Czegóż czekasz?...

PAŹ

Królowo moja! Nie mam siły,

Tak mi słabo...

MARIA

Śpiesz, paziu!...

PAŹ

Już idę, królowo!

Już idę! idę!... Och! och!...

Pada.

MARIA

Paziu! Drogie dziecię!

Paziu! Przemów, mój drogi! Przemów jedno słowo!

I miałżeby on umrzeć, umrzeć w wieku kwiecie?

Nie... on umrzeć nie może.

PAŹ

słabym głosem.

Te bole przeminą...

Senny jestem... Królowo, kochasz mnie?

MARIA

Jak syna!

Paziu! Obudź się, drogi! Weź tę kroplę wina,

Może ciebie orzeźwi?

PAŹ

drżącym głosem.

Już piłem dziś wino...

Mario moja! Och! Och! Och!...

Kona.

MARIA

Paziu! Moje życie!

Paziu mój! Wołam, budzę, a on się nie budzi?

Boże! Za moje zbrodnie skarałeś to dziecię!

Powiew zbrodni koło mnie już zabija ludzi,

A mnie zabić nie może, jak niegodną kary.

Klęka na stopniach przed krucyfiksem.

Boże! Błagam cię! Przyjmij mnie na twoje łono,

Przywykłam spokojności szukać na dnie wiary.

Na cóżeś moje czoło uwieńczył koroną?

Na cóż mnie szata ziemskiej wielkości okryła?

Blask marzenia już zniknął, gdym tę noc przeżyła!

Słychać wybuch miny.

Ach!!!

Po chwili zrywa się i biegnie do okna.

Widzę! Widzę! Kłęby dymu i płomieni,

A tam, w czarnych obłokach, jakiś duch straszliwy

Ulatuje do nieba, chmurzy się i mieni;

To Henryk! Henryk! ja go poznałam — nieżywy!...

Odwraca się od okna i znów cofa się z przestrachem.

I tu znów Henryk! Henryk przede mną w tej sali!

Widziałam go przed chwilą, był blady i chory,

A teraz takie jasne na licu kolory,

Jakby żył jeszcze — oko płomieniem się pali...

Precz! Precz ode mnie! Szukasz ślubnego pierścienia?

Oto go masz! Już odejdź — nie jestem twą żoną.

Ach Henryku! Henryku! Nie masz ty sumienia!

Dręczyć tak duszę tylu mękami dręczoną!...

Ach, zlituj się nade mną — jestem nieszczęśliwa!

Chcesz może widzieć moje udręczenia, nędzę,

Patrz na twarz moję — z oczu strumień łez nie spływa;

Lecz ja cierpię, przysięgam! Nie wierzysz przysiędze?

Wszak jeszcześ słowom moim ufał przed godziną.