XXXVII

I znów na zamku jasnych świateł krocie,

Księżyc w ogrodach, szum kaskady w grocie;

I znów tam cicho, i kaskada grzmiąca

Znowu się srebrzy na blasku miesiąca.

Mówią, że łabędź i róża czerwona

Szepcą w powietrzu imię Eoliona,

Gdy wszystko ścichnie wieczorną godziną,

Gdy róże płaczą i łabędzie płyną.

A o dzieciątku tym z twarzyczką ducha

Została jakaś ciemna powieść, głucha.

Mówią, że raz go widziano w tej grocie,

Całego w gwiazdach, w promienistym złocie;

Duchy powietrzne za tęczową szarfę

Przyniosły jemu zapaloną harfę;

Usiadł... do ognia strun przybliżył ręki:

A pierwsze z harfy westchnienia i dźwięki

Zwołały wszystkie łabędzie z ogrodu;

A drugie tony jak jęki narodu,

Co cicho konać i cierpieć nie umie,

Zrobiły szelest w tym łabędzi tłumie;

A gdy śpiewaka pieśń i tony rosły,

Wszystkie się razem łabędzie podniosły

I poleciały płaczącym orszakiem

W niebo gwiaździste, z harfą, ze śpiewakiem,

I znikły, długo widziane na górze,

Jak girlandami spięte białe róże,

Ulatujące w niebieskie krainy,

Dosłuchać harfy tej i tej dzieciny.

Nie wiem, czy wierzyć — lecz cudy są wszędzie...

I odtąd znikły w ogrodach łabędzie,

I szafirowych wód nie krają łonem,

Bo poleciały wszystkie z Eolionem.

A Bóg nam wieszczów zostawiać nie raczy,

Odkąd zabrakło już białych słuchaczy.