IV

Na skałach Oceanu postawiłeś — Panie —

Ducha mego, aby Ci uczynił śpiewanie

Z całej wiekowej męki... A on się ku Tobie

Podniósł i uczuł wieczny, nieśmiertelny w sobie:

Piękne słońce moralne...

Przypuść — Sofos moja —

Że to ja znaleziony przez ciebie u zdroja,

W koszyku sitowianym: prorok i sierota...

Ty już królowa w perłach... ty już cała złota

Diamentami drogich, błyszczących kamieni,

Stojąca na pałacu — w tiarze183 z promieni...

Ty już Izys egipska — ciągle tym zajęta,

Jakoby te, piekłami grożące zwierzęta,

Mieć na wieki... Więc oto, wprzód lecąca w górę,

Zeszłaś w Głąb Genezyjską i oną naturę

Podsłuchałaś — wykradłaś ziemne tajemnice,

Czarodziejstwa: w twym wozie złotym — oto lwice

Chodzą ułaskawione; ptaki lecą z listem;

Ty węże masz w pałacu i wiesz, jakim świstem

Wywołać je spod ziemi... Smok wstaje i syka,

Gdy zawołasz, i czeka — a ty niewolnika

Wyprężonego trzymasz oczyma z daleka

I grozisz mu — a tak się boisz, jak człowieka

Obrażonego... Więc choć taka otoczona

Zwierzęty i gadami — i zaprzyjaźniona

Z całą straszną naturą: — wszakże byś żądała

Poniszczyć i potracić te okropne ciała,

Mogące ci być piekłem. Ichneumon u ciebie:

To Bóg, bo je wyniszcza. — Wiara twoja grzebie

Ciągle w łonach uczucia i logiczne wątki

Snuje — od słońc dalekich i rajskiej pamiątki

Nie odlatując... a chce być zbawienia panią.

Więc już i miłość twoja, za wieków otchłanią

Spromieniona z Helionem, bez żadnych odgłosów

W sercach ludzkich — poznała, że lekarstwo stosów

Próżne było, że płomień z boleści nie leczy.

Więc szuka... więc się sama boleśnie kaleczy,

W brata ramiona rzuca... Węża cię nauka

Dotąd ogniami straszy... Ust zimniejszych szuka:

Rada by na strumieniach gdzie — ułabędzioną

Być łabędziowi siostrą, kochanką i żoną...

W grzech uniesiona, jakby szaleństwem gołębi

Afrodycianych...

Wtenczas ja, myślący głębiej

O ludzkości strapionej — gdzieś o rajskim świcie —

Siedziałem na różanym, sieńskim184 granicie

Egipskiego pałacu twego — wychowany

Przez twe sługi. A ludu mego ból i rany

Już na mnie swoją pieczęć straszną położyły:

Bom był zdziczały — strasznej potęgi i siły —

Dziki w oczach... A na mnie, jako na sierocie —

Czułem — leżała sprawa, przy ogniach i grzmocie

Mająca wstać... A jednak usta były twarde

W mówieniu — myśli ciemne, potężne i harde,

Ale nieśpiewające... Pierś zaklęta była. —

Jakiż piorun mię wstrzęsie? I kto powysyła

Z wnętrzności moich — prawa poważne jak starce:

W sieroty biednych piersiach — gdyby w złotej arce

Złożone? Kto mi do ust trąby tryumfalne

Przyłoży — a te Ducha podstawy moralne

Rozgłosi? Kto wężowy Duch kłamiący zdusi? —

Właśnie mię Pan Bóg oto na puszczach przymusi,

Że jako przewiniciel, godny Jego grzmota:

Ja sam przeciwko prawu świętemu żywota

Stanę zawinicielem... Widzę oto skały,

Gdzie ze mnie, Judejczyka, buntownik zuchwały

Stał się — a w ręku pałka zbroczona, strzaskana

Kurzyła się — a z piasku trup Egipcjana

Zabitego wyglądał... Ta krew w oczy moje,

W późne lata — ze skały gdym wypuszczał zdroje —

Sądziłem, że spod rózgi cudownej wybucha

Czerwona. O! straszliwa jest wszelkiego Ducha

Powieść na ziemi...

Straszne z czynów są upiory...

Więc kiedym tę krew rozlał — a strachu i zmory

Doświadczył — i w pustyni uciekał rozdroża;

To dopiero natenczas Moc straszliwa boża

Na podniesione władze w Duchu uderzyła;

Krzak zawołał... Myślałem zrazu, że mogiła

Zabitego rozgłośną skargą i podziemną

Krzyczy za mną; lecz ognie stanęły przede mną,

Pan Bóg mi sobą drogę ucieczki zakładał,

Krzak się zaognił — buchnął płomieniem — zagadał,

Czas w skamieniałym — chwilą uczynił i wiekiem:

Krzak płomienisty stanął — i Bogiem-Człowiekiem

Stał się — i gadał ze mną...

Przebaczcie oboje,

Że takim płomieniskiem te listeczki moje

Czynię strasznymi... Chciałem rzecz logicznie snować,

Iść równo — i średnich się struneczek pilnować,

Nie — uderzywszy nigdy w wysokie mosiężne;

Ale gdym dotknął Boga... serce moje mężne

Powstało... bo to Pan Bóg, który mię po fali

Z Egiptu wyprowadził...

Wyście go czekali

Wtenczas... a jam go widział. Lecz zwyczajem wieszczów,

Podług wewnętrznych Ducha przestrachów i dreszczów

Zjawiło się widzenie... Myśl przygotowana

Była dawno — przyćmiona od zbrodni — rumiana;

Strachów przelatujących przez włosy szelestem,

Serca biciem — do tego słowa: «Oto jestem»:

Usposobiona... Lekko uderzył po strunach;

Naprzód szeptem — a potem w grzmotach i piorunach

Gadał ze mną — a jam mu za tło morza służył.

Lecz patrzcie, jakich mocy nieśmiertelnych użył

Duch najwyższy — Najwyższa, słoneczna opieka —

Aby tu sobie w Duchu jednego człowieka

Duchowidnym uczynił, w słuch niebieski wprawił:

Sumienie obiegł — myśli przestraszył — zakrwawił —

Ludu jękiem rozrzewnił — niewolą ucisnął

I przed klękającym w przerażeniu... błysnął

Na odludnej pustyni. A ta boskim krokom

Jest droga: — że wprzód zawsze opowie prorokom,

Gdzie ma iść... i gdzie się ukazać na świecie.

Więc teraz — z Ducha patrząc w cuda — rozumiecie:

czym był ów krzak cierniowy? — Co była ta skała? —

Chrystus idący w puszczach? — Skąd we mnie się brała

Moc sprawująca plagi?... I ogniste ręce

Podniesione — co Duchy rządziły zwierzęce

I ziemie zalewały którą bądź naturą

Ducha rozmnożonego?... Bo sama — o, córo

Faraonowa — byłaś mocną w tej nauce.

Więc jeśli rzekła gałąź: «w węża się przerzucę»;

Jeśli rzekł wąż: «w ognistą różę się przemienię» —

Tyś wiedziała, że mocne jest Ducha nasienie

Uczynić to lub owo — ubłogosławione

Ręką człowieka. Wody błękitne w czerwone

Przemieniały się. Wiatry — jako szkła pogodne —

Napadały...

i wielkie chłopy pierworodne —

Niby lwy — naprzód w łożach wszystkie wydusiły,

A barankową, młodą, niewinną gardziły

Krwią — dla wielkiej powagi, która jest naturą

Lwią... i przez dom judejski przenosiły górą,

Nie szkodząc — lecz ognistym podobne rumakom,

Dom taki przesadzały. — Ani więc tym znakom

Paschalnym, które pisać zleciłem na wrotach,

Nie dziwcie się: Duch w plagach zwierzęcych, a w grzmotach

Bóg był — Człowiek...

A z tego łatwo teraz sama

Wysnujesz — Słonecznico przedświatna Adama —

Dalsze duchowe wątki; złotorogie czoło;

Twarz, którą, jak słońce — pod opony połą

Ukryłem, rozstrzeloną w tysiące promieni...

Zrozumiesz i te prawa, z przerażonej rdzeni

Sumienia wydobyte: te, które ze skały

Zniosłem, czerwone w grzmotach — te praw kardynały,

Przed którymi sumienny wąż się upokorzył.

Chrystus je znalazł żywe: — odczytał, położył

Na miłości bliźniego — i kazał na nowo

Rozkwitnąć w prawo Ducha, w Nadglobowe Słowo,

Pod inną niż długiego żywota nadzieją...