III
— Szczepan w domu?
— Nie ma go, poszedł do miasta.
Biegl odsunął na bok Michała Manyę i wbiegł do izby. Gelnaj tymczasem wdaje się w rozmowę ze starym Manyą i Michałem o pogodzie, o zającach, o gnojówce, która wycieka na drogę.
Biegl wraca, a za nim Szczepan, blady, zacięty w sobie; na ubraniu ma źdźbła siana.
— Czemuście mówili, że go nie ma w domu? — krzyczy Biegl na Michała.
— Mówił z rana, że pójdzie do miasta — mruczy Michał. — Czyż ja go pilnuję?
— A tymczasem ukrywał się w sianie. Czemuście się tam schowali, hę?
— Nie chowałem się — odpowiada Szczepan ponuro. — Czemu miałbym się chować? Spałem po prostu.
— A dlaczego nie wyspaliście się w nocy, co?
— Wyspałem się. Czemu nie miałbym się wyspać, proszę pana?
— Więc czemu spaliście teraz?
— Bo nie mam co robić. Dość napracowałem się w służbie.
— Wczoraj pracował cały dzień, proszę pana. Orał pole — wspomaga syna stary Manya.
— Was nie pytam — odciął się Biegl. — Idźcie do izby, żwawo, i Michał też.
— Ach, tak, tak — wzdycha Gelnaj. — A co wy, Szczepanie, na to, co się stało z Hordubalem.
— Ja mu tego nie zrobiłem! — wyrwał się Szczepan.
— Więc już wiecie, że go zabili? — zwycięsko wtargnął do rozmowy Biegl. — A któż to wam o tym powiedział?
— Nikt... Ale gdy człek widzi żandarmów... Pomyślałem, że to pewno coś z Hordubalem będzie.
— A dlaczego akurat z Hordubalem?
— Ponieważ... ponieważ się pokłóciliśmy. — Szczepan zaciska pięści i zęby. — Wyrzucił mnie, pies jeden!
Biegl jest trochę rozczarowany.
— Uważajcie dobrze, Manyo: przyznajecie się więc, że z Hordubalem rozeszliście się w złości.
Szczepan gniewnie błyska zębami.
— O tym wiedzą wszyscy.
— I chcieliście się zemścić na nim?
Szczepan sapnął.
— Gdybym go spotkał, sam nie wiem, co bym mu zrobił.
Biegl zastanawia się przez chwilę. Ze Szczepanem niełatwa sprawa.
— Gdzie byliście dzisiejszej nocy? — rzucił prosto z mostu.
— W domu byłem. Tutaj. Spałem.
— To się pokaże. Czy może kto o tym zaświadczyć?
— Może. Michał, Djula, nasz stary. Niech pan ich zapyta.
— Mnie radzić nie potrzebujecie — warknął Biegl. — Wczoraj po południu rozmawialiście z Hordubalową. O czym?
— Nie rozmawiałem z nią — odpowiedział Szczepan skupiony i twardy. — W ogóle jej nie widziałem.
— Kłamiecie! Sama powiedziała, że miała z wami schadzkę i że się jej pytaliście, kiedy macie przyjść po swoje rzeczy.
— Nie widziałem jej już od dziesięciu dni — upiera się Szczepan przy swoim. — Odkąd opuściłem służbę, nie byłem w Kryvej i gaździny nie widziałem.
Biegl się wścieka.
— Uważajcie no! Ja was nauczę inaczej gadać! Dalej, naprzód i proszę mi pokazać, gdzieście w nocy spali.
Szczepan wzrusza ramionami i prowadzi Biegla do izby. Gelnaj puka w okienko.
— Hej, stary, chodźcie no tu!
Stary Manya wlecze się na dwór i nieufnie mruga.
— Co się stało, proszę pięknie?
Gelnaj machnął ręką.
— E, pobili tej nocy Hordubala, dostał kijem w łeb. Słuchajcie, stary, czy nie zrobił mu tego Szczepan?
Stary kręci głową.
— Ej, chyba nie, proszę pana. Tego nie mógł zrobić Szczepan. Był w domu i spał. Hej, Michał, chodź no tu! Powiedz, gdzie był Szczepan tej nocy?
Michał myśli przez chwilę i mówi powoli:
— Gdzie miał być? Spał na górze ze mną i z Djulą.
— Tak, tak, zaraz sobie to pomyślałem — przyświadcza Gelnaj. — A ten Hordubal ma we wsi ludzi nieżyczliwych. Wiadomo, bogaty Amerykanin, a sąsiadów nie poczęstował jak się należy.
Stary Manya podniósł ręce do góry.
— A bogaty taki! Na karku nosi worek z samymi dolarami...
— Widzieliście je?
— Widziałem. Przecie przyjeżdżał do nas kupować zagrodę i pokazywał pieniądze. Było więcej niż siedemset dolarów, proszę pana. Nieżyczliwych miał we wsi dużo, niezawodnie. Proszę grzecznie, pyszny człowiek nie miewa przyjaciół.
Gelnaj z powagą przyświadcza.
— A od czego tu macie, Manyo, takie podziurawione drzwi?
— To od igły koszykarskiej, którą się tam wbija. Przez cały rok tam tkwi.
— Pokażcie mi, jak ona wygląda — interesuje się Gelnaj. — Nawet nie wiedziałem, że do plecenia koszy potrzebna jest igła.
— Bo się pręty wikliny przerzuca igłą, o tak — pokazuje Manya w powietrzu. — Wczoraj jeszcze ta igła tu była — gniewa się stary — nie wiesz, Michał, gdzie się podziała?
— E, dajcie spokój — mruczy Gelnaj obojętnie. — Pokażecie mi kiedy, jak będę tędy przechodził. Chciałbym widzieć, jak to się robi. Ale ta gnojówka, Manyo, nie powinna wyciekać na drogę. To nie wasza droga.
— Proszę grzecznie, jak tylko zaczniemy nawozić pola, gnojnik się wywiezie...
— Należałoby mieć porządny dół, cementowany. Przydałoby się trochę pieniędzy na poprawienie gospodarstwa, co?
— Przydać by się przydało, proszę pana — grzecznie chichocze stary. — Zbudowałoby się nową stodołę. Ale mój Michał to głupiec. Co innego Szczepan. Ten ma daleko więcej rozumu do gospodarki. Szczepan to byłby dobry gazda!
Z pola wraca Djula, wiezie na wozie kupkę siana, ale jedzie jak wszyscy diabli.
— Chodź no tu, chłopcze — woła go z ojcowską życzliwością Gelnaj. — To tylko tak dla porządku. Gdzie był Szczepan dzisiejszej nocy?
Djula otwiera zdumione oczy i spogląda pytająco na starego i na Michała. Nikt nawet nie mrugnął.
— Był tutaj — mówi cicho Djula. — Spał na strychu ze mną i z Michałem.
— Dobrześ powiedział — pochwalił go Gelnaj. — No, do kawalerii się zapisujesz czy nie?
Wyrostek szczerzy zęby.
— Zapiszę się, proszę pana.
Z izby wychodzi Biegl i wścieka się w milczeniu.
— Niech pan idzie, panie Gelnaj. Dałem Szczepanowi po gębie. Teraz zamknąłem go w izbie.
— Tego niech pan nie robi — uważa Gelnaj. — Ograniczenie wolności osobistej i tam dalej...
Biegl śmieje się ironicznie.
— Gwiżdżę na to. Gorsze to, że nic nie znalazłem. A pan?
— Alibi jak jasne pioruny, Karolku. Przez całą noc spał w sianie jak najgrzeczniejszy chłopczyk.
— Kłamią! — żachnął się Biegl.
— Oczywiście. To już mają, kolego, we krwi.
— No, w sądzie będą gadali inaczej! — grozi Biegl.
— E tam! Nie zna ich pan. Albo zrzekną się świadczenia, albo dopuszczą się krzywoprzysięstwa, jakby nigdy nic. Na wsi, Karolku, takie rzeczy to już jakby obyczaj ludowy.
— Więc co mam robić? — boczy się Biegl. — Jak pan sądzi, panie Gelnaj, czy mamy aresztować Szczepana już teraz? Że zrobił to tylko on, to murowane.
Gelnaj skinął głową na zgodę.
— Ja wiem. Ale niech pan będzie ostrożny — zaczął i nie dokończył, bo w tej chwili ozwał się cichy brzęk i Biegl ryknął:
— Stać!
W następnej chwili już był za rogiem domu.
Gelnaj poszedł z wolna za nim. Na ziemi ujrzał dwóch ludzi, ale Biegl był górą.
— Ja go potrzymam, Karolku — proponuje Gelnaj.
Biegl wstaje i podnosi Szczepana z ziemi, wykręcając mu ramię.
— Uważaj no, ty! — sapie zdyszany. — Ja cię nauczę uciekać!
Szczepan syczy przez zaciśnięte zęby, a jego twarz jest sina od bólu.
— Puśćcie — mówi sapliwie. — Ja... ja nie chciałem uciekać. Chciałem tylko do Kryvej po swoje rzeczy...
Djula pcha się między żandarmów.
— Puśćcie go! — krzyczy. — Puśćcie go, bo...
Gelnaj ujmuje go za ramię.
— Wolnego, chłopcze. A wy, Michale, nie mieszajcie się do tego. Szczepanie Manyo, aresztuję was w imieniu prawa. A teraz grzecznie z nami, panie dobrodzieju!
Szczepana Manyę wiozą do miasta. Nie wiezie go ogierek, co nosi głowę wysoko, a jednak ludzie zatrzymują się i patrzą. Z jednej i drugiej strony Szczepana siedzi żandarm z karabinem między nogami. Szczepan pośrodku. Nie zsunął kapelusika na tył głowy i nie rozgląda się po równinie. Tam oto rzeka, tutaj pasą się krowy, wśród tataraków błyszczy moczar... Ale Szczepan patrzy tylko na rdzawe plecy jakiegoś obcego woźnicy.
Gelnaj rozpina mundur i staje się rozmowny. Tyka Szczepana, ale ani słowem nie zawadzi o Hordubala. Mówi tylko o gazdowaniu, o zagrodzie w Rybarach, o koniach. Szczepan zrazu odpowiada tylko półgębkiem, ale potem i on staje się rozmowny.
— A tak, ten ogierek. Kiepsko go gazda sprzedał i nawet nie wiadomo, komu i za ile. Osiem tysiączków można było dostać za niego, do stadniny go oddać należało, ale przedtem trzeba było dopuścić go do tej czarnej klaczki. Ej, panie, chciałbym był to widzieć! — Oczy Manyi błyszczą. — I takiego konia gazda sprzedał! Grzech po prostu! Wałacha powinien był sprzedać albo tę kobyłę ze źrebięciem, ale nie ogierka — wścieka się Szczepan, aż w kącikach ust ukazuje mu się piana.
Biegl jest zgorszony i myśli sobie w duchu, że z aresztantami wolno mówić tylko urzędowo.
— Hej, panie — mówi Szczepan jakby do samego siebie — gdyby nas wiózł ten ogierek... sam bym schwycił za lejce... dopieroż by się jechało!