Rozdział osiemnasty
jak Hieronim, czarne suknie wraz z peruką wziąwszy, duchownej postawy nabrał i jak pierwsze kazanie prawił.
Ale nazajutrz gdy do rannej kawy
Zasiadł był każdy wesoły i żwawy,
Kiedy Hieronim nawet wstał,
A na podwórku kogut piał,
Senator rzecze: «Jakoś nie przystoi,
Abyś, mój synu, zażywał tej zbroi,
I, moim zdaniem, ubiór twój
Na inny trzeba zmienić strój.
Przed wszystkim innym księdzu nie wypada,
Żeby po piętach szczękała mu szpada,
A i ostrogi, ile wiem,
Też w powołaniu na nic tem.
Także i westa, kolet, szarawary111
Ze służbą bożą nie idą do pary,
I pióropusza, jak to wiesz,
Nie nosi żaden pleban też.
Gdyby cię tedy na mieście widziano
Z onym żeleźcem bijącym w kolano,
Każdy by myślał, chcąc nie chcąc,
Żeś jest kirasjer112, a nie ksiądz.
A i to przyznasz, iż peruka krótka,
Nie zaś czub taki jakoby u dudka,
Duchownych strojem bywa głów,
Więc copf113 ten trzeba zgolić znów.
Dzisiaj więc jeszcze zrzucisz suknie stare,
A krawiec przyjdzie i weźmie ci miarę
Na teologa czarny strój
I na płaszcz długi, synu mój.
Kazałem także wezwać perukarza,
Który na głowach zna się od ołtarza
I dobrze swą rozumie rzecz —
Ten ci czuprynę zgoli precz.
Zaraz szanowną to ci nada postać.
Z klątwami także nie może tak zostać...
Gdzieżeś ty słyszał, by ksiądz znów
Diabłami sadził od dwóch słów?»
Słuchał Hieronim tej ojcowskiej mowy
Gwiżdżąc przez zęby kurancik114 jakowy,
Lecz wszystko, jak Jobs senior chciał,
Przeperswadować115 sobie dał.
I zanim dzień ten dobiegł aż do zmroku,
W płaszczu, w peruce przedstawił się oku,
Przy czym obojczyk biały mu
Matka przypięła też co tchu.
Tak uduchownion od czuba do pięty,
Stanął Hieronim niby jaki święty,
A taki z suknią duch wszedł weń,
Że już na drugi kazał dzień.
Bóg zdarzył właśnie, że była niedziela,
Więc na ambonę, wobec ludu wiela,
Wszedł Hieronimus jakby nic.
Ani byś poznał, że to fryc116.
Bo jak w szesnastym rozdziale już stało,
Jedno mu z skryptów kazanie zostało,
Które mu w głowę włożył druh
Tak dzielnie jak sam Święty Duch.
Kazanie było, że choć wal z armaty!
Naszpikowane jak comber117 w cytaty,
Tak mądre, że ni żadna z dam,
Ni mówca nie rozumiał sam.
Lecz urok mowy był nie tylko w słowie,
Orator wygląd miał też, co się zowie,
A głos donośny, śmiały gest
Zdradzały, co za mistrz to jest.
Aplauz więc słuszny zyskał w całym mieście,
W którym, jak wiemy, domów było dwieście,
Chwiał z dziwu głową cały gmin:
«Na co to wyrósł Jobsów syn!
Kto by, u kata, mógł mieć to na względzie,
Że z tego osła taki mówca będzie,
Toć go tu przecie każdy znał,
Że tylko bił się, kradł i łgał!»
Toć i krewniacy stojąc w całej kupie
Patrzą, jak dawne to chłopczysko głupie,
Niby z rękawa, sypie grad
Nauk zbawiennych, mądrych rad.
A któż rodziców wypowie zachwyty!
Stał Jobs senator i patrzał, jak wryty:
«A co, mosanie118? Jaki łeb!
I Demostenes119 przy nim kiep!»
Lecz matka, z szczęścia topniejąc w łzach cała,
Wnet przyjaciółkom szeptem wiedzieć dała,
Że u nich schab dziś na ten fest
I migdałowe ciasto jest.
Więc się ruszyli wszyscy wprost z kościoła
Do gościnnego państwa Jobsów stoła,
By na dzielnego mówcy cześć
Po przyjacielstwie pić i jeść.
Tak, zachwyceni nowym apostołem,
By Hieronimus — uradzili społem —
Wnet, jak optima forma120 chce,
Na kandydata podał się.
Prawdą jest, że tu dla wymagań gminu
Obejść nie może się bez egzaminu,
Lecz cóż egzamin, nawet dwa,
Przy wiedzy, jaką młodzian ma!
Odwłóczyć wszakże by z tym nie potrzeba,
Gdyż pleban (przychyl mu tam, Boże, nieba! )
Ledwo że zipie, jest jak cień
I umrzeć może lada dzień.
Gdy więc — jak losy łatwo wypaść mogą —
Wszystkich śmiertelnych stary pójdzie drogą,
Dobrze już teraz pewność mieć,
Kto po nim Piotra weźmie sieć.
Chciał nasz bohater nieco oponować,
Lecz wszyscy jęli121 ściskać go, całować,
Tak że się bronić nie miał sił,
Choć egzaminów wrogiem był.
By więc uciszyć zabobonną trwogę,
Pił to na jedną, to na drugą nogę,
Choć ojciec dawał głową znak,
Że księdzu nie przystoi tak.