II
Gelnaj siedzi na podwórku i pozwala Bieglowi przetrząsać całą zagrodę. Ten zaś węszy, węszy, a oczy płoną mu od nadmiaru gorliwości. Zbadał dokładnie stajnię i oborę, wszystko obejrzał, a teraz szuka czegoś nawet na strychu. Rozruszał się porządnie i jest w swoim żywiole. Takie to sprawy tego świata, myśli Gelnaj. Mnie wystarczą Cyganie i pilnowanie porządku... No, niech i Karolek ma trochę swojej roboty.
Z izby wychodzi doktor i zbliża się do pompy, aby obmyć ręce. Podbiega do niego Biegl i wypytuje niecierpliwie:
— Więc co? Więc co?
— To się pokaże przy sekcji — odpowiada doktor. — Ale powiedziałbym, że to był jakiś gwóźdź czy coś takiego. Ledwo dwie, trzy krople krwi... Dziwne.
Polana niesie mu ręcznik.
— Dziękuję, pani gaździno. A słuchajcie no, czy mąż nie był czasem chory?
— Wczoraj leżał, miał widać gorączkę.
— Aha. A pani spodziewa się dziecka, prawda?
Polana rumieni się gwałtownie.
— Aż na wiosnę, wielmożny panie.
— Nie na wiosnę, matuchno, ale około Nowego Roku jakoś. Prawda?
Biegl mruga oczami, wielce zadowolony, i spogląda za oddalającą się Polaną.
— Otóż byłby i motyw, Gelnaju. Hordubal wrócił z Ameryki dopiero w lipcu.
Gelnaj sapnął.
— Hordubalowa uważa, że to był ktoś obcy. Przed jakimś tygodniem mąż jej miał się pobić w karczmie i podobno dobrze przetrzepał Fedelesza Gejzę. Rozwalił mu łeb. Gejza to wielki zabijaka. Więc może to zemsta. Macie tu, Karolku, także ładny motyw.
I doktor także spogląda za Polaną i mówi w roztargnieniu:
— Szkoda! Wy mi ją zamkniecie, panowie, a ja lubię bywać przy porodach. U nas zresztą nigdy nie ma sposobności do akuszerowania, bo kobiety rodzą tu jak kotki. Ale ta będzie miała niezawodnie poród trudniejszy.
— Czemuż to?
— Stara i sucha. Ze czterdzieści będzie miała, nie?
— Gdzie tam! — protestuje Gelnaj. — Najwyżej trzydzieści. Więc Hordubal chorował? Jak to można poznać po nieboszczyku?
— Lekarska tajemnica, panie Gelnaj, ale panu powiem. Pod łóżkiem stał pełny nocnik.
— Na to nawet nie zwróciłem uwagi — rzekł zawistnie Biegl.
— Więc do widzenia, panowie — rzekł doktor, oddalając się na elastycznych nóżkach. — A o sekcji dam znać.
— Ja się jeszcze rozejrzę po domu — mówi Biegl. — a potem moglibyśmy się wybrać do Rybar.
— I cóż wy, Karolku, wciąż jeszcze szukacie? Wciąż wam się chce motywów?
— Dowodów — odrzekł Biegl sucho. — I narzędzia.
— Aha. Więc szczęść wam Boże!
Gelnaj szwenda się po podwórku, podchodzi do płotu i wdaje się w rozmowę z sąsiadką. Drażni ją tak długo, aż dostaje od niej ścierką przez głowę i bukiecik kwiatów. W kącie koło komory skuliła się wystraszona Hafia. Gelnaj uśmiecha się do niej i robi pocieszne miny. Hafia boi się zrazu, a potem i ona zaczyna się uśmiechać. Gdy Biegl po długiej chwili wylazł skądś, ze stodoły czy obory, Hafia siedziała na kolanach Gelnaja i opowiadała mu, że dostanie klatkę dla królików.
— Nic nie znalazłem — mruczy Biegl rozzłoszczony. — Ale ja tu jeszcze wrócę. Co by to było, żebym ja... Czy powiedział pan Geryczowi, żeby nam kazał przygotować wóz do Rybar?
— Już czeka — odpowiada Gelnaj i klapsem w zadeczek żegna się z Hafią.
— Więc co pan o tym sądzi, panie Gelnaj?
— Coś panu powiem, panie Biegl — wywodzi bardzo poważnie Gelnaj. — ja w ogóle nic o tym myśleć nie będę. Po dwudziestu pięciu latach służby ma się takich rzeczy po dziurki w nosie. Mnie się to nie podoba.
— No tak — powiada Biegl tonem znawcy — ale morderstwo to nie bułka za dwa grosze.
— Nie o to chodzi, Karolku — mówi Gelnaj pojednawczo, kiwając głową. — Tylko że morderstwo na wsi to rzecz, którą należy traktować trochę inaczej. Pan jest człowiekiem miejskim, pan tego nie rozumie. Gdyby to było morderstwo rabunkowe, to węszyłbym, do stu tysięcy diabłów, tak samo jak pan. Ale morderstwo rodzinne... I nawet panu powiem, że się wcale nie dziwię, iż tego Hordubala zabili.
— Dlaczego?
— Taki to już nieszczęśnik... Miał tę rzecz wypisaną na nosie.
Biegl uśmiecha się ironicznie.
— Diabła tam miał wypisane na nosie. Miał w łóżku młodego parobka i w tym sęk. Człowieku, przecież to taka jasna sprawa!
— Co znowu! Takie wypadki rodzinne nie bywają nigdy jasne — mruczy Gelnaj. — Sam pan jeszcze zobaczy, panie Karolku. Zamordować dla pieniędzy to jasne. To się robi raz-dwa. Ale niech pan pomyśli: w ciągu długich tygodni nosić w sobie taką rzecz, zastanawiać się nad nią we dnie i w nocy... To tak, panie Biegl, jakbyś pan wsadził nos w piekło. Dla pana to rzecz jasna, bo pan nowy w tych stronach. Ale ja, Karolku, znałem całą tę trójkę... Zresztą, co tu dużo gadać! Jedźmy do tych Rybar.