I

— Juraja Hordubala zabili!

Wójt Gerycz pośpiesznie zarzuca gunię na plecy.

— Leć, chłopcze, po żandarmów! — rozkazuje szybko. — Żeby przyszli do Hordubalów.

Po podwórku zagrody Hordubala biega Polana i załamuje ręce.

— Ach mój Boże, mój Boże! — biada. — Kto to mógł zrobić! Zabili gazdę, zabili!

Przerażona Hafia siedzi w kącie, przy płotach stoją zdrętwiałe sąsiadki, gromadka mężczyzn tłoczy się koło furtki. Wójt idzie prosto do Polany i kładzie jej rękę na ramieniu.

— Przestańcie, gaździno. A co mu się stało? Gdzie ma ranę?

Polana zadrżała:

— Ja nie-nie-nie wiem, ja tam nie byłam, nie mogłam...

Wójt przygląda jej się uważnie. Była blada i twarda jakaś. Zmuszała się po prostu, żeby tak biegać po podwórku i biadać.

— Więc kto go widział?

Polana zaciska usta, ale w tej chwili nadchodzą żandarmi i zamykają furtkę ludziom przed nosem. Przybywa stary, otyły Gelnaj z kołnierzem rozpiętym i bez karabinu, i Biegl, nowy żandarm, błyszczący nowizną i gorliwością.

— Gdzie jest? — pyta Gelnaj półgłosem.

Polana wskazuje ku izbie i zawodzi.

Hordubal Amerykanin leży na łóżku, jakby spał. Gelnaj zdjął kask i ociera pot z czoła, żeby zatuszować wzruszenie. Gerycz sterczy zasępiony we drzwiach. Tylko Biegl podchodzi ku leżącemu człowiekowi i pochyla się nad łóżkiem.

— Patrzcie, panowie, tu, na piersi. Wygląda to tak, jakby go czymś przebito.

— Robota domowa — mruczy wójt.

Gelnaj odwraca się z wolna ku niemu.

— Co chcecie przez to powiedzieć, panie Gerycz?

Wójt potrząsa głową.

— Nic.

Biedny Juraj, myśli sobie.

Gelnaj drapie się po potylicy.

— Patrzcie, Karolku, okno wybite.

Ale Karolek podnosi koszulę zamordowanego i zagląda pod nią.

— Dziwne — cedzi przez zęby. — To nie nóż. I tak mało krwi...

— To okno, panie Biegl — powtarza Gelnaj. — To coś dla pana.

Biegl zwraca się ku oknu. Jest zamknięte, tylko w jednej szybie wybity otwór.

— Patrzajcież! — zawołał rozbawiony. — Więc to miało być tędy. Tylko że tą dziurą nikt nie mógł przeleźć, panie Gelnaj. A tutaj w szybie są ślady diamentu, ale od wewnątrz. Pociecha pierwszej klasy!

Gerycz na palcach podchodzi do łóżka. Ej, ty biedaku, jaki ostry masz nos! I oczy ma zamknięte, jakby spał...

Biegl ostrożnie otwiera okno i wygląda na dwór.

— Naturalnie! Tegom się spodziewał — melduje z zadowoleniem. — Szkło potłuczonej szyby leży na dworze, panie Gelnaj.

Gelnaj sapnął.

— Więc wy, wójcie, powiadacie, że to robota domowa? — rzekł z wielką powagą. — Szczepana Manyi tu nie widzę.

— Będzie niezawodnie w domu, w Rybarach — odpowiada wójt niechętnie jakoś.

Biegl wtyka nos do każdego kąta.

— Nigdzie nie ma niczego przewróconego, wyłamanego...

— Mnie się to nie podoba, Karolku — powiada Gelnaj.

Biegl wyszczerzył zęby.

— Zbyt głupio zrobione, prawda? Ale niech pan poczeka, to się da ładnie opracować. Ja, panie Gelnaj, bardzo lubię wypadki jasne.

Gelnaj wychodzi na podwórko, otyły i dostojny.

— Chodźcie no tu, gaździno Hordubalowa. Kto był tej nocy w domu?

— Tylko ja i Hafia, ta mała córeczka.

— Gdzie pani spała?

— W komorze. Z Hafią.

— Te drzwi prowadzące na podwórko były zamknięte, prawda?

— Tak, proszę pana.

— A rano były zamknięte? Kto je otwierał?

— Ja sama. O świcie.

— Kto pierwszy spostrzegł zabitego?

Polana zaciska usta i nie odpowiada.

— Gdzie wasz parobek? — ostro pyta Biegl.

— W domu, proszę pana, w Rybarach.

— Skąd pani o tym wie?

— No, ja tak przypuszczam...

— Nie pytam, co pani przypuszcza. Skąd pani wie, że jest w Rybarach?

— ...Nie wiem.

— Kiedy był tu po raz ostatni?

— Dziesięć dni temu. Został odprawiony...

— Kiedy widziała go pani ostatnio?

— Dziesięć dni temu.

— Niech pani nie łże! — warknął Biegl prosto z mostu. — Wczoraj się pani z nim widziała. Wiemy o tym.

— To nieprawda! — westchnęła Polana wystraszona.

— Przyznajcie się, Hordubalowo — dogaduje jej Gelnaj.

— Nie... tak. Wczoraj mnie spotkał...

— Gdzie? — natarł Biegl.

— Na dworze.

— Gdzie na dworze?

Polana nie wie, gdzie spojrzeć.

— Za wsią.

— Co pani robiła za wsią? Więc co? Prędzej!

Polana milczy.

— Pani miała z nim schadzkę, prawda? — zaczyna znowu Gelnaj.

— Nie! Bóg mi świadkiem! Spotkał mnie przypadkowo...

— Gdzie? — naciera znowu Biegl.

Polana zwraca zaszczute oczy ku Gelnajowi.

— Spotkał mnie przypadkiem... I pytał tylko, kiedy mógłby przyjść po swoje rzeczy. Ma tu jeszcze swoje ubranie, tam w stajni.

— Aha, gazda wyrzucił go od razu, bez wypowiadania mu miejsca. Tak? I za cóż to, pani gospodyni?

— Pokłócili się ze sobą.

— I kiedy miał przyjść po swoje rzeczy?

— Dziś, dziś rano.

— I przyszedł?

— Nie przyszedł.

— Dlatego, że był tu w nocy! — zawołał twardo Biegl.

— Nie! Nie było go tu! Był w domu!

— Skąd pani wie?

Polana zagryza usta.

— Nie wiem.

— Chodźcie no, Hordubalowo — rzekł twardo Biegl. — Tam, nad zwłokami tego zamordowanego, powiecie nam więcej.

Polana zatacza się jak pijana.

— Dajcie jej, panowie, spokój — woła Wasyl Gerycz Wasylów — jest ciężarna.