SCENA VI

ZBIGNIEW

wchodzi.

Tu wszedł paź, już go nie ma, zaczekam tą razą55,

Niechaj nas po dniu zimne rozsądzi żelazo.

O! Zabić go! A potem zabić się samemu.

Cóż jest w tej cichej śmierci okropnego? Czemu

Lękamy się tej ziemi, co nam czoło plami,

I snu z założonymi na piersiach rękami?

Śmierć, innej nie ma drogi przede mną — o Boże!

Gdyby mi kto powiedział wczora, że być może

Jaki człowiek na ziemi, z sercem ludzkim w łonie,

Śmielszy, niż róża listkiem kryjąca jej skronie,

Bliższy jej ust, niż swojski jej kanarek złoty,

Szczęśliwszy niż powietrze, niż owe istoty,

Muszki wieczorne, którym ja zazdroszczę co dnia,

Ach, nie wiem... wczoraj mi się zdawała to zbrodnia

Dotknąć jej twarzy... dzisiaj może bym szalony...

Tak więc ten, co się pali sam — żar zapalony

Ciska na serca drugich i winien pożogi,

Która człowieka wali losowi pod nogi

Zimnym — zwalanym trupem...