Pył

Pył drogi wzbija się i przykleja, wiruje i spada na świat

razem z pyłkami roślin prerii i zapachem zwierząt.

Czasem jest samym westchnieniem, rzewną pozostałością

wielkiego kamienia, z którego powstał, nim obrócił się w proch.

Zupełnie jak ktoś, kto odszedł w nieznane i nie pamięta już

drogi ani ramienia, które wspierał, a które dawało mu

poczucie istnienia wobec drugiego, identycznego człowieka.

Z nim i innymi zwykł wędrować i trudzić się do wieczora.

Teraz żyje w rozproszeniu. Pył klei się od łez porannej rosy,

szemrzą trawy. Samotny bizon żywi się przy drodze,

aż nadjeżdżają samochody i stają przed nim na baczność.

Bizon łypie krwawym okiem i majestatycznie

przekracza szosę, nie zważając na wzruszonych ludzi,

którzy gapią się w jego kark i zad, aż znika za linią lasu.

Wtedy samochody ruszają po nowe wrażenia. Jednak beznamiętnie

przemierzają Wielkie Równiny — ziemię Indian Lakota.

Grunt oddycha tu równo, spokojnym tonem, aż do Badlandów15,

gdzie nie ma już wytchnienia, tylko susza, kaniony i skalne fortece.

I sen o najgorszym oblężeniu. Samochody zatrzymują się

przy szklanych gablotach, które kryją szczątki hienodona16

i innych równie śmiertelnych dinozaurów w miejscach

ekshumacji, czyli ich miejscach na ziemi, która

stała się dla nich kryptą aż po nasze muzealne czasy. Ale

tysiącletnie wykopaliska bywały potem witane ze łzami,

każda czaszka z zębami, kośćcem kręgosłupa i pęcinami.

Za złymi ziemiami pył nabiera koloru — różu ziem rzadkich,

samochody zatrzymują się pod motelami, żeby ochłonąć.

Pasażerów, którzy przywieźli ze sobą bażanty, spotyka

nieprzyjemna niespodzianka — wyraźny zakaz mycia

bażantów w wannie. Niektórzy są więc niezadowoleni.

Ich bażanty będą musiały poczekać na bardziej liberalną

łazienkę. Samochody pędzą dalej w stadach, z których jedno

szuka patriotycznych wrażeń. Na Mount Rushmore17 flaga

jest spuszczona do połowy masztu. W tym dniu

składają do grobu żołnierza zamordowanego w Iraku,

który mieszkał w stanie Południowa Dakota, a może stamtąd

także pochodził. I czuje się jakiś ból w powietrzu, jakby kłucie.

Aleja flag stanowych prowadzi do punktu widokowego,

z którego można podziwiać kamienne spojrzenia wielkich

prezydentów. Na kolumnach, pod każdą flagą, widnieje

rok i numer kolejności przystąpienia stanu do Unii. Pierwszy

Delaware, co dziwi niedokształconych, którzy nigdy nie lubili

historii, nie doceniali jej nauki ani mądrości tylko co najwyżej

jej skutki, ale te najbardziej aktualne i obowiązkowe.

Jednak w Rushmore można doznać wewnętrznej,

obywatelskiej przemiany, tak głoszą dumne transparenty.

Chyba, że kogoś interesuje głównie shopping18 to może zapaść

na dłużej w sklepie z pamiątkami z Rushmore, wśród których

najmocniej zachwyca szklana choinka. Geometryczny design19,

artystyczne przeniesienie obrazu igieł w cięte kwadraty szklane,

zielonomorskiego koloru, poprzetykane wzdłuż pnia małymi kostkami,

największe na dole, zmniejszające się ku górze, aż do gwiazdy

kryształu czubka, ale co najważniejsze skręcone względem siebie,

o niewielki kąt, tak że boki sąsiednich płytek, będące

kolejnymi piętrami gałęzi nie są nigdy równoległymi.

Choinka nie ma związku z prezydentami, ale z ziemią

Rushmore wysadzaną sosnami. Za to uczy i bawi kieliszek

do prawdziwej wódki ze złoconymi brzegami, różową

metalicznokrzemową zewnętrzną powierzchnią

lustrzaną i wnętrzem takim samym, tylko niebieskim,

na którym widnieją złotą farbą namalowane głowy

amerykańskich prezydentów: Waszyngtona, Jeffersona,

Lincolna i T. Roosvelta, który powiedział, że sekret

życia polega na tym, by robić to, co się da, za pomocą

tego, co się ma, i tam, gdzie się jest. Więc jest ten

kieliszek z sekretem dla zuchwałych miłośników

pamiątek i niespodzianek. Jednak to nie koniec wyprawy

do ciekawych sklepów. W Wyoming czekają jeszcze

ozdobne miniatury gipsowe kapeluszy kowbojskich

i plastikowe bizony. Samochody pędzą dalej

na dzikszy jeszcze zachód, przez szybkie Rapid City20,

Big Horny i kanion Tensleep. Gdzieś po drodze kelnereczka

z fioletowymi, obdrapanymi paznokciami podaje wino

w czerwonych plastikowych kubkach do wody. I jest

nielegalne spożycie przy legalnym stoliku, stojącym

na chodniku. Stróże prawa mogą się przyczepić i ukarać

grzywną szefa kuchni, który wygląda jak Big Mario21,

za zewnętrzną sprzedaż za murami i za zepsucie wizytówki

miasta, jaką jest skrzyżowanie. W tym samym mieście,

czy to może być przypadek (?), dwa śmiałe jelenie

patrzą kontrolnie turystom w oczy, czy na nie doniosą,

czy może jednak nie. Oszacowawszy zdolność do donosicielstwa

jako niewielką, beztrosko włażą do prywatnego ogródka, żeby

pożywić się warzywami i kwieciem rosnącym solidnie

w równych grządkach. Jest doza nieuczciwości w przyrodzie,

z którą turysta się godzi, kolaboruje, a nawet z niej korzysta,

choć lepiej by było, gdyby np. posłuchał wykładu

o „Historii wspinaczki na Devil’s Tower22 w opowiadaniach i piosence”

ale on nie, on woli podziwiać spacerkiem żebrowania szatańskiej skały,

wiekową nieścieralność magmy, karmić zdemoralizowane

pieski preriowe23 i jechać dalej. Zabiera tylko swój samochód.

Nie brak po drodze wygód i atrakcji: przyjaznych moteli

z pokojami dla niepalących i dostępem do sieci, a także

niezliczonych baz śniadaniowych z wyśmienitym stekiem,

zasmażanymi ziemniaczkami i jajkami w optymistycznej formule:

sunny side up24 i oczywiście kelnerkami — tymi hożymi, przemiłymi

dziewczętami, które mają dla Ciebie mnóstwo serdeczności

i zainteresowania przebiegiem Twojego posiłku i czasem nawet

któraś nazwie Cię: sweetie25. Aż chce się żyć i nie odjeżdżać.

Ale trzeba dać się wyjeździć samochodom. Niech brną przez parne

leśne tunele, przez matową prerię przetykaną zielonoszarą szałwią,

wśród prekambryjskich gnejsów26, omijając nierozpoznawalną padlinę,

drogami poprowadzonymi w szpalerach sosen, obok ciekawskich,

obojętnych saren, poprzez rezerwaty Indian i góry Shoshoni,

doliną Wind River i przez tereny pustyni. Samochód musi jechać,

aż dotrze do płaskich pól i ściany Grand Teton i Mount Moran27

z czarną inkrustacją i śnieżną kotliną. Tam turysta traci oddech

i kłania się z wrażenia wielkim górom, które podchodzą

pod same domy jak wielkie zwierzęta do zadbanych ogródków.

A propos: w okolicach Jackson pan Henderson miał fatalny wypadek.

Został tej wiosny poturbowany przez niedźwiedzia grizzly,

na własnym terenie. Po prostu wyszedł na spacer ze swoim psem.

Grizzly normalny i dobrze w okolicy znany, pożywiał się padliną łosia,

który musiał zdechnąć na terenie pana Hendersona. Zachował się jak

prawdziwy niedźwiedź, bronił jedynie swojego pożywienia.

A Pan Henderson trafił od razu do szpitala i teraz wraca

po ciężkich ranach do zdrowia. Grizzly jednak został odstrzelony.

Takie są zasady. Wszyscy współczują Panu Hendersonowi

i jego rodzinie, ale nie wiadomo dokładnie, ile leżała na jego

prywatnym terenie padlina, którą Pan Henderson powinien był

natychmiast zgłosić lub własnoręcznie usunąć. Historia

ta przestrzega turystów przed padliną, która może być pożywieniem

zwierząt i ceną ich życia. Jeśli ktoś jest bojaźliwy,

powinien raczej jechać do Yellowstone przez łąki rozświetlone

zielem ognistym, astrami, koronką królowej Anny28, lnem

i dziką pelargonią aż do wulkanicznej ziemi bulgoczącej błotem,

dymiącej siarką i parą wodną, z wzdychającymi gejzerami.

Jakby ktoś zakopał pod ziemią piece i czajniki, jakby życie miało

wulkaniczną wersję podskórną i mocarną, a na wierzchu

kwitnącą w gorącej wodzie kolorowymi algami albo trawą

wyrastającą z wapiennego mleka. Pożar, który trawił Yellowstone

przed laty, wydaje się mieć magiczny związek z podziemnym

ogniem. Pozostawił kilometry spalonych pni sterczących jak pale

wbite w dno coraz głębszego, zielonego jeziora, złożonego z młodych,

ambitnych drzew. Podobno jest jakaś przedsiębiorcza sosna, która w ogniu

zamyka szyszki i po pożarze pierwsza się wysiewa i szybko rośnie.

Ale jakże niezłomne są te martwe pnie, setki stoją jak z kamienia,

a przewrócone tworzą rozległe, zapałczane złoża, jakby niesforne

olbrzymie dziecko rozsypało bierki albo patyczki do liczenia.

Za to gejzery nie są tak stałe jak drzewa, tylko ten jedyny

Old Faithfull, dający pokaz co półtorej godziny.

Można jeść i patrzeć. O czasie wybuchnie całkiem wysoko.

Ale w Norris głupi turyści zepsuli naprawdę fajny, punktualny gejzer

wrzucając do niego kamienie. I był koniec, już się nie podniósł.

Albo inny Vixen działał i przestał działać. Tak mówią strażnicy.

Niech mówią, gejzer MOŻE zaniechać wybuchania, ale

najgorsze jest to, że oni nie wiedzą dlaczego. To denerwuje.

Niewiedza.

Ale naprawdę możesz się wkurzyć dopiero wtedy, gdy na drodze

trzy razy w ciągu kwadransa przekroczysz granicę zlewisk

Atlantyku i Pacyfiku. Wtedy naprawdę nie wiesz, gdzie jesteś,

dokąd płyną rzeki i chociaż naczynia oceanów są połączone,

to Ty jesteś tak daleko, że chciałoby się wiedzieć, którędy

płyną krople deszczu od Ciebie. I jakie mogłoby być

ich szczęśliwe przeznaczenie, gdyby przypadkiem

nie były jak pył.