Rozdział dwudziesty pierwszy
jak Jobs senior Hieronima w ojcowskim strofował142 gniewie i jak prędko potem z zbytniej alteracji143 żyć przestał.
Otóż to widzieć trzeba było komu,
Co się w Jobsowym działo teraz domu,
Gdy już i matki doszła wieść,
Że schab za wcześnie dała zjeść.
Ale co czynił Hieronimów ociec,
Mój czytelniku, chciałbyś pewno dociec.
Otóż ci powiem: stary pan
Wpadł w nader wielkiej pasji stan.
Sczerwieniał cały od karku do czuba,
Szyja mu krótka wzdęła się i gruba,
Aż żując wściekły żal i gniew,
«Hultaju — krzyknął — bądź więc szew-
Cem! Na toż tyle łożyłem zachodu
I pełne garście talarów jak lodu,
Tak że z twej łaski dzisiaj sam
To tylko, co na sobie, mam?
Myślałem, głupi, ja i twoja matka,
Przy tobie dożyć dni naszych ostatka,
Iż księdzu, jak wiadomo jest,
Zysk niesie czy to śmierć, czy chrzest.
Tak my grosz w ciebie tkali, jak do skrzyni!
Co ujmiesz sobie — myślę — czas przyczyni...
A tyś, hultaju, był jak wór
Bez dna, a tylko pełen dziur!
Wszystko, coś pisał do mnie z tego miasta,
Z tej Akademii, łgarstwo jest i basta!
Boś ty tam tylko jadł i pił,
I osłem tak jak w domu był.
Owe kolegia i owe nauki,
Od których głowa pękała ci w sztuki,
I medytacje w każdą noc —
Łgarstwo. Jak byłeś, jesteś kloc!
Toż i żołądka z sedenterii bóle,
I te szperania po księgach jak móle,
I te herbaty, coś je pił —
Łgarstwo, boś cymbał, jakeś był!
Płakać mi teraz z ranka do wieczora,
Iżem zacnego nie słuchał Rektora,
Gdy mówił, że ci owce strzyc
I być pastuchem, więcej nic!
Byłbym przynajmniej nie doszedł do nędzy,
Nie cisnął w błoto tak wiele pieniędzy,
Które — bogdajżeś licha zjadł! —
Tak dobrze, jakbyś z mieszka kradł!»
Tak to senator unosił się w gniewie,
Słowami sycąc swej pasji zarzewie,
Już się do kija nawet brał,
Jak rodzicielski afekt144 chciał.
Ale iż kogo pasja tak ognista
Chwyci, na zdrowiu rzadko ten korzysta,
Więc Jobs sięgając, gdzie miał bat,
Nagle się zachwiał, na ziem padł.
Dawno on miewał podagrę145 w kolanie
Od tłustych potraw i żółci ulanie.
Urząd radziecki, zbytek snu
Tę dyspozycję dały mu.
Teraz więc wszystko tak się w nim wzburzyło,
Że szlag go trafił z piorunową siłą.
Na ustach piana, oczy w słup
I do wieczora już był trup.
Wrzask powstał w domu i lamenty, zaczem
Ryknął Hieronim też ogromnym płaczem,
Bo chociaż tępy, pojął on,
Że sam przyśpieszył ojcu zgon.
Tu mógłbym zażyć dość szeroko pióra,
Ale że wszelka materia ponura
Mierzi146 nam księgi, tudzież płacz —
Więc wieczny pokój dać mu racz!