Rozdział dwudziesty ósmy

jako Hieronim, autorem się stawszy, nowe abecadło wydał i jak za to przez baraniowolskich chłopów przed dziedzicem oskarżony został.

Już w pierwszych czasach swojego urzędu

Spostrzegł Hieronim z niejednego względu,

Iż abecadło stare to

Zbyt ciężko dzieciom w głowę szło.

Tu brakowało przecinka, tu kropki...

Kto cierpiał na tym, jak nie biedne chłopki?

Toż z numeracji błędnej kart

Był elementarz diabła wart.

Jak zaczął myśleć i skrobać się w głowę,

Tak na wydanie odważył się nowe,

Która edycja, zbywszy śniedź

Błędów, ten tytuł miała mieć:

«Nowe, nie znane dotąd Abecadło

I powiększone, jak z potrzeb wypadło,

Które autor puszcza w świat,

Jobs Hier. Św. Teol. Kandydat.»

Na pierwszej stronie, zaraz na początku,

Do liter w dawnym stojących porządku

Dodał autor: ef-ef-te,

Tudzież es-ce-ha i es-pe.

Lecz na ostatniej z stron w elementarzu,

Tam gdzie był kogut w starym egzemplarzu,

Ostrogi odjąć z nóg mu dał,

By też reformę jakąś miał.

Chcąc zaś umilić dzieciom wiedzy kraje,

Tuż przy kogucie dał uczynić jaje

W gnieździe, co tak bieliło się,

Jakby kur świeżo zniósł był je.

Wieść o reformie kiedy się rozniosła,

Wnet się znaleźli zoile210 z rzemiosła.

Ci rzekli: «Starych rzeczy się

Trzymać! Bo nowe — czort je wie!»

Lecz mędrsi chłopi jęli211 głową kiwać,

Okładkę z tyłu, z przodu opatrywać,

Tylko czekając, aż z nich gdzie

Pokaże swoje rogi — złe.

Jako więc w lecie, w upalny dzień żniwa,

Z dala się burza grzmotami odzywa,

A błyskawice znaczą dom,

Gdzie z prędka upaść może grom,

Tak groźny pomruk szerzył się powoli

W Baraniej, dotąd tak spokojnej, Woli

I słychać było szumy już

Nadciągających nad nią burz.

Widział na każdym nasz Hieronim kroku,

Jako był wszystkim chłopom solą w oku,

Na pana wszakże liczył, że

W złej chwili za nim ujmie się.

Ale nie w ciemię bici malkontenci

Wnet zmiarkowali212, co się to tu święci,

I ze swej strony wnieśli znów

Skargę do dworu, w sens tych słów:

«Tak jak zebrani, wszyscy czynszownicy

Baraniej Woli tudzież zagrodnicy

To zażalenie mamy cześć

Na pana profesora wnieść.

Skarżym się tedy, jako powinności

Nie patrząc swojej w różne się nowości

Z tutejszej szkoły stratą wdał

I że na odwrót wszystko chciał.

A tak jak żaden przykładu dobrego,

Pomiędzy chłopy we wsi, nie miał z niego,

Więc o to także mamy cześć

To zażalenie swoje wnieść.

A żeby tylko tu, na tym papierze,

Wykazać, co jest główniejsze w tej mierze,

O tę skarżymy najprzód rzecz,

Że w głowach dzieciom mąci precz.

Nasz elementarz dawny sam skasował

I nowy własną mocą wyformował,

Ostrogi, które kur w nim miał,

Odjąwszy, choć tak Bóg sam chciał.

Przy czym, nieznośnym dla dziecisków kształtem,

Ef-ef-te, es-pe, es-te wpisał gwałtem

Między litery dawne sam,

Które spokojnie stały tam.

Choć nikt nie widział z ojca i praojca,

Żeby zaś kogut zniósł jaje do kojca,

Tak mu podłożył zmyślnie, że

Przewraca dzieciom w głowach się.

Trudno jest tedy, aby takie sprawy

Ze szkolnej były nauczane ławy.

Na co podatek dajem i

Niedawno kowal okuł drzwi?

Przykro, po wtóre, i to nam jest bardzo,

Że obyczajem dawnym w szkole gardzą,

Co właśnie skarga nasza ta

O głowie oślej mówić ma.

Od dawna w szkole była ośla głowa,

A który z książki nie umiał ni słowa,

Temu kładziono zaraz ją

I dzieci nam bawiło to.

Panu Jobsowi było tego mało

I oto co się z oślą głową stało:

Kark jej przyprawił, nogi, chwost,

Całego osła zrobił wprost.

Więc matki o to podniosły żal srogi.

Po licha dźwigać kark mają i nogi,

Kiedy bez tego w szkole nam

Łeb ośli starczył zawsze sam.

Po trzecie: Często pan profesor wytnie

W gębę którego niesłusznie i zbytnie,

Tak że już jeden całkiem zgłuchł,

A nic nie słyszy znowuż dwóch.

Po czwarte: Jeszcze to tam jest pół biedy

Z gospodarskimi dziećmi; ale kiedy

Na zagrodnickie trafi, to

Dwa razy mocniej wali go.

Po piąte: Szuka po kieszeniach dzieci,

A niech z nich jabłko czy orzech wyleci,

Wnet za łakomstwo karze je,

A sam zabierze to i zje.

Po szóste: Co tam sądzić sprawy czyje,

Ale profesor z Bartkową tak żyje,

Jakoby Bartkiem w chacie tam

Był, a nie zasię Bartek sam.

Po siódme: Często do karczmy zagląda,

Jest chłop — to zaraz, by fundował, żąda.

W karty też lubi, nocą gra,

Od wójta wygrał złotków dwa.

Nie wszystko piszem my tutaj przytomni213,

A tylko co się z grubsza nam przypomni.

Gdyby zaś pisać wszystko w rząd,

Zbyt ciężki byłby z tego swąd.

Niech więc Wielmożny Pan w tę suplikację214

Wejrzy i nasze wyrozumie racje,

Iż w żaden żywy sposób chcieć

Nie możem pana Jobsa mieć.

Oczekujący łaskawego skutku

W wielkiej żałości piszem się i smutku

Baraniej Woli... (jako wzwyż),

A zaś za podpis kładziem krzyż.»