XVIII

Kto go tak ubrał? Nieraz synek mały,

Kiedy na ojca padał księżyc biały,

Widząc, jak w świetle twarz się grafa mroczy,

Dwie białe róże kładł ojcu na oczy;

Lub w obłąkaniu (o jasne i wdzięczne

Dziecka przysługi!) promienie miesięczne

Od ojca wzroku brał na swoje lica

I tak zesmutniał cały od księżyca.

A dziś — okropność! miałżeby Wacława?...

Przy łożu chustka ta leżała krwawa —

Miałżeby synek ten łachman grobowy,

Może z anioła ciemnego namowy

Na głowę ojcu?... O nie! ta czerwona

Chusta nie była w ręku Eoliona.

O nie! — przysięgam, święci aniołowie!

Syn nie położył mu tej krwi na głowie.

Bo mniej straszliwa byłaby ofiara,

Gdyby ojczyzny samej przyszła mara

Zajrzeć w lekarstwo zaprawne piołunem

I zdrajcę takim nakryła całunem,

Aby raz jeszcze, nim go Bóg obudzi,

Czerwono wrył się w pamięci u ludzi.